Skocz do zawartości
arti91

Start po łódzku

Rekomendowane odpowiedzi

Sezon 2015/16 czas przypomnieć. Wtedy to w osobie nieznanego polskiego trenera- Waldemara Skarpety rozpocząłem przygodę z nową karierą. Jako fachowiec bez żadnego doświadczenia i bez jakichkolwiek ukończonych kursów trenerskich postanowiłem poszukać swojego miejsca, gdzieś w niższych ligach. Niedługo musiałem czekać na odzew ze strony jednego z zespołów grających wówczas w lidze okręgowej. Co ważne był to klub z okolicy, z miasta w którym się urodziłem i wychowałem. Tak, padło na Łódź, a dokładnie na Start. Niegdyś klub ten grał na zapleczu ekstraklasy, to jednak czasy niezwykle odległe, bo sięgające lat 50'. Warto jednak co nieco wspomnieć o Starcie, dziś nikomu nieznanym bądź niewielu mówiącym. Warto napisać, że Start mógłby być dziś na miejscu Widzewa i kto wie czy to nie tam przy ul. Św. Teresy nie padałyby historyczne wyniki. Klub administracyjny należał do państwa, jednakże zdarzył się taki moment że prezesem miał stać się śp. Ludwik Sobolewski. Coś się nie potoczyło jednak i z pięknie pisanej historii na dziesięciotysięczniku zostały tylko wspomnienia. Jako, że pochodzę z Łodzi postanowiłem spróbować swoich sił właśnie w jakimś klubie lokalnym. Start jako jedyny reprezentował miasto na najniższym szczeblu, więc postanowiłem poszukać właśnie w tym klubie sportowego szczęścia. Po wysłaniu CV, zarząd postanowił po szybko trwających negocjacjach zatrudnić nowego szkoleniowca, dając mi tym samym szansę na wykazanie się. Łatwo już nie było od pierwszej rozmowy na temat pracy w zespole. Prezes Startu zażyczył sobie wywalczenie miejsca w górnej połowie tabeli oraz przejście chociaż jednego rywala w rozgrywkach Pucharu Polski. Żeby cele te spełnić musiałem, więc zakasać rękawy i wziąć się natychmiast do roboty.

 

W pierwszych dniach, a że ich nie było za wiele, musiałem przygotować drużynę do swojego pierwszego spotkania, które zarazem przypadało na pojedynek pucharowy. Tam zmierzyć się miałem z Tęczą Ojrzeń. Co prawda rywal do żadnych potęg się nie zaliczał, ale to samo również mógłbym powiedzieć o własnym klubie. Chcąc szybko zgrać zespół skleciłem do kadry wielu tzw. szaraków, którzy przebywali w klubie i postanowiłem podpisać z nimi kontrakty amatorskie. Nie zabrakło również zawodników zebranych z rezerw oraz z zespołu młodzieżowego, stąd też średnia była dość niewielka. Dla młodego trenera, to chyba zresztą dobrze. 25- latkowi łatwiej będzie prowadzić grupę 18-latków niż 33-latków. Jako, że poszukiwania współpracowników do sztabu szkoleniowego rozpoczęły się zaraz po przyjściu do Startu miałem nadzieję na to, że niebawem zgłoszą się chętni do pomocy. Asystent, trener bramkarzy oraz fizjoterapeuta wydawali mi się na początek najbardziej potrzebnymi postaciami. Mimo to, do meczu pucharowego musiałem sam zająć się treningiem i obraniem taktyki. Poszedłem na całość. Skład na Tęczę obrałem niemalże na chybił trafił, tak by zawodnicy pasowali mi do systemu 4-4-2. Po objęciu sterów wiedziałem jak ma wyglądać gra mojej drużyny, tak więc trenowaliśmy grę na obieg, ataki skrzydłami oraz uczyliśmy się stosować krótsze krycie. Linia defensywy miała być ustawiona głęboko, tak by w razie nieudanych akcji nie nadziewać się na zabójcze kontry. W dodatku uznałem, że na początek lepiej zagrać sztywno trzymając się własnych pozycji. W głowie jednak miałem na celu zmianę tego stylu gry. Gdy nadszedł czas na pierwszy mecz wszystkie założenia nie sprawdziły się i jeden z celów założonych przed sezonem spalił na panewce. Start przegrał w Ojrzeniu 2:0 i pożegnał się z rozgrywkami, więc mógł skupić się na rozgrywkach ligowych. Nie będę ukrywał, ekipa Tęczy wykazała większą ambicję i wolę walki, stworzyła więcej zagrożeń i wygrała zasłużenie. Start zaliczył natomiast falstart. Szczególnie słabo wyglądała gra w ofensywie, w której niewiele się działo. Być może pierwszy mecz sparingowy, kiedy mnie na ławce trenerskiej nie było, sprawił że mentalnie drużyna była jeszcze nie do końca przygotowana. Trudno, czasem tak bywa. Do inauguracji nowego sezonu dzieliło Nas kilka dni. Drużyna poprawiła się pod względem kondycyjnym, na który położyłem duży nacisk podczas treningów, więc była jakaś nadzieja, że wybieganiem coś tam się ugra. Jako jedyny sparingpartner Sport Perfekt Łódź pokazał w ostatnim przedsezonowym teście, gdzie jesteśmy. Okazało się, że wylądowaliśmy kolokwialnie mówiąc w czarnej d...e. Jakiś zespół z niższego szczebla przy rekordowej publice na obiekcie przy ul. Św. Teresy zlał Nas i mecz zakończył się wynikiem 1:4. Nie powiem, wtedy zacząłem się martwić już na poważnie. Szukając jednak jakiegoś optymistycznego zwiastuna, odkryłem, tak mi się przynajmniej wydawało, nić porozumienia pomiędzy dwójką piłkarzy. Jednym z nich okazał się jeszcze niepełnoletni Aleksander Borowicz, który jako napastnik się sprawdził, bo wpisał się na listę strzelców. Drugi natomiast to lewy pomocnik-  Michał Sikora zaliczający wtedy asystę dającą remis. Mimo tego zadowolony być nie mogłem, tym bardziej że na Naszym obiekcie pojawiło się grubo ponad 800 osób.

