Jump to content


KONKURS "CM FORUM - KARIERA FOOTBALL MANAGERA" WYSTARTOWAŁ!

Do wygrania 2 egzemplarze gry FOOTBALL MANAGER 2020!

REGULAMIN KONKURSU


Ralf

Użytkownik
  • Content Count

    3235
  • Joined

Everything posted by Ralf

  1. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Rolf to cham, niech tyra sam! Rolf to cham, niech tyra sam!
  2. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    – Że co? – parsknąłem śmiechem o nieokreślonej emocji, gdy pięć minut po wyjściu z autokaru byłem u Hempelmanna, gdzie przyszedłem poinformowany przez Brigitte, że prezes na mnie czeka. – Chcę to usłyszeć jeszcze raz, Herr Rolf, i jeżeli to naprawdę było to, co wydaje mi się, że usłyszałem, radzę się zastanowić, bo odwrotu nie będzie. – Ja, to naturalnie było to, co przed chwilą powiedziałem – zachrypiał starszy człowiek po drugiej stronie biurka; ten sam, który wielokrotnie klepał mnie po plecach, dziękując, że jestem na czele RWE. – Nie jest pan już trenerem SC Rot-Weiss Essen, Herr Ralf. Od dłuższego czasu obserwuję całkowity brak zrozumienia między panem a naszymi piłkarzami, a skoro to się nie zmienia, to najwyraźniej się pan wypalił i najwyższy czas, by wprowadzić do klubu powiew świeżości, zaczynając od stanowiska menedżera, którego pan u nas już nie powinien zajmować ani dnia dłużej. – Chyba raczej powiew śmieszności... – powiedziałem, nie mogąc się powstrzymać, po czym zacząłem rechotać, bezwiednie kładąc dłoń na twarzy. Rolf Hempelmann, do niedawna prawie przyjaciel, od teraz niekoniecznie, wstał z fotela i nachylił się nad biurkiem, opierając rękami o blat. – Tak panu wesoło? Może mi pan wyjaśni powód, a razem się pośmiejemy? – Pan wybaczy, Herr Hempelmann, ale pieprzy pan od rzeczy – powiedziałem. Może mało grzecznie, ale jakie to miało teraz znaczenie? No właśnie. – Niezrozumienie owszem, występowało praktycznie przez cały sezon, ale wyłącznie ze strony piłkarzy, którzy z jakiegoś powodu po ubiegłorocznym mistrzostwie Niemiec, o którym pan już zapewne dawno zapomniał, tak jak i o tym, komu pan ten tytuł zawdzięcza, teraz całkowicie spoczęli na laurach. Tu ma pan całkowitą rację, te osły kompletnie nic nie rozumieją. Do sezonu drużynę przygotowywałem dokładnie tak samo, jak i w poprzednim roku. Nie prowadziłem żadnych rewolucji w taktyce, nic nie stanęło na głowie. Innymi słowy, drużyna miała do czynienia z dokładnie tym samym, co przez całą moją kadencję, i co zawsze doskonale działało. Czego oni, do cholery, nie potrafią zrozumieć?! Obecne Rot-Weiss Essen to pieprzeni kelnerzy, którzy rozdają punkty potrzebującym i nasycili się jednym pieprzonym tytułem mistrzowskim, który całkowicie zaspokoił ich płytkie ambicje! – Dość tego! To pana wypowiedzenie, proszę opuścić teren klubu w ciągu dwóch godzin! Starszy człowiek okrążył biurko, pochwycił gwałtownie przygotowany wcześniej dokument i wręczył mi do rąk tak samo mało subtelnym ruchem. Przyjrzałem się lekko pomiętej kartce, która zawierała standardowe formułki, były na niej wszystkie niezbędne pieczątki i podpisy, a także data i informacja drobnym druczkiem, że wraz z dniem dzisiejszym nadany jest bieg. – I to już? Czekam na drugą część – rzekłem ze stoickim spokojem. – Niby jaką? – Na wysokość odprawy, jaka przelana zostanie na moje konto. Innymi słowy odszkodowanie za zerwanie umowy, jeżeli brak zrozumienia występuje również między panem a mną, i nie zrozumiał pan, o czym mówię. Rolf Hempelmann aż poczerwieniał z oburzenia; wyglądał przez chwilę, jakby lada chwila jego głowa miała rozlecieć się na drobne kawałki, oblepiając ściany mokrymi, zakrwawionymi kawałkami mózgu. – To już jest szczyt bezczelności! – zagrzmiał. – Za taki sezon ja mam panu jeszcze płacić?! Po moim trupie! Żegnam! Ruszyłem w kierunku drzwi, otworzyłem je, ale nie wyszedłem na korytarz, tylko w nich stanąłem i zwróciłem się do wciąż purpurowego Hempelmanna. – Niech pan nie myśli, że tak po prostu panu dam spokój i sobie gdzieś wyjadę – stwierdziłem. – Może pan się spodziewać, że wrócę tu z prawnikiem w najbliższej przyszłości. A tymczasem życzę przyjemnego spadku z ekstraklasy za rok i powodzenia w 2.Bundeslidze! Wyszedłem trzaskając drzwiami. Później udałem się do domu, by schować wypowiedzenie do szuflady i wypić pilznera trzema łykami. Na koniec zajrzałem do Moriente, który został dziś u siebie, by o wszystkim mu opowiedzieć. I przy okazji oblać to jeszcze jakimś dostojnym trunkiem wysokoprocentowym. Tak oto skończyła się moja przygoda z Rot-Weiss Essen.
  3. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W 29. kolejce Bundesligi graliśmy w niedzielę, co oznaczało, że do rozpaczliwie broniącego się przed strefą spadkową Hoffenheim jechaliśmy jako siódma drużyna w tabeli, ponieważ w sobotę HSV wygrało swoje spotkanie. Seria trzech zwycięstw, w tym jednego nad być może mistrzem Niemiec tego sezonu, sprawiło, że uznałem wykrystalizowany obecnie skład za scementowany i w pełni zgrany, toteż znów na murawę wyszła niezmieniona jedenastka w biało-czerwonych trykotach. Początek spotkania na Dietmar-Hopp-Stadion nie był łatwy. Po fantastycznej grze z poprzednich trzech spotkań nie było już śladu; wróciło słabiutkie, żałosne, nieskładne i popełniające całe serie błędów Rot-Weiss Essen. W 12. minucie Kevin Bruns w niegroźnej sytuacji sprezentował Hoffenheim rzut karny, z którego prowadzenie gospodarzom dał Jordanow. Sześć minut później rywale serdecznie nam się zrewanżowali, gdy jedenastkę podarował nam Claaßen; oczywiście do piłki, mimo mojego kategorycznego zakazu, ruszył Konieczny, kładąc swoje jaja na szali. Tomek znów uderzył fatalnie w środek bramki, ale na jego szczęście Barisić jakimś cudem zdołał przepuścić piłkę do siatki. Wyglądało na to, że pokonujemy kryzys, gdy zaczęliśmy panować na boisku, a w 32. minucie Bruns dośrodkował na głowę Corradiniego, który główką w okienko dał nam prowadzenie; w tej akcji swoje zasługi dla rywali wyzerował Jordanow, który krył Daniele na radar, ale to nie było nasze zmartwienie. Sześć minut później centry z lewej flanki spróbował Fernando, a do Corradiniego spóźniony był tym razem Silva, więc Daniele potężnym wolejem z ostrego kąta podwyższył na 3:1. Jednak w 41. minucie nadeszła zapowiedź wydarzeń z drugiej połowy, kiedy skandaliczne zachowania naszych stoperów – Hofmann przegrał kluczowy pojedynek główkowy, a Konieczny zostawił niekrytego Franceschiniego, który zdobył gola kontaktowego. Druga połowa była już typową grą moich zawodników przeciwko mnie – praktycznie każdy na boisku, z wyjątkiem Corradiniego, starał się knocić wszystko tak bardzo, jak tylko mógł, nie dbając o to, że jednocześnie ośmiesza się przed kibicami, resztą Bundesligi i telewidzami. Pierwszy hamulec ręczny zaciągnął Vink, który w 61. minucie obejrzał drugą żółtą kartkę i dał kolegom sygnał do rozpoczęcia autodestrukcji; dwie minuty później już był remis, kiedy Hofmann odsunął się z drogi Fiedlerowi, a ten zdobył gola spokojnym strzałem po ziemi. W tym momencie do naszej bramki posłałem Neumanna, bo Olivieri był dziś tylko wkładem do koszulki i piłkarze Hoffenheim ładowali mu, jak tylko chcieli. Na domiar złego w 73. minucie gospodarze rozwalili nogę Corradiniemu – jedynemu piłkarzowi RWE, który w przeciwieństwie do kolegów walczył i nie musiał wstydzić się swojego występu. Od tego momentu resztki jakiejkolwiek gry z naszej strony gruchnęły na ziemię niczym Mur Berliński, a w doliczonym czasie dzieła samozniszczenia dokonał środek obrony, na którym Konieczny zwyczajnie uciekł ze swojej pozycji, a Hofmann zadbał, by Fiedler miał wystarczająco dużo swobody, żeby wyjść sam na sam z Neumannem i zapewnić swojej drużynie zwycięstwo nad pajacami w biało-czerwonych strojach. W szatni po raz pierwszy od dłuższego czasu zbluzgałem zespół z góry do dołu, mówiąc, co myślę o naszym dzisiejszym występie, ale widziałem doskonale, że wszyscy czekają tylko, aż skończę i sobie pójdę. Być może nie unosiłbym się aż tak i przyjąłbym tę frajerską klęskę ze spokojem i w dobrym humorze, gdybym wiedział, że prezes Hempelmann przygotował dla mnie na nasz powrót całkiem uroczą niespodziankę z okazji zbliżającego się sześciolecia mojej pracy w Essen.
