Jump to content


KONKURS "CM FORUM - KARIERA FOOTBALL MANAGERA" WYSTARTOWAŁ!

Do wygrania 2 egzemplarze gry FOOTBALL MANAGER 2020!

REGULAMIN KONKURSU


Sign in to follow this  
steken

Niewdzięczna znajomość

Recommended Posts

Football Manager 2015

Baza danych: Duża

Liga: Niespodzianka (1-6)

 

5 września. Powinienem cieszyć się na ten dzień, przecież tylko raz w roku ma się urodziny. Problem w tym, że już od 4 lat ten dzień bardziej mnie smuci niż cieszy. Mam już 22 lata, a odkąd stałem się pełnoletni, czuję jakbym ciągle był w miejscu. Jeśli w wieku 22 wiosen twoim największym życiowym osiągnięciem jest „wystrzelanie” 30% na maturze z matematyki to wiedz, że coś w twoim życiu nie idzie jak iść powinno. Jeśli w wieku 22 lat nadal jesteś studentem 1. roku to możesz zacząć podejrzewać, że życie na uczelni jednak nie jest dla ciebie. Tak, zgadza się, to moja 3. próba w pogoni za dyplomem, choć coraz częściej odnoszę wrażenie, że jest to bardziej marzenie rodziców niż moje. Ciągle czekam aż uświadomią sobie, że nie stworzyli drugiego Einsteina. Studia w moim przypadku to zawsze ten sam schemat – semestr zimowy kończę z tyloma warunkami, na ile pozwala mi dług punktowy, a w letnim przybywa tego jeszcze więcej, co kończy się wyrzuceniem z roku. Wrzesień oznacza sesję poprawkową, a więc jestem właśnie w tej drugiej fazie „schematu frajera”. Z dniem dzisiejszym przestanę być studentem budownictwa po tym, jak koncertowo obleję poprawkę z mechaniki teoretycznej.

Dzień zaczął się w „najlepszy” możliwy sposób – pobudką telefonem o 6 nad ranem.

-Wszystkiego najlepszego, sto lat! – Wykrzyczał do telefonu Wojtek. To mój najlepszy przyjaciel, znamy się od podstawówki. – Jak się czuje nasz jubilat?!

-Wyśmienicie, poza faktem, że jest 6 rano – wymamrotałem. Jeszcze przed chwilą myślami byłem na plaży w otoczeniu ślicznych Hiszpanek, a teraz powoli zaczynała do mnie docierać smutna rzeczywistość i wizja kolejnego upokorzenia na egzaminie.

-No już, już! Obaj wiemy, że to twoje urodziny, ale nie zapominajmy, że dziś walczysz o przetrwanie na uczelni. Chciałem mieć pewność, że nie zaśpisz. Pamiętasz przecież, co było w lutym.

Pamiętam i to aż za dobrze. Wojtek do dziś myśli, że zaspałem na egzamin z matematyki po całej nocy wkuwania. W rzeczywistości do rana grałem na konsoli i nawet nie raczyłem zjawić się na poprawie, szkoda było mojego czasu. Nie mogłem mu się do tego przyznać, nie zrozumiałby tego. Wojtek zawsze był wzorowym uczniem. Co najciekawsze, wcale nie jest kujonem. Razem się bawimy i imprezujemy. Śmiem wręcz twierdzić, że Wojtek na imprezach szaleje bardziej niż ja. On po prostu nie musi się uczyć, ma świetną pamięć. Pod tym względem jestem jego dokładnym przeciwieństwem.

Wojtek jest na trzecim roku, za pół roku będę się do niego zwracać „panie inżynierze”. Po nieudanych przygodach z ekonomią i transportem dałem mu się namówić na jego kierunek. Miałem od niego wszystkie projekty, pozostało mi jedynie zaliczać egzaminy, ale nawet to mnie przerosło.

-To był wypadek. A dzisiaj to i tak nic z tego nie będzie, nie nadaję się do tego.

-E tam, tylko tak gadasz, przecież się przygotowywaliśmy. – Dla Wojtka przygotowanie polegało na 10 minutach tłumaczenia przykładu i spędzeniu reszty wieczoru przy FIFIE 11. Często zapomina, że jeśli chodzi o naukę, nie jesteśmy na tym samym poziomie.

-Wiesz… To mogło być trochę za mało, nawet nie opłaca mi się tam dziś jechać. – W głowie dokonałem szybkich obliczeń, z których wynikało, że jazda autobusem w obie strony będzie mnie kosztować 3 złote. Nie wiem, czy jestem gotów płacić taką cenę, żeby bezczynnie posiedzieć na auli przez 2 godziny.

-Nawet tak nie mów, daj sobie chociaż szansę. Przecież nic ci nie zaszkodzi spróbować. – Wojtas nie dawał za wygraną. Chciałbym choć w połowie być takim optymistą jak on.

-Ale po co tak sobie psuć urodziny? Obaj mamy wolne, chodźmy po południu na jakieś żarcie.

-Nie, nie, nie, nie dzisiaj. Najpierw zaliczysz mechanikę, potem możemy iść na miasto. Innej opcji nie ma.

„Łatwo powiedzieć, kiedy w całym swoim życiu spędziło się może 45 minut na nauce, a i tak dostawało się świadectwa z wyróżnieniem” – pomyślałem.

-Bawisz się teraz w motywatora?

-Po prostu nie chcę, żebyś potem to sobie wyrzucał. Za parę lat spojrzysz w lustro i pożałujesz, że nawet nie dałeś sobie szansy. Nie mam czasu się teraz z tobą sprzeczać. Ruszaj tyłek, umyj się, wskakuj w sweterek i zalicz to gówno.

Wojtek może mieć trochę racji. Szkoda tracić kolejny rok życia tylko dlatego, że szkoda mi było kupić 2 bilety. Poza tym, to byłoby nie w porządku względem Wojtasa. Przekazał mi wszystkie materiały, nawet zdał jeden egzamin, podszywając się pode mnie. Nie mogę teraz tak łatwo odpuścić. Może nie jestem tak zdolny jak on, ale głupi też nie jestem, musi wystarczyć na 3. No i nie zapominajmy, że dziś są moje urodziny. To może być dla mnie przełomowy dzień, nowy początek. Wszystkie znaki na niebie i ziemi dają mi znać, że musi mi się udać, nie może być inaczej. Mechaniko teoretyczna, nadchodzę!

 

***

 

Wystarczył pierwszy rzut oka na tablicę z zadaniem, żeby się podłamać, a po 2 minutach byłem już przekonany, że nic z tego nie będzie. Najgorsze stało się jednak chwilę później. Wstałem ze swojego miejsca i chciałem jak najszybciej opuścić aulę, by mieć to już za sobą. Profesor Kita od razu jednak spiorunował mnie wzrokiem, co oznaczało, że zostałem uziemiony na 2 godziny. Nie ma nic gorszego niż siedzenie bezczynnie przez 2 godziny, mając świadomość, że już trzeci raz dało się ciała. Przeznaczyłem to 120 minut na rozmyślaniu nad swoją przyszłością. Wnioski były jednak marne – skończyły mi się alternatywy, nie mam na siebie pomysłu i przede wszystkim – mam IQ na poziomie banana. Więcej prób studiowania już nie będzie. Wojtek jakoś to zrozumie, najgorsza rozmowa dopiero przede mną.

Właśnie dziś mają przyjechać rodzice.

  • Like 2

Share this post


Link to post

Pudło. :P

 

Moja rodzina do najbiedniejszych nie należy, aczkolwiek nie żyjemy też w luksusie. Zdaję sobie sprawę, że koszt wynajmu mieszkania w Bydgoszczy jest dla nich nie lada obciążeniem. Rodzice prowadzą małe gospodarstwo. Kokosów z tego nie ma, ale nie przeszkadza im to, aby wszelkie oszczędności łożyć na moją edukację. Moje poprzednie dwie nowiny o wyrzuceniu ze studiów jakoś znosili, bo obiecałem im, że spróbuję jeszcze raz. W tym momencie są przekonani, że świetnie sobie radzę. To im powiedziałem, kiedy ostatnio się widzieliśmy. Wtedy naprawdę wierzyłem, że moja przygoda z nowym kierunkiem będzie dłuższa niż rok. Teraz jednak będę musiał skonfrontować ich z faktem, że to definitywny koniec i wiem, że sprawię im ogromny zawód. A przyjechali tylko po to, aby świętować moje urodziny.

 

***

 

-Cześć, Piotrek! – Już na wejściu zawołał tata. Dobrze było go zobaczyć, odkąd wyprowadziłem się z Brodnicy widujemy się średnio co miesiące. – Wszystkiego najlepszego! Mamy coś dla…

-Rany boskie, co za bałagan! Jak ty możesz tu żyć w takich warunkach? – To zawsze pierwsze zdanie, które mama wypowiada, gdy tylko się zobaczymy. Następne 15 minut spędza na „wstępnym ogarnięciu” mojego lokum, dopiero później faktycznie się witamy.

-Jak minęła wam podróż? Jesteście może głodni? Chcecie coś do picia? – Zapytałem z nadzieją, że mi przytakną. W rzeczywistości chciałem tylko na chwilę uciec do kuchni i ułożyć sobie w głowie monolog, który zamierzam im wygłosić. Wcześniej nie miałem na to czasu, a jak zwykle przyjechali za wcześnie.

-A daj spokój, najedliśmy się w domu. Siadaj no tylko, mamy dla ciebie mały prezent. – To tylko z pozoru była prośba, w głosie taty to zdecydowanie brzmiało jak rozkaz.

Ojciec wręczył mi małe pudełko. Gdy tylko otworzyłem, odebrało mi mowę. W środku znajdował się piękny zegarek wielofunkcyjny, wcześniej widywałem takie w sklepach, do których nawet bałem się wchodzić, aby przypadkiem czegoś nie kupić. Musiałbym wtedy sprzedać nerkę.

Teraz bałem się pomyśleć, ile kosztował ich ten „mały prezent”. Na samą myśl o tym poczułem się bardzo źle.

-Podoba ci się? – Spytała mama. – Gdy ostatnio się widzieliśmy, narzekałeś, że ciągle zasypiasz na zajęcia, więc teraz nic nie stoi na przeszkodzie, abyś był rzetelnym i systematycznym uczniem.

To było jak cios prosto w twarz. Teraz czułem się już fatalnie.

-Dziękuje… ale nie trzeba było. To musiało kosztować fortunę.

-Babcia z dziadkiem postanowili się dołożyć – wyznała mama. Świetnie, kolejne dwie osoby na sumieniu.

-Nie ma o czym mówić młody. Dla ciebie wszystko! – Tata był w świetnym humorze. Nie przeczuwał jeszcze, co zamierzałem im powiedzieć. – No już, na co czekasz? Przymierz!