 

Nadszedł w końcu czas na mecz ligowy. Wielka niewiadoma. Trochę obawiałem się, że znowu coś nie wyjdzie, zwłaszcza że w okresie przygotowawczym nie mieliśmy się z czego cieszyć. Moja praca wciąż była utrudniona, ponieważ w sztabie szkoleniowym byłem sam. Treningi jednak procentowały, drużyna się zgrywała, kadra była szeroka, brakowało tylko wyników. I nieoczekiwanie ten przyszedł w 1. kolejce. MKS 2000 Tuszyn okazał się Naszą trampoliną. Wykazaliśmy się bardzo dobrą postawą pod bramką rywala, czego dowodem były aż cztery strzelone gole. Straciliśmy co prawda jednego, ale trzy punkty na początek sezonu chętnie przytuliliśmy. Wszystko jednak okupiliśmy kontuzją napastnika. Po meczu okazało się, że jesteśmy liderem rozgrywek. Było dobrze, a z czasem miało być już tylko lepiej. Pojawili się ludzie do sztabu, których poszukiwałem. Podpisaliśmy kontrakty amatorskie i mogłem się cieszyć, że będę nieco mniej wyeksploatowany. Trener bramkarzy nie mający doświadczenia, podobnie zresztą jak ja, od teraz mógł zająć się pracą z grupą golkiperów. Asystent  z kolei przewyższał moje umiejętności w treningu ogólnym, dlatego też jego rola zwiększyła się właśnie w tej kwestii. Sam natomiast zająłem się kondycją. Zmiany jednakże miały nastąpić później. Nie zamierzałem zmieniać planów jakie nakreśliłem na trwający swój pierwszy miesiąc. Zapomniałbym, wreszcie mieliśmy w klubie fizjoterapeutę. Akurat facet trafił na ciekawy czas, ponieważ do wcześniej wspomnianego kontuzjowanego napastnika dołączył także  środkowy pomocnik. Tygodnie mijały, a Start zamiast punktować zaczął zawodzić. Po miłym zwycięstwie przyszedł remis z Orłem Parzęczew, choć mecz mógł wyglądać zdecydowanie inaczej. Następnie dwie z rzędu porażki. Sokół II Aleksandrów mimo, że był Naszym gościem przez wszystkich stawiany był w roli faworyta. Nie ma się co temu dziwić. Tej drużynie zdecydowanie bliżej do zawodowstwa niż Nam. Pierwsza drużyna grała kilka szczebli wyżej i była prowadzona przez bardziej obytych w zawodzie ludzi. Na boisku jednak różnicy nie było widać. Problem był w nieskuteczności. Tworzyliśmy sobie więcej sytuacji, częściej strzelaliśmy na bramkę rywala, ale zawsze Sokół jakoś wychodził z tych opresji. Gdybyśmy zapewne zagrali lepiej w defensywie, mecz wyglądałby na zupełnie inny, a tak zakończyło się 1:2. Później przyszła konfrontacja z Termami Uniejów, w której ulegliśmy po marnej grze 1:3. Jednym słowem wstydziłem się za ten wynik albo może inaczej, gra była lekko mówiąc niezadowalająca. Postanowiłem, więc w trwającym okienku transferowym szukać piłkarzy mających umiejętności na tyle wysokie, by zrobić różnicę w meczu. A że budżet transferowy wynosił aż 0 złotych, to zamierzałem skorzystać z opcji wypożyczenia...

