Jump to content


KONKURS "CM FORUM - KARIERA FOOTBALL MANAGERA" WYSTARTOWAŁ!

Do wygrania 2 egzemplarze gry FOOTBALL MANAGER 2020!

REGULAMIN KONKURSU


Ralf

Użytkownik
  • Content Count

    3202
  • Joined

Community Reputation

403 Bardzo lubiany

About Ralf

  • Rank
    Fizjoterapeuta

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W dalekiej Argentynie wiosna trwała w najlepsze, i choć miejscowi narzekali, że piętnaście stopni to u nich o tej porze roku chłód, to dla nas w porównaniu do jesiennej Europy była to miła odmiana. Przeciwko gospodarzom posłałem mocniejszy skład, niż przed czterema dniami w Chorzowie, więc logicznym i naturalnym następstwem było to, że w wyjściowej jedenastce znalazło się dużo więcej graczy obciążonych żądaniami gry przez maksymalnie 45, co oznaczało, że miałem mieć to w jeszcze większym poważaniu. W Buenos Aires niestety wylądowaliśmy już bez Marcina Konopki na pokładzie, gdyż z powodu drobnego urazu musiał wrócić do klubu. Jak widać, wcale nie trzeba wybiegać na boisko w meczu reprezentacji, by się uszkodzić. Pierwsza połowa spotkania na Antonio Vespucio Liberi była brzydka, zwłaszcza w naszym wykonaniu. Argentyńczycy nieco częściej byli przy piłce, a ciężar gry przechylał się delikatnie na naszą połowę, a związane to było z tym, że nie potrafiliśmy utrzymać się przy piłce po dotarciu na 40. metr – maksymalnie dwa podania i przy trzecim piłka ląduje na nogach najbliższego rywala. Strata. Rywale kilka razy zmusili Piętkę do interwencji, ale nie były to strzały groźne; prawdopodobnie poradziłby sobie z nimi nawet Dirk Krause z Rot-Weiss Essen. W przerwie m.in. zapytałem moich podopiecznych, dlaczego grają jak europejski średniak, przeprowadziłem na początek trzy zmiany (według własnego uznania), a w drugiej połowie na boisku miała pojawić się bardziej zdyscyplinowana i zaangażowana Polska. Tak też się stało. Argentyna mogła zapomnieć o tak łatwym odbieraniu piłek i wychodzeniu z kontrami, a my odwróciliśmy role i to my siedzieliśmy teraz na połowie gospodarzy. W 78. minucie Rogalski fantastycznie zagrał na skrzydło do uciekającego Piątka, Rafał dośrodkował w pole bramkowe, a tam rezerwowy Kaczmarek główką po przekątnej nareszcie przełamał impas. Ataki rywali na ogół grzęzły najdalej na naszym przedpolu, ale w 90. zdołali wywalczyć rzut rożny. Absolutnie cały zespół Argentyny wlał się w nasze pole karne, przybiegł tutaj nawet ich bramkarz Rodriguez, i zapłacił za to najwyższą cenę; Lewandowski wybił centrę Ramosa, piłkę poza polem karnym zgasił Kaczmarek, obrócił się i bez zastanowienia huknął daleką piłkę na połowę gospodarzy, a futbolówka długim, bezlitosnym łukiem spadła prosto do pustej bramki. Paweł mógł się cieszyć z ładnego gola z 70 metrów, w czym zapewne pomógł mu niedawny występ w "Turbokozaku", a my musieliśmy tylko dowieźć pewne 2:0 do końca, by podtrzymać passę meczów z Argentyną bez straty gola. Tak się jednak nie stało, ponieważ w doliczonym czasie Lewandowski bezmyślnie przewrócił Garcíę w polu karnym, pozwalając Argentyńczykom odczarować naszą bramkę (bohaterem narodowym został Blanco), czym doprowadził mnie do wściekłości, bo szlag trafił świetną passę i całą radość ze zwycięstwa. To