Skocz do zawartości
Makk

Czas przeszły

Rekomendowane odpowiedzi

Czas przeszły

 

To tak się zaczęło..
To tak się skończyło...
Tak się mo­je życie zaczęło...
Czy gorzej się skończy?
Coś się dobrze zaczyna,
a gorzej kończy...
To koniec..
Nie świata,
lecz czegoś..
Po pros­tu ko­niec jed­ne­go rozdziału,
a początek nowego...
Lepszego?
Te­go nie wie nikt...

 

 

I

 

          Człowiek ten nadszedł od północy od cmentarza Pomiechowskiego. Szedł pieszo, niespieszno, a w lewym ręku dzierżył drewnianą, wyrzeźbioną laskę, którą się lekko podpierał, w prawej gruby kajet. Ciepły sierpniowy dzień dobiegał końca, ludność osady powoli szykowała się na noc. Człowiek ten miał na sobie zwyczajne ubranie. Nie zwracał za bardzo uwagi na siebie.

          Zatrzymał się przy płotku domostwa Wrońskich, postał chwilę, posłuchał gwaru głosów, które dobiegały z altany skrytej pod bluszczem i bzem. Większość mieszkańców, jak zwykle o tej porze, odpoczywała w gronie najbliższych.

          Mężczyzna nie zaszedł do znajomych. Uśmiechnął się pod nosem i podreptał uliczką dalej. Minął kilka domostw, z których dochodziły do jego uszu podobne dźwięki: rozmów, szykowania kolacji.

Na końcu uliczki stał jednopiętrowy budynek. Kiedyś pełnił funkcję biblioteki. Obecnie jest tu biblioteka, miejsce spotkań mieszkańców i zarazem, na parterze, przedszkole.

Przy drewnianym płotku stało troje rodziców, skinęli głowami, ciepło się uśmiechnęli na widok człowieka w koszuli, powiedzieli prawie jednocześnie:

          — Dobry wieczór panie Macieju!

          — Dobry. — odpowiedział i słowem i uśmiechem.

Znajomy z laską może i był stary, a może i nie był, ale ciemne włosy na głowie oraz brodzie miał mocno przyprószone siwizną. Sam już nie pamiętał, ile ma lat dokładnie. Pogubił się trochę przez ostatnie zimy i lata. Coś ponad 50? A może bliżej do siedemdziesiątki? Nie zawracał sobie tym głowy. Bo co za różnica? Dla niego żadna. Duchem czuł się na jakieś 25 lat.

          Ubrany był w koszulę flanelową w czerwoną i niebieską kratę, znoszone dżinsy, a na nogach schodzone adidasy. Laska służyła za odciążenie kolana lewego. Ot, taka mała kontuzja w boju zdarzyła mu się kilka tygodni wcześniej.

W takim ubiorze nie było nic dziwnego, większość mieszkańców chodziła podobnie przyodzianych. Może na obecną porę i dnia i lata niezbyt adekwatny, ale miał w zwyczaju przewidywać wypadki. A te zasugerowały mu, iż późnym wieczorem, gdy będzie już wracał do siebie, może być chłodniej. Tak, chłodniej w te, jakby nie patrzeć, stare kości. Jego historie, życie oraz eksploatowanie się przyczyniły się do takiego stanu rzeczy.

          Maciej postał chwilę przy wejściu do budynku, wciągnął mocno powietrze spokojne. W końcu się uspokoiło wszystko, oby tak zostało. Za dużo ostatnimi czasy się działo. Chwila oddechu, oby dłuższego, wszystkim dobrze zrobi.

Po kilku sekundach takich rozmyślań wszedł do środka biblioteki.         

  • Lubię! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
22 minuty temu, Makk napisał:

Obecnie jest tu i biblioteka i miejsce spotkań mieszkańców i zarazem

 

I jeszcze jeden i jeszcze raz ;)

 

23 minuty temu, Makk napisał:

Znajomy z laską może i był stary, a może i nie był,

 

Wiem co chciałeś, powiedzieć, ale tego nie powiedziałeś. A może powiedziałeś i nie powiedziałeś? :)

 

23 minuty temu, Makk napisał:

Może na obecną porę i dnia i lata niezbyt adekwatny,

Pora dnia i roku? Czy lato jako pora?