  • Lubię! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

:kutgw:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
W dniu 23.09.2018 o 17:51, arti91 napisał:

W pierwszych dniach, a że ich nie było za wiele

Zazwyczaj pierwszych dni nie ma za wiele ;) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

... Okienko transferowe wiecznie trwać nie mogło to też musiałem śpieszyć się coraz bardziej z wyborem zawodnika odpowiadającego mi do ustawienia i stylu gry. Takich oczywiście znalazłem na pęczki. Jednak, gdy już zdecydowałem się na danego zawodnika pojawiały się natychmiast problemy. Właściwie mówić powinienem w liczbie pojedynczej. Problem, o tak! Szukałem kogoś do gry na skrzydle ewentualnie zawodnika bardziej uniwersalnego, który mógłby wystąpić również od czasu do czasu w ataku. Na początek przeglądałem kadry zespołów z województwa łódzkiego i ku moim oczom ukazywali się piłkarze, których chętnie bym w klubie przywitał. Powracając jednak do problemu, ten ujawniał się podczas negocjacji z klubem. Te co prawda, tak chętnie, jak najbardziej wypożyczą piłkarza, ale oferta musi być większa. Zapewne chodziło o pieniądze, bo o co innego mogłyby kluby prosić. A że w skarbcu pustki, to i kadra na ostatni mecz przed zakończeniem okienka nie została wzmocniona. I chyba lepiej dla niedoszłego nabytku, ponieważ w debiucie mógłby jedynie ukryć twarz w dłoniach. Zostaliśmy zbici u siebie 0:3, czyli dokładnie padł taki rezultat jak miałby paść, gdybym oddał mecz walkowerem. Włókniarz Pabianice po prostu przyjechał zdobył trzy gole, tyle samo punktów zabrał z Łodzi i wrócił do siebie. A ja mogłem wstydzić się za siebie. W końcu biorę jako trener odpowiedzialność za wyniki swojego zespołu. Po meczu coraz bardziej chciałem kogoś ściągnąć do gry na skrzydle. Miałem w swojej głowie taki plan, by jedna z flanek była bardziej wysunięta od drugiej. Czas się jednak skończył, więc kolejne poszukiwania musiałem sobie odłożyć na później.

 

Nie chciałem zbyt wiele kombinować z taktyką, bo nerwowe ruchy niczego dobrego nie wnoszą. Jestem spokojnym człowiekiem i wolę, by wszystko miał swoje ręce i nogi. Do kolejnego meczu podszedłem jak do każdego kolejnego z myślą: "a może teraz się uda". Mówiłem sam do siebie " chłopaki raz wygrajcie i będzie lepiej". I wygrali. Start pokonał GLKS Dłutów mimo, że początek meczu był w Naszym wykonaniu bardzo słaby. Nic nie wskazywało po straconym golu na to, że się pozbieramy. Nie wytrzymaliśmy nawet pierwszego kwadransa i w dodatku to mecz na wyjeździe. Jednak pojawił się on, niczym Batman nocą w Gotham. Jeżeli ktoś uważnie czytał, to może spamiętał nazwisko Borowicz. Młody napastnik Startu strzelił dwa gole, które wystarczyły na przechylenie szali zwycięstwa. Kolejne trzy punkty znalazły się w Łodzi. Warto jednak przycupnąć przy tym szesnastolatku, który może napisać sobie całkiem niezłą karierę. Taki wiek i gra w pierwszym zespole w siłowej lidze może zaprocentować. Również sztab widział w nim kogoś, kto z czasem zrobi ogromne postępy i może stać się wiodącą postacią w lidze. Nie zamierzałem go więc hamować, dlatego chciałem mu dawać kolejne szanse. Niestety w kolejnym meczu Borowicz nie mógł wystąpić z powodu lekkiego urazu. Klubowy fizjoterapeuta odradzał mi wystawiania napastnika do składu, zatem postanowiłem dać okazję na zaprezentowanie się innemu z młodzieżowców. Alan Rybiński, bo o nim mowa pokazał się od razu z kapitalnej strony strzelając gola tuż na samym początku spotkania, dobijając piłkę po tym, jak bramkarz Start Brzeziny wypluł ją przed siebie po silnym uderzeniu jednego z moich zawodników. Zresztą strzelec gola również w oczach sztabu był niezwykle perspektywicznym zawodnikiem, a i z miejsca na pewno dał się zapamiętać kibicom. Powracając jednak do samego spotkania, nie wszystko układało się tak jak należy. Goście nie zamierzali wyczekiwać na to, jak łódzki Start rozstrzela ich nastolatkami. Mimo to kilkanaście minut później zrobiło się 2:0. Po przerwie jednak padła kontaktowa bramka i zrobiło się trochę nerwowo. Po cichu liczyłem na to, że zaraz zdobędziemy kolejnego gola i rywalom się odechce straszyć Naszą defensywę. O ile udało się podwyższyć rezultat spotkania, o tyle to tylko pogorszyło sytuację. Piłkarze z Brzezin wzięli się poważnie za odrabianie strat. Co prawda nie od razu udało im się zdobyć kolejne trafienie, ale na około 20. minut przed końcem spotkania zdobyli i swoją drugą bramkę oraz trzecią. Mecz zakończył się wynikiem 3:3. My zadowoleni z niego z pewnością być nie mogliśmy. Rywale owszem, neutralnym kibicom spotkanie mogło się podobać. 

