Jump to content
Ralf

Peak Label

Recommended Posts

Początek rozgrywki bliżej niż dalej, ale jeszcze trza poczekać?
Na plus - kierunek dość nietypowy jak na FM-maniaka!

  • Like 1

Share this post


Link to post

Taksówkarz był na tyle szlachetny, że nie wziął ode mnie pieniędzy za kurs, a na miejscu odprowadził na izbę przyjęć. Do tego czasu opatrunek zaczął powoli przesiąkać, ukazując zwiększającą rozmiary czerwoną plamę. Personel ostrego dyżuru w hallu tylko na mnie spojrzał, by z miejsca zabrać do jednego z pokojów zabiegowych. Od razu podstawiono mi wózek inwalidzki, a kiedy odmówiłem, utrzymując, że nie jest potrzebny, powiedziano mi, że to konieczne i taka jest procedura. Gdy zobaczyłem swoje odbicie w przeszkleniu jednych z drzwi prowadzących do sali intensywnego nadzoru medycznego, zrozumiałem, dlaczego obchodzono się ze mną bardzo ostrożnie – musiałem stracić już sporo krwi, gdyż byłem blady jak ściana, a pod oczami widniały ciemnofioletowe plamy.

 

W międzyczasie podziękowałem sobie w duchu, że przed wyjazdem odnowiłem w oddziale NFZ moją Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego; przezorność mi się opłaciła.

 

Niebawem z oddziału zeszła pani chirurg, która miała się mną zająć. Wcześniej dwóch medyków ostrożnie odwinęło mi bandaż z ramienia, zdjęło kompletnie przesiąkniętą gazę i wstępnie oczyściło ranę, co nie należało do przyjemności. Później chirurg, całkiem szykowna kobieta, nasunęła na nos okulary i przyjrzała się mojej ranie.

 

– To nie wygląda na przypadkowe skaleczenie, a raczej na precyzyjne cięcie nożem – stwierdziła, rozkładając na blacie zestaw do szycia, stalowe szczypce, kilka płatów ligniny, wygiętą igłę i kilka innych rzeczy, których nie zapamiętałem. – Jak to się stało?

 

W pierwszej chwili chciałem powiedzieć prawdę, ale przebiegła mi przez głowę błyskawiczna myśl, która podpowiedziała mi, że to może nie być najlepszym pomysłem. Nim zdążyłem się zastanowić, odpowiedziałem niemal mimowolnie.

 

– Dorabiam jako wykidajło w lokalnym klubie – rzekłem z pełnym przekonaniem. – Coś w rodzaju pracy sezonowej. Ta rana to ryzyko zawodowe, którego muszę być świadomy.

 

– Jako wykidajło w klubie? – zapytała w taki sposób, iż byłem już pewny, że dałem się przyłapać i właśnie pakuję się w kłopoty. – Znaczy ochroniarz. "Heaven's Night", po drugiej stronie miasta?

 

Przysunęła okrągły taboret, usiadła i zbliżyła się do mojego ramienia, by je znieczulić. Następnie zaczęła przygotowywać do szycia.

 

– Proszę?

 

– Ten klub – sprecyzowała, skupiając wzrok na ranie. – Niechorwacka nazwa przyniosła mu łatwość zapamiętania i rozpoznawalność, niestety również wśród awanturników, którzy lubią rozrabiać, gdy za dużo wypiją.

 

– Ach, tak, oczywiście – odparłem. – Przepraszam, pracuję dopiero od kilku nocy, a po dzisiejszym jestem rozkojarzony.

 

– Nic nie szkodzi. Dobrze znamy ten lokal. Dzięki niemu nie narzekamy na bezrobocie, bo regularnie dostarcza nam pacjentów – powiedziała, a ja poczułem ulgę, że udało mi się umknąć. – Zwłaszcza w okresie letnim każdego tygodnia mamy do zszycia parę głów, rąk, czy torsów. Zdarzają się też potłuczenia, a raz trafił do nas kompletnie pijany imprezowicz ze zwichniętym barkiem, po tym, jak wdał się w bójkę, która wymknęła się spod kontroli. Został u nas na oddziale. Ktoś powinien w końcu zrobić porządek z tą speluną, jeśli "Heaven's Night" ma być klubem z prawdziwego zdarzenia, a nie mordownią, w której w każdej chwili można dostać po głowie.

 

Uznałem, że skoro pani doktor jest dobrze rozeznana w tym, co się dzieje w Splicie, wolę siedzieć cicho i nie odzywać się bez potrzeby, zanim powiem coś, czym wsypię się, że łżę w najlepsze. Dostałem solidne znieczulenie, bo gdy obserwowałem, jak igła chirurgiczna po raz pierwszy zagłębia się w brzegu rozcięcia, miałem wrażenie, jakby szyte ramię nie należało do mnie. Bezzębny uśmiech rany stopniowo się zawężał, aż w końcu zamienił się w zaciśnięte usta, ściągnięte błękitnymi szwami. Później pamiątka chorwackiego wieczoru, którą miałem nosić na ramieniu już do końca życia, ukryła się pod naklejonym plastrem. Na koniec chirurg dała mi kilka zastrzyków, łączne z tym przeciwtężcowym, a potem dobyła blister pastylek, przecięła go nożyczkami na pół i dała mi jedną część, zawierającą cztery tabletki.

 

– Proszę brać jedną dziennie, najlepiej na czczo, a przez ten czas nie korzystać z alkoholu – mówiła. W tym czasie typowo lekarskim pismem zapisała druczek, z którego bez znajomości chorwackiego nie za wiele rozumiałem, i wręczyła mi go. – Z mojej strony to wszystko. Proszę udać się z tym do rejestracji. Gdyby źle się pan poczuł, pojawiłaby się gorączka lub inne niepokojące objawy, proszę się do nas zgłosić. Zaraz wypiszę panu zwolnienie lekarskie, proszę tylko przygotować dane pańskiego pracodawcy.