  • Dzięki! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
10 minut temu, T-m napisał:

Pora dnia i roku? Czy lato jako pora?

Jedno i drugie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Czyli wystarczy porę dnia i lata po prostu :))))) KUTGW :)

  • Dzięki! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
16 godzin temu, T-m napisał:
16 godzin temu, Makk napisał:

Obecnie jest tu i biblioteka i miejsce spotkań mieszkańców i zarazem

 

I jeszcze jeden i jeszcze raz ;)

Iiiiiiiiiiiii tam :kekeke:

 

16 godzin temu, Makk napisał:

Kiedyś pełnił funkcję biblioteki. Obecnie jest tu biblioteka, miejsce spotkań mieszkańców i zarazem, na parterze, przedszkole.

Wiem, że się czepiam, ale noooo skoro kiedyś pełnił funkcję i teraz pełni ją dalej... Niby widać, że chodzi o to, że kiedyś był tylko biblioteką, ale wyszło to tak dość.. ciekawie ^^

  • Lubię! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Napisano (edytowane)

II        

 

          Spokojnym krokiem mężczyzna zaczął wspinaczkę po drewnianych schodach, na pierwsze piętro. Po paru krokach zaczął nawet się zastanawiać, czy to jemu w kolanie tak trzeszczy, czy to jednak stopnie.

W pełnym biegu na górę minęło go dwóch chłopców. W drugą stronę udało się małżeństwo Wojnów, którzy ładnie skinęli mi w goście pozdrowienia.

Po chwili człowiek ten znalazł się prawie u celu. Po jego lewej stronie znajdowała się spora salka, z której pozbyto się wszystkich regałów i książek. Wyłożono ją dywanami- na podłodze i ścianach, żeby w zimie dzieciaki miały trochę cieplej. Wystrój był ubogi, ale spełniał swoje zadanie. Łącznie z zieloną tablicą kredową.

Przy oknie stała spora koza z zapasem drew.  Na ściennych półeczkach, stoliku i parapecie stał cały multum świeczek. Żadna się jeszcze nie paliła. Okno pomieszczenia wychodziło na zachód i promienie słoneczne jeszcze dawały światło.

Maciej podszedł do sporego fotela obitego grubym lnem i zasiadł wygodnie. Gruby notatnik położył na stoliku obok.

Jeszcze nie polubił tych spotkań. Owszem, od samego początku mu jakoś nie przeszkadzały, ale trochę miał dziwne uczucie: jakbym był jakiś starym dziadem i opowiadał dzieciom na dobranoc bajeczki z morałem- myślał. Przez miesiąc go namawiali na dzielenie się swoimi doświadczeniami i historiami z „życia poprzedniego”. W końcu dał się przekonać. Postawił natomiast jeden zasadniczy warunek- nic o życiu osobistym, tylko „zawodowo”.

          Nie zamierzał nikogo pouczać, dawać przykładu. O nie, do tego nie chciał przykładać się. Jego celem było przekazanie dzieciakom swojego podejścia do pewnych aspektów. A co z tym zrobi, to ich sprawa. Chwalić się nie miał czym, a poza tym nie był taką osobą. Uważał, że coś tam osiągnął kiedyś. Ale było minęło. Teraz jest zupełnie inny świat.

Luzie zaczęli zapełniać pokój. Część siedziała na podłodze, inny stali pod ścianami, gwar rozmów jeszcze nie cichł.

Wtenczas przypomniał sobie o dwóch rzeczach: o fajeczce i czymś do picia. Zszedł na dół, załatwił jedną i drugą rzecz szybko.

Od ponad dwóch lat nie widziałem i nie czułem papierosa. A zapaliłbym mocno takiego. Fajka jednak to nie to. - przemknęło mu przez głowę.