 

Chcąc wędrować w górę tabeli musieliśmy szukać punktów gdzie indziej i to najlepiej od razu trzech. Te leżały w Koluszkach. Rywale może i częściej byli przy piłce, może i częściej oddawali strzały na bramkę, lecz na listę strzelców wpisywali się goście, czyli Start. Wygraliśmy 0:3 i było po zabawie. Mogliśmy zatem wracać happy do domu. Prawdziwe jednak "meczycho" miało miejsce u Nas, bo jakby inaczej. Przyjechała drużyna z Kutna, jakiś tam KS. Chcieliśmy zatem zrobić prezent kibicom i powtórzyć wynik z poprzedniej kolejki. Nawet się zaczynało podobnie. Szybko strzelony gol i no właśnie, zaszła zmiana. Nagły zwrot akcji w scenariuszu trenera Waldka Skarpety. Remis! Nie wierzyłem własnym oczom w to co widzę. Przyjąłem z bólem serca tego gola. Mówiłem sobie w duszy "to teraz zobaczycie na co stać Borowicza". Nic z tych rzeczy. Kutnianie zagrali mi na nosie. Bach, padł gol dla gości. Na szczęście tuż przed przerwą wyrównał...zgadnijcie- BOROWICZ!!! Zapamiętajcie tego gościa. W rozmowie jaka miała miejsce w przerwie postanowiłem wesprzeć jakoś swoich podopiecznych. Wlać w ich serca nieco wiary. Mówiłem na spokojnie, że ten mecz jest do wygrania, a oni chyba w to nie uwierzyli. Ręce mi opadły, cztery minuty po przerwie padł gol na 2:3. Później było gorzej. Minęło tylko kilka minut i czwarte trafienie zespołu z Kutna. Przyjezdni się cieszą, a mi się płakać chce. Ale nie ze mną te numery. Do końca wierzyłem w swój zespół. Wpuściłem Rybińskiego. Mówię mu, że wierzę w niego, niech pokaże na co go stać i pokazał. Gol!!! Radość na trybunach. To teraz trzeba znowu im wbić gola. A niech mają, niech zobaczą jak to fajnie jest tracić gole. Nadeszła 79. minuta i zgadnijcie kto strzelił. Tak to My. Ale kto dokładnie? Nie, to nie Borowicz, tym razem bohaterem meczu okazał się autor drugiego trafienia- Rafał Kruczyński. Niestety dobra końcówka nie dała Nam zwycięstwa. Ratując jednak wynik meczu daliśmy trochę radości Naszym fanom, którzy zjawili się w liczbie 158 chłopa, a może kobiety i dzieci również są w to wliczane...

 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
13 godzin temu, Makk napisał:

Zazwyczaj pierwszych dni nie ma za wiele ;) 

Ale czy jednak jeżeli w jakimś bardzo długim okresie przyjmiemy dużą liczbę dni uznawanych jako pierwsze to dalej uznajemy, że nie ma ich wiele? Poza tym pojęcie wiele to chyba miara bardzo subiektywna, więc to, że dla Ciebie niewiele, dla mnie może być już wiele :kekeke: 

Acz na poważnie to fakt faktem zdanie to czyta się bardzo dziwnie ;)

 

Co do samego opisu spotkań, może rozdzieliłbym trochę wydarzenia, jak gole czy chociaż połowy bo trochę się z tego robi zbita kupa tekstu. Czasem mam wrażenie przydałby się enter zamiast spacji między kolejnymi zdarzeniami.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

...Od kilku spotkań zaliczaliśmy się do drużyn niepokonanych. Jakże ładnie to słowo brzmi, gdy dotyczy mojego zespołu. Mijała kolejka za kolejką i wydawać by się mogło, że uda Nam się utrzymać fantastyczną passę, lecz w ostatnim pojedynku rundy jesiennej polegliśmy w Pabianicach z tamtejszym PTC. Zanim jednak musieliśmy uznać wyższość jak się później okazało lidera rozgrywek, wywalczyliśmy dwukrotnie remisy raz z Ostrovią, a raz z Włókniarzem Konstantynów. Aż trzy mecze jednak wygraliśmy, a Naszymi ofiarami okazały się takie kluby jak: Górnik Łęczyca, Zawisza II Rzgów oraz LZS Justynów. I gdyby nie ten nieszczęsny klub z Pabianic bylibyśmy od dziesięciu spotkań zespołem, który nie zaznał porażki. Mówi się jednak trudno. 