 

O, nie, to nie wchodzi w rachubę. Poczułem, jak robi mi się gorąco. Na szczęście nie traciłem głowy. The show must go on.

 

– Dziękuję,  ale nie trzeba.

 

– Jest pan pewny? Na pana miejscu...

 

– Spokojnie, wiem, co mówię. Jak wspomniałem, ja tylko dorabiam w "Heaven's Night", a prawdę mówiąc robię to trochę na czarno. Szefowi nie opłacało się dawać mi pełnej umowy, a że mi to odpowiadało, dogadaliśmy się, że gdyby coś mi się stało w trakcie pracy, dostanę po prostu wolne z marszu.

 

Wiedziałem, że brzmi to słabo jak jasna cholera, ale na szczęście pani doktor nie była zainteresowana szczegółami.

 

– Rozumiem. W każdym razie proszę na siebie uważać.

 

Zebrała zabrudzone płaty ligniny, zużytą igłę, resztki nici chirurgicznej i wyrzuciła je do kosza. Gdy odwróciła się znów w moją stronę, uśmiechnęła się i zmierzyła uważnie wzrokiem moją sylwetkę. Uśmiech – tak, to jest coś, co sprawiło, że wydała mi się teraz dużo przyjaźniejsza, niż jeszcze kilkanaście minut temu.

 

– Swoją drogą, musi pan być naprawdę niezły – powiedziała, nie przestając się sympatycznie uśmiechać. – Zawsze mi się wydawało, że ochroniarz powinien być większy.

Share this post


Link to post

Świetnie się czyta, niech to trwa jak najdłużej.

  • Like 1

Share this post


Link to post

Przycupnąłem w hallu izby przyjęć pod wykafelkowaną ścianą nieopodal rejestracji, wyjąłem z kieszeni komórkę i wyszukałem w kontaktach Dariusza, który właśnie powinien wracać ze służbowego spotkania w stronę Solina.

 

– Jak leci, mistrzu? – odezwał się Darek, gdy minęły cztery sygnały.

 

– Gdzie teraz jesteś?

 

– Sekundę, spojrzę na nawigację. – Na chwilę w słuchawce zapadła cisza, a ja słyszałem tylko szum jadącego samochodu. – W tej chwili dziesięć kilometrów od Splitu. A potrzebujesz czegoś?

 

– Tak. Słuchaj uważnie, bo mi się bateria kończy – powiedziałem, po czym chorą ręką mozolnie rozprostowałem karteczkę, którą dał mi taksówkarz, i podyktowałem Darkowi adres. – Podjedź, jeśli możesz, bo nie mam pojęcia, jak wrócić stąd o tej porze do Solina.

 

– Kruczy syf, co się stało?

 

– Pogadamy o tym później, w samochodzie – rzekłem i dodałem ściszonym głosem: – Mam wrażenie, że Chorwaci lepiej rozumieją język polski, niż my chorwacki.

 

Niecałe dwadzieścia minut później ujrzałem zbawienny widok, gdy przez izbę przyjęć szedł Dariusz, rozglądając się pośpiesznie na wszystkie strony. Wypatrzył mnie w momencie, gdy podniosłem się z plastikowego siedziska, i podszedł, mijając smętnych ludzi czekających na przyjęcie przez lekarza. Darek był kumatym gościem, więc dopóki nie zasiedliśmy w samochodzie, ograniczył się tylko do skomentowania mojego podpuchniętego, oklejonego dużym plastrem ramienia imieniem kurwy maci, a potem zaproszenia mnie do marszu w stronę szpitalnego parkingu.

 

– Kurwa, niedobrze... – warknął, gdy sunęliśmy wozem w kierunku naszej kwatery, a ja skończyłem opowiadać prawdziwą historię mojej rany. – Niedobrze!

 

– Wybacz, Darek... Nie mogłem tak po prostu udać, że niczego nie widziałem, i odejść. Wiem, że nie można teraz przewidzieć skutków, jakie może to za sobą przynieść, ale nie zasnąłbym spokojnie, zastanawiając się, co stało się z dziewczyną, której nie pomogłem. Ten skurwiel mógłby ją tylko okraść, ale równie dobrze zgwałcić, pobić lub nawet zabić. Albo i wszystko na raz. Nie wiem, co byłoby dla niej gorsze.

 

– Rozumiem to. Prawdę mówiąc pociesza mnie nawet, że przynajmniej porządnie kurwiego syna sklepałeś. Martwi mnie tylko, że nie wiemy, kim on mógł być.

 

– Na razie jedyne, co jest pewne, to to, że przez jakiś czas nie będzie w stanie pójść w żadną uliczkę, by kogokolwiek zaczepić – powiedziałem, wlepiając spojrzenie naprzód przez przednią szybę. – Wpadłem w coś na wzór szału, uruchomił mi się instynkt walki z krav magi i tak mocno wjechałem mu z podeszwy w kolano, że nie ma szans, by nie poddały mu się więzadła. Z oddychaniem przez nos też będzie miał kłopoty, po spotkaniu z moim łokciem. Nawet nie wstał, by nas gonić, tylko wrzeszczał... Kurwa mać, jestem debilem! – wycedziłem, strzeliwszy się otwartą dłonią w czoło.

 

– Co się stało?! – niemal krzyknął Darek, który miał dość wrażeń na dziś, i gwałtownie zwrócił na mnie wzrok.