  4. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Sęk w tym, że czołówka cały czas wygrywa, więc nasza sytuacja w tabeli się nie zmienia. -------------------------------------- Tydzień później mieliśmy kolejną okazję do rewanżu, tym razem za porażkę, bo przyjechało do nas Karlsruhe, trzymające się dość daleko od strefy spadkowej, ale wciąż niepewne utrzymania. Najwyraźniej plaga kontuzji powoli się wynosiła, bo z wyjątkiem Mihajlovicia, którego po prostu uszkodzili rywale, w kolejnym już spotkaniu mogłem bez przeszkód wystawić niemal ten sam skład, a chłopaki byli wypoczęci i w dobrej formie. Dziś rozwój wydarzeń na boisku przebiegał już tak, jak przebiegać powinien, czyli spokojnie gnietliśmy Karlsruhe, a goście w końcu nie mieli za bardzo jak sobie pograć, korzystając z naszych strat i błędów. Początkowo mocno szwankowała nam skuteczność, m.in. w 23. minucie Denílson fantastycznie urwał się obronie tylko po to, by w sytuacji sam na sam strzelić prosto w Özdemira, który bez problemu sparował piłkę na rzut rożny. Ale w 31. minucie nasz napastnik ponownie stanął przed szansą po podaniu Rosego, huknął mocno z dystansu, a Özdemir odbił piłkę przed siebie, w związku z czym Corradini odesłał ją do bramki Karlsruhe. Po przerwie przewaga nadal była po naszej stronie, a w 54. minucie Bruns ograł Paulo i posłał mierzone podanie między obrońców do wbiegającego Denílsona, który przy tym podejściu już bez przeszkód podwyższył na 2:0. Andreas Schachner, któremu nadal pamiętałem spieprzenie do Karlsruhe, znów nie mógł się wykazać, ale nie to było dla mnie najważniejsze. Nareszcie bowiem zaprezentowaliśmy wysoką dyscyplinę w obronie, cała czwórka trzymała się swoich pozycji, a Olivieri bronił z klasą, a to oznaczało, że po raz pierwszy od 13 lutego zachowaliśmy czyste konto. Musiałem kilka razy podnieść głowę w kierunku jednej z zawieszonych w narożnikach trybun tablic wyników, by uwierzyć, że to się stało naprawdę.
  5. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Punkt zwrotny byłby wtedy, gdybyśmy w połowie jesieni nagle zaczęli wygrywać i byli teraz blisko lidera. Mecz z Borussią to tylko jeden dobry występ z silnym rywalem; swoją drogą, nasze jedyne zwycięstwo nad zespołem walczącym o mistrzostwo w tym sezonie. Pozostali pretendenci bez problemu nas sklepali. --------------------------------------------------------- Sporo naszych kibiców jeszcze nie wyleczyło zdartych gardeł, a tymczasem jechaliśmy do Leverkusen, by zmierzyć się z zamykającym ligową tabelę Bayerem. Nasza nie tak dawna potyczka z poprzednią czerwoną latarnią skończyła się sromotną klęską, więc teraz byłem przygotowany na wszystko, zwłaszcza, że byliśmy świeżo po świetnym meczu, a takie uwielbialiśmy przeplatać koszmarnymi występami. No i właśnie z tymże Bayerem jesienią daliśmy ciała na całej linii, z prowadzenia 2:0 kończąc z remisem 2:2, co wówczas doprowadziło mnie do furii i nad stan przedzawałowy. Prowadzeni przez Mariusza Zganiacza gospodarze mieli coraz mniej czasu, by zdobywać punkty, które pozwoliłby na koniec sezonu wyrwać się ze strefy spadkowej, nic więc dziwnego, że ruszyli na nas jak dawny sprinter Usain Bolt z bloków startowych, a my graliśmy o wiele słabiej, niż przeciwko Borussii. Aptekarze mieli więcej pomysłu na grę, więc poważnie obawiałem się powtórki z Arminii, ale w 19. minucie Albrechtsen zdołał dośrodkować z prawej strony, a Möhr minął się z piłką, dzięki czemu Denílson wpakował ją do bramki. Dwie minuty później Vink z kolei spróbował crossa, który otarł się o nogę Olivera Fischera, który grał kiedyś u mnie w Osnabrücku, futbolówka trafiła do Mihajlovicia, a Zeljko bez problemu pokonał Correę mocnym strzałem przy słupku. Za dobrze nam szło, więc w 29. minucie Fischer znalazł podaniem krytego na radar Simoniego, przy którego strzale zza pola karnego Olivieri wbił sobie piłkę do bramki, i honorowego gola dla rywali mieliśmy już zaliczonego. Klubowy księgowy już od dawna nie musiał wypłacać naszym bramkarzom premii za czyste konto. W 44. minucie miałem deja vu z meczu z Arminią; Kurz sfaulował w polu karnym Mihajlovicia w walce o górne zagranie, piłkę na jedenastym metrze ustawił Konieczny, wziął rozbieg i huknął dziarsko prosto w Correę! Tym razem moja reakcja była już ostra – powiedziałem Tomkowi, że jak jeszcze raz zobaczę, że pcha się do rzutu karnego, resztę sezonu rozegra z juniorami. Pachniało zatem komedią w drugiej połowie, ale tym razem chłopaki mnie nie zawiedli, i w 58. minucie Bruns pięknym strzałem w okienko z rzutu wolnego uspokoił sytuację. Chwilę wcześniej rywale rozwalili kostkę Mihajloviciowi, ale niewiele im to dało, bowiem w doliczonym czasie Corradini wyskoczył wyżej do centry Albrechtsena i ustalił wynik na 4:1. I tak właśnie postępuje się z outsiderami, do ciężkiej cholery!