-Ale… - Nie dokończyłem, bo sam wzrok taty mówił, że nie przyjmie odmowy. Przymierzyłem zegarek, wyglądał znakomicie.

-No! Teraz wyglądasz jak poważny człowiek, o to chodzi! W końcu widzę w tobie studenta!

„No to lepiej się nie przyzwyczajajcie” – pomyślałem. O mały włos nie powiedziałem tego na głos. Chciałem odpowiedzieć, ale nie rodzice nie przestawali się mną zachwycać:

-Nawet nie wiesz kochanie, jak bardzo się cieszę, że w końcu znalazłeś swój kierunek. Choć domyślamy się, że spora w tym zasługa Wojtka. – Mama zawsze zdawała sobie sprawę, że nie jestem tak zdolny jak mój przyjaciel, ale nie była świadoma, że dzieli nas prawdziwa przepaść. – Co u niego? Znów dostanie stypendium?

-Tak, jak zawsze. Zasługuje na to jak mało kto – odparłem. Z każdą kolejną minutą tej rozmowy czułem się coraz gorzej.

-Niesamowity chłopak z tego Wojtka…

-Ale daj spokój, Irena! – Przerwał tata. - Przecież Piotrkowi też niczego nie brakuje. W końcu znalazł coś, co go interesuje. Tylko czekać aż zacznie zarabiać na tym porządne pieniądze. Muszę ci powiedzieć, synu, że powoli przestawałem wierzyć w sens tego twojego całego studiowania. Ale udowodniłeś nam…

-Ok, dosyć, koniec – wtrąciłem się. Nie mogłem już tego znieść. Jeszcze chwila i chyba bym zemdlał ze stresu. – Muszę wam coś powiedzieć, lepiej usiądźcie.

Długo zajęło mi streszczenie, jak naprawdę wyglądał mój ostatni rok. Powiedziałem im o tym, jak Wojtek robił wszystko, aby mi pomóc. Przyznałem się, że poległem już na pierwszym zaliczeniu, na którym byłem zdany tylko na siebie. Z każdym wypowiadanym zdaniem widziałem jak rzedną im miny, a w oczach pojawia się coraz większy zawód. To najgorszy widok z możliwych, chciałem wtedy zniknąć i już nigdy nie wrócić.

Gdy skończyłem, przez długi czas siedzieliśmy wszyscy w milczeniu. Być może to wcale nie było długo, po prostu wszystko działo się dla mnie w zwolnionym tempie. W końcu odezwał się tata, już bez wcześniejszego entuzjazmu:

-Cóż… Doceniamy to, że jesteś z nami szczery. Szkoda, że dopiero teraz. – Czułem się coraz gorzej, ale zdawałem sobie sprawę, że na to zasłużyłem.

-To co teraz będzie? – Zapytałem bez jakiejkolwiek nadziei. Spodziewałem się, co usłyszę w odpowiedzi.

-Synuś, wiesz, że cię kochamy i zrobilibyśmy dla ciebie wszystko – powiedziała po chwili mama. – Ale chyba rozumiesz, że nie możesz tu zostać. Skoro już nie studiujesz, musisz z nami wracać do domu.

To była ostatnia rzecz, jakiej chciałem. Odkąd tylko zdałem maturę, robiłem wszystko, aby wyrwać się z tamtej dziury. Nie mogę teraz tam wrócić.

-Na pewno nie mogę tutaj zostać? Nie ma żadnej innej opcji?

-A jak to sobie wyobrażasz? Nie stać nas na opłacanie mieszkania, żebyś mógł wieść sobie imprezowe życie! – Zagrzmiał tata. Po tonie jego głosu dało się wyczuć, że lepiej nie wchodzić z nim teraz w dyskusję. Musiałem jednak zaryzykować.

-Więc go nie opłacajcie – odparłem, po czym spojrzałem na ich zdziwione miny. – Nie oczekuję od was tego. Chcę tylko, żebyście pozwolili mi tu zostać.

-A kto zapłaci za mieszkanie? Z tego co wiemy, nie masz żadnej pracy.

-Coś wymyślę, dziś nie jest trudno o pracę. Musicie mi tylko dać szansę. Umówmy się, że jeśli do końca miesiąca nic nie znajdę, wrócę do domu.

-A co z wrześniem? Nie wiem jak matka, ale ja na nie zamierzam ci już dać ani złotówki. – Rozczarowanie taty ewidentnie zdążyło się już przerodzić w gniew. Nie dziwię mu się, na jego miejscu zareagowałbym tak samo. I tak był w stosunku do mnie zbyt pobłażliwy.

-Jakoś sobie poradzę, pożyczę pieniądze od Wojtka – skłamałem. Doskonale wiedziałem, że tego nie zrobię, nie mam w sobie tyle odwagi. Musiałem znaleźć inny sposób, ale dopiero później będę się tym martwić.

-W takim razie zgoda. Jeśli się urządzisz, zostajesz. Jeśli nie, oczekujemy na ciebie w domu. Mam już ci posłać w twoim pokoju? – Ironicznie zapytał tata. Najgorsze jest to, że najprawdopodobniej ma rację i już za miesiąc będę w domu.

Reszta wizyty minęła na standardowej rozmowie, co tam ciekawego dzieje się w domu. Nie da się ukryć, że po wcześniejszej dyskusji atmosfera legła w gruzach i już nic nie mogło jej uratować, mimo usilnych starań mamy. Po około godzinie pożegnaliśmy się i znów zostałem sam w czterech ścianach.

Ok, być może nie do końca zostałem sam, bo wraz ze mną problem do rozwiązania. Skąd wziąć pieniądze, aby opłacić mieszkanie do końca miesiąca? Długo szukałem różnych sposobów, ale każdy pomysł napotykał przeszkodę. W końcu jednak zdecydowałem się na rozwiązanie, które świtało mi w głowie od dłuższego czasu, ale wciąż starałem się znaleźć alternatywę. Teraz jednak wiedziałem, że wyjście jest tylko jedno.

Gdy wieczorem wyszedłem na miasto z Wojtkiem, na mojej ręce nie było już nowiutkiego zegarka, który kilka godzin wcześniej dostałem w prezencie.

Share this post


Link to post

Zegarek zamienił się w bilet, tylko dokąd? :) 

Share this post


Link to post

kubilaj2 - Anglia już była. :)

pawko - Pudło. :D

 

To nie jest historia, w której nagle przypadkowo spotykam na ulicy biznesmena, który proponuje mi interes życia. W moim życiu nie dzieje się nic, co mogłoby zwiastować lepszą przyszłość. Jedyny pozytyw jest taki, że po 3 tygodniach udało mi się znaleźć pracę. Jestem kelnerem w jednej z restauracji w centrum miasta. Myślę, że to robota w sam raz dla mnie. Nie wymaga żadnych specjalnych umiejętności, poza tym od zawsze jestem osobą dość komunikatywną. Być może nie jestem najlepszy w swoim fachu, ale mogę się już pochwalić, że niektórzy klienci chcą być obsługiwani tylko i wyłącznie przeze mnie. Nie jest to praca marzeń, ale w pełni wystarcza na pokrycie wszystkich wydatków. Udaje mi się nawet odłożyć trochę pieniędzy.

Problemem jednak zaczynała się stawać rutyna. Moje dni wyglądają tak samo od rana do wieczora przez cały tydzień. Wyjątkiem są wypady na miasto z Wojtkiem i resztą znajomych, ale to tylko parę godzin na przestrzeni 7 dni.

W ramach odskoczni w okolicach listopada zacząłem chodzić na miejscowego orlika. Z początku pojawiałem się tam raz w tygodniu, ale z czasem grałem tam coraz więcej. Doszło do momentu, że byłem tam co drugi dzień i szło mi na tyle dobrze, że raz na jakiś czas chłopaki wystawiali mnie do składu na mecze jakieś małej „podwórkowej” ligi. Nie wiążę swojej przyszłości z piłką, ale zawsze to jakiś fajny wypełniacz czasu, podczas gdy Wojtek kończył pisać pracę inżynierską, za którą – o tym byłem przekonany – otrzyma najwyższą możliwą ocenę.

Przez cały czas spokoju nie dawała mi sprawa zegarka, który za wszelką cenę chciałem odzyskać. Nie był mi on jakoś szczególnie potrzebny, ale wiem, że rodzice ciężko pracowali, abym mógł go dostać, w dodatku dołożyli się dziadkowie. Gdyby dowiedzieli się, że zwróciłem go do sklepu, chyba pękłoby im serce. Muszę go odzyskać zanim ktokolwiek się dowie, co się z nim stało. Problem w tym, że na razie moje „aktywa” mówią, że mogę tylko pomarzyć o odkupieniu zegarka.

 

***

 

Boisko, praca, dom, w weekendy wyjścia na miasto – tak wyglądała moja rzeczywistość aż do lutego. Co ciekawe, coraz częściej widywałem się z Wojtkiem – czy to na orliku, czy to w sobotę na klubach. Spodziewałem się raczej, że im bliżej jego obrony, tym bardziej będzie się do niej przygotowywać. Tymczasem w rzeczywistości było kompletnie inaczej. Co najśmieszniejsze, Wojtas bez jakiegokolwiek przygotowania obroni się bez problemu. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby choć trochę się do tego przyłożył. Kiedyś byłem pewny, że Wojtek tylko udaje wyluzowanego i tak naprawdę siedzi w domu z nosem w książkach. Szybko przekonałem się jednak, że to nieprawda. W całym swoim życiu tylko raz widziałem go, gdy się uczył – w czasach liceum musiał uzyskać 100% z testu z angielskiego, aby otrzymać stypendium. Oczywiście mu się to udało, choć nie bez trudu. Od tamtej pory nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, aby z czegokolwiek się uczył.

-To zawsze był czysty fart, nic więcej. – Wojtek próbuje udawać skromnego, choć obaj doskonale wiemy, że jest ponad przeciętnie uzdolniony.

-Tak, jasne. Uwierzyłbym, gdybym cię nie znał – odparłem, biorąc łyk piwa. Ze względu na niską temperaturę za oknem, sobotnie wyjścia na miasto zamieniliśmy w picie w mieszkaniu – raz moim, raz jego.

Wciąż nie mogłem się nadziwić, że do jego obrony było coraz bliżej, a po nim wcale nie było tego widać.

-Mógłbyś już przestać udawać, że nie przejmujesz się tą obroną – zacząłem temat. – Nie wierzę, że wcale o tym nie myślisz.

-A o czym tu myśleć, stary? – Wojtek naprawdę wyglądał na wyluzowanego. – Obrona to nic wielkiego. Przecież wiem, o czym napisałem pracę, komisja nie ma mnie czym zaskoczyć. Jeśli już mam się czym przejmować, to tym, co będę robić potem.