 

– Przecież mogłem spytać tą dziewczynę, co on krzyczał! – odpowiedziałem i warknąłem przez zaciśnięte zęby. – Jak zawsze myślę dopiero po fakcie, gdy jest za późno. Teraz nawet nie wiem, jak mógłbym ją odnaleźć. Zaczynają się wakacje, w Splicie jest tyle ludzi, że szanse spotkania jej tam na mieście są całkowicie odrealnione. W jakiejś tandetnej powieści, w której deus ex machina jest na porządku dziennym, jasne, ale nie w prawdziwym życiu.

 

Zbliżaliśmy się do kwatery. Poznawałem z wolna okolice Solina, którymi przechadzałem się w poprzednie dni.

 

– Myślmy lepiej o tym, by to tamten kurwi syn nie odnalazł ciebie, bo znając twoje możliwości może już nie być sam – powiedział, włączając kierunkowskaz przed skrzyżowaniem. Mieliśmy czerwone światło. – To mógł być oczywiście jakiś przypadkowy frajer, ale nienawidzę, gdy nie mogę być czegoś pewnym. Tacy jak on z kolei nienawidzą czuć smaku porażki, szczególnie, gdy oznacza to konieczność uznania czyjejś wyższości. Kurwa, to może oznaczać niezłe szambo, jak ktoś cię rozpozna, gdy będziemy w knajpie w Splicie!

 

– Czyli co? Powinniśmy chyba zbierać się do Polski...?

 

– Wykluczone – rzucił natychmiast Darek. – To byłoby najrozsądniejsze wyjście i, szczerze mówiąc, już teraz bym się pakował i od razu ruszał w stronę kraju, ale... nie mogę tego zrobić.

 

Spojrzałem na niego pytająco, a że nadal staliśmy na światłach, odwzajemnił moje spojrzenie. Jego oczy wyrażały bezkresne zmęczenie.

 

– Wiesz, nie mówiłem ci tego, ale od kilku miesięcy nie przelewa się u nas w firmie. Zarząd myśli o redukcji etatów, może nawet o sprzedaży części udziałów – przyznał. – Choć nikt nie powiedział mi tego wprost, mam wrażenie, że ta delegacja do Chorwacji miała być czymś w rodzaju ostatniej szansy. Zarówno dla firmy, której może pomóc już tylko udane wynegocjowanie umowy z tutejszym inwestorem, jak i dla mnie, któremu powierzono to zadanie. Kruczy syf, nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to presja. Jeśli mi się nie uda, nawet nie z mojej winy, bo na przykład inwestor się rozmyśli, może to dla mnie oznaczać puszczenie z torbami.

 

Więc to dlatego popielniczka na tarasie tak szybko się zapełnia, pomyślałem, a od Darka czasami czuć było Peak Labelem nawet wtedy, gdy nie piliśmy. Popijał ukradkiem, by choć trochę sobie ulżyć.

 

– Walniesz jednego? – zapytał, zupełnie jakby w odpowiedzi na moją myśl.

 

– Niestety, nie tym razem, stary – odparłem i uniosłem pół blistra z tabletkami ze szpitala, który cały czas ściskałem w dłoni. – Przez najbliższe cztery dni nie mogę. Zresztą jestem teraz tak naszprycowany po tym szyciu, że i bez alkoholu czuję się jak po dwóch szklankach napełnionych po brzegi.

 

W końcu zajechaliśmy przed kwaterę. Dariusz pomógł mi wtoczyć się po schodach i odprowadził do pokoju. Zaprotestował, gdy wspomniałem o wtyczce przeciw komarom, i włączył ją za mnie, wymieniwszy przedtem wkład na nowy, po czym zgasił światło i wyszedł, zostawiając uchylone drzwi. Zrzuciłem z siebie ciuchy – koszulka nadawała się już tylko do wyrzucenia – do samych gatek, korzystając niemal wyłącznie z prawej ręki, by na koniec wpełznąć do łóżka, ułożyć się wygodnie i zamknąć oczy. Słuchałem koncertu cykad, które za otwartym oknem prezentowały swój kunszt, kołysząc mnie do snu.

Share this post


Link to post

To nie był pierwszy raz, gdy miałem do czynienia z chirurgią i aplikowanymi lekami, więc skrupulatnie trzymałem się zaleceń pani doktor i przez bite cztery dni nie dotykałem alkoholu, dokąd tylko nie skończyłem przyjmowania tabletek. Do wizyty w Splicie również mi się nie śpieszyło. Przez weekend siedziałem więc na kwaterze, czekając cierpliwie na termin zdjęcia szwów. Swoją aktywność ograniczałem do spacerów po okolicy i doceniania każdego dnia, w który na wieczór mogłem dopisać zero po stronie gorączki i innych objawów, których szansę wystąpienia nakreślono mi na ostrym dyżurze. Po sześciu dniach uznaliśmy z Dariuszem, że nie możemy do końca wyjazdu siedzieć zaszyci w Solinie jak mysz pod miotłą, więc w końcu wybraliśmy się na nieśmiałe wyjście do naszej ulubionej knajpki w Spilcie.

 

Obawy Darka szybko zaczęły wydawać się wcale nie tak bardzo nieuzasadnione. Siedzieliśmy w ogródku piwnym pod parasolem w biało-czerwoną szachownicę sącząc piwko – wolałem nie porywać się od razu na nic mocniejszego, w szczególności na Peak Labela, a Darek był ze mną nad wyraz solidarny, jak na przyjaciela przystało. Rozmawialiśmy o przyziemnych sprawach, kiedy złowiłem kątem oka dziwnie znajomą mi postać o blond włosach, jaka przez chwilę objawiła się nieopodal na tle zatoki, znad której dochodził miarowy, delikatny szum fal rozbijających się o kamienisty brzeg Adriatyku. Zwróciłem spojrzenie w tamtym kierunku, ale postaci już tam nie było. Darek chyba nie zauważył mojego chwilowego przestoju, bo nadal mówił, przyglądając się swojemu na wpół wypalonemu pall mallowi.