 

Nie miałem zamiaru się martwić zbytnio z tego powodu, ponieważ zgodnie z założeniami przedsezonowymi zajmowaliśmy wysokie miejsce jakim bez wątpienia jest pozycja piąta. Mogłoby być oczywiście lepiej, gdyby gra defensywna spisywała się nieco lepiej. Pod tym względem byliśmy najgorszym zespołem, a właściwie zajęliśmy drugie miejsce w tej klasyfikacji. To budziło pewne wątpliwości w sprawie stosowanej przeze mnie taktyki. Być może potrzeba było wzmocnić akurat tę formację, ponieważ kilku zawodników najwyraźniej nie dawało sobie rady. Niestety do okienka transferowego pozostało jeszcze dużo czasu i jedyną rzeczą jaką mógłbym wówczas zrobić, to porządny trening. Mogliśmy natomiast cieszyć się z ilości zdobytych goli. Tych było aż 27, a takiej liczby nikt w Naszej lidze nie wykręcił. Ponad połowę tego zdobyło dla Startu dwóch napastników. Jednego z nich znacie. Borowicz był naprawdę w fantastycznej dyspozycji. Drugim natomiast piłkarzem, który można powiedzieć że mu dorównywał był natomiast o cztery lata starszy Stanisław Ormański. Ważną postacią również po połowie sezonu dla Nas był Rafał Kruczyński. Nasz prawy pomocnik zaliczył cztery asysty i zdobył najlepszą średnią ze swoich występów. Do tego wszystkiego dołożył również cztery trafienia, które nie mogą być niezauważone. Z takich ważniejszych statystyk, to właściwie na tyle. Wciąż do przerwy zimowej dzieliło Nas kilka tygodni, więc trzeba było poprawiać błędy głównie w defensywie jak najszybciej. Marzenia o awansie uciekały mi coraz bardziej i chcąc jakoś nadgonić stracony czas szukałem możliwości poprawienia gry. Nie miałem jednak pomysłu, zatem najbardziej liczyłem na przerwę, w której można byłoby dokonać pewnych zmian. 

 

Mniej zapatrywałem się na zespół młodzieżowy. Drużyna U-18 nie radziła sobie najgorzej w swoich rozgrywkach i co ważne prezentowała się lepiej od rywali z jakimi pierwszy zespół Startu mierzył się w lidze. Za Nami była młodzieżówka Zawiszy Rzgów oraz KS Kutno, nie mówiąc o ekipie z Parzęczewa. Daleko jednak było Nam do największych łódzkich marek czyli Widzewa oraz zajmującego pierwsze miejsce ŁKS. Pierwsi wyprzedzali Nas o równe dziesięć punktów, drugiej różnicy nie ma co nawet liczyć, gdyż była to po prostu przepaść. Można było mimo wszystko jednak się z tego wszystkiego cieszyć. Chłopcy mogli grać z drużynami bardziej ułożonymi pod względem nie tylko sportowym. Rywalizacja z Widzewem, ŁKS czy tym bardziej z Wisłą Płock kiedyś mogła zaprocentować. Niespecjalnie jednak przywiązywałem uwagę do tego rocznika, w tej kwestii dawałem wolną rękę swojemu asystentowi, któremu od czasu do czasu dawałem z pierwszej drużyny piłkarzy grających mniej bądź też w ogóle. Nadchodzące dni jednak miały dać ogromne wzmocnienie osiemnastolatkom.  W składzie znalazło się kilku zawodników z pierwszej jedenastki z mojego składu i chcąc, by szybko doszli do pełnej dyspozycji, zamierzałem ich skierować pod skrzydła swojego asystenta. Na ten moment wszyscy zainteresowani musieli jednak poczekać. W pierwszej kolejności zawodnicy musieli wyleczyć swoje urazy...