-O proszę, to nowość. Do tej pory jedyne, czym się przejmowałeś, to wybór koszulki przed imprezą.

-Daj spokój, po obronie żarty naprawdę się skończą. Muszę postanowić, co robić dalej. – Wojtek nagle spoważniał, co trochę mnie zdziwiło.

-No to jest chyba oczywiste, nie? Jaki tam jest tytuł do zdobycia po inżynierze? Doktor rehabilitant, profesor?

-Magister. A to, o czym mówisz, to doktor habilitowany, głąbie.

-Wszystko jedno. Nadal nie wiem, nad czym się zastanawiasz. Powinieneś zostać na uczelni.

-Nawet nie biorę tego pod uwagę – szybko odparował Wojtas. – Nie potrzebuję więcej papierków, inżynier w zupełności mi wystarczy. Poza tym, mam co robić. Uczelnia poleciła mnie jednej firmie. Gdy tylko dostanę dyplom, mogę zacząć pracę w biurze projektowym.

Zamurowało mnie, w tym momencie przestałem cokolwiek rozumieć.

-Co ty gadasz?! Zajebiście! To nad czym ty się w ogóle zastanawiasz? Masz już gwarantowaną robotę. Zdajesz sobie w ogóle sprawę, ile osób chciałoby być na twoim miejscu?

-Wiem, niby fajnie, ale… - Wojtek urwał w pół zdania.

-Ale? O co ci teraz chodzi?

-Nie mogę ci teraz powiedzieć, nie zrozumiałbyś. Pogadamy o tym później, dobra? – Wojtek ewidentnie nie miał ochoty na dalszą rozmowę, więc nie zamierzałem naciskać. – Bierz lepiej pada i odpalamy FIFĘ. Muszę się zrewanżować za zeszły tydzień.

Reszta wieczoru upłynęła nam w luźnej atmosferze przy PlayStation i rozmowach o niczym. Z jednej strony ciekawość mnie zżerała, dlaczego Wojtek waha się, czy podjąć pracę i czemu mi o tym nie chce powiedzieć. Z drugiej strony wiedziałem, że prędzej czy później wszystkiego się dowiem.

Share this post


Link to post

Jeżeli nie wyjazd zagranicę, to coś czuję Polską niższą ligę ;) Wojtek asystentem?! :D 

Share this post


Link to post

Pudło i pudło. ;)

 

-Za świeżo upieczonego pana inżyniera! – Wzniosłem toast w towarzystwie wszystkich zebranych. Łącznie było nas 10 osób. Zaraz potem usłyszeć dało się tylko stukanie butelek. Atmosfera była iście imprezowa.

Spojrzałem na Wojtka, który był powodem całego tego zamieszania, ale nie widziałem, żeby się cieszył. Był chyba najmniej podekscytowaną swoim sukcesem osobą. Kompletnie nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Tłumaczyłem to sobie tym, że po prostu od początku wiedział, że sobie poradzi, więc jego udana obrona nie jest dla niego żadnym zaskoczeniem.

-Dzięki wam wszystkim za przybycie i dzięki… ogólnie za wszystko, ten sukces jest też waszą zasługą. Bez waszej pozytywnej energii każdego dnia nawet nie usiadłbym do pisania pracy. – Wojtek brzmiał bardzo nieswojo. Spontaniczne przemówienia nigdy jednak nie były jego mocną stroną.

-Dobra, dobra, skończ już z tą grzecznościową gadką – krzyknął Robert. – Mamy tu teraz poważniejszy problem, skończyła się wódka. Kto zgłasza się na ochotnika, żeby skoczyć na dół do sklepu?

-Ja pójdę, jak na dobrego gospodarza przystało – odparł Wojtek zanim ktokolwiek inny zgłosił swoją kandydaturę. – Ale sam tego wszystkiego nie doniosę. Potrzebuję jeszcze dwóch rąk.

-Dobra, skoczę z tobą. – Podniosłem rękę w geście gotowości. Uznałem, że dobrze mi zrobi, jeśli się przewietrzę, w mieszkaniu zaczynało się robić duszno.

Gdy zeszliśmy na dół, nie skierowaliśmy się od razu do sklepu. Wojtek usiadł na pobliskim murku i zaczął patrzeć w dal.

-No już panie inżynierze! – Krzyknąłem do Wojtasa, próbowałem go jakoś ożywić. – Lud czeka, aby go napoić.

-Już idę, idę. Chciałem tylko chwilę posiedzieć w spokoju, z dala od tych wszystkich ludzi.

Tego było już za wiele. Zacząłem tracić cierpliwość.

-Wojti, o co ci chodzi? Przez cały wieczór jesteś jakiś nieobecny i zgaszony. Przecież powinieneś świętować.

-Ale ja nie uważam, żeby było co świętować. Ot papierek i tyle, nic nadzwyczajnego – odparł Wojtek beznamiętnym tonem.

-Jak to nie ma co świętować? Jak to nic nadzwyczajnego! – Myślałem, że się przesłyszałem. – Człowieku, zdobyłeś tytuł inżyniera i przyszło ci to bez najmniejszego trudu, tak jak wszystkie inne wcześniejsze stypendia. Zwykli ludzie wypruwają sobie żyły, aby osiągnąć choć połowę tego, a tobie to przychodzi od niechcenia. I to w wieku 22 lat!

Gdy wypowiadałem te słowa, uświadomiłem sobie, jak żałosne jest moje życie. To zapewne wypity już alkohol sprawił, że zacząłem się uzewnętrzniać:

-Ty się przynajmniej realizujesz. A ja? Mam już 22 lata, a nie osiągnąłem nic a nic. Ludzie młodsi ode mnie grają w piłkę nożną i zarabiają na tym fortunę. Ja w wieku 22 lat steruję tymi ludźmi, grając w FIFĘ. To jest moje życie w pigułce.

-Nie przesadzaj, chyba nie jest aż tak źle. – Wojtek nagle zaczął próbować mnie pocieszyć. – Masz przecież pracę, w której świetnie sobie radzisz. Nie każdy może o sobie tak powiedzieć. – Tu akurat miał rację. Moja reputacja jako kelnera cały czas szła w górę, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia.

-I co w związku z tym? Myślisz, że chcę tkwić w restauracji do końca życia? Pracuję tam tylko dlatego, że nie chcę umrzeć z głodu albo wylądować na bruku. – Aż sam zdziwiłem się, jak szczere zacząłem wyrzucać z siebie słowa.

-Hmm, myślałem, że ta praca ci się podoba.

-Bo nie jest zła lubię ją, ale to nie jest praca na zawsze. To nie jest szczyt moich marzeń.

-To co byś chciał robić w życiu?

-Nie wiem! – Krzyknąłem. – Właśnie w tym tkwi cały mój problem. Ty wiesz, co chcesz robić. Nawet nie musisz szukać pracy, bo sama do ciebie przyszła.

Przez długi czas siedzieliśmy w ciszy. Być może to była krótka chwila, ale dla mnie ciągnęła się w nieskończoność. W końcu odezwał się Wojtek:

-Skoro nie masz na siebie pomysłu to… może mógłbym jakoś ci pomóc. – Jego słowa kompletnie zbiły mnie z tropu.

-Czy to ma jakiś związek z firmą, która zaproponowała ci pracę?

-Cóż, może… poniekąd…

-Wojtas, ogarnij się i mów jaśniej. Ja cię na trzeźwo nie zawsze rozumiem, a teraz na dodatek jestem pijany.

-Nie wiem, od czego zacząć. – Wojtek sprawiał wrażenie, jakby coś mocno go krępowało, więc tym razem zacząłem naciskać.

-No najlepiej od początku. Tylko się pospiesz, bo robi się zimno.

Przez kilka chwil chyba układał sobie w głowie wszystko, co mi przekazać, po czym w końcu zaczął mówić:

-Tak jak ci wspominałem z miesiąc temu, odezwała się do mnie pewna firma, konkretniej biuro projektowe, zresztą mniejsza z tym. Wiesz też, że zaproponowali mi pracę, jeśli tylko zdobędę dyplom, co właśnie mi się udało. Wszystko byłoby spoko, ale nie powiedziałem ci, że ta praca wiązałaby się z wyjazdem. To międzynarodowa firma, ma swoje oddziały rozsiane dosłownie na całym świecie. W bydgoskiej filii nie ma etatu, więc chcieliby mnie wysłać do Bari. – Wojtek spojrzał na mnie, czekając na moją reakcję. To jednak niewiele mi mówiło.

-Ok, ale gdzie jest to całe Bari? To jakaś wioska pod Bydgoszczą?

-To we Włoszech, kretynie.

W tym momencie wbiło mnie w ziemię. Myślałem, że się przesłyszałem.

-Jaja sobie robisz, tak? – Odparłem, choć nadal nie dowierzałem.

-Chciałbym… - Westchnął mój najlepszy przyjaciel. Gdy otrząsnąłem się z pierwszego szoku, zapytałem:

-To w czym ty w takim razie widzisz problem?! Oferują ci pracę i wyjazd do Włoch! Co ci w tym nie pasuje?

-Nadal się nie domyślasz?

Próbowałem wpaść na pomysł, o co może mu chodzić, ale nie miałem pojęcia. Wojtek nie miał dziewczyny, a jego rodzice mieszkali na południu Polski, widywał się z nimi raz na rok. Wojtas musiał zauważyć, że nie mogę nic wymyślić i postanowił mnie oświecić:

-Nie znam włoskiego, w przeciwieństwie do ciebie. Przecież dobrze o tym wiesz.

Wtedy wszystko stało się dla mnie jasne. Jak już zdążyłem kilka razy napomknąć, Wojtek jest najzdolniejszą osobą, jaką znam. Jeśli jednak jest jedna rzecz, w jakiej jestem od niego lepszy (poza grą w FIFĘ, oczywiście), to są to języki obce. Być może nie nazwę się lingwistą, ale jestem w stanie bez problemu porozumieć się z Anglikiem, Niemcem, Hiszpanem czy Włochem. To zadziwiające jak wiele człowiek może się nauczyć, grając przez Internet z obcymi ludźmi i oglądając seriale z napisami.

Wojtek nigdy nie przepadał za językami obcymi, choć od wielu lat powtarzam mu, że gdyby tylko wykazał choć trochę inicjatywy, z łatwością osiągnąłby satysfakcjonujący go poziom. Nie jest jednak łatwo przemówić mu do rozumu.

-Ok, rozumiem. Ale czemu mówisz mi o tym dopiero teraz? Dlaczego to była taka tajemnica?

-Nie wiem, może z tego samego powodu, dlaczego ty przez kilka dni ukrywałeś, że wyrzucili cię ze studiów. Po prostu się wstydziłem – odparł Wojtek, co skwitowałem krótkim śmiechem.