  6. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Na koniec marca prezes Hempelmann, choć sądziłem, że będzie się zastanawiał do samego końca, zaproponował mi przedłużenie kontraktu z klubem. Zaproponowana przez niego nowa umowa miała obowiązywać cztery lata, do czerwca 2032, a choć wyniki notowaliśmy w tym sezonie słabe, Herr Rolf uznał za stosowne sam z siebie dać mi dziesięć tysięcy podwyżki, więc miałem zarabiać już 34 500€ tygodniowo. Miałem do niedawna wiele wątpliwości, ale ostatecznie podpisałem kontrakt po zaledwie trzech godzinach namysłu. Wszak nie ma umów, których nie można rozwiązać. Marzec 2028 Bilans (Rot-Weiss Essen): 2-2-2, 15:13 Bundesliga: 6. [-2 pkt do Gladbach, +3 pkt nad HSV] Liga Mistrzów: 1/8 finału, 3:3 i 1:2 z Barceloną; out DFB-Pokal: – Liga-Pokal: – Finanse: 16,98 mln euro (-2,4 mln euro) Gole: Daniele Corradini (18) Asysty: Markus Rose (8) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Mistrzostwa Europy 2028: Grupa D, vs. Anglia, Grecja, Norwegia Eliminacje MŚ 2030: Siódma grupa, vs. Irlandia, Szkocja, Turcja, Litwa, Armenia Ranking FIFA: 1. [=]  Ligi: Anglia: Newcastle [+1 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [M] Francja: AS Monaco [+1 pkt] Hiszpania: Real Sociedad [+4 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+2 pkt] Polska: Groclin Grodzisk Wlkp. [+1 pkt] Rosja: CSKA Moskwa [+2 pkt] Szwajcaria: Servette FC [+2 pkt] Włochy: AS Roma [+0 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Polska [1311], 2. Brazylia [1235], 3. Francja [1161]
  7. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Obecnie jedynymi spotkaniami, które zapewniały komplet publiczności na Georg-Melches-Stadion, były potyczki z głośnymi drużynami lub lokalnymi rywalami, tak jak 26 marca, gdy na derbowe starcie przyjechała do nas liderująca Borussia Dortmund. W czołówce tabeli panował potworny ścisk, ostro walczące o mistrzostwo Niemiec Bayern Monachium, Hertha Berlin i BVB zamykały się w zaledwie jednym punkcie, mając ich na koncie odpowiednio 50, 51 i 51. Specjalnie na to spotkanie zdecydowałem się na kolejne zmiany; za rozczarowującego Corradiniego wszedł w końcu Mihajlović, na lewym skrzydle najwyraźniej minął termin ważności Andreasena, który przestał grać, więc w jego miejsce wybiegł Bruns, za Gruszkę, który naciągnął mięsień łydki, z konieczności zagrał Fernando, a na środku jeszcze raz dałem szansę Hofmannowi, gdyż Betz grał jeszcze gorzej od Larsa. Spodziewałem się gładkiego wpierdolu od Borussii, a tymczasem równo z pierwszym gwizdkiem rzuciliśmy się na pewnych siebie dortmundczyków z niemal słyszalnym rykiem tygrysa, a w 4. minucie niesieni ogłuszającym dopingiem kibiców osaczyliśmy gości, Konieczny podał na linię pola karnego do Rosego, a Markus oszukał Lechnera i bombą na dalszy słupek pokonał Frołowa! Zszokowani rywale nie potrafili znaleźć odpowiedzi, a tymczasem po dwudziestu minutach Franz zabrał piłkę szarżującemu Hornigowi i dalekim wybiciem uruchomił nasz kontratak, po którym Bruns wrzucił na głowę Mihajlovicia, który przeskoczył debiutującego w Bundeslidze Bradascha i podwyższył na 2:0. Trybuny falowały świętującymi kibicami, ale tuż przed przerwą chlusnęło na nich wiadro zimnej wody, kiedy seria naszych błędów w defensywie skończyła się kontaktowym golem Sandera. Nie daliśmy sobie odebrać prowadzenia, wypuszczony przeze mnie bez zmian zespół wrócił do demolowania Borussii, a po pięciu minutach przejął wrzut z autu Schreiera i podał do Rosego, a Markus przeklepał prostopadle do Franza, który strzałem przy krótkim słupku podwyższył na 3:1. Niedługo później nasz kapitan rajdem na przebój przeszedł pół boiska, mierzonym podaniem po nodze Lechnera rozciął defensywę BVB, a Mihajlović w zamieszaniu w polu karnym omal nie rozerwał siatki atomowym strzałem! Graliśmy dziś rewelacyjnie, wychodziło nam absolutnie wszystko, a Borussia wyglądała, jakby broniła się przed spadkiem, a nie walczyła o mistrzostwo, przystępując do kolejki z pozycji lidera. Szkoda tylko, że nawet w takim spotkaniu niektórzy nie mogli się oprzeć, by za wszelką cenę spróbować zepsuć mi humor, co uczynił Fernando w 78. minucie, wpuszczając Sandera w pole karne, który zdobył drugiego niepotrzebnego gola honorowego. Ulżyło mi zatem, kiedy w 89. minucie świetny dziś Rose strzałem w okienko z narożnika pola karnego przywrócił nam trzybramkową przewagę. Zachwyceni kibice dumnie eksponowali swoje sektorówki i wyśpiewywali klubowe pieśni, a my tym pogromem zepchnęliśmy BVB z pierwszego na trzecie miejsce.
  8. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Tak, tak, już pędzimy zająć miejsce w pierwszej czwórce ------------------------------------------- Po kompromitacji z Arminią czekał nas teoretycznie jeszcze cięższy mecz na wyjeździe z TSV Monachium, które też o nic już nie walczyło, mając jedynie matematyczne szanse na zakwalifikowanie się do europejskich pucharów. My też mieliśmy matematyczne, bo z tak beznadziejną grą mogliśmy liczyć co najwyżej na Intertoto, którego i tak nie zdołamy wygrać, bo jesteśmy szmaciarze. Teraz znów zamieniłem ze sobą Franzów w wyjściowej jedenastce, na prawej obronie Albrechtsen zastąpił Hildebrandta, który nagle przestał grać, a na lewej zawieszonego (i beznadziejnego ostatnio) Hildebrandta zmienił Gruszka. Również i teraz Olivieri znalazł zatrudnienie szybciej, niż w Urzędzie Pracy, już w 4. minucie broniąc uderzenie Königa, a potem w ciągu kolejnych minut niecelnie na szczęście strzelali jeszcze Mendy i Galvão; innymi słowy TSV budowało sobie dom na naszej połowie. I być może przekonanie, że mogą robić to bezkarnie, odbiło im się czkawką, bo w 17. minucie Gruszka wybił piłkę lewym skrzydłem, a Denílson przyjął ją, objechał Desideriego i swoją firmową wkrętką na dalszy słupek dał nam prowadzenie. Przetrwało ono oczywiście niecałe dziesięć minut, bo monachijczycy nie byli frajerami, którzy dadzą nam się pokonać, w 26. minucie Betz udowodnił, że wcale nie jest lepszy od Hofmanna, poszedł zwiedzać środek boiska, więc jego pozycję z przyjemnością zajął Galvão, który pewnie pokonał Olivieriego strzałem z ostrego kąta. Po przerwie, w której znowu opieprzyłem tych, którzy się najbardziej... opieprzali, mieliśmy wziąć się do roboty. I wzięliśmy się do niej, owszem, z tym tylko, że urządziliśmy sobie festiwal strzelania w bramkarza. Z niebywałą precyzją prosto w Buscha strzelali czterokrotnie Markus Rose, trzykrotnie Denílson, dwa razy Corradini i raz Thomas Franz, czym cała czwórka z łatwością wykreowała go na gracza meczu.Takie właśnie było Rot-Weiss Essen w tym sezonie – kryminał w obronie i strzelanie w bramkarzy w ataku. Gdybyśmy uniknęli przynajmniej połowy tych niewymuszonych remisów, bylibyśmy teraz zaledwie trzy punkty za liderem i kwestia walki o mistrzostwo byłaby w pełni otwarta.
  9. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Po tradycyjnym odpadnięciu trochę na własne życzenie z Ligi Mistrzów mieliśmy do rozegrania jeszcze jedenaście spotkań w Bundeslidze, a choć praktycznie o nic już nie walczyliśmy, nie oznaczało to, że nie wymagałem od zawodników ambicji i serca do gry. Dlatego też skrzydła ponownie zasilili Andreasen i wykurowany już do końca Adriano, a w środku pola słabszego ostatnio Thomasa Franza zastąpił Seba Franz. A na Georg-Melches-Stadion, po Barcelonie, zameldowała się kilka klas słabsza Arminia Bielefeld, tegoroczny outsider, czerwona latarnia ligi i murowany kandydat do spadku, która do tej pory odniosła zaledwie cztery pojedyncze zwycięstwa. I właśnie teraz moi zawodnicy zagrali mecz, po którym zacząłem poważnie rozważać odejście z klubu; wystarczyło 39 sekund, by piłkarze Bielefeld po rozpoczęciu zawodów przeklepali sobie całe boisko przy biernej postawie moich szmaciarzy, a odsłonięty ze wszystkich stron i doskonale widoczny Schmitt ośmieszył Olivieriego sygnalizowanym strzałem zza pola karnego. Już teraz na trybunach rozległy się pierwsze gwizdy kompromitująco małej liczby widzów, a wraz z kolejnymi minutami przybierały na sile, gdy szmaciarze w biało-czerwonych strojach potykali się o własne nogi i podawali do przeciwnika, a zawodnicy w granatowych trykotach siedzieli na połowie szmaciarzy w biało-czerwonych i szukali drugiego gola, pokazując, co to jest ambicja. W 29. minucie nieoczekiwanie przez chwilę zagraliśmy dobrze, Adriano przypomniał sobie, że w sumie dobrym piłkarzem jest, zagrał corssa przed pole karne, a Corradini po przytomnym podaniu Denílsona wyrównał na 1:1. I znów nikt nawet tego nie zauważył, bo Arminia śladem Barcelony szybko wznowiła grę od środka i po wymianie zaledwie czterech podań poprawiła na 1:2, gdy kryty na radar Jairo dobił do bramki odbite przez Olivieirego uderzenie Jonasa. Cztery minuty później nasza fantastyczna obrona wspaniałym ustawieniem linii sprawiła, że Schwarz był cały czas sam przed Olivierim i nie był na spalonym, więc przegrywaliśmy już 1:3, a pierwsi kibice zaczęli kierować się do wyjścia. W przerwie nawrzeszczałem na wszystkich co sił w płucach i bez zwycięstwa kazałem im nie wracać. Szmaciarze wrócili więc po kwadransie na boisko i zabrali się za strzelanie w Buhicia, w czym prym wiódł zwłaszcza Denílson. Gdy w 63. minucie sędzia podyktował dla nas rzut karny za faul na Andrade, a Konieczny z jedenastu metrów załadował wprost w Buhicia, przeprowadziłem szybko ostatnią zmianę, po czym po prostu odwróciłem się i bez słowa skierowałem do tunelu, a potem do wyjścia ze stadionu, bo i tak nie byłem szmaciarzom potrzebny, gdyż grali swój mecz, na upatrzony przez siebie wynik. Ale nie byłem sam, bo wychodziłem razem z tłumem naszych rozwścieczonych kibiców, którzy wyzywając na wszystkie strony szli w kierunku parkingu i najbliższych przystanków komunikacji miejskiej. Co działo się dalej w meczu, nie wiem, i nie obchodziło mnie ani trochę. Jedynie dowiedziałem się, że później Fernando zebrał czerwoną kartkę za faul taktyczny, i w sumie tyle.