 

Pociągnąłem dwa łyki piwa, po czym znów obejrzałem się w stronę, w okolicy której mignęła mi znajoma postać. Tym razem spostrzegłem stojącego pośród maszerujących w tę i z powrotem ludzi faceta. Z racji postępującej łysiny był krótko ostrzyżony, miał na sobie białą koszulę i ciemne sztruksy. Przypominał mi nieco Jasona Stathama, tylko troszeczkę zapuszczonego. Spoglądał w kierunku naszego stolika, zupełnie jakby się zastanawiał. W końcu lekko nieśmiałym krokiem ruszył w stronę knajpki. Kiedy zbliżył się bardziej, przestał przypominać mi Jasona Stathama, a podobieństwo powędrowało bliżej Jana Kollera, tylko dużo niższego. Minął nas, posyłając mi ukradkowe spojrzenie.

 

Niecałą minutę później ktoś obszedł mnie z mojej lewej, przystając zaraz obok.

 

– Przepraszam, mogę się przysiąść? – rzekła niższa wersja połączenia Jana Kollera z Jasonem Stathamem.

 

Nie chcąc wyjść na kompletnego buca, po uprzednim porozumiewawczym spojrzeniu z Darkiem, wskazałem jedno z wolnych krzeseł po drugiej stronie stolika. Jason Koller postawił szklankę Coca-Coli na blacie i osunął się z westchnieniem na krzesło. Dariusz zgasił wypalonego aż do filtra pall malla, po czym od razu sięgnął po następnego.

 

– Słyszałem, że jest pan lokalnym bohaterem – powiedział Jan Statham, puszczając mi oczko. Chyba zobaczył zmieszanie na mojej twarzy, ale nim się odezwał, spojrzał na mój plaster na lewym ramieniu. – No, niech pan nie będzie tak skromny. W dzisiejszych czasach znieczulicy rzadko się zdarza, by ktoś tak bezinteresownie stanął w obronie słabszej jednostki.

 

– Ale że niby ja? – zachrypiałem. – To musi być jakaś pomyłka, kompletnie nie wiem, o czym pan...

 

– Doceniam skromność, jest to godne podziwu, ale naprawdę może być pan z siebie dumny – przerwał mi. – Sam za swoich najlepszych lat nie wiem, czy odważyłbym się na taki ruch.

 

– Kolega chyba powiedział wyraźnie – wtrącił się Dariusz. – Nigdy wcześniej nie byliśmy w Chorwacji, a co dopiero w Splicie.

 

Jan Jason Statham Koller zaśmiał się. Pociągnął łyk Coca-Coli i otarł spocone od upału czoło chusteczką higieniczną.

 

– Tak się składa, że znam uratowaną z opresji dziewczynę – powiedział z szerokim uśmiechem. – Zresztą przyjechała tutaj ze mną i osobiście wskazała pana  – skinął na mnie dłonią – jako swojego wybawiciela. Opowiedziała mi, że po wszystkim miał pan zakrwawione lewe ramię, a sądząc po pańskim plastrze, chyba nie pomyliła się, rozpoznając swojego bohatera właśnie w panu.

 

Znów spojrzałem na Darka, który uraczył mnie mętnym wzrokiem, trzymając w ustach tlącego się papierosa.

 

– A kim pan właściwie jest? – Starałem się grać na czas. Dopóki nie miałem rozeznania w jego intencjach, za wszelką cenę nie chciałem dać się wciągnąć w głębszą polemikę.

 

– Spokojnie, nie mam złych zamiarów – rzekł nieznajomy, rozkładając ręce, zupełnie jakby był kasjerem w banku, a ja celowałbym mu w brzuch z rewolweru w czasach Dzikiego Zachodu. – Jest tutaj mnóstwo ludzi, ponadto na tamtym i tamtym – wskazał po kolei palcem – słupie są kamery, a mnie widać na nich jak na dłoni, zwłaszcza, że swoją łysiną mogę puszczać zajączki. Rozumiem doskonale, czego pan się obawia, ale mogę pana zapewnić, że gdybym był złym chłopcem, nie byłbym aż tak głupi, by nachodzić pana w biały dzień, w samo południe, w pełnym ludzi pubie.

 

Przeanalizowałem sprawę. Darek wzruszył ramionami, gdy na niego spojrzałem; uznałem to za sygnał, że chyba nie ma się czego obawiać.

 

– Czemu zatem zawdzięczam pańską wizytę? – zapytałem. – Jeżeli chciał mi pan podziękować za uratowanie życia tamtej dziewczynie, moglibyśmy uznać, że już pan to zrobił, a jednak nadal przy tym stoliku siedzą trzy osoby. Czy nie jest tak?

 

Jan Statham pociągnął kolejny łyk Coca-Coli i podrapał się po swojej glacy.

 

– Gdyby chodziło wyłącznie o mnie, jasne, byłoby po sprawie. Dałbym panu nawet kilka banknotów chorwackich kun o niebagatelnym nominale w podzięce – rzekł, nachylając się w moją stronę. – Tak się jednak składa, że nie przyjechałem tu z tamtą dziewczyną wyłącznie z własnej woli, mimo że naprawdę podziwiam pańską odwagę. Ta dziewczyna ma ojca, który ze wszystkich sił się o nią troszczy, a ten ojciec odczuwa niemałą ulgę, że ślepy los zesłał pana w tamto miejsce akurat w tamtym czasie.

 

– I co w związku z tym?