było kolejne kretyńskie zagranie Zbycha w ostatnich miesiącach, tak że w przypadku kolejnej jego gafy w lutowym meczu z RPA miałem zastanowić się, czy na Euro nie powinienem mianować nowego kapitana. Rozstrzygnęła się walka o ostatnie miejsca w finałach Mistrzostw Europy 2028. Bez straty bramki baraże przeszła Rosja, która pewnie wypunktowała Szwajcarię (2:0, 3:0). Czesi, nasi rywale z grupy eliminacyjnej, cieszyli się ze zwycięstwa nad Gruzją (1:1, 2:1) i razem z nami mieli pojechać w czerwcu do Norwegii. W pozostałych trzech parach niespodzianek nie było – Belgia wyeliminowała Danię (0:1, 2:0), Szwecja okazała się minimalnie lepsza od Chorwacji (1:0, 1:1), a Grecja pokonała Ukrainę (2:1, 1:1).
  2. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Panocku, bez wczuwania się w grę nie ma pełnej przyjemności z grania, tym bardziej pisząc na tym opka
  3. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Sam NIGDY nie wycofałem zawodnika ze zgrupowania jego reprezentacji, bo uważam, że każdy powinien pilnować swojego nosa, patrzeć do swojej miski i dać innym pracować. Wręcz przeciwnie — cieszę się za każdym razem, gdy zawodnicy mojego klubu dostają powołania. Kiedy na kadrze 2-3 graczy "ma grać" 45 minut — w porządku, mogę to uszanować. Ale kiedy widzę, że pół składu ma znaczek [45], to sorry, ale z miejsca przestaję respektować te "prośby", bo nie będę wystawiał kadry C w meczu np. z Niemcami (grającymi w najsilniejszym zestawieniu) i traktuję to wtedy jako jawne utrudnianie mi FM-owego życia, a na to nie pozwolę Nie pamiętam kiedy ostatnio Tomasz "Dzik" Adamczyk zagrał w jakimś meczu towarzyskim. Poważnie. Gdyby nie szkoleniowcy najpierw Liverpoolu, a obecnie Milanu (strzeliłbym do obu, bo mnie irytują), spokojnie miałby na koncie 10-15 spotkań z orłem na piersi więcej, nie wspominając o golach.
  4. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Tak jak wcześniej zapowiedziałem, w meczu z Turcją nie wszystkim mogłem zapewnić wolne po rozegraniu 45 minut, a padło akurat na Mateusza Machnikowskiego, co spotkało się z reakcją samego Jürgena Klinsmanna, który tym samym nagrabił sobie u mnie jeszcze bardziej. Na krytykę z jego strony, którą dziennikarze przekazali mi następnego dnia przed wylotem do Argentyny, odpowiedziałem obietnicą, że zawsze będę prowadził kadrę tak, jak uznam za stosowne, a polecenia klubów mogę co najwyżej niezobowiązująco brać pod uwagę, bo nie pozwolę, by ktokolwiek utrudniał mi przygotowanie drużyny do ważnych gier o punkty. Całość uzupełniłem jeszcze personalną wycieczką, gdyż zostałem niepotrzebnie sprowokowany przez oponenta, a dwie godziny później z uśmiechem na ustach zająłem miejsce w autokarze. Musieliśmy pojechać do Krakowa, gdyż Balice były najbliżej położonym lotniskiem, którego długość pasa umożliwiała starty samolotom zdolnym do lotów transatlantyckich. W tym czasie przez europejskie media sportowe znów przewaliła się lawina dyskusji, a w kraju standardowo zwierzchnictwo z PZPN nawoływało mnie do prowadzenia bardziej przychylnych stosunków z klubowymi menedżerami, zaś kibice tłumnie poparli moje stanowisko. Za każdym razem cieszyło mnie wywołanie takiego zamieszania, gdyż za cel postawiłem sobie doprowadzenie do tego, by FIFA raz na zawsze odebrała klubowym menedżerom możliwość wycofywania zawodników ze zgrupowań reprezentacyjnych oraz innych form ingerencji w powołania. Oczywiście wiedziałem, że szanse były nikłe, ale nadzieja umiera ostatnia.