  10. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    8 marca nadeszła pora sądu – do Essen przyjechała Barcelona, której wystarczył remis, by spokojnie przejść sobie do ćwierćfinału, podczas gdy my musieliśmy to spotkanie wygrać, najlepiej bez straty bramki, co było zadaniem wręcz niemożliwym z naszą fatalną obroną. Hymnu Ligi Mistrzów na murawie wysłuchał Olivieri, jako lewoskrzydłowy Andrade, a z przodu raz jeszcze postawiłem na atak Denílson - Corradini, choć obaj zawiedli w Bremie. Wyszliśmy na murawę maksymalnie skoncentrowani i zmotywowani, co zaowocowało tym, że w pierwszych trzydziestu minutach zdominowaliśmy Barcelonę, która nie wiedziała, co się wokół niej dzieje, a już w 2. minucie sam na sam z Bodenem stanął Denílson, ale niestety kropnął prosto w bramkarza Dumy Katalonii. Mijały minuty, Barcelona broniła się rozpaczliwie we własnym polu karnym i gol dla RWE był kwestią czasu, ale Denílson strzelał coraz dalej od bramki i z coraz bezsensowniejszych pozycji. Błyskawicznie rosła frustracja moja i naszych kibiców, którzy widzieli, że miażdżymy popiskujących żałośnie Katalończyków i brakuje tylko mocnego, celnego strzału do objęcia upragnionego prowadzenia. A potem w 31. minucie goście odważyli się na PIERWSZY kontratak w tym spotkaniu, a Hildebrandt z łatwością dał się przejść Siedorowowi, który z jeszcze większą łatwością pokonał Olvieriego, dając Barcelonie prowadzenie. Sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, ale nie była beznadziejna, więc postanowiliśmy walczyć dalej, i w 33. minucie Rose zagrał prostopadle w pole karne, a skoro Denílson zobaczył już, jak się strzela gole za pierwszym podejściem, mimo asysty Nico pociągnął soczyście na dalszy słupek, wyrównując na 1:1. Blaugrana nagle poczuła, że powinna nas uspokoić, więc po wznowieniu od środka rywalom wystarczyło pięć (słownie: pięć) podań, by Betz pozwolił Galánowi oddać precyzyjny strzał z linii pola karnego, z którym nie poradził sobie Olivieri. Nie mieliśmy kompletnie nic do stracenia, więc w szatni zażądałem od drużyny całkowitej hiperofensywy, bo musieliśmy strzelić jeszcze trzy gole, by odwrócić losy spotkania. Co było niesamowite, wróciliśmy na boisko nabuzowani i ruszyliśmy bez kompleksów. No i w 58. minucie Rose fantastycznie zabrał piłkę Achmiedowowi, któremu odskoczyła od nogi, i podał do Corradiniego, Daniele strzelił wprost w Bodena, ale ten sparował piłkę na nogę Denílsona, który lobem z zimną krwią wyrównał na 2:2. Cztery minuty później nasz napastnik wyskoczył ponad Nico i przedłużył głową daleki wykop Olivieriego, na puste pole przedarł się Andrade i zagrał w szesnastkę, gdzie piłkę zgasił Corradini i będąc tyłem do bramki ekwilibrystycznym strzałem dał nam prowadzenie i remis w dwumeczu! Mieliśmy jeszcze ogromną szansę, bo Barcelona nadal grała słabo na naszym tle, a my potrzebowaliśmy jeszcze jednego trafienia, bo goście mieli przewagę goli wyjazdowych. Naciskaliśmy mocno, kręciliśmy rywalami niczym wiatr stalowym kogutem na dachu stodoły, ale znów zaciął się Denílson, który strzelał z kiepskich pozycji i bardzo niecelnie, marnując nasz cenny czas. W końcu wprowadziłem za niego Mihajlovicia, ale zanim Serb zdołał nam pomóc, w 86. minucie Konieczny i Betz jak skończone siermięgi dali się rozklepać Peñie z Galánem, co skończyło się decydującym trafieniem tego drugiego, które zapewniło awans Barcelonie. Tym samym po raz kolejny uderzyliśmy w szklany sufit w Lidze Mistrzów i mieliśmy z głowy ostatnie rozgrywki, w których mogliśmy cokolwiek uratować z tego sezonu. Mogliśmy już tylko dograć Bundesligę do końca, by w maju wyciągnąć poważne wnioski z obecnej kampanii, które dla co poniektórych mogły oznaczać konieczność rozstania z Rot-Weiss Essen.
  11. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Na mecz w Bremie, do której jechaliśmy z nadziejami na kontynuację dobrej passy, ostatecznie wystawiłem w wyjściowej jedenastce Betza, odsyłając beznadziejnego Hofmanna na ławkę, bo miałem już dość jego błędów, których limit wreszcie wyczerpał. Na Weserstadion przede wszystkim chciałem zobaczyć waleczne i dobrze grające RWE, gdyż bez tego nie mieliśmy czego szukać przeciwko Barcelonie za cztery dni. Niestety zobaczyłem nie to, co chciałem zobaczyć. Zagraliśmy tego wieczoru nasz najgorszy mecz tego roku, przez całe spotkanie byliśmy o dwie klasy gorsi od pogrążonego w kryzysie bądź co bądź Werderu, i stanowiliśmy dla gospodarzy łatwe źródło trzech punktów, tak jak budka z tanimi hot-dogami obok rynku w Essen jest łatwym źródłem szybkiej przekąski. Choć na boisku nie było Hofmanna, to okazało się, że rola nadal wymagała obsadzenia, a jako pierwszy przyjął ją... Konieczny, Piłkarz Miesiąca, który po przegranym pojedynku główkowym z Hempelem nie wrócił na pozycję, tylko z wrażenia stanął jak kołek, więc Feichtinger po raz pierwszy pokonał Neumanna. Po przerwie wystarczyły cztery minuty, by tym razem ośmieszył się Neumann, który nie potrafił obronić dziecinnie łatwego uderzenia po ziemi w wykonaniu Feichtingera, który tym samym pokonał go po raz drugi, a w doliczonym czasie dla odmiany przyhoffmanił Betz, którego Feichtinger kiwnął niczym krasnala ogrodowego i w ten oto sposób cholerny Austriak cieszył się z łatwego hat-tricka, rozstrzeliwując dzisiaj koszulkę z napisem "Neumann", która wisiała na poprzeczce naszej bramki. Nas stać było tylko na honorowego gola z 57. minuty autorstwa Denílsona, który być może nie wpisałby się na listę strzelców, gdyby nogi do uderzonej przez niego piłki nie przystawił Rouquette, myląc nieco Donato. Jeszcze zanim dotarłem do naszej szatni po meczu, miałem już w głowie jeden wniosek na mecz z Barceloną, a było nim to, że już czas, by do bramki wrócił Olivieri, gdyż Neumann potwierdził, że jest bramkarzem tylko na 4-5 spotkań, po których należy posadzić go na ławce, zanim obniży loty. Aha, jeszcze kolejna kontuzja. W 67. minucie, siedemnaście minut po wejściu na boisko, na noszach z rozwaloną kostką opuścił je Toscano, który odpadł z gry na dwa miesiące, co oznaczało, że na decydujące starcie w Lidze Mistrzów straciliśmy drugiego z trzech zgłoszonych prawoskrzydłowych.