 

– A to, że chciałby podziękować panu osobiście – powiedział, a kiedy zobaczył moją minę, raz jeszcze uniósł otwarte dłonie: "poddaję się, zabierz wszystkie dolce, ale proszę, oszczędź mnie". – Jeżeli mi pan nie ufa, rozumiem to. Jako dowód tego, że mówię prawdę i nie mam złych intencji, możemy w każdej chwili podejść razem do baru, przy którym powiem barmanowi, że zaproponowałem panu małą przejażdżkę, podam mu moje imię, nazwisko, adres zamieszkania i numer karty kredytowej, żeby miał wystarczająco dużo moich danych na wypadek, gdyby spadł panu choć włos z pańskiej bujnej czupryny. No, to jak będzie?

 

Pochyliłem głowę, obejmując ją dłońmi. Facet mówił z sensem, a dokoła nas było wystarczająco dużo świadków, by później przyznać na policji, że widzieli faktycznie łysawego gościa, który namawiał pewnego Polaka z plastrem na ramieniu, by pojechał z nim. Oczywiście w chwili, w której składaliby zeznania, mógłbym równie dobrze już nie żyć. Ale czyż życie nie opiera się na podejmowaniu skalkulowanego ryzyka? W końcu można przejść nawet i dziesięć traumatycznych związków, które zostawiają serce w strzępach, a za jedenastym razem i tak znów dajemy się uwieść urokowi dziewczyny, zapominając, jak zraniło nas dziesięć poprzednich.

 

– W porządku – odezwałem się w końcu, podnosząc głowę. – Ale pod jednym warunkiem.

 

– Słucham – odpowiedział nieznajomy Jason Koller.

 

– Mój przyjaciel – wskazałem na Dariusza – pojedzie ze mną.

 

Mężczyzna spojrzał na Darka łagodnym wzrokiem.

 

– W porządku. Nie widzę najmniejszych przeszkód.

 

– Uprzedzam tylko, że jeżeli zauważę u pana jakikolwiek fałszywy ruch, uruchomię się – ostrzegłem. – Mój przyjaciel, choć jest prawie dwa razy cięższy ode mnie, również się uruchomi. Nawet gdyby wyciągnął pan ze schowka berettę, i tak nie zdąży pan jej użyć, zanim któryś z nas nie spadnie na pana, jak chuj na Mariolę.

 

Jan Statham uśmiechnął się serdecznie i uniósł dłoń z wyprostowanymi palcami wskazującym i środkowym.

 

– Nie macie się czego obawiać, słowo Stjepana – zapewnił. – Żebym dostał alergii na świeże powietrze, raka fajfusa i stwardnienia zanikowego bocznego, jeżeli raczyłbym zrobić wam cokolwiek złego!

 

Dopiliśmy z Darkiem piwa, nasz nowy nieznajomo-znajomy swoją Coca-Colę, po czym wstaliśmy i udaliśmy się w stronę samochodu, który Jason Koller zaparkował kilkadziesiąt metrów dalej.

  • I love it 2

Share this post


Link to post

Nooo... kozak, dajesz dalej!

Share this post


Link to post

Szkoda, że nie ma wyszczególnionego wątku bo nadaje się to na osobną kategorię ;)

Share this post


Link to post

Dziękować za komentarze 😉  Ani się nie obejrzałem, a nagle pękły trzy strony 😅

 

@Maniek_ZKS,

Co poeta ma na myśli? ;)

Share this post


Link to post

Jedyne, co zdążyłem zauważyć od momentu, w którym odjechaliśmy z miejsca parkingowego, było to, że zmierzamy w kierunku Solina. Poza tym wolałem mieć na oku naszego nowego znajomego, bo mimo wszystko nadal nie potrafiłem obdarzyć go pełnym zaufaniem, zaś ilekroć próbował nas mocniej zagadywać i wciągnąć w rozmowę, przypominałem mu, by lepiej patrzał na drogę. Miałem jedynie nadzieję, że ojciec tamtej dziewczyny nie okaże się mieszkać naprzeciwko naszej kwatery, ale kiedy nasz łysawy koleżka zebrał kilka mocnych wiraży, zatrzymał wóz i wyrwał mnie z transu mówiąc z uśmiechem, że jesteśmy na miejscu, kompletnie nie poznawałem okolicy. Punkt dla nas, pomyślałem, gdyby rozmowa nie poszła zbyt dobrze, nie wyda się za szybko, że również stacjonujemy w Solinie. Żałowałem tylko, że przegapiłem nazwę ulicy, numer budynku, a kiedy dokoła siebie ujrzałem zastawiony samochodami parking, że umknął mi również jakikolwiek napis obwieszczający, co to za instytucja, do której należały miejsca parkingowe.

 

Jan Jason Statham Koller poprowadził nas bocznym wejściem, przy którym również niczego nie zauważyłem. Przodem szedł on – nie było mowy, bym zgodził się mieć go za swoimi plecami – za nim ja, a straż tylną pełnił Dariusz. Wnętrze, a konkretniej korytarz, doprowadziło mnie do wniosku, że najprawdopodobniej znajdujemy się w jakimś solińskim Urzędzie Miasta, bądź czymś zbliżonym. Od czasu przygody w ciemnej uliczce, chcąc dmuchać na zimne, zabierałem swoje pudełko (teraz już lżejsze i pozbawione przykrych pamiątek) z dokumentami w plecaku – przezorny zawsze ubezpieczony. Teraz, idąc za Jasonem Kollerem, zdjąłem plecak z ramienia i dobyłem z niego swoje pudełko, które uchyliłem, by ocenić, czy coś w magiczny sposób mi nie zniknęło.