 

  • Lubię! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

...Ogólnie rzecz ujmując rok 2015 zakończyliśmy jeszcze kolejnymi, dwiema porażkami i dzięki temu spadliśmy kilka pozycji niżej w tabeli. Ósma lokata nie była wymarzoną, liczyliśmy na nieco więcej, lecz wszystko się posypało. Porażki z Tuszynem oraz rezerwami Sokoła  były bolesne, zwłaszcza że bardzo łatwo dawaliśmy sobie wbijać bramki. Sześć goli straconych w dwóch meczach tylko podkreślały Naszą słabą defensywę. Udało się jednak jakoś dograć ten przeciętny rok do końca i liczyć, że podczas przygotowań coś się zmieni na lepsze. Żeby tak się stało postanowiłem na początek wziąć się za siebie. Skontaktowałem się z zarządem klubu i wyszedłem do nich z propozycją, by rzucili groszem na mój kurs trenerski. Wiadomo, mieć licencję a jej nie mieć, to ważna sprawa. Moja ambicja wymagała ode mnie tego, by się dokształcać. Poza tym wiedziałem, że mam dość duże szanse na to, że władze przystaną na mój pomysł, choćby dlatego że klub był dość stabilny finansowo, a ja sportowo raczej nie zawodziłem. Oczywiście można by się było przyczepić do mojej pracy, wszak nie wszystko wyglądało tak jak powinno, wydaje mi się jednak, że zasłużyłem w tamtym momencie na to, bym mógł się dalej rozwijać. Start również był tego zdania. Najwidoczniej wiedzieli, że i sami na tym skorzystają, ponieważ będą mieć młodego, ambitnego i wyuczonego trenera u siebie.

 

Jak się w ogóle okazało, w trakcie przygotowań do nowego sezonu, wraz z początkiem kursu spotkałem się z bardzo miłą dla mnie sytuacją. Otóż jeden z klubów, a dokładnie Czarni Rząśnia miał ponoć być zainteresowany moją osobą. Plotki jakobym miał zmienić barwy klubowe rozniosły się dość szybko, aż w końcu dotarły do odpowiednich mediów. Te skontaktowały się ze mną. Jeden z dziennikarzy zadał mi pytanie, czy słyszałem o zainteresowaniu innego klubu i czy jestem chętny zmienić otoczenie. Odparłem, że nie interesują mnie inne kluby. Chyba dobrze zrobiłem, bo niedługo potem dowiedziałem się, że z mojej reakcji zadowolone są władze Startu. Zresztą o to własnie chodzi. Tak się buduje atmosferę wokół siebie. Takie jest moje zdanie. Chyba najlepiej jest, gdy wszystkie strony wiedzą na czym stoją. Jakby zareagowali sami zawodnicy, gdyby na następny dzień usłyszeli gdzieś, że ich trener z którym pracowali na treningu rozgląda się za inną pracą.  A propos pracy. Przed Nami była bardzo intensywna zima. Ominęło Nas, jako sztabu szkoleniowego szukanie sparingpartnerów. Ci znaleźli się sami. Właściwie jednego dnia wpłynęło kilka ofert z zapytaniem o mecz towarzyski w okresie przygotowawczym. Nie zamierzałem odmawiać, zatem mogłem rozglądać się za wzmocnieniami oraz pracować nad taktyką. Czekały Nas spotkania z klubami z wyższych szczebli.

 

Czas szybko mijał, a ja po rozegraniu większości sparingów nie mogłem czuć satysfakcji. Owszem, nie graliśmy jakoś źle, ale wymagałem od zespołu czegoś więcej. Brakowało takiego zrozumienia w obronie, dlatego też co mecz traciliśmy gole. Na szczęście nie wpadało ich dużo. Po czterech meczach kontrolnych nie zaznaliśmy jednak smaku zwycięstwa, a przecież te z pewnością podbudowałyby samych zawodników. Szczelbiec Wolbórz oraz LKS Rosanów pokonały Nas minimalnie. W obu przypadkach było 1:2 dla rywali. Udało Nam się jednak zremisować z Zawiszą Rzgów oraz ze Zjednoczonymi Bełchatów, z którymi graliśmy pierwszy mecz. Ostatnie trzy mecze miały dać mi więcej odpowiedzi i liczyłem, że w końcu przełamiemy się, wygrywając po tak długim czasie. Wymyśliłem alternatywny styl gry, a właściwie dodałem pewien element gry, który już stosowałem podczas meczów ligowych. Jako, że atak to ponoć najlepsza obrona, zażądałem od zawodników, by zaczynali podawać w pole karne. W meczach kontrolnych mogli lepiej wypracować ten element. Tak przynajmniej mogłem domniemywać. Oczywiście szukałem dalej jakichś wzmocnień, lecz tych jak na lekarstwo...