- Ziom, przecież to żaden powód do wstydu, nie można być ze wszystkiego najlepszym – powiedziałem, po czym poklepałem go po plecach. - Powiedz lepiej, czemu mówisz o tym tak późno.

-Kiedy tylko firma przedstawiła mi propozycję, od razu powiedziałem, że język może być problemem, przynajmniej na początku. Chyba im na mnie zależy, bo powiedzieli, że mogą mi załatwić tłumacza, chyba że sam sobie jakiegoś ogarnę.

Wszystko zaczęło układać się w logiczną całość.

-I miałeś zamiar poprosić mnie o pomoc? – Zapytałem.

-Chodziło mi to po głowie, ale nie chciałem tego robić, bo pomyślałem, że nie będziesz chciał ze mną jechać. W końcu masz tu pracę, w której jesteś coraz bardziej ceniony. Ale skoro twierdzisz, że to nie jest twoja wymarzona robota…

-Czekaj, czekaj, powoli. Czy ty mi właśnie proponujesz, żebym poleciał z tobą do Włoch?

-Dokładnie. Mam już wstępnie wybrane małe mieszkanko, udało mi się odłożyć trochę pieniędzy ze stypendium. Ty na początku dokładałbyś się, ile byłbyś w stanie – zaproponował Wojtek, po czym dodał – Wiem, że trochę cię zaskoczyłem i zrozumiem, jeśli mi odmówisz. Ja sam na twoim miejscu bym…

-Kiedy lecimy? – Zapytałem bez wahania. Perspektywa wyjazdu do Włoch jawiła się przede mną jako przygoda życia, nie mogłem z tego zrezygnować.

-Za tydzień – powiedział Wojtek. Dość szybko, zostało niewiele czasu. Z drugiej strony, nad czym tu myśleć? Nic mnie tutaj nie trzyma, byłbym gotowy nawet jutro. – Wszystkie szczegóły możemy obgadać jutro. Na razie czeka na nas impreza na górze.

Udaliśmy się do sklepu, uzupełniliśmy zapasy alkoholu i wróciliśmy do towarzystwa. Reszta nocy minęła w świetnej atmosferze. Wojtkowi ewidentnie poprawił się humor, najwidoczniej ulżyło mu po tej rozmowie.

 

***

 

Gdy wróciłem do domu nad ranem, w mojej głowie pojawiły się pierwsze wątpliwości. Czy wyjazd na pewno jest dobrym pomysłem? Fakt, nic mnie tu nie trzyma. Nie jestem w związku, nie mieszkam z rodziną i stałem się całkowicie samodzielny. Z drugiej strony wyjazd jest bardzo ryzykownym posunięciem. Tutaj mam już pracę, w której idzie mi coraz lepiej, w dodatku gdzieniegdzie słyszę, że szykuje się dla mnie niewielka podwyżka. A co miałbym robić we Włoszech? Nie będę wiecznie potrzebny Wojtkowi, ten zdolniacha szybko nauczy się języka. Będę musiał wtedy wrócić do domu, ale czy opłaca mi się rezygnować z pracy, aby jechać gdzieś na miesiąc? Zgodziłem się już na ten wyjazd, ale ta opcja coraz mniej mi się podoba.

  • Like 1

Share this post


Link to post

Mmmmm... Czyli fucha we Włoszech? A przy "Bari? To jakaś wioska pod Bydgoszczą?" padłem ze śmiechu🤣

Share this post


Link to post

W ciągu następnych kilku dni dogadaliśmy z Wojtkiem wszelkie szczegóły wyjazdu. Wylatujemy we wtorek. Z lotniska w Gdańsku mamy udać się do Neapolu, a stamtąd już busem do Bari, gdzie przywitać nas ma jakiś Włoch.

Uzgodniliśmy z Wojtkiem, że jadę na nie dłużej niż miesiąc. Prawdopodobnie właśnie przez tyle czasu będę potrzebny. W wolnych chwilach będę mógł zwiedzać miasto albo może grać w piłkę, tam też przecież mają boiska.

Rodzice nie byli zadowoleni z mojego wyboru. Nie podobało im się, że rezygnuję z pracy oraz to, że wszystkie oszczędności przeznaczam na wyjazd. Z minusów trzeba też pamiętać, że przez miesiąc będę opłacać puste mieszkanie w Polsce, bo przecież nie opłaca się rezygnować z wynajmu. Rodzice byli zdania, że skoro wszystko zaczęło mi się układać, nie powinienem robić sobie miesięcznych wakacji. Tak, użyli słowa „wakacje” i trudno im się dziwić, mają trochę racji – jadę tam bardziej jako turysta, nie będę się przemęczać. Przez chwilę żałowałem, że nie zobaczyliśmy się przed wyjazdem, ale wówczas przypomniałem sobie o zegarku, którego nadal nie odkupiłem, więc może dobrze się stało, że pożegnaliśmy się przez telefon.

W restauracji ze smutkiem przyjęli moją decyzję o wyjeździe. Wprawdzie umówiliśmy się, że gdy tylko wrócę, z powrotem zostanę przyjęty, ale nie do końca w to wierzyłem, bardzo szybko znajdzie się ktoś na moje miejsce. Choć szef powiedział, że będę tu mile widziany, to wychodząc czułem, że przekraczam ten próg po raz ostatni.

 

***

 

Wtorek nadszedł szybciej niż się spodziewałem. Przez cały czas towarzyszyły mi różne emocje. Raz cieszyłem się na ten wyjazd, by za chwilę zastanawiać się, czy to na pewno dobry pomysł. Słowo się jednak rzekło, poza tym nie jadę na długo. Miesiąc szybko minie i kto wie, może nawet będę żałować, że już wracam.

Zarówno Wojtek jak i ja nigdy nie lecieliśmy samolotem, więc do końca nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Ostatecznie wszystko na lotnisku poszło w miarę sprawnie, nie zgubiliśmy się ani nie polecieliśmy do Nowego Jorku. Jeśli chodzi o sam lot, strasznie dały mi się we znaki turbulencje. Mam nadzieję, że to jedna z moich ostatnich podróży samolotem, bo nie wiem, czy uda mi się do tego przyzwyczaić. Już boję się powrotu.

Podróż z Neapolu do Bari nie należała do najprzyjemniejszych. W busie było bardzo mało miejsca, a nasze organizmy jeszcze nie przyzwyczaiły się do włoskiego klimatu. Pogoda we Włoszech bardzo różni się od tej w Polsce, nawet w środku marca. Dystans około 260 kilometrów pokonaliśmy w niecałe 4 godziny, co na nasze warunki nie jest takim złym wynikiem.

Kiedy wysiedliśmy na przystanku w Bari, nie za bardzo wiedzieliśmy, gdzie się udać i do kogo podejść. Szybko jednak zobaczyliśmy idącego w naszą stronę mężczyznę.

-Wojciech i Piotr? Witajcie w Bari – zaczął nieznajomy. – Nazywam się Claudio, miło mi was poznać. Szef przysłał mnie, abym odebrał was z dworca. Jak minęła podróż?

Claudio mógł mieć może z 30 lat. Był opalonym brunetem z delikatnym, ciemnym zarostem, a na koszulce zaczepione miał okulary przeciwsłoneczne. Chyba nie da się wyglądać bardziej włosko.

-Cześć, Claudio! Nam również bardzo miło. A podróż minęła świetnie – odpowiedziałem, po czym wymieniliśmy uścisk ręki. – Skąd wiedziałeś, że to właśnie nas szukasz?

-Jak to skąd? Spójrzcie tylko dookoła i zobaczcie, jak wszyscy są ubrani. Wyglądacie, jakbyście wybierali się na biegun północny! – odparł Claudio, lekko się śmiejąc. Rzeczywiście, miał trochę racji. Ubraliśmy się pod pogodę w Polsce, zapominając, że jest tu o te kilka stopni cieplej.

Udaliśmy się w kierunku parkingu i przy okazji zaczęliśmy wymieniać się uwagami na temat pogody. Dostrzegłem konsternację na twarzy Wojtka, który nie rozumiał ani słowa. Przetłumaczę mu wszystko podczas jazdy.

Samochodem Claudio okazała się być biała Lancia Ypsilon, co jeszcze bardziej podkreślało jego „włoskość”. Jeszcze tylko brakowało, żeby zabrał nas na pizzę.

Bari to stosunkowo niewielkie miasto. Dla porównania, Rzym jest ponad 10 razy większy. Jednakże pod względem ludności, Bari zajmuje dziewiąte miejsce w kraju, co da się łatwo zauważyć. Na ulicach panował duży tłok, stąd też niezbyt długą trasę pokonaliśmy w niecałą godzinę. Nie ma jednak tego złego. W tym czasie Claudio zdążył opowiedzieć co nieco o mieście i napomknąć, które miejsca odwiedzać w sobotnie wieczory. To dla nas bardzo użyteczna wiedza.

Claudio zawiózł nas do naszego nowego mieszkania. Nie należało ono do najpiękniejszych, ale nie spodziewaliśmy się luksusów. Trzeba jednak zaznaczyć, że lokalizacja nadrabiała to z nawiązką. Zarówno firma Wojtka jak i plaża znajdowały się kilometr od naszego 2-pokojowego lokum, z tym, że w przeciwnych kierunkach. Claudio miał dziś jeszcze dużo roboty, więc zostawił nas samych. Przed wyjściem zdążył jeszcze wspomnieć, że nazajutrz o 7 rano mamy stawić się w biurze.

Gdy tylko Wojtek zamknął drzwi za Claudio, zwrócił się do mnie:

-Dobra, siadaj i natychmiast zacznij mnie uczyć.

-Ok stary, spokojnie. Mamy przed sobą jeszcze cały dzień. Pouczę cię wieczorem – zaproponowałem.

-Nie ma mowy – stanowczo zaprzeczył Wojtek. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jakie to niekomfortowe uczucie, kiedy siedzimy w samochodzie, a ja nie wiem, o czym rozmawiacie. Moglibyście mnie obrażać, a ja i tak bym się tego nie domyślił.

Wzrok Wojtka mówił jedno – nie mogę mu odmówić. Nie ma zresztą co się dziwić. Przecież pojechałem właśnie po to, aby nauczyć go języka, więc to mój obowiązek. Udało mi się jednak wynegocjować, abyśmy zaraz potem poszli zobaczyć plażę. Siedzi mi to w głowie, odkąd tylko tu przyjechaliśmy.

Sama nauka – tak jak mogłem przypuszczać – poszła całkiem sprawnie. Jeszcze tego samego dnia Wojtek umiał się przedstawić, liczyć do 20, składać proste zdania i nazwać niektóre przedmioty w mieszkaniu. Chyba całkiem nieźle jak na parę godzin. Zakładam, że za góra 2 tygodnie nie będę mu już potrzebny i będę się nudzić do końca wyjazdu. Teraz jednak nie czas, aby się tym martwić.