  5. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W sobotni wieczór na murawę Stadionu Śląskiego wyszedł skład, który ustaliłem wedle mojego uznania. W meczu z Turcją miałem zamiar sprawdzić w bramce Marcina Maciejewskiego, gdyż zasługiwał na szansę sprawdzenia się w meczu z bardziej poważnym rywalem, a w ataku postawiłem na młody duet Dudek - Dąbrowski, który być może miał nawet odgrywać ważną rolę na przyszłorocznych Mistrzostwach Europy. W naszym ostatnim w tym roku meczu na Stadionie Śląskim grający w ciemnoczerwonych strojach zespół Turcji zaczął dość cofnięty, czując przed nami wyraźny respekt. Sztuki bronienia całym zespołem goście mogliby jednak poduczyć się np. od Irlandczyków, ponieważ w 7. minucie Michał Koźmiński przerzucił piłkę z prawego skrzydła do środka, gdzie zgasił ją niekryty Rob Koźmiński, którego strzał najpierw efektownie obronił Dincel (co było złą wróżbą, która się sprawdziła), ale do odbitej futbolówki tuż przed Serkanem zdążył Grzesiek Dudek i pewnie wklepał do siatki. Niestety dziesięć minut później Lewandowski sfaulował Mehmeta na 25. metrze, a pierwszy poważniejszy błąd w reprezentacji popełnił Maciejewski, wyraźnie spóźniając się z interwencją przy strzale Selçuka z rzutu wolnego, co skończyło się golem wyrównującym. Później co do joty wypełniły się moje obawy z 7. minuty. Pieprzony Dincel obronił jedenaście strzałów w światło bramki, jakie oddaliśmy jeszcze w tym meczu, cholerny trener Turcji, w przeciwieństwie do mnie, nie dał szansy zaprezentowania się drugiemu bramkarzowi, ale przede wszystkim moim zawodnikom należały się baty za oddawanie zbyt łatwych strzałów, które dodatkowo ułatwiały Dincelowi interwencje. Oczywiście turecki golkiper odebrał nagrodę dla gracza meczu, do czego walnie przyczynili się Mazurkiewicz, Aleksander, Dudek i Rogalski. Stadion Śląski w roku 2027 pożegnaliśmy więc dobrą grą, ale kiepską skutecznością i beznadziejnym wynikiem, ale lada dzień w Buenos Aires na chłopaków czekała świetna okazja do zrehabilitowania się w moich i kibiców oczach.
  6. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Mam nadzieję, że w najnowszych FM-ach już nikt nie może się wpieprzać do powołań selekcjonera... --------------------------------------------- Doskonale wiedziałem, że w Chorzowie prędzej mogę się spodziewać, że spod ziemi wyskoczy wkurwiony sztygar, niż że przywitam się z obecnym na miejscu Tomkiem Adamczykiem, i tradycyjnie się nie pomyliłem, ale tego, co zastałem na miejscu, nie przewidywałem za żadne skarby. Wprawdzie z kadry ubył jedynie Zoran Halilović, gdyż biedak tuż przed wyjazdem zerwał mięsień łydki, lecz kiedy Maciek Skorża przekazał mi listę pobożnych życzeń, myślałem, że zaraz się przewrócę. – Czy ich już wszystkich popierdoliło do reszty, Maciek?! – zagrzmiałem. – Powiedz mi jeszcze raz, bo chciałbym uwierzyć, że śnię. Ilu? – Dziesięciu, Szeryfie – potwierdził i rozłożył ręce, z trudem kryjąc zażenowanie. – Dziesięciu z poleceniem