Po powrocie było już ciszej, czekali już. Dojrzał, iż dziś pojawiło się więcej osób, niż ostatnim razem- i kilku młodzieńców, kilka osób w wieku między 25 a 35 lat, tak na oko. Osoby, które jeszcze pamiętały pewne rzeczy.

          — Witajcie wszyscy, dzięki za przybycie. Nie podziewałem się was aż tylu— zagaił.

Trójka chłopców w pierwszym rzędzie mocno przyglądała się notesowi. Domyślił się, że zżera ich ciekawość, co do zawartości jego dokumentów.

           — Na czym to ostatnio skończyłem swoją opowiastkę? — zapytał spod przymrużonych oczu.

Nikt oprócz Maxa nie kwapił się z odpowiedzią, ten twardo trzymał rękę w górze. Chyba nadal ich wszystkich onieśmielał. Wyjątek stanowił ośmioletni sierota, który był wpatrzony w niego jak w obrazek. Tak przynajmniej twierdziła sąsiadka Macieja.

           — No, mały, mów. —  w głosie mężczyzny było słychać małe zniecierpliwienie.

           — Opowiadał nam pan o swoim wyjeździe i początkach. — zaseplenił lekko ośmiolatek. — Pielse dwa lata placy były. Mi się podobała ta nazwa i miast, co pan opowiadał. Chciałbym kiedyś tam pojechać.

           — Aha. Może kiedyś ci się uda. Może wszystko się podniesie z kolan. Choćbym odradzał wybierania się w dalekie podróże. Tam czyha wiele niebezpieczeństw. Zagrażają one waszemu życiu. Kiedyś, jak ja zaczynałem swoją przygodę z tym wojażem i robotą, było lżej. Jedyne, co w zasadzie zagrażało, to stres, małe zarobki i możliwość szybkiego zlecenia ze stołka. Nie potrafię stwierdzić i wam odpowiedzieć, które czasy gorsze. Ale wróćmy do tematu. — zreflektował się szybko „gospodarz” wieczoru.

           — A co pan dziś ze sobą przyniósł? — odezwał się od razu zaciekawiony Mateusz, który zasiadał obok Maxa.

           — To jest mój notatnik z tamtych czasów. Nie wiem jakim cudem się ostał. Przeszedł strasznie dużo i jeszcze dyszy.

           — Co w nim jest? — kontynuował przepytywanie młodziak.   

           — Moje notatki, ustawienia, formacje, zalecenia. Są też niektóre wycinki z gazet. Takie co ważniejsze. Na to przyjdzie czas, mały. — choć troszeczkę Maciej zaspokoił ciekawość chłopaczka.

W tym momencie gdzieś na horyzoncie dało się słyszeć grzmot. Burza nadciągała. Jeszcze była bardzo daleko.

Pewnie za jakieś trzy godziny dopiero może tu dotrzeć. Nie wcześniej. Ale dobrze, niech popada trochę, bo dawne tego u nas nie było. Już z miesiąc w ogóle nie było deszczu? Jakoś tak. – zamyślił się na chwilkę.

Edytowane przez Makk
  • Lubię! 2

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
18 minut temu, Makk napisał:

Spokojnym krokiem mężczyzna zaczął wspinaczkę po drewnianych schodach, na pierwsze piętro. Po paru krokach zaczął nawet się zastanawiać, czy to jemu w kolanie tak trzeszczy, czy to jednak stopnie.

przed "na pierwsze piętro" oraz "czy to jemu w kolanie" nie powinno być chyba przecinka...

 

19 minut temu, Makk napisał:

Jego celem było przekazanie dzieciakom swojego podejścia do pewnych aspektów.

Do jakich aspektów :-k

 

20 minut temu, Makk napisał:

Chwalić się nie miał czym, a poza tym nie był taką osobą.

 

"a poza tym nie był osobą, w której charakterze to leżało"?