 

W tej chwili z impetem rozstąpiły się drzwi tuż po prawej. Wypadł z nich wzburzony facet, wpadając najpierw na Jana Stathama, następnie obaj wyrżnęli we mnie, a ja wraz z nimi poleciałem na Darka, który rozłożył się na ścianie z szeroko rozpostartymi ramionami. Moje święte pudełko wyfrunęło mi z rąk i znalazło się na podłodze, wypluwając z siebie moje świadectwa i inne dokumenty.

 

Wzburzony facet nawet nie zdobył się choćby na zwykłe "przepraszam", tylko odzyskał równowagę i ruszył dalej, prawie biegnąc. Padłem na klęczki i zacząłem zbierać papiery, w czym pomagał mi Stjepan vel Jan Jason Statham Koller.

 

– Ekhm! – chrząknąłem ostrzegawczo, gdy zauważyłem, że Stjepan zaczął dłużej przyglądać się jednemu z dokumentów, i wyciągnąłem do niego rękę.

 

– Proszę wybaczyć, już to panu oddaję – odparł z pokorą, po czym starannie poskładał wszystko to, co pozbierał i natychmiast mi oddał. – Nawiasem mówiąc, właśnie za tymi drzwiami znajduje się cel naszej wędrówki. Proszę bardzo.

 

Schowałem pudełko i zasunąłem plecak. Wstaliśmy z klęczek, otrzepując kolana.

 

– Żyjesz, Darek? – spytałem.

 

– Tak, tak, ale gdyby nie fakt, że wizja ładnego gwiazdozbioru na chwilę odcięła mnie od rzeczywistości, chyba bym kurwiego syna przerobił na dżem. Nawet "przepraszam" nie powiedział.

 

Oceniwszy, że już wystarczająco się nastaliśmy, podążyliśmy za Stjepanem. Troszkę sfrustrowało mnie, że pieprzone drzwi otwierały się na lewo, przez co nie miałem szans przeczytać tabliczki, w rezultacie czego nadal nie wiedziałem kompletnie nic, ale miałem nadzieję za chwilę się tego dowiedzieć.

  • I love it 1

Share this post


Link to post

Drzwi, z których wypadł tamten facet, skrywały za sobą gabinet urządzony w klasyczny sposób, z masywnym biurkiem naprzeciwko drzwi, ustawionym tyłem do okna. Za nim dostrzegłem obity skórą fotel obrotowy, taki sam, na jakim w filmach z posępną miną odwracają się od okna szefowie, którzy skrywają mroczne tajemnice. Rzuciła mi się w oczy stojąca na blacie obcinaczka do cygar, na wpół zapełniona popielniczka, niewielki statyw ze staroświeckim globusem, a ściany po obu stronach ozdabiały regały z licznymi segregatorami.

 

Między mną, Dariuszem i lekko wysuniętym Stjepanem a biurkiem stał dość zabrany w sobie facet, na oko niedługo po sześćdziesiątce, ubrany w idealnie czarny garnitur z rozpiętą marynarką. Chociaż na zewnątrz panował upał, to jednak tutaj działał bardzo sprawny i wydajny klimatyzator, który sprawiał, że na jego czole nie widać było ani śladu potu. Przyozdobione wiszącą pod dolnymi powiekami skórą oczy przyjrzały się najpierw mi, potem Dariuszowi, a na koniec przeniosły się na Stjepana.

 

– Dwóch? – powiedział. Jego głos wydawał się przytłumiony i nieco sapliwie nabierał powietrza, co wskazywało na wieloletni nałóg tytoniowy. – Mówiła mi wyraźnie, że pojawił się wtedy jeden facet, a moja córka wie, co mówi.

 

– Nie miałem wyjścia – odparł Stjepan. – Nie przekonałbym go, gdybym odmówił obecności kolegi.

 

Starszy facet raz jeszcze obrzucił spojrzeniem mnie i Darka, po czym wzruszył nieznacznie ramionami, wykrzywiając mięsistą, dolną wargę, otoczoną szarym, kilkudniowym zarostem. Prawdę mówiąc, i bez tego jego aparycję mógłbym uznać za żywą ilustrację przeciwieństwa przystojności. Odkąd tylko pamiętam, niejeden raz zastanawiałem się, jak to jest w ogóle możliwe, by tak, delikatnie mówiąc, nieprzystojny ojciec mógł mieć tak ładną córkę; od razu założyłem, że urodę musiała odziedziczyć w całości po matce.

 

Zerknąłem na Stjepana, który uśmiechnął się do mnie i puścił mi oczko. W tym czasie jego masywny szef obszedł biurko i usadził się w fotelu.

 

– Zapraszam, usiądźcie, bym mógł się wam przyjrzeć – sapnął, wskazując grubą dłonią stojące po naszej stronie blatu składane krzesła w liczbie trzech.

 

Podeszliśmy z Darkiem i zajęliśmy miejsca, a ja położyłem sobie na kolanach swój plecak. Stjepan wybrał niski, miękki fotel w rogu pomieszczenia, którego wcześniej nie zauważyłem.

 

Szef, łypiąc wzrokiem między mną a Dariuszem, wyciągnął z pudełka cygaro, skorzystał z obcinaczki, wsunął je do ust i przystawił odpaloną zapałkę, wypuszczając jeden po drugim kłęby błękitnego dymu. Po następnym pyknięciu zaciągnął się nieco, by zaraz gwałtowny kaszel zatrząsł jego ogromną piersią. Gdy go opanował, skupił spojrzenie na mnie, zjeżdżając nim na moje lewe ramię, na którym spod rękawka koszulki wystawał spory fragment plastra.