gry najwyżej przez 45 minut, sam tylu jeszcze nigdy nie widziałem. – Que pasó, vato? – spytał Moriente, który tyle co przyszedł i nie był w temacie. – To, co zawsze – odpowiedziałem – ale teraz już przegięcie. Praktycznie pół składu ma grać maks czterdzieści pięć minut. Muchacho machnął ręką, parskając śmiechem. Ja tymczasem zwróciłem się z powrotem do Skorży. – Dobra, koniec tego. Dotąd byłem skłonny brać te prośby pod uwagę, ale teraz już przegięli pałę. Kurwa, nie mam nawet tylu zmian, by wszystkich zdjąć! Jak ci wszyscy kretyni sobie to wyobrażają? Przecież muszę prowadzić kadrę, nie wystawię do gry kibiców! – wziąłem głębszy oddech, mierzwiąc nerwowo palcami czuprynę. – Niestety, tym razem nie mogę niczego zagwarantować, przykro mi. Jeżeli braknie mi zmian lub nie znajdę innego sposobu, niektórzy zagrają więcej, niż jedną połowę, i w dupie mam to, co myślą o tym jacyś menedżerowie, którzy nigdy nawet nie powąchali jakiejkolwiek reprezentacji, a teraz chcą mi mówić, co mam robić.
  7. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Reprezentacja Polski kolejny udany rok kończyła meczami towarzyskimi, które miały stać pod znakiem długich podróży. Najpierw w Chorzowie mieliśmy zmierzyć się z Turcją, która w tym roku była ostatnim rywalem usiłującym zagrozić naszej dwunastoletniej już passy bez porażki na Stadionie Śląskim. Następnego dnia po meczu czekał nas długi lot do Ameryki Południowej, gdzie z kolei czekała na nas Argentyna, z którą za mojej kadencji wygraliśmy wszystkie spotkania, i to bez straty gola! Naturalnie nie wierzyłem, że na zgrupowaniu pojawią się wszyscy powołani przeze mnie zawodnicy, ale przed rozpoczęciem wbijania w mediach szpil tym, którzy mi się narażą, i tak pierwotnie skompletowałem wszystkich tych, którzy stanowili ważne ogniwa reprezentacji, z drobnym wyjątkiem kontuzjowanego Maćka Brodeckiego.
  8. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    6 listopada, tuż przed przerwą reprezentacyjną, odbyło się jeszcze spotkanie z Hoffenheim, w którym chłopcy po kilku zmianach w składzie pobiegali sobie trochę po boisku, imponując zaangażowaniem i chęcią gry.
  9. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Drugiego listopada rozpoczęła się runda rewanżowa fazy grupowej Ligi Mistrzów, co dla nas oznaczało ponowne spotkanie z Realem Sociedad. O grze oczywiście mógł zapomnieć D'Aniello, który konsekwentnie został przeze mnie relegowany z powrotem do rezerw, z kolei za nieuprawnionego do gry Hildebrandta siłą rzeczy musiałem wystawić nieobliczalnego Gruszkę. Nie pomogła nam na pewno kontuzja Thomasa Franza, którego zastąpił jego imiennik Sebastian. Pierwszy raz od dawna na trybunach zasiadł komplet widzów, choć wiedziałem, że nie przyciągnęło ich RWE, a raczej chęć obejrzenia na żywo Ligi Mistrzów goszczącej w ich mieście. Tego wieczoru okazało się, że rak trawiący nas w Bundeslidze dał już przerzuty na Ligę Mistrzów. Byliśmy przytłaczająco nieskuteczni, Daniel Wolf i Seba Franz strzelali tak wysoko ponad bramką, że piłki omal nie wylatywały poza stadion, a całą pierwszą połowę mogę nazwać usilnymi staraniami, byśmy przypadkiem nie strzelili gościom gola. W przerwie do zmiany była ponad połowa