 

20 minut temu, Makk napisał:

Uważał, że coś tam osiągnął kiedyś

"coś tam kiedyś osiągnął/kiedyś coś tam osiągnął"?

 

23 minuty temu, Makk napisał:

— Witajcie wszyscy, dzięki za przybycie. Nie podziewałem się aż takiej ilości— zagaił.

 

Liczby. Ludzie są policzalni :)

 

25 minut temu, Makk napisał:

Domyślił się, że ich ciekawość zżera, co do

 

"zżera ich ciekawość..."

 

28 minut temu, Makk napisał:

Tak przynajmniej twierdziła Macieja sąsiadka.

 

"sąsiadka Macieja"

 

30 minut temu, Makk napisał:

małe zniecierpliwienie było słychać w głosie mężczyzny

 

"w głosie mężczyzny słychać było małe zniecierpliwienie"

 

30 minut temu, Makk napisał:

Luzie zaczęli zapełniać spokój.

 

Chyba pokój :keke:

 

@Makk bardzo fajnie budujesz to opowiadanie, ale to przestawianie wyrazów frustruje i powoduje bardzo duży dyskomfort czytania. 

  • Lubię! 2

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

III

 

                Grzmot ustał. Echo przeszło. Można było wracać do rozmowy. Dzieciakom lekko świeciły się oczy z przejęcia. Historie opowiadane przez Macieja ich czarowały, dziś dodatkowego uroku sprawie dodawała zbliżająca się burza. Taki klimat  z dreszczykiem się chyba wytworzył.

                — Dla przypomnienia: w 2017 roku, po spadku do najniższej ligi, zarząd klubu podjął decyzję o zwolnieniu Stephena Hatfielda. Ja miałem trochę stresa, że przyjdzie nowy trener i będę zmuszony szukać nowej pracy. — orzekł człowiek w fotelu.

                — Ale pewnie pan został. I nie szukał nowej pracy! — radośnie zakomunikowało któreś z dzieci z trzeciego rządku.

                — Po kolei, mały. — pokiwał palcem — Dwa dni temu mówiłem wam, że jako asystent Hatfielda czułem się trochę winny fatalnych wyników, które uzyskiwaliśmy jako drużyna. Co prawda między tamtym trenerem a piłkarzami oraz pracownikami dochodziło do wielu starć. Niepotrzebnych oczywiście.

                — Do starć? Takich jak u nas czasami? Tam za ogrodzeniem? — zapytał maluch.

                — Nie. Zdecydowanie nie. Na szczęście, do żadnej walki nie dochodziło. Tak się mówi, jak ludzie się kłócą. — Maciej wytłumaczył opacznie zrozumiane słowo.         

                — Ahaa. — maluch albo zrozumiał albo udał, że zrozumiał.

                — Nieważne, zostawmy ten temat. Sporo osób się pokłóciło, zespół grał beznadziejnie. Zajęliśmy przedostatnie miejsce. Ugraliśmy tylko 10 punktów, czyli wygraliśmy przez cały sezon tylko dwa razy i 4 razy zremisowaliśmy. Istna katastrofa.

W tym momencie w salce rozbrzmiało małe buczenie i wyraz smutku w postaci:

                — Uuu!

Opowiadający podniósł rękę w geście uspokojenia i prawił dalej:

                — Czasem tak bywa. Nie idzie, jak chcemy, bo nic się nie zazębia. Tam też tak było. I kończąc wątek: Hatfield został zwolniony, właściciel klubu nie mógł znaleźć nowej osoby, która by mu pasowała i chciała do naszego klubu dołączyć. Nie oszukujmy się! To był naprawdę zaścianek europejskiej piłki! Powiedzmy, że najlepszym drużynom nadamy 5 gwiazdek reputacji. To nasza by miała wtedy jakieś pół gwiazdki albo jedną trzecią. Taka miernota. — sam do siebie się lekko uśmiechnął — Po paru rozmowach z prezesem dogadałem się, iż to mi dana będzie szansa prowadzenia drużyny.