  12. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Plaga kontuzji nadal dzielnie się nas trzymała, zabierając nam tym razem Maćka Kwiatkowskiego, który z powodu naciągnięcia ścięgna podkolanowego musiał przerwać treningi na miesiąc. Seria nadzwyczaj dobrych występów w naszym wykonaniu ponownie przyniosła nam garść nagród. Piłkarzem Miesiąca ogłoszony został Tomek Konieczny, który po trudnej jesieni zdołał ustabilizować swoją wysoką formę i stał się podporą defensywy Rot-Weiss Essen. Mało tego, wywalczyliśmy w głosowaniu dublet, gdyż drugie miejsce zajął Mikkel Andreasen, obecnie skrzydłowy numer jeden w klubie, który znacząco rozruszał lewą stronę boiska. Luty 2028 Bilans (Rot-Weiss Essen): 2-2-1, 11:4 Bundesliga: 6. [-1 pkt do Werderu, +3 pkt nad Bochum] Liga Mistrzów: 1/8 finału, 1:2 z Barceloną DFB-Pokal: – Liga-Pokal: – Finanse: 19,39 mln euro (-1,35 mln euro) Gole: Daniele Corradini (15) Asysty: Daniel Wolf (6) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Mistrzostwa Europy 2028: Grupa D, vs. Anglia, Grecja, Norwegia Eliminacje MŚ 2030: Siódma grupa, vs. Irlandia, Szkocja, Turcja, Litwa, Armenia Ranking FIFA: 1. [+1]  Ligi: Anglia: Newcastle [+4 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+13 pkt] Francja: Olympique Lyon [+1 pkt] Hiszpania: Real Sociedad [+6 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+2 pkt] Polska: Wisła Kraków [+3 pkt] Rosja: – Szwajcaria: Young Boys [+3 pkt] Włochy: Inter Mediolan [+1 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Polska [1322], 2. Brazylia [1293], 3. Argentyna [1165]
  13. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Po przerwie, być może przedostatniej, na Ligę Mistrzów, podejmowaliśmy w Bundeslidze Eintracht Brunszwik, który niedawno objął Oliver Kahn, zwolniony uprzednio z Osnabrücku. Wprawdzie i tak nie mogłem skorzystać z niesłusznie zawieszonego Adriano, ale również jego dosięgła plaga kontuzji i wylądował u fizjoterapeutów na najbliższe dwa tygodnie. Wróciłem za to do bardziej sprawdzonego składu z ostatnich spotkań, wystawiając Maćka Kwiatkowskiego, a na lewym skrzydle postawiłem na Mikkela Andreasena. Wbrew wcześniejszym postanowieniom dałem też jeszcze jedną szansę Corradiniemu, licząc na to, że to doceni. I docenił. Goście zapewne za żadne skarby nie spodziewali się tego, co czeka ich na Georg-Melches-Stadion, i nie mówię bynajmniej o beznadziejnej frekwencji na trybunach. Już w 2. minucie rozegraliśmy świetny, składny atak, Vink po podaniu Kwiatkowskiego wrzucił corssa na głowę Denílsona, który mimo asysty Lorenza zgrał piłkę na prawo po rękach Bruno, a Corradini wstrzelił ją do siatki rywali. W 12. minucie ruszyliśmy z kontratakiem, w którym Vink po raz kolejny rewelacyjnie podał, a Corradini odwdzięczył się Denílsonowi miękką wrzutką na czoło, i prowadziliśmy już 2:0. A jakby tego było mało, po chwili Lorenz w polu karnym ściągnął za koszulkę Corradiniego, a Konieczny bombą z jedenastu metrów dorzucił i swojego gola. 3:0 po kwadransie gry. Miałem nadzieję, że wreszcie odniesiemy zwycięstwo pozbawione debilnych zagrań, ale jeżeli nadzieja matką głupich, to byłem tego wieczoru głupi. W 28. minucie nieatakowany przez nikogo Fernando, który pod linią końcową mógł zrobić z piłką absolutnie wszystko, zagrał ją na oślep w kierunku bramki, tyle tylko, że niespodziewający się podania Neumann stał na dziesiątym metrze, więc futbolówka wtoczyła się leniwie za linię bramkową, obarczając Fernando wyjątkowo żenującym golem samobójczym. Trzeba było oddać Brazylijczykowi, że zaprezentował wspaniały trik, wkręcając piłkę do naszej bramki z zerowego kąta. Honorowy gol dla gości był w całości naszym dziełem, więc dalej gnietliśmy rywali, a w 35. minucie Denílson przeskoczył Cláudio i wyłożył piłkę Corradiniemu, który złapał na błędzie Bruno i wsadził mu piękną bramkę z 30 metrów. Po przerwie nieco zwolniliśmy tempa, co w 68. minucie pozwoliło Hofmannowi popełnić tradycyjny w rundzie wiosennej błąd, minął się z piłką jak amator, a Krause sam przed Neumannem zdobył drugiego gola dla Eintrachtu, tym razem już samodzielnego. Razem z tym spotkaniem rozegraliśmy pięć meczów ligowych po przerwie zimowej, i w pięciu z nich Lars popełniał debilne błędy, albo prezentując rywalom gola, albo będąc krok od tego, więc natychmiast zdjąłem go z boiska i mógł zapomnieć o grze w najbliższych spotkaniach. Ostatnie słowo tego dnia należało do nas. W 73. minucie rezerwowy Toscano popędził prawym skrzydłem, a jego dośrodkowanie, mimo asysty dwóch rywali, głową do bramki wpakował Andreasen, który potwierdził tym samym, że przeżywa wielki renesans formy. Aż zaczynałem żałować, że nie przejawił tego wcześniej i nie został przeze mnie zgłoszony do Ligi Mistrzów.
  14. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    DFB po raz kolejny pokazało, że jest zwolennikiem sprawiedliwego sędziowania i ducha fair play, oddalając moje odwołanie od czerwonej kartki Adriano. Federacja dała w ten sposób zielone światło dla dalszych przekrętów, przekupowania arbitrów i wpływania na wyniki spotkań Bundesligi i niższych klas rozgrywkowych. Wspaniale. Wręcz zaje-kurwa-biście. Przed wylotem do Hiszpanii przeprowadziłem musowe zmiany w składzie, gdyż Kwiatkowski i Andreasen nie byli zgłoszeni do rozgrywek Ligi Mistrzów, i w ich miejsce musiałem wystawić Thomasa Franza w środku pola i Kevina Brunsa na ławce. Mimo wszystko dałem ostatnią szansę Hofmannowi, którego zamierzałem jednak uważnie obserwować na Camp Nou, a pierwszy jego błąd lub głupie zagranie, nawet bez konsekwencji, miało skutkować natychmiastowym ściągnięciem go do szatni i wpuszczenia na boisko Betza. Rok temu kompletnie zawaliliśmy pierwszy mecz 1/8 finału, dając się łatwo ograć Interowi. Teraz był czas zadośćuczynić kibicom i samym sobie. Jednak rzeczywistość na Camp Nou była zgoła inna. Początkowo walczyliśmy ambitnie, po dwóch minutach Denílson dobrym podaniem obsłużył Corradiniego, ale Włoch oczywiście nie trafił w bramkę, rozgrywając dziś swój ostatni na najbliższy czas mecz w wyjściowym składzie. Później spodziewaną przewagę uzyskała Barcelona, która często gościła na naszej połowie i wywalczała rzuty z autu na wysokości naszego pola karnego, z czego jednak niewiele wynikało, a Neumann pewnie przecinał wszelkie dośrodkowania. Wiedziałem jednak, że będzie to trwało do czasu pierwszej poważnej degrengolady, która nastąpiła w 40. minucie, gdy Neumann najpierw wypiąstkował kolejny rzut rożny, czekający przed polem karnym Achmiedow rąbnął z pierwszej piłki, a Neumann sparował ją przed siebie prosto do niepilnowanego Galána, który dał prowadzenie Barcelonie. Chciałbym, żeby to był koniec tego, co działo się w pierwszej połowie, ale tak nie było. Na początku doliczonego czasu nie potrafiliśmy przejąć na dłużej piłki i trochę jej poszanować, Rose bez walki dał się przejść Achmiedowowi, a Fernando złamał linię i niepotrzebnym dotknięciem piłki pomógł jej dotrzeć do Elliota, który podwyższył na 0:2. Było po meczu. W przerwie z miejsca przeprowadziłem dwie zmiany, odsyłając pod prysznic najbardziej miękkich Andrade i Denílsona, który grą na odpierdol odwdzięczał mi się za nowy kontrakt. Po wznowieniu gry Barcelona królowała na boisku, swobodnie podając sobie piłkę w każdym możliwym kierunku, ponieważ moi podopieczni konsekwentnie trzymali się 2-3 metry od zawodników Dumy Katalonii, starając się im nie przeszkadzać. Później jednak nagle zaczęliśmy przejmować inicjatywę, lekko gnieść rywali, aż w 63. minucie wywalczyliśmy rzut rożny, Boden wypiąstkował dośrodkowanie Franza, a czający się przed polem karnym Rose odepchnął od siebie Di Palmę i potężnym wolejem w okienko zdobył kontaktowego gola! Mało tego, Barcelona zaczęła się gubić, w pięć minut wywalczyliśmy jeszcze cztery kolejne rzuty rożne, a potem karma dosięgła Patricka Kluiverta, który w przerwie wykorzystał wszystkie trzy zmiany, w 74. minucie Elliot opuścił boisko z powodu kontuzji i nagle graliśmy w przewadze. Niestety mimo moich nakazów zmasowanego ataku, by wykorzystać to w połączeniu z okresem naszej przewagi, moi piłkarze zaczęli bohatersko bronić jednobramkowej porażki, co przy moim niezadowoleniu bez trudu im się udało. W tej sytuacji w Essen czekało nas bardzo trudne zadanie, którego mogliśmy uniknąć, bo dzisiaj wcale nie musieliśmy przegrać. Wystarczyło tylko trochę zdecydowania i zimnej krwi w ostatnim kwadransie, tak zaś Barcelona była blisko awansu do ćwierćfinału.