Resztę dnia spędziliśmy na plaży oraz – a jakże – na pizzy. Mieliśmy jeszcze w planach zobaczenie klubu czy dwóch, ale byliśmy wykończeni podróżą, więc uznaliśmy, że rozsądniej będzie położyć się wcześniej spać – w końcu jutro czeka nas pierwszy dzień w pracy.

Naszą włoską przygodę możemy uznać za rozpoczętą.

Share this post


Link to post

Nazajutrz o 7 rano byliśmy już w biurze, tak jak kazał nam Claudio. Biuro znajdowało się na trzecim piętrze jednego z wieżowców i składa się z 5 pomieszczeń. Już na wejściu przywitał nas niski, łysiejący mężczyzna w okularach:

-Witajcie, panowie. Nazywam się Mauro, miło mi móc was w końcu tu powitać. – Wymieniliśmy uścisk ręki. – Ty musisz być Wojciech. – Wskazał na Wojtka. – Słyszeliśmy o tobie same pozytywne rzeczy.

Wojtek przywitał się łamanym włoskim, który jednak nie brzmiał aż tak źle. Podczas, gdy Mauro prowadził nas do jednego z pokoi, Wojtek szeptem poinformował mnie, że to właśnie on jest tutaj szefem.

Mauro przedstawił nas reszcie zespołu, który składał się z 4 mężczyzn i 5 kobiet. Niestety, nie byłem w stanie zapamiętać wszystkich imion, od zawsze mam z tym problem. Pamiętam za to, że jeden z facetów ma na imię Roberto. Zapadł mi w pamięć tym, że na swoim komputerze miał odpaloną najnowszą wersję Football Managera. Dzięki niemu już wiedziałem, co będę mógł robić, gdy nie będę już tak pilnie potrzebny swojemu przyjacielowi.

Pierwszego dnia Mauro nie miał dla nas zbyt dużo pracy. Uznał, że możemy ten dzień przeznaczyć na zapoznanie się z tym, jak działa firma i jak wygląda praca. Szczerze mówiąc, nie widziałem w tym nic ciekawego. Wszyscy siedzieli z nosami w komputerach. Jedni coś rysowali, natomiast drudzy zawzięcie coś liczyli, raz po raz się ze sobą konsultując. O ile Wojtek żywo obserwował, co dzieje się w biurze, ja nie byłem tak optymistycznie nastawiony. Nie dość, że uważałem to wszystko za nudne, to jeszcze w następnych dniach miałem to wszystko oglądać, tylko raz na jakiś czas odzywając się jako tłumacz.

 

***

 

Następne dni nie należały do najciekawszych w moim życiu, trochę inaczej wyobrażałem sobie ten wyjazd. Przez 8 godzin dziennie siedziałem z Wojtkiem przy jednym biurku i tłumaczyłem mu polecenia od Mauro. Muszę przyznać, że budowlane słownictwo niekiedy sprawiało mi problemy. Po znaczenie niektórych wyrazów musiałem sięgać do słownika.

Co jakiś czas wpadali do nas Claudio i Roberto. Pierwszy czuł się za nas odpowiedzialny, więc sprawdzał, jak sobie radzimy. Drugi w wolnych chwilach przychodził porozmawiać o futbolu, gdy tylko odkrył, że interesujemy się piłką. Przeważnie rozmawialiśmy o poczynaniach Bari w Serie B i ich szansach na awans. W tej kwestii Roberto jest większym optymistą. Uważa, że drużyna lada moment odpali i powalczy o Serie A, podczas gdy ja twierdzę, że sam awans do play-off będzie graniczyć z cudem.

 

***

 

Po 3 tygodniach – zgodnie z moimi przewidywaniami – Wojtek przestał mnie potrzebować. Jego włoski – rzecz jasna – nadal pozostawiał sporo do życzenia, ale i tak był już w stanie bez problemu komunikować się z resztą załogi, która była w stosunku do niego bardzo wyrozumiała. Miałem coraz więcej wolnego czasu, więc dość często przesiadywałem z Roberto przy jego komputerze i obserwowałem jego poczynania w Football Managerze. Oczywiście prowadził Bari, a mnie mianował swoim asystentem. Roberto musi mieć bardzo mocną pozycję w firmie, bo wszyscy przymykali oko na to, co robimy. Muszę jednak zaznaczyć, że pozwalaliśmy sobie na rozrywkę dopiero wtedy, gdy wykonaliśmy wszystkie powierzone nam wcześniej zadania.

Często dochodziło między nami do różnicy zdań, więc pewnego dnia po powrocie do domu stwierdziłem, że pokażę Roberto, jak się prowadzi drużynę piłkarską. Znudziło mi się jednak granie Bari, więc zdecydowałem się na inny klub z regionu – Lecce występujące w Serie C. Nie będę ukrywać – gra strasznie mnie wkręciła, pierwszy sezon rozegrałem w nieco ponad jeden dzień, udało mi się nawet wywalczyć awans do Serie B.

Obiady z Wojtkiem przeważnie jadaliśmy w restauracjach. Nasze „umiejętności” kulinarne sprawiają, że jeśli tylko możemy, staramy się sobie nie gotować. Wybór na mieście mieliśmy duży. Restauracji w Bari jest tyle, że przez parę miesięcy moglibyśmy jeść codziennie w innej. Gdy już nie byłem potrzebny w biurze, zacząłem rozglądać się za nowym zajęciem. Niektóre restauracje wystawiały ogłoszenia, że szukają nowych kelnerów, ale żadna z knajp nie chciała dać mi szansy, skoro niedługo mam wracać do Polski.

Nadszedł mój ostatni dzień pobytu w Bari. Postanowiliśmy uczcić to w ten sam sposób co nasz pierwszy wieczór po przylocie – pizzą. Wybraliśmy nawet ten sam lokal.

-Nadal nie zmieniłeś zdania? – Wojtek od kilku dni w kółko powtarzał to samo pytanie. – Przecież nie ma problemu, żebyś został dłużej. Nie wiem, czemu ci się tak spieszy.

-Widzisz, tobie się tu podoba, bo masz co robić. Na początku to ci chociaż robiłem za tłumacza, teraz sam już sobie dajesz radę. Też chciałbyś wracać, gdybyś przez całe dnie się nudził.

-To czemu nie znajdziesz sobie jakiegoś zajęcia? Czemu przestałeś chodzić pograć na boisko?

-Z tego samego powodu, dla którego nie możemy pokonać Włochów w piłkę nożną. Oni wszyscy są po prostu ode mnie lepsi, zawsze jako ostatniego wybierali mnie do drużyny. Czułem się jak piąte koło u wozu, nawet bardziej niż u ciebie w firmie.

-Nie przesadzaj, byłeś w biurze bardzo lubiany.

-Ale po pewnym czasie bezużyteczny – odparłem. Obaj wiedzieliśmy, że mam rację.

-Gdybyś nie uparł się na ten powrót jakaś restauracja na pewno by cię przyjęła. Przecież się na tym znasz. – Wojtek nie dawał za wygraną.

-Przestań, nie chcę ci już siedzieć na głowie. Poza tym nie chcę zabierać miejsca w mieszkaniu. Co jeśli Eva zechce się wprowadzić? – Miałem na myśli dziewczynę, którą Wojtek poznał tydzień temu. Oczywiście cieszyłem się jego szczęściem, ale przez nią jeszcze bardziej czułem się jeszcze bardziej samotny.

-Daj spokój, do tego jeszcze baaardzo daleka droga – odparł mój przyjaciel. – Poza tym nawet, jeśli kiedyś zamieszkamy razem, to przecież to mieszkanie ma dwa pokoje, nadal mógłbyś tam mieszkać.

-Nie odpuścisz, prawda? Ile razy mam ci powtarzać, że już podjąłem…

Nie dokończyłem, bo właśnie pojawiła się kelnerka z naszą pizzą. Coś jednak ewidentnie nam nie grało, nigdy nie zamówilibyśmy hawajskiej. Dziewczyna musiała pomylić zamówienia.

-Przepraszam bardzo, ale… - zacząłem, ale gdy tylko na nią spojrzałem, odebrało mi mowę. Moim oczom ukazała się przepiękna szatynka o kręconych włosach i krystalicznie niebieskich oczach. Na szybko oceniłem, że mogła być maksymalnie 4 lata starsza od nas. W życiu nie widziałem piękniejszej dziewczyny. Ogólnie zgadzam się ze stwierdzeniem, że Polki są najładniejszą nacją, ale nikt nie może równać się ze śliczną Włoszką.

-Przepraszamy, ale nie zamawialiśmy tego – dokończył za mnie Wojtek, który zauważył moje zawieszenie.

-Oj, przepraszam bardzo, mój błąd. Proszę chwilę poczekać, niedługo przyjdę z waszym zamówieniem. – odparła piękna nieznajoma, wyraźnie zawstydzona, po czym prędko wróciła do kuchni. Tymczasem ja nadal trwałem w osłupieniu.

-Ehh, czyli jeszcze dłużej będziemy głodować – zaczął lamentować Wojtek.

-Czyli twierdzisz, że mogę jeszcze trochę u Ciebie zostać?

Share this post


Link to post

Za 5 lat piękna Włoszka przytyje i będzie: co mnie obchodzi twoja piłka nożna!

 

A tak całkiem serio Ideale Bari?

Share this post


Link to post

Wielkopolanin - Nie. Konia z rzędem temu, kto trafi klub. ;)

kubilaj2 - Nie dogadamy się w tej kwestii :D

 

Wojtek był w siódmym niebie, gdy dowiedział się, że postanowiłem zostać. Chyba nie połączył kropek i nie domyślił się, co - a raczej kto - był tego powodem. Mój najlepszy kumpel stwierdził, że skoro jest taka okazja, a jutro ma wolne, koniecznie musimy to opić. Skończyło się „posiedzeniem” do około 5 nad ranem, gdy zaczynaliśmy tracić czucie w nogach. Jak to po imprezie, wstaliśmy rano o 13, choć musiało minąć jeszcze trochę czasu, zanim doprowadziliśmy się do stanu użytkowalności i mogliśmy wyjść na zewnątrz.

Wojtek umówił się na plaży z Evą (która cały czas naciska, żeby poszli do kina, ale jego włoski jeszcze mu na to nie pozwala), a ja uznałem, że po prostu muszę jeszcze raz zobaczyć dziewczynę z pizzerii. Nie miałem pewności, że tam będzie, ale modliłem się w duchu, żeby dziś też pracowała.