drużyny, którą mógłbym sprzedać za paczkę fajek od sztuki, bo na boisku i tak nie było z nich żadnego pożytku. Po przerwie obraz gry nie uległ zbytnio zmianie, czyli Real się bronił, a my atakowaliśmy i pomagaliśmy Realowi się bronić. W końcu w 62. minucie coś poszło nie tak, centrę Toscano na dalszym słupku wzdłuż linii bramkowej głową zgrał Bruns, a piłkę do bramki przepchnął Corradini, dając nam prowadzenie. Przetrwało ono oczywiście tylko cztery minuty, po których Lovrić bez najmniejszego trudu minął żegnającego się z wyjściowym składem Betza i pokonał Krausego, który nawet nie próbował interweniować. W tym momencie spotkanie mogłoby się skończyć, bo nie wydarzyło się już nic wartego uwagi, a jednym z najbardziej żenujących widoków byli zawodnicy Realu w końcówce spotkania tańcujący na czas w narożnikach boiska przy jakże wspaniałym wyniku 1:1. PSV Eindhoven również nie popisało się w swoim meczu, także jedynie remisując z FC Porto 1:1. Coraz bardziej wychodziło na to, że grupa C była jedną z najsłabszych w tej edycji Ligi Mistrzów. Grupa C : 1. Rot-Weiss Essen – 8 pkt – 6:3 2. PSV Eindhoven – 7 pkt – 5:3 3. FC Porto – 3 pkt – 2:3 4. Real Sociedad – 2 pkt – 3:7
  10. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Październik 2027 Bilans (Rot-Weiss Essen): 2-3-1, 10:8 Bundesliga: 9. [-1 pkt do Schalke 04, +3 pkt nad Osnabrückiem] Liga Mistrzów: grupa C, 3:1 z Realem Sociedad DFB-Pokal: – Liga-Pokal: – Finanse: 28,24 mln euro (-3,01 mln euro) Gole: Daniele Corradini (9) Asysty: Daniel Wolf (6) Bilans (Polska): 2-0-0, 16:0 Eliminacje ME 2028: Grupa dziewiąta, 1. miejsce; awans Ranking FIFA: 1. [=]  Ligi: Anglia: Newcastle [+0 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+9 pkt] Francja: Olympique Marsylia [+1 pkt] Hiszpania: Valencia [+3 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+3 pkt] Polska: Wisła Płock [+1 pkt] Rosja: CSKA Moskwa [+7 pkt] Szwajcaria: Servette FC [+2 pkt] Włochy: AC Milan [+3 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - 09.10, eliminacje ME 2028, Łotwa - Polska, 0:6 - 13.10, eliminacje ME 2028, Polska - Liechtenstein, 10:0 Ranking FIFA: 1. Polska [1314], 2. Brazylia [1202], 3. Hiszpania [1144]
  11. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Choć nie planowałem jeszcze żadnych poważniejszych kroków kadrowych, to jednak przed wyjazdem do Karlsruhe wycofałem ze składu Marcina Gruszkę, który zrzekł się odpowiedzialności za gola, który kosztował nas zwycięstwo, i stanął okoniem. W jego miejsce wystawiłem Larsa Hildebrandta, bo nie miałem innego wyboru, a wolałem na lewej stronie nominalnego prawego obrońcę, niż kogoś, kto na oczach ośmiu tysięcy widzów fauluje w polu karnym, a potem mówi, że to nieprawda. Karlsruher SC tkwił w strefie spadkowej, co stanowiło doskonałą okazję do doraźnego podreperowania sytuacji w tabeli. Ujmę to tak – jeżeli w meczu z Bayerem wyszliśmy na ostatnich frajerów, to wydarzenia z Wildparkstadion można było nazwać żenadą miesiąca. Karlsruhe, zespół typowany do spadku, momentami wręcz ośmieszał nas na boisku, kontrolował mecz od pierwszej do ostatniej minuty i bardziej niż my zasługiwał na 8. miejsce w lidze. Po zaledwie dwóch minutach gry totalnie spóźniony Betz