 

– Lubię zwracać uwagę na szczegóły, dzięki czemu mogę z dużym prawdopodobieństwem wytypować, że to właśnie tobie – wycelował we mnie palec wskazujący i środkowy, między którymi ściskał tlące się cygaro – ja i moja córka wiele zawdzięczamy. Skosztujecie? To moje ulubione cygara. Wielu lekarzy namawiało mnie, by z tym skończył, ale jedyny, któremu całkowicie ufam, przestrzegał mnie, że skoro w tym wieku nadal palę, to lepiej już, bym nie przestawał. W przeciwnym wypadku zaraz rzuciłyby się na mnie rozmaite choroby układu oddechowego, z astmą na czele. Nie przeszkadzajcie sobie, częstować się do woli.

 

– Ja dziękuję, nigdy nie przepadałem za cygarami – stwierdził Dariusz.

 

– Może później, panie...? – odpowiedziałem, pragnąc w końcu uzyskać jakiekolwiek informacje.

 

– Nie przedstawiłem się? A niech to kurac, wiecznie o tym zapominam – westchnął starszy facet. – Na to jednak nigdy nie jest za późno. Zoran Bardić, miłośnik dobrych cygar.

 

Skinąłem głową, uśmiechając się pod nosem.

 

– Mnie proszę mówić Ralf, a po mojej prawej siedzi mój przyjaciel Dariusz – zrewanżowałem się, czując się coraz swobodniej, skoro jeszcze nikt nie urżnął mi łba i nic nie wskazywało, by coś podobnego miało nastąpić. – Istotnie, to ja kilka dni temu pomogłem dziewczynie w Splicie, która, jak się dowiedziałem, jest pańską córką. Jak widać po moim ramieniu, poniosłem niewielkie straty, ale wyliżę się.

 

Pan Bardić uśmiechnął się nieco za błękitną zasłoną dymu z cygara, ale nawet ten uśmiech nie zmienił wrażenia brzydoty, jaką emanowała jego sterana, obwisła twarz. Po chwili jednak mocno spoważniał, oparł łokcie o biurko i nachylił się w moim kierunku. Nachylił się zresztą nieznacznie, czyli najmocniej jak tylko mógł – na więcej nie pozwalał mu brzuch.

 

– Musimy sobie wyjaśnić jedną rzecz, panie... Ralf, jeśli dobrze zrozumiałem – powiedział i potrząsnął głową, gdy otwarłem usta, by potwierdzić. – To jest moja jedyna córka, poza którą nie został mi już zupełnie nikt. Gdybym dorwał tego, który ośmielił się ją dotknąć w tamtej uliczce, zajebałbym skurwysyna jak psa, a potem rzucił mewom na pożarcie! Ale gdyby jej się coś stało, albo gdyby ona... no wiesz... chyba nie miałbym już po co żyć. Na szczęście los, Opatrzność, czy jakiekolwiek, cholera, inne siły, przywołały tam ciebie, dzięki czemu cieniutki włos, na którym wisiała moja osobista tragedia, jednak nie pękł.

 

– Rozumiem aż za dobrze, panie Bardić – rzekłem. – Wielu innych rodziców na świecie nie może mówić o podobnym szczęściu. Pana żonie też zapewne kamień spadł z serca.

 

Bardić błysnął na mnie oczami znad cygara, przez krótką chwilę milczał, po czym przystawił je do mięsistych warg i pociągnął.

 

– Oczywiście jestem ci ogromnie wdzięczny, za to, co wtedy zrobiłeś – kontynuował. – Bardzo za to dziękuję, a jeżeli musiałeś zapłacić za zszycie ramienia w szpitalu, ureguluję rachunek. Jednak samo hvala vam nie wystarczy. I tutaj właśnie mam twardy orzech do zgryzienia. Moja córka jest dla mnie warta każdych pieniędzy, ale jednocześnie nie ma takiej sumy, która byłaby wystarczająca. Z tego powodu, choćbym oddał ci mój cały majątek, i tak byłoby to z mojej strony za mało. Poza tym, jakim ja byłbym ojcem, gdybym wycenił jej życie na jakąkolwiek sumę, sprowadzając jego wartość do pieniędzy? Wyszedłbym na skończonego kuraca, a nie ojca.

 

– Naprawdę nie musi się pan aż tak fatygować – zapewniłem. Darek siedział obok i nie wtrącał się do rozmowy, uznając zapewne, że wystarczająco dobrze sobie radzę. – Wystarczy mi świadomość, że nic jej się nie stało i żyje, a ktokolwiek zauważył i docenił mój wkład.

 

– Nie testuj mojej cierpliwości, panie Ralf – odparł natychmiast. – To jest sprawa honorowa, mam wobec ciebie poważny dług i nie spocznę, dopóki go nie spłacę, chyba że wcześniej wyniosą mnie z tego gabinetu nogami do przodu. Należę jednak do ludzi, którym natura nie poskąpiła lotności umysłu, więc zawsze znajduję wyjście z sytuacji. Odkąd tylko córka mi opowiedziała o tym, co się stało, z miejsca poleciłem moim ludziom za wszelką cenę cię znaleźć. Dopiero Stjepan miał na tyle szczęścia, że się udało. Przede wszystkim chciałem zobaczyć się z tobą w cztery oczy i nawiązać bezpośredni kontakt. Teraz, gdy już się widzimy, nie będę musiał znowu rozsyłać ludzi po całym Splicie, tylko po prostu Stjepan sięgnie po telefon i zadzwoni.

 

To powiedziawszy, przesunął przez blat notes z czystymi kartkami, wraz z leżącym na nim długopisem. Spojrzałem na Darka, który wzruszył ramionami w taki sam sposób, jak niedawno w knajpce pod parasolem, więc po raz kolejny uznałem to za znak, że to chyba nic ryzykownego. No i przecież po powrocie do Polski zawsze mogę zmienić numer, pomyślałem, po czym chwyciłem długopis i wysmarowałem w notesie mój aktualny numer komórki.