Dostrzegłem ją, będąc już na samym wejściu. W restauracji panował akurat mały ruch, więc siedziała przy ladzie i rozmawiała z kucharzem. Przez chwilę zbierałem w sobie odwagę aż w końcu moje nogi same zaczęły kierować mnie w jej stronę. Gdy tylko mnie zobaczyła, podjąłem rozmowę:

-Dzień dobry. – Starałem się powiedzieć to najlepszym włoskim, na jaki mnie było stać. – Chcia…

-Pamiętam pana – przerwała mi najśliczniejsza dziewczyna na świecie. Jej głos był piękny. Mógłbym po prostu siedzieć i słuchać go godzinami. – Był pan tu wczoraj z chłopakiem, a ja przyniosłam wam złe zamówienie.

-To nie jest mój chłopak – stanowczo zaprzeczyłem, po czym momentalnie zrobiłem się czerwony na twarzy. – Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Ja tylko…

-O nie. Chyba nie chce pan poskarżyć się szefowi? Proszę tego nie robić. Jestem tu nowa i dopiero się uczę, to się już więcej nie powtórzy – zapewniła mnie wyraźnie przestraszona. Teraz sobie przypomniałem, że faktycznie pierwszego dnia mojego pobytu w Bari widziałem tu ogłoszenie, że szukają kelnera. Wygląda na to, że znaleźli kandydatkę. Przepiękną kandydatkę.

-Słucham? Nie, ja nie w tej sprawie.

-Naprawdę? Och, co za ulga. To w takim razie, o co chodzi?

-Przede wszystkim, mam na imię Piotr.

-Camilla. – Podała mi rękę, którą delikatnie uścisnąłem. – Skąd pochodzisz? To przecież nie jest włoskie imię.

-Z Polski. Przyjechałem tu, aby pomóc koledze z językiem. Zaznaczam, koledze.

-O, słyszałam trochę o waszym kraju, ale nigdy tam nie byłam. Może kiedyś się uda – wyznała, po czym się uśmiechnęła. Zrobiłbym wszystko, żeby móc codziennie oglądać ten uśmiech. – Skoro nie chodzi ci o tę sytuację z wczoraj, to co cię tu sprowadza?

Przed wyjściem wielokrotnie układałem sobie w głowie tę kwestię, ale teraz wszystkiego zapomniałem.

-Bo widzisz, ja… Czy chciałabyś czasem, może kiedyś… wyskoczyć na kawę? – wyjąkałem speszony. Do tej pory nie miałem problemów z kobietami, od zawsze miałem gadane. Teraz było kompletnie inaczej i nie wiem, co się ze mną stało.

-Och, a więc to o to chodzi. – Camilla zabrzmiała tak, jakby często słyszała takie pytanie. W sumie nic w tym dziwnego. – Wybacz mi, ale nie mogę się zgodzić. Po prostu… nie mogę.

-Mogę zapytać, dlaczego? Jesteś już w związku, tak? W porządku… - starałem się nie brzmieć na rozczarowanego, ale raczej bezskutecznie.

-Nie, nie jestem, ale… nie, nie mogę się zgodzić, przykro mi – odparła Camilla. Przez chwilę wydawało mi się, że dostrzegłem w jej oczach zawód, ale prawdopodobnie po prostu chciałem go dostrzec.

-Ok, jasne, w porządku, nic się nie stało, jakoś sobie z tym poradzę – zapewniłem, po czym wysiliłem się na słaby uśmiech. – To ja już w takim razie pójdę. Tak czy inaczej, miło było poznać.

Nagle opuściły mnie chęci do życia. To właśnie z powodu Camilli nadal tkwiłem w Bari zamiast siedzieć w samolocie powrotnym do Polski. To nie był pierwszy raz, kiedy dostałem kosza, ale ten zabolał wyjątkowo mocno.

Właśnie miałem wyjść na ulicę, gdy usłyszałem wołanie Camilli:

-Piotr, zaczekaj! – krzyknęła. To wszystko przypominało scenę z jakiegoś kiepskiego romansidła.

-Tak, o co chodzi? – Starałem się brzmieć na obojętnego, choć w głębi serca miałem nadzieję, że zmieniła zdanie.

-Tak teraz się zastanawiam i dochodzę do wniosku, że jestem ci coś winna. Nie poskarżyłeś się na mnie szefowi, chociaż miałeś do tego pełne prawo. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Szef już wcześniej powiedział, że jeden taki błąd i wylecę. Chyba więc należy ci się ta kawa. – Znowu posłała mi ten uśmiech. Teraz będę miał go przed oczami przez resztę dnia.

-Czyli chcesz powiedzieć, że się zgadzasz? Świetnie! – Trudno było mi ukryć ekscytację. Czułem się jak mistrz świata. – W takim razie wpadnę jutro tu jutro po ciebie. O której kończysz pracę?

-O 18. Będę czekać – odparła, po czym zaczęła się kierować w stronę klienta, który właśnie wszedł do restauracji.

-Super, to do jutra! ­– krzyknąłem. Nawet nie usłyszałem odpowiedzi, bo od razu wyleciałem szczęśliwy na ulicę. Fakt, Camilla zgodziła się na kawę tylko i wyłącznie z litości, ale kompletnie mi to nie przeszkadzało. Zrobię wszystko, aby ją do siebie przekonać i żeby nie żałowała, że się zgodziła.

 

***

 

Nasze spotkanie – mam nadzieję, że pierwsze z wielu – przebiegło w miłej, spokojnej atmosferze. W tym czasie wyznałem, jak wygląda moje życie w Bari oraz co skłoniło mnie do wyjazdu z Polski. W zamian dowiedziałem się, że Camilla przez całe swoje życie mieszkała w Tarencie, dopiero 3 lata temu przeprowadziła się do Bari. Ojciec Camilli jest prezesem dużej firmy produkującej paluszki rybne, więc na pewno nie może narzekać na brak pieniędzy. Mieszkanie Camilli w Tarencie stoi puste, więc zastanawia mnie, co skłoniło ją do wyprowadzki. Być może jakaś kłótnia z rodzicami?

Spotkanie zmierzało ku końcowi. Odprowadzałem Camillę do domu, który znajdował się po drugiej stronie miasta, czekała mnie długa podróż do domu. Camilla podziękowała za miły wieczór, mieliśmy już się żegnać, kiedy postanowiłem zadać pytanie, które od wczoraj siedziało mi w głowie:

-Mógłbym cię o coś zapytać? Jeśli nie będziesz chciała o tym mówić, zrozumiem to.

-Tak? O co chodzi? – zapytała niepewnym tonem. Chyba domyślała się, do czego zmierzam.

-Dlaczego wczoraj, zanim zgodziłaś się na spotkanie, twierdziłaś, że nie możemy się umówić? Twierdzisz, że nie jesteś w związku, więc…

-Nie, nie mogę. To skomplikowane, nie chcę o tym mówić – powiedziała bardzo zmieszana. Niepotrzebnie poruszałem ten temat. – Może kiedyś ci o tym opowiem.

-Ok, jasne. Przepraszam za wścibskość – odparłem, po czym dodałem – Czekaj. Sugerujesz, że chcesz się jeszcze zobaczyć?

-Czemu nie? ­– Uśmiechnęła się. Szybko odzyskała dobry nastrój. – Dzisiaj było całkiem fajnie.

-Tak, mi też się podobało ­– powiedziałem. Przeszło mi przez myśl, aby ją pocałować, ale w porę się opamiętałem. Na to jeszcze stanowczo za wcześnie. – Zadzwonię, gdy znajdę chwilę czasu.

-W takim razie czekam, pa.

Oczywiście skłamałem, wolnym czasem dysponuję aż nadto. Tak naprawdę miałem ochotę zadzwonić zaraz po powrocie do domu, ale jestem w tych sprawach ekspertem – wiem, że muszę teraz odczekać kilka dni. Chociaż nie zrobiłem dzisiaj nic produktywnego, a pół dnia spędziłem na wielkim kacu, to był zdecydowanie najlepszy dzień od przyjazdu do Włoch.

Share this post


Link to post

Skoro zamierzałem tu jeszcze trochę zostać, należało pomyśleć o pieniądzach. Na początku wszelkie koszty ponosił Wojtek. Twierdził, że spłacam swoją część, robiąc mu za tłumacza. Od jakiegoś czasu nie jestem już mu jednak potrzebny, więc sięgałem po własne oszczędności zarobione w Polsce. Te jednak szybko się skończyły. Postanowiłem zastosować sprawdzony już przeze mnie patent i poszukać swojego szczęścia w jakiejś restauracji. Udało się za trzecim razem, pierwsze dwie nie chciały kelnera obcokrajowca. Okres próbny przeszedłem śpiewająco, pomogło doświadczenie nabyte jeszcze w Bydgoszczy.

Po dwóch miesiącach moja pozycja w pracy była naprawdę solidna. Sumiennie i rzetelnie wykonywałem swoje obowiązki, co nie umknęło uwadze moich przełożonych. Zyskałem u nich wystarczająco dużo szacunku, aby sporadycznie uwzględniali moje prośby co do grafiku – zależało mi, abym miał przynajmniej jeden wolny dzień weekendu. Chciałem ten czas przeznaczyć dla Camilli, z którą układało mi się coraz lepiej. Nie wiem, czy mogę to nazwać związkiem, ale faktem jest, że czujemy się w swoim towarzystwie swobodnie, czasem nawet b a r d z o swobodnie. Nie poruszyłem już tematu, o którym napomknąłem pod koniec pierwszej randki. W tym momencie nie miało już to dla mnie znaczenia. Liczyło się tylko to, że wszystko świetnie nam się układało.

 

***

 

W połowie czerwca udało mi się wybłagać ten jeden wolny dzień weekendu. Postanowiliśmy urządzić podwójną randkę – Eva i Wojtek oraz ja i Camilla. Już wcześniej okazało się, że dziewczyny znają się z zajęć fitness, świat jest jednak mały.

Około pierwszej w nocy impreza się rozluźniła. Dziewczyny siedziały na kanapie zajęte plotkowaniem, a ja z Wojtkiem dzielnie walczyliśmy przy stole z całym pozostałym alkoholem. Przy okazji rozprawialiśmy o tym, jak Wojtkowi wiedzie się w pracy. Mieliśmy nad dziewczynami tę przewagę, że wiedzieliśmy, o czym mówią. One nie miały takiego komfortu, nie znały przecież polskiego.

-Mauro chyba jest ze mnie zadowolony, chociaż czasem tego żałuję, bo przez to zawala mnie obowiązkami – żalił się Wojtek. W sumie mu się nie dziwię. Wszystko do tej pory przychodziło mu bez trudu, więc nie jest przyzwyczajony do ciężkiej pracy. – Przy okazji, Roberto kazał cię pozdrowić. Brakuje mu kompana do rozmów o piłce.