 

 

  • Lubię! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

...Na ostatniej prostej przed powrotem na obiekty ligowe musieliśmy skonfrontować się z Jutrzenką Drzewce oraz Pilicą Nowe Miasto i Nerem Poddębice. W pierwszym z tych spotkań niestety byliśmy tłem dla rywala, więc zasłużenie przegraliśmy 0:2. Ofensywna taktyka zaczynała działać w kolejnym spotkaniu, w którym wbiliśmy rywalowi aż cztery gole. Zdecydowanie gorzej prezentowała się gra w defensywie, gdyż Naszego bramkarza rywale pokonywali trzykrotnie. Ostatni sprawdzian miał pokazać czy jesteśmy gotowi na ligowe potyczki. W międzyczasie musiałem radzić sobie ze swoją szeroką kadrą, a dokładnie rzecz ujmując z kilkoma niezadowolonymi zawodnikami. Kilku z nich domagało się częstszych występów, trudno jednak było im dać szansę gry, kiedy nie swoimi występami nie zachwycali. Szatnia powoli się buntowała, a ja przynajmniej raz w tygodniu musiałem gasić pożar w klubie. Pocieszały mnie jednak dwa fakty. Po pierwsze byłem obiektem zainteresowań co poniektórych klubów. Moje nazwisko przewijało się w mediach i było łączone z zespołami, które wyżej raczej nie grały niż w okręgówce. Nie skupiałem się jednak na zmianie swojego miejsca pracy, gdyż liczyłem na to, że to ze Startem osiągnę jakiś sukces. Drugą sprawą, która mogła mnie zadowolić była informacja o meczu towarzyskim drużyny młodzieżowej z ekipą kandydatów do gry w klubie, których wyszukał koordynator do spraw juniorów. Okienko zbliżało się coraz bardziej do końca, a że nie byliśmy w stanie sprowadzić żadnego godnego zawodnika, ucieszyłem się informacją o nowym narybku.

 

Jak wspomniałem pojedynek z Nerem Poddębice miał pokazać gdzie się znajdujemy i czy dobrze przepracowaliśmy zimę. Niestety skład został przetrzebiony z powodu kilku kontuzji przez co straciliśmy trzech zawodników właściwie podstawowego składu w tym również kapitana. W dodatku nie najlepsza atmosfera w zespole niezbyt dobrze wpływała na mnie czy na zawodników podczas treningów, a w konsekwencji i podczas meczów. Postanowiłem, więc że jedynym ratunkiem będzie postawienie na tych ludzi, którzy domagają się częstszej gry. Ci zawiedli mnie na całej linii. Przegraliśmy wysoko aż 0:4 i prawdziwa walka o to, by to wszystko naprawić zaczęła się na dobre. W dodatku okienko zostało zamknięte, a Start pozostawał bez wzmocnień. Próbując zrobić miejsce dla nowych zawodników, tych niepotrzebnych poprzesuwałem do rezerw mając nadzieję, że odpalą. Kadra wszak była młoda, więc i nadzieje na to, że może ktoś wypali były większe. Patrząc na nowych piłkarzy uradowałem się niezmiernie, gdy wśród nich znalazłem takich ludzi, którzy mogliby grać na kilku pozycjach. Uniwersalni zawodnicy chyba wszędzie są mile widziani. Z trzech może czterech z nich wprowadziłem, więc do seniorów. Wśród tej nielicznej grupy znalazły się także dwa nazwiska piłkarzy, którzy grali w rezerwach bądź w ekipie U-18, dla których również znalazłem miejsce w zespole.

 

I tak z kilkoma nowymi twarzami postanowiłem podejść do pierwszego meczu po przerwie zimowej. Od ostatniego meczu towarzyskiego do pojedynku z Orłem Parzęczew dzieliły Nas dwa tygodnie. Przez ten czas dałem odetchnąć od siebie swoim zawodnikom, którzy jednak trenować musieli. Jako, że swoje mecze grała drużyna młodzieżowa, to i dla seniorów znalazło się tam miejsce. Jedni  grali mniej, drudzy więcej, jedni mieli gorszy mecz, drugim natomiast takie spotkanie dawało pozytywnego kopa. Gdy nadszedł wreszcie egzamin pt. Orzeł Parzęczew postanowiłem zrobić niemałą rewolucję. Kilku piłkarzy dostało okazję do debiutu i muszę z perspektywy czasu przyznać, że nie wypadli najgorzej. Rywal na nie swoim obiekcie okazał się niezwykle wymagający. Zawiesił Nam poprzeczkę bardzo wysoko, czego dowodem są statystyki. Dwukrotnie częściej strzelali na Naszą bramkę, byli także częściej przy piłce. Byli jednak mało efektywni aż do 36. minuty, kiedy to objęli prowadzenie. Zawodników jednak starałem się nie stresować, nie zamierzałem zbyt wiele od nich wymagać. Próbowałem zachęcać ich oraz nakazałem, by grali na większym luzie. Po przerwie udało się w końcu wyrównać dzięki trafieniu wielkiego nieobecnego podczas przerwy zimowej. Stasiek Ormański uratował wynik na około kwadrans przed końcem i mimo wszystko byłem bardziej zadowolony z tego wyniku aniżeli zmartwiony. Punkt oraz przerwanie złej passy przegranych meczów ma zawsze wpływ na psychikę zawodników. W dodatku skoczyliśmy pozycję wyżej. A przed Nami były kolejne dwa mecze u siebie. Ten najbliższy z zespołem, który był oczko wyżej od Nas...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