 

– Świetnie, teraz jestem jeszcze spokojniejszy. – Na pokrytej szczeciną kilkudniowego zarostu twarzy Bardicia znów zagościło coś na wzór uśmiechu. – Jak długo będziecie jeszcze przebywać w Chorwacji?

 

– Za półtorej tygodnia wyjeżdżamy – odpowiedział Dariusz. – W przyszły weekend wracamy do Polski.

 

– E, żaden problem – stwierdził Bardić, machnąwszy ręką. – Przez ten czas bez problemu już coś wymyślę. Na pewno nie skusicie się na cygaro?

 

– Następnym razem, panie Bardić, bo rozumiem, że jeszcze przynajmniej raz będziemy się widzieć – stwierdziłem.

 

– No cóż, jak innym razem, to innym razem. W porządku, nie będę was dłużej zatrzymywał i marnował waszego czasu. Niebawem się skontaktujemy, a teraz Stjepan odwiezie was z powrotem do Splitu.

 

Stjepan, siedzący dotąd z tyłu i nie dający znaku życia, wstał z fotela w kącie przy akompaniamencie skrzypiącej sztucznej skóry. Dariusz chrząknął pod nosem, a kiedy na niego spojrzałem, pokręcił prawie niezauważalnie głową.

 

– Dziękujemy, ale Stjepan nie musi się fatygować – powiedziałem. – I tak mieliśmy już się stamtąd zbierać, a mieszkamy stosunkowo niedaleko. Poradzimy sobie sami, a spacer jeszcze nikomu nie zaszkodził.

 

Stjepan vel Jan Jason Statham Koller odprowadził nas tylko na ulicę, a później uścisnął nam dłonie i wrócił do środka. Uzgodniliśmy z Dariuszem, że ruszymy w prawo, by po pierwsze już się stąd ulotnić, a po drugie ustalić, w jakiej konkretnie części Solina wylądowaliśmy, by potem znaleźć drogę do kwatery.

Share this post


Link to post

Przez weekend, który miał być ostatnim spędzonym w całości w Chorwacji, nikt mnie nie śledził, nie było głuchych telefonów, ani niczego innego, co mogłoby wzbudzić mój niepokój. Dzięki temu, że powolutku Peak Label zdobywał należną temu trunkowi renomę, dobry gust właściciela pobliskiego sklepiku sprawiał, że nie brakowało nam najlepszego alkoholu, a w worku na szkło na stojaku przed kwaterą regularnie przybywała kolejna pusta butelka z wizerunkiem wznoszącego ręce z czekanem alpinisty na górskim szczycie.

 

– Widziałeś gdzieś moją bransoletkę? – zapytał w sobotnie popołudnie Darek, przetrząsając po raz drugi chałupę z parteru na piętro, i z powrotem. – Niech to kruczy syf!

 

– Tę czerwoną szczęśliwkę?

 

– Taa, gdzieś ją pieprznąłem, i diabli ją wzięli. Przeszukałem nawet oba kible, zajrzałem do komórki z suszarką na pranie, i dupa.

 

Zebrałem dupsko z sofy, rozwalony na której właśnie patrzałem przez szklankę ze złocistą whisky na błękit widoczny za oknem, i pomogłem mu szukać. Moje działania również nie przyniosły rezultatu. Niedługo później, kiedy przetrząsałem piętro, dosłyszałem dzwonek mojej komórki, którą zostawiłem na dole, a teraz nagle ożyła. Ruszyłem czym prędzej, zjeżdżając po poręczy – mój ulubiony rodzaj rozrywki ruchowej, kiedy nigdzie nie wychodziłem. Na wyświetlaczu zobaczyłem nieznany numer z nieznanym mi dotąd kierunkowym, więc miałem swój typ, kto to mógł być. Nie myliłem się - ze słuchawki dobiegł mnie znany mi już beztroski, ale jednocześnie nietracący nutki konkretu głos Stjepana.

 

– Uszanowanie, panie Ralf – odezwał się, tak że od razu miałem przed oczami jego glacę i szeroki banan na twarzy. – Szef Bardić przemyślał kilka spraw i chciałby z panem porozmawiać. Proszę tylko powiedzieć, skąd mam pana odebrać w poniedziałek około 12, bo zakładam, że na brak wolnego czasu pan nie narzeka?

 

Owszem, nie narzekałem. Wprawdzie Dariusz tym razem nie mógł mi towarzyszyć, bo rano wyjeżdżał zmagać się dalej o swoją przyszłość w pracy, ale nie sądziłem, by w jamie Bardicia czyhały jeszcze jakieś niemiłe niespodzianki. Powiedziałem więc Stjepanowi, byśmy spotkali się pod dworcem obok solińskiej zatoki, bo nie przyszedł mi do głowy żaden bardziej neutralny grunt, i pozostało mi tylko czekać. Od momentu, w którym rozłączyłem się i wsunąłem telefon do kieszeni, by nie musieć znowu zjeżdżać po poręczy, nie myślałem już jednak wcale ani o Bardiciu, ani o jego córce, chociaż była nieprzeciętnej urody, ani nawet o Stjepanie, z którym właśnie rozmawiałem.

 

Paradoksalnie moje myśli zaprzątała szczęśliwa bransoletka Darka, która niemalże wyparowała, a ponowne przeszukanie przeze mnie całego domu znów nie dało najmniejszego efektu. Wspominając to w tej chwili mogę powiedzieć tylko tyle, że ani ja, ani tym bardziej Darek, nie widzieliśmy jej już nigdy więcej.

Share this post


Link to post

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Loading...

  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...