 

Od razu pojawiły się nieśmiałe oklaski i westchnienie ulgi u małych słuchaczy, dało się też słyszeć:

                — Brawo! Wiedziałem, że tak będzie!

Siwowłosy tym razem uśmiechnął się już bardziej. Dla niego to było wspomnienie dawnego życia, dawnego świata, czegoś, co miał, przeżywał i był poniekąd dumny z tego w głębi serca. Dla zebranych tu to była ciekawa historyjka, coś do posłuchania, do oderwania się od szarej rzeczywistości i zmagań codziennych z siłami natury. Lub jak niektórzy mawiali- niekoniecznie to były siły natury, a czegoś nadprzyrodzonego.

                — Tak o to zostałem głównym trenerem klubu, który został założony w 1970 roku. Naszym stadionem był Donegal Celtic Park. Pomieścić on mógł ponad 5300 widzów, z czego miejsc siedzących było 2650. To wszystko wyglądało bardzo skromnie…

                — Boisko wyglądał dużo lepiej od tego naszego? — przerwał Max.

                — Zdecydowanie nie. — odpowiedział z pewnością — No, może murawa była trochę równiejsza. No i była trybuna. Prawie taka jak nasza ławeczka.

 

Tu zebrani się zaczęli śmiać. Ci starsi rzecz jasna. Oni pamiętali wygląd prawdziwych boisk, stadionów, spotkać na żywo, meczów w telewizji oraz internecie pokazywanych.

                — Byłem bardzo szczęśliwy z otrzymanej szansy. Znałem to miejsce, znałem ludzi z klubu, piłkarzy, kibiców Było mi łatwiej, nie wchodziłem w nowe środowisko. Może niektórzy byli nastawieni do mojej nowej roli trochę sceptycznie, ale bez przesady. Kilku osobom wytłumaczyłem, że miałem już w połowie poprzedniego sezonu pomysł na grę tej drużyny, na poprawę niektórych aspektów funkcjonowania zespołu. Niestety, główny szef miał swoją wizję. I wyszło, jak wyszło.

 

Jeden z mężczyzn stojących pod ścianą podniósł rękę, jakby się zgłaszał do odpowiedzi. Maciej skinął mu głową na znak, że słucha.

                — A jaką drużynę pan prowadził? Nazwa nie padła jeszcze!

                — Nie, samej nazwy jeszcze nie podałem. — spokojnie odpowiedział — Klub ten nosił nazwę Donegal Celtic FC. Irlandia Północna, tamtejsza trzecia liga.

 

Dalszy wywód Macieja przerwał dzwon, głośny i wyraźny, gdyż kościół znajdował się dosłownie kilkanaście kroków dalej.

Dzieci westchnęły z niezadowoleniem. I to mocnym. Wiedziały, że dzisiejszy dzień dobiega końca. Teraz czekał ich tylko powrót do domu i siedzenie w czterech ścianach.

Dorośli powoli zaczęli zbierać maluch, ażeby je poodprowadzać. Kilku mężczyzn skinęło na pożegnanie głowami w stronę Maćka. Odpowiedział im skinieniem i podniesioną dłonią.

Westchnął pod nosem, powolnymi krokami za całą resztą zaczął schodzi na dół.

Wyszedł przed bibliotekę, wciągnął głęboko powietrze. To pachniało dokładnie jak… powietrze przed burzą.

Duża ilość ozonu. – przypomniał sobie.

  • Lubię! 3

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

IV

 

          Wchłanianie zapachu przerwało mu odchrząknięcie z jego prawej strony. Otworzył oczy i lekko obrócił głowę w odpowiednim kierunku. Stał tam Wojtek Sosnowski. Na oko czterdziestoletni chłop, który wyróżniał się z tłumu. Zawdzięczał to sporej muskulaturze oraz wzrostowi lekko ponad dwóch metrów. W osadzie wielce szanowany. W końcu to on, jako mistrz, zajmował się naprawami wszelkich wozów, podkuwaniem koni oraz wykuwaniem narzędzi. Kiedyś by o nim powiedziano po prostu kowal. W obecnych czasach bardziej by pasowało: technik-mechanik-kowal-złota rączka.  