-Chyba raczej do grania w Football Managera – zaśmiałem się na wspomnienie o tych wszystkich rozegranych meczach, podczas gdy wszyscy inni nieustannie pracowali.

-Coś ty, on już nie ma na to czasu. Ostatnio coraz rzadziej bywa w biurze, ciągle wyjeżdża w teren. Dlatego firma szukała kogoś w jego miejsce i znalazła jakichś dwóch typków.

-Nie no, żartujesz. Potrzebują aż dwóch gości, żeby zastąpić Roberto, który całymi dniami tylko grał na komputerze? – Nie mogłem uwierzyć własnym uszom.

-Nie rozumiesz, ostatnio w firmie jest niezły chaos. Nie wiadomo, za co się zabrać, tyle tego jest. Przyda się każda para rąk.

-Skoro tak twierdzisz…

Wypiliśmy kolejkę wódki. Dziewczynom nasz trunek nie przypadł do gustu. Świetnie, więcej dla nas.

-A jak się sprawują ci nowi? W porządku są? – Średnio mnie to obchodziło, ale musiałem jakoś kontynuować rozmowę.

-Jeden, Igor jest całkiem w porządku. Cichy, nie rzuca się w oczy, tak jakby go w ogóle nie było. Ale ten Tommaso jest jakiś dziwny. Nie wiem, co mi w nim nie pasuje, nie umiem tego nazwać. Jest wścibski, o wszystko się dopytuje, a pożytek z niego raczej niewielki.

-Dobra tam, nie ma się co nim przejmować. Najważniejsze, że ty wykonujesz swoją robotę jak należy.

Rozmowa o mojej pracy była krótka. Mogłem jedynie pochwalić się, że osiągam coraz wyższe zyski z napiwków, nic ciekawego.

Około trzeciej odprowadziliśmy nasze kobiety do taksówki (za którą oczywiście zapłaciliśmy, jak na dżentelmenów przystało), po czym wróciliśmy do mieszkania. Niestety, dziś była moja kolej na zmywanie. Podczas gdy ja robiłem porządki, Wojtek czytał coś na telefonie. Nagle się odezwał:

-Stary, nie uwierzysz! W Juve zwolnili Allegriego! Ale się porobiło! – Wojtas był wyraźnie ożywiony, podczas gdy ja przyjąłem to raczej ze spokojem. Zakładałem jego zwolnienie, skoro koncertowo zawalił Ligę Mistrzów i nawet nie wyszedł z grupy.

-Hmm, ciekawe, kogo wezmą na jego miejsce. Chętnych pewnie nie będzie brakować.

-Ziom, mam świetny pomysł – ty powinieneś się zgłosić!

-Jaja sobie robisz? Chyba masz na myśli tę firmę ochroniarską, to jedyny „Juwentus”, jaki może mnie przyjąć.

-No przecież obaj wiemy, że nie dostaniesz tej roboty. Ale dla żartów możemy im wysłać maila z twoją kandydaturą i powołamy się na twoje wyniki w Football Managerze. Ciekawe jak zareagują!

Gdybym był trzeźwy, byłoby to dla mnie absolutnie nieśmieszne. Skoro jednak obaj byliśmy pijani, uznaliśmy to za najlepszy „prank” na świecie.

-Dobra dawaj, robimy to!

Adres e-mail mieliśmy od Roberto, który pochwalił nam się, w jaki sposób go zdobył. Po prostu udawał, że jest zainteresowany sponsoringiem klubu jako firma Mauro. Poprosił więc o kontakt, a w odpowiedzi otrzymał wiadomość mailową. Do żadnych rozmów jednak nie doszło, on po prostu chciał mieć ich adres mailowy. Nie wiem, na co mu to było. Ten człowiek czasami żyje w swoim świecie.

Napisanie maila w naszym stanie zajęło nam prawie godzinę. Postanowiliśmy zwrócić się bezpośrednio do nowego dyrektora Juve – Adamo Trampaniego. Żeby było śmieszniej, pisaliśmy z maila, który nazywał się jakoś w stylu „forzamilan30not31”. Nasza wiadomość brzmiała mniej więcej tak:

 

„Szanowny Panie Prezesie,

Piszę do Pana, aby zareklamować swoją kandydaturę na stanowisko menedżera pańskiego klubu. Jako swoje największe osiągnięcia mogę wymienić awans klubem Lecce aż do Serie A i zajęcie tam dziewiątego miejsca. To na razie tyle, od tamtej pory nie miałem zbyt wiele czasu na grę. Z niecierpliwością czekam na pański odzew. Radzę nie marnować tej szansy, trafiła się panu prawdziwa trenerska perełka.

 

Pozdrawiam

Piotr Teken

 

P.S. Zapomniałem dodać, że udało mi się nawet ograć Was raz w pucharze 2:1. Jak Pan widzi, mam na Was patent.

P.S.2. Gra to oczywiście Football Manager 2014”

 

Byliśmy z Wojtkiem z siebie dumni, jakbyśmy właśnie napisali powieść godną Nobla. Tymczasem napisaliśmy właśnie mail, który od razu trafi do spamu i nawet nie zostanie otwarty. Po raz kolejny przekonałem się, że wraz ze wzrostem promili w organizmie, całkowicie spada poczucie wstydu.

Obaj byliśmy wykończeni tym dniem, więc zasnęliśmy na kanapie, która – całe szczęście – była na tyle duża, że następnego dnia nie będziemy musieli tłumaczyć się z tego swoim dziewczynom.

 

***

 

Poranek nie należał do najłatwiejszych, chociaż bywały też o wiele gorsze. Pierwsze, co zrobiłem, to poszukałem ręką butelki wody. Niestety nigdzie jej nie znalazłem, nie pomyślałem o tym zawczasu, musiałem osobiście udać się do kuchni. Gdy pozbyłem się uczucia Sahary w ustach, odzyskałem świadomość i wiedziałem już, gdzie jestem. Rzuciłem okiem na komputer, który zapomnieliśmy wyłączyć przed snem.

„Świetnie” – pomyślałem. „Mamy nowy komputer i w tak głupi sposób zajedziemy mu baterię.” Chciałem go wyłączyć, ale moją uwagę przykuła mała ikonka znajdująca się w skrzynce odbiorczej naszego spontanicznie utworzonego konta.

Gdy przeczytałem nazwisko nadawcy, momentalnie wytrzeźwiałem. Na naszej skrzynce znajdowała się wiadomość od Adamo Trampaniego.

Share this post


Link to post

Jak dla mnie wstęp mocno przydługi, ale życzę powodzenia :kutgw:

Share this post


Link to post

Też nie mogę doczekać się już rozgrywki, ale ciągnę teraz fabułę z myślą o tym, aby nie skończyła się w chwili wyboru klubu.

 

Nie czekałem długo. Od razu obudziłem Wojtka, który gorzej niż ja zniósł trudy wczorajszego wieczoru. Gdy tylko doszedł do siebie, przeczytałem mu odpowiedź od dyrektora Juve.

 

„Szanowny Panie,

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie jestem prezesem (może w przyszłości), a „jedynie” dyrektorem. Bardzo dziękuję za zgłoszenie swojej kandydatury, uważamy ją w klubie za bardzo ciekawą. W związku z tym chciałbym umówić się z Panem na spotkanie. Zdążyłem się dowiedzieć, że mieszka Pan w Bari. Proszę oczekiwać mojej wizyty jutro koło południa.

 

Z poważaniem

Adamo Trampani”

 

Obu nam wydawało się, że to tylko sen. Właśnie napisał do nas dyrektor Juventusu, który chce zaoferować mi posadę menedżera mistrza Włoch.

-Stary, to nie może być prawda – powiedziałem. – Przecież oni nie mogli wziąć tego maila na poważnie.

-Hmm… Jesteś pewien, że to na pewno Trampani? Może pomyliliśmy adresy i ktoś teraz sobie z nas żartuje albo Roberto wyciął nam numer i wcale nie miał kontaktu do Juve?

-Czekaj, zobaczę jeszcze raz – odparłem, po czym sprawdziłem SMS od Roberto z adresem, który wczoraj wpisaliśmy. Wszystko się zgadzało. – Nie zrobiliśmy żadnej literówki, a Roberto zarzekał się na miłość do Bari, że to sprawdzony adres, przecież pamiętasz.

-No tak, ale spójrz na to trzeźwo. – Zabrzmiało to trochę komicznie, obaj byliśmy jeszcze pijani. – Piszesz do dyrektora największego klubu w kraju. Oferujesz swoje usługi, powołując się na grę komputerową. Następnego dnia dostajesz odpowiedź, w której mówią ci, że specjalnie przyjadą prawie 900 kilometrów z Turynu do Bari, żeby tylko z tobą porozmawiać. Przecież to jest niemożliwe, to musi być jakiś dowcip, może chcą nam się tylko zrewanżować.

Wiedziałem, że Wojtek ma rację. Nikt normalny nie powierzyłby Juventusu gościowi z Polski, który raz na jakiś czas grywa w Football Managera. Zapewne nikt do nas nie przyjedzie, a nawet jeśli, to pewnie przyślą jakiegoś pachołka, który pogrozi palcem i każe nam nigdy więcej nie robić takich żartów.

 

***

 

Następnego dnia z niecierpliwością wyczekiwaliśmy gości z Turynu. Nadeszła godzina 12, ale na ulicy przed naszym blokiem nie pojawił się nikt, kto przypominałby przedstawiciela mistrza Włoch. Po kwadransie zaczynaliśmy tracić nadzieję, gdy nagle zaraz koło nas zatrzymał się czarny Bentley z turyńską rejestracją. Z samochodu po stronie pasażera wyszedł elegancki facet w garniturze i ciemnych okularach, który otworzył nam drzwi i zaprosił do środka. Wojtek ruszył wraz ze mną, ale gość stanowczym ruchem ręki dał do zrozumienia, że pojadę tylko ja. Dałem Wojtkowi znak, że wszystko będzie w porządku, po czym zamknęły się za mną drzwi, a samochód wolno ruszył ku nieznanemu mi celowi.

Zanim zdążyłem się otrząsnąć, odezwał się do mnie mężczyzna siedzący po mojej lewej stronie:

-Miło mi pana poznać, panie Piotrze. Nazywam się Adamo Trampani. – Spojrzałem na faceta. Wczoraj zdążyłem zorientować się, jak wygląda dyrektor Juventusu. Po szybkiej analizie doszedłem do wniosku, że faktycznie zaraz obok mnie siedzi pan Trampani. – Wnioskuję, że dotarła do pana moja wczorajsza wiadomość?

-Bardzo mi miło, panie Trampani. Tak, dostałem pańską odpowiedź i nie ukrywam, że jestem trochę zaskoczony takim obrotem spraw.