  15. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Ostatnim spotkaniem przed ciężkim bojem z Barceloną był pojedynek z Borussią Mönchengladbach, z którą nie potrafiliśmy grać, a teraz prócz szansy na kolejne ważne punkty, był to mecz, który miał dać odpowiedź, czy jesteśmy gotowi na przełamanie i awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wcześniej jednak kolejne urazy wykluczyły przymierzanego przeze mnie w miejsce Hofmanna Salerno, a także Sebę Franza, co oznaczało, że plaga kontuzji wcale się nie wyniosła, a jedynie skoczyła na chwilę do kibla, i już jest z powrotem. Chyba pierwszy raz odkąd pamiętam, graliśmy z Borussią naprawdę solidnie, z pomysłem i nie sprawiając wrażenia zespołu gorszego, a w 17. minucie rozegraliśmy świetną akcję, Andrade zgrał piłkę do Rosego, Markus znalazł podaniem Corradiniego, ale jego strzał z wysiłkiem sparował Rost. Gospodarze też mieli swoje szanse, tak jak kilka minut później, gdzie kolejny błąd w kolejnym meczu popełnił beznadziejny po przerwie zimowej Hofmann, dopuszczając Gilberto do strzału z trzech metrów na wprost przed naszą bramką, który na szczęście jednak uderzył prosto w Neumanna. W przerwie zdjąłem kiepściutkiego Corradiniego, a w drugiej połowie mieliśmy ruszyć z bardziej zmasowanymi atakami. Plan ten przetrwał równe dziesięć minut, po których w walce w środku pola Adriano został przypadkowo trafiony piłką w rękę, a sędzia Holzer przerwał grę, podszedł do naszego skrzydłowego i... sięgnął po czerwoną kartkę. Wściekły ruszyłem do linii bocznej, bluzgając po polsku i niemiecku, razem ze mną wyskoczyli współpracownicy z ławki trenerskiej, ale cholerny Holzer decyzji nie zmienił. Wystarczyło kolejnych dziesięć minut, by bezczelnie wredne zachowanie arbitra dało Borussii prowadzenie – piłkę spod linii końcowej w pole wybił oczywiście Hofmann, i oczywiście nie dołączył do reszty defensorów, by utworzyć linię, w wyniku czego Gilberto nie znalazł się na kilkunastometrowym spalonym, dostał piłkę od Amato i w sytuacji sam na sam wbił nam gola. Na szczęście tego wieczoru świństwo nie zdołało zwyciężyć, a do głosu częściowo doszło dobro, i na kwadrans przed końcem Vink świetnie przerzucił piłkę do Mihajlovicia, który uciekł Kaiserowi i Leandro, po czym odegrał do pędzącego Rosego, który strzałem z pierwszej piłki uratował nam jeden punkt w meczu dziesięciu przeciwko dwunastu. Po meczu na konferencji nie omieszkałem skrytykować sędziego Holzera, a później natychmiast złożyłem do komisji dyscyplinarnej DFB odwołanie od kary zawieszenia dla Adriano.
  16. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Tydzień później, po przerwie reprezentacyjnej, przyjechało do nas HSV, które było w tym sezonie pogrążone w podobnym kryzysie, jak my, i grało poniżej oczekiwań. Na murawę Georg-Melches-Stadion wyszła ta sama jedenastka, która sklepała Osnabrück, ale tym razem koszmarnie zawiodła. W naszej grze roiło się od błędnych decyzji, podań do zawodnika pod kryciem, zamiast do pokazującego się kawałek obok partnera bez opieki, celność zagrań stała na bardzo niskim poziomie, wykańczanie akcji nie miało w ogóle poziomu, a Lars Hofmann w trzecim meczu z rzędu popełnił błąd, który w tym wypadku omal nie skończył się golem Bartha. Gdyby tak się stało, przegralibyśmy 0:1, bo ani HSV nie potrafiło dziś wykorzystać naszych błędów, ani my nie byliśmy w stanie sprostać wielkiemu wyzwaniu, jakim było dziś dla nas umieszczenie piłki w siatce.
  17. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Na wyjazd do Osnabrücku zdecydowałem troszkę zaryzykować i w miejsce Thomasa Franza dać zagrać od pierwszej minuty Maćkowi Kwiatkowskiemu, natomiast kontuzjowanego Topolskiego zastąpił pewniejszy Corradini. Stara, dobra Osnatel-Arena wciąż się nie zmieniała i nadal kojarzyła mi się przede wszystkim z brakiem ambicji i marnowaniem szans, czego obecnym uosobieniem był nie tylko zespół gospodarzy, ale również moja drużyna. Tego wieczoru jednak znacznie lepiej weszliśmy w mecz, a kibice rywali przeżywali momenty próby. Po ośmiu minutach gry Hofmann chyba pierwszy raz w klubie zaliczył udany wypad na połowę rywali i jednym zagraniem zdjął piłkę z głowy Kurdiaszowowi i wysunął ją w uliczkę Corradiniemu, który balansem ciała położył Masiniego i odesłał piłkę do siatki. Dwie minuty później Corradini pędził z kolejnym rajdem na bramkę, a Júnior uwiesił mu się na koszulce i powalił na ziemię, za co obejrzał czerwoną kartkę. Wydawać by się mogło, że teraz Osnabrück czeka klęska, ale w 24. minucie Hofmann wyzerował swoje zasługi i dał się bez walki okiwać Lauxowi, który wpakował piłkę do bramki razem z Neumannem. Po przerwie najpierw boisko opuścił sponiewierany Andrade, który na szczęście nie doznał trwałego urazu, a my jako drużyna rozsypaliśmy się, nie potrafiąc wymienić 2-3 celnych podań pod rząd, zaś w obronie popełnialiśmy tak żałosne błędy, że tylko czekać było na grad goli dla gospodarzy. A jednak lada chwila nadchodziło mordercze 20 minut Rot-Weiss Essen, gdy niespodziewanie tryb turbo odpalili Adriano na prawym skrzydle, Andreasen na lewym i... Maciek Kwiatkowski w środku pola. W 69. minucie Fernando uruchomił Andreasena podaniem po linii, Mikkel elegancko podholował piłkę w pole karne i zagrał płasko do Denílsona, który bombą z ostrego kąta przywrócił nam prowadzenie. Od tego momentu całkowicie zdominowaliśmy mój były klub, w 77. minucie zagotowało się w polu karnym rywali, wybitą piłkę tuż przed Kurdiaszowem zgarnął Adriano i podał do nieobstawionego Mihajlovicia, a Zeljko strzałem na dalszy słupek podwyższył na 3:1. Na koniec świetnego występu po wejściu z ławki Andreasen ukoronował nasze zwycięstwo golem z rzutu wolnego, i po zaskakująco pewnej, żywej grze po raz pierwszy w tym sezonie odnieśliśmy drugą wygraną z rzędu, dołączając do walki o europejskie puchary.
  18. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Do błyskawicznie powiększającego się szpitala w szatni Rot-Weiss Essen dołączyło kolejnych dwóch zawodników – Thomas Franz, kolejny z podstawowych środkowych pomocników, wybił palec u nogi, a Marcin Gruszka naciągnął mięśnie grzbietu. Ostatnio tak często widywałem naszych fizjoterapeutów, że na ich widok omal nie dostawałem już torsji, a teraz zastanawiałem się, kto padnie jako następny. Tymczasem mieliśmy swoje pierwsze i zapewne jedyne malutkie momenty chwały w tym sezonie Bundesligi. Jeszcze za grudzień Denílson został wybrany Piłkarzem Miesiąca Bundesligi, trzecie miejsce w tym zestawieniu zajął Tomek Konieczny, ponadto Denílson został uznany autorem trzeciego najlepszego gola, zapewniając sobie wyróżnienie trafieniem przeciwko VfL Bochum. Styczeń 2028 Bilans (Rot-Weiss Essen): 1-0-0, 1:0 Bundesliga: 7. [-2 pkt do Gladbach, +1 pkt nad HSV Hamburg] Liga Mistrzów: 1/8 finału, vs. Barcelona DFB-Pokal: – Liga-Pokal: – Finanse: 20,74 mln euro (-3,94 mln euro) Gole: Daniele Corradini (12) Asysty: Daniel Wolf (6) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Mistrzostwa Europy 2028: Grupa D, vs. Anglia, Grecja, Norwegia Eliminacje MŚ 2030: Siódma grupa, vs. Irlandia, Szkocja, Turcja, Litwa, Armenia Ranking FIFA: 2. [-1]  Ligi: Anglia: Newcastle [+6 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+8 pkt] Francja: AS Monaco [+4 pkt] Hiszpania: Real Sociedad [+2 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+3 pkt] Polska: Wisła Kraków [+3 pkt] Rosja: – Szwajcaria: Young Boys [+3 pkt] Włochy: Inter Mediolan [+1 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Brazylia [1344], 2. Polska [1322], 3. Francja [1161]
  19. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Dzieło zniszczenia dopełniło się dzień przed meczem, gdy Seba Franz doznał urazu pięty, a Gabriele Olivieri naciągnął ścięgno pachwiny, odpadając na co najmniej miesiąc – tym samym wszyscy, którzy twierdzili, że zimowe sparingi to niepotrzebne ryzykowanie kontuzji, mieli już wszystkie argumenty wytrącone z rąk. Mecz z Köln w naszej bramce rozpoczął więc Björn Neumann, a na środku pomocy poza Thomasem Franzem znalazł się również Markus Rose, który był pewny, że jest już gotowy do gry. Na murawie serdecznie przywitałem się z Andrzejem Niedzielanem, i choć w trakcie spotkania kilkukrotnie pozdrawialiśmy się przyjacielskimi skinięciami ręki, to jednak na boisku ani ja nie miałem u niego taryfy ulgowej, ani on u mnie. Köln jak to Köln, rywale jak zawsze byli strasznie spięci na spotkanie z nami i walczyli jak tylko mogli, tak że szybko okazało się, że Rose ma jednak jeszcze pewne braki kondycyjne i będę musiał go zdjąć w przerwie. Tym razem byliśmy drużyną minimalnie lepszą, ale ze szwankującym atakiem, bo słabiutkie pchnięcia piłki nie zmuszały Valverdego do interwencji, a jedynie do spokojnego chwytania futbolówki. Ale w doliczonym czasie pierwszej połowy zyskaliśmy rzut wolny na 25. metrze, do którego podszedł Topolski i huknął takiego rogala na dalszy słupek, że Valverde nie zdążył z interwencją i po świetnym golu objęliśmy prowadzenie. Tak jak sądziłem, w przerwie musiałem dać już odpocząć Rosemu, za którego wpuściłem Maćka Kwiatkowskiego. Druga połowa wypełniona była walką w środku pola i nielicznym przedzieraniem się obu drużyn w pola karne. Tego wieczoru okazało się, że świeckie esseńskie tradycje są z nami również w 2028 roku, i jak zwykle znalazł się ktoś, kto próbował wszystko zniszczyć – na kwadrans przed końcem Hofmann jak rasowy siatkarz zagrał piłkę ręką w polu karnym. Na szczęście w naszej bramce stał Neumann, który był dzikiem w rzutach karnych, co w porę sobie przypomniał i pewnie wybronił uderzenie Torresa z jedenastu metrów, ratując jądra Hofmannowi, a nam komplet punktów. Na pomeczowej konferencji udzieliłem bardzo pochlebnej wypowiedzi na temat menedżerskiego debiutu Andrzeja, którego Köln zagrała naprawdę dobrze, mimo niekorzystnego rezultatu.