...Jako pierwsi przyjechali do Nas goście z Uniejowa. Drużyna, która niczym szczególnym się nie wyróżniała była mimo wszystko rywalem, z którym mogliśmy mieć problemy. Chcać wywalczyć jakieś punkty, musieliśmy odnaleźć zatraconą skuteczność. Ta jednak była po raz kolejny nieodkryta. Mimo, że stworzyliśmy sobie mnóstwo sytuacji, a sam mecz można uznać za wyrównany, nie byliśmy w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Dość szybko stracona bramka sprawiła, że zespół mimo iż miał chęci, nie za bardzo wiedział jak pomysły przerzucić na murawę. Ja powoli również traciłem nadzieję, powoli liczyłem na cud.

 

Ten nadszedł w następnej kolejce. Po porażce 0:1 z Termami nadszedł czas na rywala z Dłutowa, który również sąsiadował z Nami w tabeli. Ponownie nie zamierzałem grzebać w składzie, tylko cierpliwie czekałem na rozwój wydarzeń. Długo czekać nie musiałem, bo już w 3. minucie rywale obudzili Nas w nieciekawy w tamtym momencie sposób. Mało tego, nie istnieliśmy kompletnie w tym spotkaniu. Rywal gniótł niemiłosiernie, kontrolował mecz oraz miał blisko 70% posiadania piłki. Wyglądało to mniej więcej tak jak Barcelona za Pepa Guardioli w pojedynku z Elche. GLKS zdominował kompletnie ten mecz, na szczęście nie posiadanie ani liczba strzałów się liczy. Liczą się gole. Na wyrównanie czekać było Nam aż godzinę i wtedy pojawił się na liście strzelców ten, którego brakowało Nam od dłuższego czasu- Stanisław Ormiański. Wynik się nie zmienił i blisko dwustuosobowa liczba kibiców mogła opuszczać stadion bez spuszczonych głów. Wciąż jednak nie wiedziałem jak wlać w ich serca kropli nadziei. Ja natomiast mogłem wciąż się pocieszać tym, że od czasu do czasu w mediach pojawiało się moje nazwisko przy klubach nawet III ligowych. Informacje te powodowały uśmiech na mojej twarzy, bo tego było z dnia na dzień coraz mniej. Nie tylko zresztą wyniki martwiły mnie, ale również coraz gorsza sytuacja finansowa. Start wydawał zbyt wiele na scouting. Brakowało jednak efektów, zatem postanowiłem zadbać o to, by nie zabrakło Nam pieniędzy. W drużynie było za dużo zawodników, miałem w kim wybierać, a właściwie kogo szkolić. Zrezygnowałem na pewien czas z usług scouta, w głębi duszy marząc o awansie np. za rok.

 

Po dwóch kolejkach u siebie przyszedł czas na wyjazd do Pabianic nieopodal Łodzi. Do Włókniarza jechaliśmy pełni nadziei na zrobienie dobrego wyniku. Rywal miał nieciekawą sytuację w tabeli, bronił się przed spadkiem, zatem zakładałem że trzy punkty trzeba z tego terenu wywieźć. Nie powiem, długo się męczyliśmy, jednakże na początku pierwszej połowy obudził się Nasz młody snajper, czyli Borowicz. Odpowiedź przyszła jednak chyba zbyt szybko. Gospodarze wyrównali i zrobił się poważny problem. Mimo, że parę sytuacji jeszcze sobie stworzyliśmy, to żadna z nich nie skończyła się golem. Kolejny punkt musiał więc Nas najzwyczajniej w świecie zadowolić. Jak to się mówi, trzeba się cieszyć z tego co się ma. Tydzień później powtórzyliśmy wynik ze Startem Brzeziny, z którym zagraliśmy o niebo lepiej. Po raz kolejny zabrakło skuteczności, co stało się bolączką łódzkiego Startu od dłuższego czasu. I zgodnie z tradycją do kolejnego meczu podchodziliśmy z nadzieją. Przedostatni zespół w tabeli jakim byli zawodnicy z Koluszek nie był raczej chłopcem do bicia, na takiego przynajmniej się nie zapowiadał patrząc jednocześnie na Naszą dyspozycję...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...