-Ależ dlaczego? ­– Trampani uśmiechnął się serdecznie. Sprawiał wrażenie bardzo miłego faceta, ale wiedziałem, że to mogą być tylko pozory. Nadal czułem się w niebezpieczeństwie. – Przecież chyba o to panu chodziło, kiedy zgłaszał pan do nas swoją kandydaturę?

-Oczywiście – skłamałem. Nie miałem zamiaru mówić, że to był tylko żart. ­– Ale nie spodziewałem się, że osobiście mnie pan odbierze, aby zabrać do Turynu.

-Do Turynu? Nie, nie. Nie jedziemy do Turynu. – Zrobiło się groźnie. Dokąd w takim razie jedziemy?

-Cóż, w takim razie coraz mniej rozumiem całą sytuację. Dokąd się udajemy, jeśli nie do Turynu?

-Zanim to panu powiem, muszę upewnić się, że naprawdę jest pan zainteresowany posadą menedżera. Może się pan teraz wycofać, zrozumiemy to.

Nie wiedziałem, co robić. Z jednej strony wcale nie miałem ochoty bawić się w menedżerkę, ale ciekawość mnie zżerała, o co chodzi Trampaniemu.

-Oczywiście, jestem zainteresowany – odparłem. – Muszę jednak o coś zapytać. Naprawdę jest pan zainteresowany moimi usługami? Przecież tak naprawdę nie mam żadnego doświadczenia.

-Niech mi pan uwierzy, że nie jest to dla mnie problem – powiedział Trampani, cały czas posyłając ten sam uśmiech. – Doświadczenie z Football Managera będzie wystarczające. Powiem jeszcze, między nami, że sam czasem lubię w to pograć.

Reszta rozmowy upłynęła na przyjaznej pogawędce o grze. Nadal nie wiedziałem, dokąd jedziemy, ale nie chciałem już więcej o to pytać. Zorientowałem się, że przejeżdżaliśmy przez Tarent, rozpoznałem miasto ze zdjęć, które kiedyś pokazała mi Camilla. Po szybkiej dedukcji wywnioskowałem, że jedziemy na wschód, a więc w kompletnie przeciwnym kierunku niż Turyn.

Share this post


Link to post

Cała podróż trwała około półtorej godziny. Gdy się zatrzymaliśmy, nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy. Musiałem przegapić tabliczkę przed wjazdem do miasta.

Znajdowaliśmy się w niewielkim miasteczku, takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Wywnioskowałem to po tym, że na ulicach panował mały ruch, a wokół nie było żadnych domów, naliczyłem może z trzy.

Zatrzymaliśmy się przy małym budynku, położonym 200 metrów od boiska piłkarskiego. Gdy wysiedliśmy, pan Trapani zaczął mi wszystko tłumaczyć:

-Jeśli jeszcze się nie zorientowałeś, znajdujemy się w Lizzano – oznajmił, po czym dodał – Widzę, że niewiele ci to mówi.

-Po prostu nie bardzo rozumiem, po co tu jesteśmy. – Wszystko to coraz mniej mi się podobało.

-Zaraz ci wszystko wytłumaczę, cierpliwości.

Weszliśmy do małego budynku, który okazał się być biurem. W środku siedziała starsza pani, a za nią na ścianie widniał napis „Polisportiva Lizzano 1996”.

-Dzień dobry, pani Marto – przywitał się Trampani. – Czy zastałem Macario?

-Ah, witam Adamo. Nie, szef musiał gdzieś jechać, ale niedługo powinien być z powrotem. Chce pan zaczekać czy mam mu coś przekazać?

-Poczekamy chwilę na zewnątrz. Jeśli Macario do tego czasu się nie zjawi, proszę mu powiedzieć, że znalazłem kandydata na menedżera Lizzano.

Myślałem, że się przesłyszałem. Dyrektor Juventusu jedzie do mnie z Turynu, następnie wiezie mnie 120 kilometrów do Lizzano, aby przedstawić mnie jako kandydata na menedżera jakiegoś małego, lokalnego klubu. A wszystko przez to, że dla żartów wysłaliśmy jednego maila.

Gdy z powrotem byliśmy na zewnątrz, zapytałem:

-Przepraszam, panie Trapani, ale o co w tym wszystkim chodzi? Po co to wszystko?

-Cóż, zacznę od tego, że z Macario Palmierim znam się od dobrych 50 lat. To mój przyjaciel, wobec którego mam spory dług wdzięczności. Macario jest prezesem klubu Lizzano, a menedżerem do tej pory był jego młodszy brat. Panowie jednak o coś się pokłócili, nie wnikałem w szczegóły. Aldo zrezygnował z prowadzenia klubu, więc na stanowisku menedżera pojawił się wakat.

-Ale co ja mam do tego wszystkiego? Dlaczego przywiózł mnie tu pan aż z Bari? – Powoli zaczynałem wszystko rozumieć, ale chciałem wiedzieć, dlaczego padło właśnie na mnie.

­-Przecież jesteś zainteresowany posadą menedżera. Potwierdziłeś to, kiedy tu jechaliśmy. Domyślam się, że nie jest to Juventus, ale nie bądźmy śmieszni, twoje jedyne doświadczenie to gra komputerowa. Nie mogłeś liczyć na nic więcej.

-I oczekuje pan, że zrezygnuję z dotychczasowej pracy, aby prowadzić Lizzano? Może chce pan jeszcze powiedzieć, że będę to robić za darmo? – Byłem coraz bardziej zdenerwowany, poczułem się wykiwany.

-Cóż, Lizzano jest klubem amatorskim, więc nie spodziewaj się, że Macario będzie ci cokolwiek płacić. Może za to umówić się inaczej. Jeśli przyjmiesz tę ofertę, to ja będę płacić twoją pensję. Nie będzie to zbyt wiele, ale na pewno wystarczy na wszystkie wydatki.

-Ok, ale to nie rozwiązuje całego problemu. Ja przecież mieszkam w Bari i nie mam samochodu. Dojazd w jedną stronę zajmowałby mi jakieś 3 godziny.

-To też da się załatwić. Mam na oku mieszkanie w Tarencie, które mógłbyś wynająć. Opłacałbym koszty wynajmu. Z Tarentu do Lizzano jedzie się pół godziny. Chyba brzmi w porządku, co?

-Hm, to faktycznie brzmi ciekawie. Musi pan mieć ogromny dług u tego prezesa.

-To już sprawa między nim a mną. Ty możesz to potraktować jako pewnego rodzaju szkołę trenerską. Jeśli ci się uda, być może pewnego dnia trafisz do Juve. – Trampani chyba sam do końca nie wierzył w swoje słowa. – Potrzebujesz czasu do namysłu? Pierwszą pensję otrzymałbyś już dzisiaj – powiedział, po czym wyjął plik banknotów. Mogło tam być jakieś 2000 euro.

Propozycja Trampaniego wydawała się niezwykle kusząca. Moja praca była naprawdę ciekawa, zawsze zastanawiałem się, jak to byłoby prowadzić klub w realnym świecie. Presja nie byłaby zbyt duża, to przecież klub amatorski. Mógłbym liczyć na niezłą pensję, w dodatku Trampani opłacałby moje nowe mieszkanie. Z przeprowadzki do Tarentu ucieszyłaby się też Camilla, na pewno chce wrócić do rodzinnego miasta. Poza tym, ma tam swoje mieszkanie, w którym moglibyśmy zamieszkać. Oczywiście nie powiedziałbym o niczym Trampaniemu, to byłaby mała tajemnica.

-Ok, wchodzę w to. Taka szansa trafia się tylko raz.

Uścisnęliśmy sobie ręce, a po chwili pod budynek zajechał czarny Fiat Panda, z którego wysiadł starszy mężczyzna, mógł mieć 65 lat. Gdy tylko Adamo go zobaczył, panowie wpadli sobie w ramiona.

-Macario, przyjacielu! Dobrze cię widzieć! – krzyknął Trampani. Panowie rzeczywiście wyglądali na dobrych przyjaciół.

-Witaj, Adamo! Czym zawdzięczam sobie twoją wizytę? Czy ten młody człowiek ma z tym coś wspólnego? – Macario Palmeiri wskazał na mnie.

-Tak, ten młody człowiek zgłosił się do poprowadzenia twojego klubu.

„Zapomniał pan dodać, że moje jedyne doświadczenie pochodzi z gry komputerowej” – powiedziałem sobie w duchu.

-Cóż, to świetne wieści! – wykrzyknął Macario Palmeiri, po czym energicznie mnie wyściskał. – Bałem się, że nie znajdę nikogo na tę posadę.

-Bardzo mi miło pana poznać, panie Palmeiri. Już nie mogę się doczekać, aby zacząć z panem współpracę.

- Tak, tak, ja też czekam z niecierpliwością. Wejdźcie do środka, omówimy szczegóły współpracy.

W ciągu następnej godziny wszystko już wiedziałem. Podpisałem z prezesem kontrakt amatorski, według którego nie miałem otrzymywać wynagrodzenia. Ciekawiło mnie, czy Palmeiri domyślał się o umowie między mną a Trapanim. Prezes zażyczył sobie, abym zaczął pracę od jutra i dodał, że dobrze by było, gdybym zjawiał się w klubie co najmniej 3 razy w tygodniu. Nie postawił przede mną żadnego celu. Po prostu mamy grać fajny, wesoły futbol, zachęcić fanów do przyjścia na stadion i postarać się nie wpędzić klubu w bankructwo. Ligą, w której gramy jest Promozione Puglia (grupa B), a więc 6. poziom rozgrywkowy we Włoszech. Przy okazji miałem nadzieję dowiedzieć się, za co Adamo jest dłużny Palmeiriemu tak dużą przysługę, ale panowie nie poruszyli tego tematu.

Pożegnaliśmy się w dobrych stosunkach i umówiliśmy się jutro na 12. Adamo zabrał mnie z powrotem do Bari, gdzie nie miałem zbyt wiele czasu. Musiałem się spakować, aby rano być gotowym do wyjazdu. Tym razem droga do Lizzano zajmie mi o wiele więcej czasu, nie będę mieć podwózki w postaci Adamo i jego kierowcy.

 

***

 

Opowiedzenie Wojtkowi całej historii zajęło mi niecałą godzinę. Mój przyjaciel długo nie mógł mi uwierzyć. Udało mi się go przekonać dopiero po pokazaniu kontraktu z Lizzano oraz pierwszej pensji od Trampaniego. Gdy już mi uwierzył, uświadomił sobie, że od jutra nie będziemy już współlokatorami. Postanowiliśmy uczcić to jednym piwkiem. Wojtek nalegał na więcej, ale musiałem iść już spać, jutro czekał mnie wielki dzień.

Share this post


Link to post

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Loading...
Sign in to follow this  

  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...