  20. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Merci! ^^ --------------------------------------------- Poszukiwania wzmocnień na nowy sezon tym razem szły jeszcze gorzej, niż zwykle, na co na pewno wpływ miała słaba postawa zespołu w lidze, która nie gwarantowała odpowiedniego poziomu dla ciekawszych zawodników, mogących podnieść klasę RWE. Póki co w styczniu 2028 zdołałem skorzystać tylko z moich znajomości z reprezentacji Polski, kusząc transferem na prawie Bosmana Artura Kwiatkowskiego (19 l., BR, Polska; 5/0 U-21), który był już nawet powołany raz przeze mnie na zgrupowanie, a teraz tracił czas w rezerwach Southampton. W Essen miał z marszu walczyć o rolę zmiennika dla Olivieriego, a w przyszłości także następcy Francuza, i to na długie lata. Z klubem pożegnało się za to dwóch zawodników. Federico Pedretti, niespełniony talent z naszych rezerw, do końca sezonu wypożyczony został do trzecioligowego Kaiserslautern, a Dennis Lippert, chyba piąty w kolejce do gry bramkarz, za 140 000€ sprzedany został do St. Etienne. Przed wznowieniem rozgrywek Bundesligi nie organizowałem już nawet żadnego sparingu, gdyż wiedziałem, że nie ma to sensu, a stanowić będzie jedynie stratę czasu i klubowych pieniędzy. Nie oznaczało to jednak, że brak ryzykownych gier kontrolnych uchroni nas przed niepotrzebnymi kontuzjami i zachorowaniami, o nie – Björn Neumann złapał zrozumiałą o tej porze roku infekcję wirusową, która wyłączyła go z treningów na trzy tygodnie, z kolei Machaček doznał przesunięcia dysku w trakcie pracy na siłowni, a Andreas Beer naciągnął mięsień uda. W tej sytuacji humor poprawił mi niespodziewany telefon, w którym usłyszałem dobrze znany głos. Andrzej Niedzielan. – No i wygląda na to, że zobaczymy się szybciej, niż obaj myśleliśmy – powiedział po chwili rozmowy. – Dostałem robotę w Bundeslidze! – Chrzanisz! – zawołałem do słuchawki; Andrzej pewnie musiał odsunąć trochę telefon od ucha. – Jaki klub bierzesz? – Kolonia, Szeryfie. Będę prowadził FC Köln. Köln, niech mnie podwójne drzwi ścisną, pomyślałem, ale zaraz stwierdziłem, że może dzięki temu będę mniej wściekły po kolejnym remisie lub porażce z cholerną Köln. – W takim razie widzimy się jeszcze w styczniu, Andrzej. Gramy ze sobą na otwarcie rundy wiosennej!
  21. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Cudownym prezentem na cholernie wesołe Święta Bożego Narodzenia po wspaniałej jesieni było odwołanie lutowego meczu towarzyskiego z reprezentacją RPA. Nasi niedoszli rywale zostali do tego zmuszeni z powodu udziału w Pucharze Narodów Afryki, i nie było w tym nic wielkiego, takie rzeczy się zdarzają, a w zwolnione miejsce można zakontraktować spotkanie z inną drużyną. Gdy to samo przekazałem moim reprezentacyjnym współpracownikom i rzecznikom kadry, w odpowiedzi usłyszałem, że... nie ma już takiej możliwości i nie otrzymaliśmy zgody na zorganizowanie innego meczu towarzyskiego z innym rywalem w tym samym terminie. Czy komuś z UEFA zależało, by Polska na Euro 2028 nie była aż tak mocna, jak dwa lata temu na mundialu w Kanadzie, odbierając szansę ostatnich oględzin kandydatów do wyjazdu do Norwegii? Grudzień 2027 Bilans (Rot-Weiss Essen): 3-1-1, 12:3 Bundesliga: 8. [-2 pkt do Osnabrücku, +2 pkt nad 1860 Monachium] Liga Mistrzów: grupa C, 3:0 z PSV; awans, vs. Barcelona DFB-Pokal: – Liga-Pokal: – Finanse: 24,69 mln euro (-2,16 mln euro) Gole: Daniele Corradini (12) Asysty: Daniel Wolf (6) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Mistrzostwa Europy 2028: Grupa D, vs. Anglia, Grecja, Norwegia Eliminacje MŚ 2030: Siódma grupa, vs. Irlandia, Szkocja, Turcja, Litwa, Armenia Ranking FIFA: 1. [=]  Ligi: Anglia: Newcastle [+4 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+8 pkt] Francja: Olympique Lyon [+3 pkt] Hiszpania: Real Sociedad [+3 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+0 pkt] Polska: Wisła Kraków [+3 pkt] Rosja: – Szwajcaria: Young Boys [+3 pkt] Włochy: AS Roma [+0 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Polska [1290], 2. Brazylia [1236], 3. Francja [1099]
  22. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W 1/8 finału Ligi Mistrzów los skojarzył nas z FC Barceloną, jednym z najcięższych możliwych rywali. Pierwsze spotkanie przypadło na Camp Nou i teoretycznie wypadałoby zacząć żegnać się z Champions League, z tym że kibice Blaugrany nadal dobrze pamiętali mnie z czasów Rayo, gdy w 2022 roku Los Vallecanos pod moją wodzą rozgromili Dumę Katalonii aż 5:0. Ostatnim meczem roku były jednocześnie ostatnie derby rundy jesiennej, w których podejmowaliśmy Schalke 04, a wraz z kibicami na stadionie mieli obejrzeć je na żywo widzowie przed telewizorami. Po ostatnim spotkaniu zeźliłem się (jak zwykle w tym sezonie) i odesłałem na trybuny słabiutkiego Toscano oraz wymieniłem cały atak, wystawiając od pierwszej minuty Topolskiego i Denílsona, którzy gorzej od dwójki z Allianz-Areny spisać się nie mogli. Jak się okazało, miałem całkowitą rację. Schalke, które sąsiadowało z nami w tabeli i rozczarowywało tak samo jak my, miało problemy z wejściem w mecz, w przeciwieństwie do nas. Do tego w 11. minucie Topolski wygrał na połowie gości walkę o piłkę ze Schröerem, Seba Franz precyzyjnie zagrał w uliczkę do Denílsona, a ten pięknym lobem ponad Zanettim wysunął nas na prowadzenie. Wyglądało na to, że nasza dobra gra nie potrwa zbyt długo, bowiem w 24. minucie boisko na noszach z rozwaloną kostką opuścił Markus Rose, ale dziś na szczęście brak naszego kapitana nie odbił się negatywnie na naszej postawie. Zamiast tego gnietliśmy dalej, tuż przed przerwą Andrade zdjął Ronaldo z nogi podanie Konopki i odegrał Topolskiemu, który posłał piłkę na lewą stronę pola karnego, a wbiegający od flanki Denílson pięknym strzałem z ostrego kąta zdobył swojego drugiego gola. W drugiej połowie nasi rywale próbowali jeszcze walczyć, ale słabo im to szło, a w 72. minucie Thomas Franz, który wszedł za kontuzjowanego Rosego, dostał świetne wyłożenie od Andrade na linię pola karnego i atomowym strzałem z pierwszej piłki posłał ją do bramki razem z próbującym interwencji Zanettim. Na półmetku sezonu zajęliśmy imponujące 8. miejsce, i ze wspaniałą jesienią na koncie mogliśmy udać się na cholernie wesołe Święta Bożego Narodzenia oraz zimową przerwę. Przerwa przyszła w idealnym momencie, bo dzięki temu mieliśmy znacznie mniej odczuwać absencję Markusa, który do gry wrócić miał dopiero w lutym. Bundesliga 2027/2028, runda jesienna: Poz.