Czarnowłosy Wojtek z wąsem pod nosem poprawił strzelbę na ramieniu i pasek z przytroczoną maczetą w pasie, zagadał do Macieja:

          — Hej. Jak kolano?

          — Czołem. Już lepiej, jakoś się goi. W zasadzie już nie boli.

          — Taa, jasne. Widziałem, jak kulejesz. No i z lagą cały czas łazisz.  — prawie parsknął ze śmiechu wąsacz.

          — Dobra, trochę jeszcze boli. Myślę, że jeszcze parę dni i będzie w porządku. — przyznał siwowłosy.

          — Ja tam się nie dziwię. Silny był skurczybyk i miał ładne pazurki. Ale się udało go pokonać, gdyby nie ty to mogłoby się to gorzej skończyć. A tak to tylko kolano trochę ucierpiało. — dało się słyszeć nutkę podziwu w głosie Wojtka.

          — Nie przesadzajmy! Każdy dał z siebie wiele. Utłukliśmy gada i będzie spokój może na trasie teraz. Zaskoczył nas skurwiel. — machnął ręką Maciej  — Na wartę teraz lecisz?

          — Tak. Do połowy nocy mam. Od rana mam sporo roboty i upiekła mi się cała nocka. Ten wóz muszę dokończyć.

          — Ok, w takim razie nie zatrzymuję. Spokojnej warty. Coś będzie wam potrzebne?

          — Nie, dzięki. Mam coś na ząb i brzuch. — kowal lewą ręką zaprezentował termos i zawiniątko z prowiantem. — Lecę. Trzymaj się i lecz kolano.

           — Też się trzymaj.

Na pożegnanie uścisnęli sobie dłonie.

 

          Maciej skierował kroki w stronę ulicy prowadzącej do jego chatki. Przeszedł kawałek i dzwon ponownie było słychać. Uderzył dwa razy. Normalnie, na oznajmianie nadchodzącego zmierzchu nie zwykli używać dzwonu kościelnego, ale dziś szła burza i zrobiono to, aby wszyscy usłyszeli.

Można powiedzieć, że została ogłoszona godzina policyjna. No prawie. Policji nie było już. Upadła ta instytucja jak każda inna.

W takim świecie teraz przyszło żyć.

 

           Człowiek dochodził do swego ogrodzenia, kiedy za zakrętu podwórza wyskoczył czarny zwierz. Pędem podbiegł do niego i zaczął mocno merdać ogonem. Szybko dobiegł ten kawałek, choć lekko kulał, jak jego pan, na tylną lewą łapę. U obu było widać skutki walki, tej samej, o której wspomniał kowal.

           — Cześć Rambo! Gdzie byłeś sierściuchu? Jak wychodziłem, to ciebie nie było, a teraz radośnie wyskakujesz mi tu. — Maciej podrapał psiura za uszami.

Pies okręcił się jeszcze naokoło właściciela, popatrzył na każdą stronę, obwąchał powietrze i wskoczył na podwórze.

           — Chodź do domu. Zaraz będzie lać. Zaraz zrobię coś dla nas do żarcia, bo w sumie to głodny jestem. — klepnął się w udo i wezwał do siebie kudłacza.

Może jeszcze uda się coś poczytać przed zmrokiem? – pomyślał i wszedł z towarzyszem do środka chałupy.

Rambo miał osiem lat, sięgał większości dorosłym do połowy uda. Z wyglądu to była mieszanka wyżła i owczarka. Maciej znalazł go w lesie jako szczeniaka, od razu zabrał ze sobą. Ani on, ani jego córka i żona nie spodziewali się, iż pies wyrośnie tak mocno.

 

Drzwi zostały otwarte po ich wejściu. Ledwo przekroczyli próg, a pierwsze krople zaczęły spadać na ziemię.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×