| Inf. | Zespół | M | Z | R | P | G+ | G- | R.B. | Pkt. | ------------------------------------------------------------------------------------------ 1. | | Hertha Berlin | 17 | 11 | 5 | 1 | 28 | 13 | +15 | 38 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 2. | | Bayern Monachium | 17 | 11 | 5 | 1 | 23 | 11 | +12 | 38 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 3. | | Borussia Dortmund | 17 | 9 | 5 | 3 | 22 | 13 | +9 | 32 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 4. | | Werder Brema | 17 | 8 | 4 | 5 | 27 | 18 | +9 | 28 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 5. | | Borussia Gladbach | 17 | 7 | 6 | 4 | 24 | 22 | +2 | 27 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 6. | | HSV Hamburg | 17 | 7 | 4 | 6 | 32 | 24 | +8 | 25 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 7. | | VfL Osnabrück | 17 | 6 | 7 | 4 | 23 | 20 | +3 | 25 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 8. | | Rot-Weiss Essen | 17 | 5 | 8 | 4 | 28 | 22 | +6 | 23 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 9. | | TSV 1860 Monachium | 17 | 4 | 9 | 4 | 24 | 19 | +5 | 21 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 10. | | Schalke 04 | 17 | 4 | 9 | 4 | 22 | 20 | +2 | 21 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 11. | | VfL Bochum | 17 | 6 | 2 | 9 | 24 | 33 | -9 | 20 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 12. | | Karlsruher SC | 17 | 4 | 6 | 7 | 21 | 26 | -5 | 18 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 13. | | Rot-Weiß Oberhausen | 17 | 4 | 6 | 7 | 17 | 22 | -5 | 18 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 14. | | 1.FC Köln | 17 | 4 | 5 | 8 | 21 | 26 | -5 | 17 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 15. | | TSG Hoffenheim | 17 | 4 | 4 | 9 | 20 | 33 | -13 | 16 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 16. | | Bayer Leverkusen | 17 | 3 | 5 | 9 | 21 | 30 | -9 | 14 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 17. | | Eintracht Brunszwik | 17 | 3 | 5 | 9 | 23 | 34 | -11 | 14 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 18. | | Arminia Bielefeld | 17 | 2 | 7 | 8 | 14 | 28 | -14 | 13 |
  23. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Po udanym holenderskim wypadzie wracaliśmy do szarej, ligowej rzeczywistości, w której tym razem celem podróży było Monachium, gdzie na trzy punkty czekał liderujący w tabeli Bayern, w którym nie było już śladu po ubiegłorocznym kryzysie dekady. Kierując się znajomością najnowszej natury mojego zespołu postanowiłem, że Marcin Gruszka, który w Eindhoven rozegrał świetne spotkanie na prawej obronie, na Allianz-Arenie nie zagra, gdyż byłem pewien, że tym razem dla odmiany zagrałby koszmarny piach. Niestety to samo powinienem zrobić z napastnikami, którzy również przeciwko PSV spisali się bardzo dobrze. Obydwóch wygoniłem bowiem pod prysznic w przerwie, gdyż nie mogłem już na nich patrzeć – Machaček grał kompletną gnojówkę, jedną z prostych strat omal nie prezentując Bayernowi bramki po kontrze, a Corradini przez całe 45 minut skupiał się na gorliwym unikaniu piłki. W 11. minucie z kolei Konieczny znów pokazał, że jest dobry tylko wtedy, gdy zakłada koszulkę z orłem na piersi, w fatalnym stylu przegrał kluczowy pojedynek główkowy, którego bezpośrednim wynikiem był strzał Eduardo zza pola karnego, który w ten sposób zdobył jedynego gola w tym meczu. Nie mieliśmy dzisiaj zamiaru podejmować żadnej walki, więc dziw bierze, że Bayern nie wpakował nam jeszcze kilku bramek. Jedyne dwie dobre okazje do wyrównania stworzyliśmy dopiero w doliczonym czasie, obie koncertowo spartaczone przez Mihajlovicia, który był jedynie cieniem siebie sprzed roku. Podobnie zresztą jak całe Rot-Weiss Essen.
  24. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Śmiejecie się, a kilka lat temu, gdy nie pisałem jeszcze na forum, w jednej z karier prowadziłem Erzgebirge Aue, w którym miałem newgena Sanmaryńczyka na lewej obronie Pamiętam nawet, że nazywał się Paolucci i był dzikiem - z nim w składzie zdobyłem trzy razy mistrzostwo Niemiec, wygrałem Puchar UEFA, potem Ligę Mistrzów, a drużyna grała skutecznie, rozważnie, z sercem i zaangażowaniem (czyli odwrotnie, jak wszystkie moje kluby w Cieniu wielkiej trybuny) W Lidze Mistrzów mam wrażenie, że wystarczy, że trafimy na pierwszego rywala z górnej półki, i będzie po zawodach. A jeżeli rzeczywiście ma zadziałać jakaś boska siła, to nie możemy trafić na żadnym z etapów na zespół z Bundesligi, bo przerobi nas na marmoladę. O Bundeslidze nie warto już nawet mówić, bo nie bierzemy udziału w walce o mistrzostwo. Widać wyraźnie, że chłopaki zdobyli tytuł przed rokiem, nasycili się, więc teraz nie chce im się już grać, bo zdobyli to, co chcieli. Kontynuacja sukcesów ich nie interesuje.
  25. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Jeżeli ktoś kiedyś zastanawiał się, czy jestem menedżerem, który potrafi całkowicie zatracić się w troskach nad prowadzonymi przez siebie drużynami, doskonałą odpowiedź miał na losowaniu grup turnieju finałowego Euro 2028, które odbyło się w Oslo, w kraju gospodarza. Razem z prezesem PZPN i resztą polskiej delegacji siedziałem pośród pozostałej śmietanki na widowni, popijając kawę i zagryzając ciasteczka, podczas gdy na estradzie prezentowano podział na kolejne koszyki. Omal nie zakrztusiłem się i nie oblałem spodni kawą, gdy w czwartym koszyku zobaczyłem... San Marino. – Andrzej? – odezwałem się, gdy przestałem kaszleć. – Czy ty też widzisz tam San Marino? – Tak, a dlaczego nie? Wytężyłem wzrok, spojrzałem na Niedzielana i znów zwróciłem głowę w stronę planszy z wyświetlonym podziałem na koszyki. – Nie mam halucynacji? Jak to się stało? Zdziwiony Andrzej opowiedział mi wszystko. Okazało się, że byłem tak pogrążony sprawami reprezentacyjnymi, pracą w Essen i uciechą z braku awansu reprezentacji Niemiec, że kompletnie nie zwróciłem uwagi na to, co działo się w grupie dziesiątej. San Marino wyszło na największą sensację eliminacji, mimo dwóch porażek na początku kwalifikując się na norweski turniej z pierwszego miejsca w grupie (!), wyprzedzając Rosję większą liczbą zdobytych bramek, a wszystkie zespoły zamknęły się w dwóch punktach różnicy*. Cała Europa była w konsternacji, a ja to wszystko przegapiłem, zaś tymczasem w czerwcu San Marino miało doczekać surrealistycznego, wielkiego debiutu na Mistrzostwach Europy. Losowanie mogliśmy uznać za całkiem pomyślne; uniknęliśmy utworzenia grupy śmierci z dwiema innymi europejskimi potęgami, najłatwiejszych rywali też nie skompletowaliśmy, za to trafiliśmy do bardzo zrównoważonej grupy D, w której mieliśmy zmierzyć się z Anglią (4.), Grecją (39.) oraz gospodarzem turnieju Norwegią (75.). Odpowiednie przygotowanie we Wronkach oraz zostawienie serca na boisku we wszystkich trzech spotkaniach powinno było wystarczyć do wyjścia z grupy. Rywalizację mieliśmy zacząć 11 czerwca meczem z Norwegią w Oslo, później 16 czerwca w Bergen czekało nas starcie z Grecją, a na koniec fazy grupowej 19 czerwca w Stavenger z Anglią. Pozostałe grupy: Grupa A: Austria, Rosja, Serbia, Walia. Grupa B: Czechy, Francja, Portugalia, San Marino. Grupa C : Belgia, Hiszpania, Szwecja, Włochy. ___________________ * 1. San Marino - 11 pkt 2. Rosja - 11 pkt 3. Turcja - 10 pkt 4. Albania - 10 pkt 5. Izrael - 9 pkt
×
×
  • Create New...