dopuścił Schommera do strzału głową, a Dirk Krause sparował piłkę wprost pod jego nogi i błyskawicznie przegrywaliśmy 0:1. Kiedy po dwudziestu minutach tak głośno narzekający na słabą grę zespołu Kevin Bruns jak ostatnia cipa stracił piłkę na naszej połowie, a po szybkiej akcji Kaiser podwyższył na 0:2, w ruch poszły zmiany; do szatni powędrował tenże Bruns, a także D'Aniello, który po tym meczu wrócił do rezerw. W drugiej połowie Karlsruhe kontynuowało ośmieszanie nas, a w 62. minucie Bako strzałem zza pola karnego zaskoczył zagubionego jak dziecko we mgle Krausego, zdobywając trzeciego gola dla gospodarzy. Dopiero tak komfortowy wynik sprawił, że rywale trochę nam odpuścili, co pozwoliło nam na trafienie rezerwowego Denílsona, ale wtedy znowu podkręcili tempo o jakieś 5%, co wystarczyło, by całkowicie nas zneutralizować. Można było już uznać, że straciliśmy resztki szans na walkę o czołówkę tabeli, a ja po meczu zamiast do szatni, poszedłem na postój taksówek, bo nie miałem ochoty wracać do Essen razem z tą bandą partaczy.
  12. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    @Feno, Hmm, skoro prowadziliśmy 2:0, a potem najpierw sami stworzyliśmy rywalowi okazję, którą zamienił na gola, zaś w końcówce sprezentowaliśmy im rzut karny, to można jak najbardziej powiedzieć, że zremisowaliśmy sami ze sobą. Bayer nie zrobił w tym meczu NIC, a zdobył dwie bramki i wywiózł z Essen punkt. @zOnk, To jest właśnie największy paradoks. Nawet gdy na wynikach ciążą wyłącznie indywidualne, kretyńskie błędy zawodników, to i tak cięgi zbiera menedżer, który przecież nie biega za nich na boisku i nie każe im ich popełniać. Ja ze swojej strony robię wszystko, by wyniki były jak najlepsze. No ale skoro obrońcom nie chce się pilnować swojego krycia, przez co wystarczy jedna piła za plecy i już siedzi bramka, a zawodnicy w środku pola notują żenujące straty, które kończą się zabójczymi kontrami, to więcej nie poradzę. Aktualnie moja frajda z prowadzenia tego klubu w skali od 1 do 10 wynosi dokładnie -20, a jedyne, czego chcę, to końca tego sezonu i początku Euro 2028. Innymi słowy, ta fabularna zjebka po meczu to wykrzyczana prawda na temat tego, co aktualnie dzieje się w RWE.
  13. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Beznadziejna postawa zespołu, jakby nie było mistrza Niemiec, w lidze coraz bardziej pogłębiała kryzys w szatni. Przed meczem ze słabym Bayerem Leverkusen zaczęły się podnosić pierwsze wyraźne głosy niezadowolenia z obecnej sytuacji, które należały m.in. do Markusa Rosego (wspaniały kapitan, skoro woli narzekać, zamiast wziąć się do roboty i pomóc mi potrząsnąć zespołem), Adriano, Mikkela Andreasena, Kevina Brunsa, czy Marka Topolskiego. Na ostatnim treningu przed środowym spotkaniem zebrałem wszystkich i powiedziałem: – Słuchajcie mnie teraz uważnie. Rocco! – przerwałem. – Jeżeli zaraz się nie przymkniesz, wylądujesz na trybunach! – Odczekałem chwilę. – Słuchajcie mnie uważnie. Nie będę ukrywał, dajemy dupy po całości, zresztą fakt, że mam coraz większe problemy z gardłem, mówi sam za siebie. Ale musicie wiedzieć, że to wszystko jest w was! Wygrywaliśmy rok temu, możemy i teraz! Przestańmy popełniać debilne błędy, zacznijmy strzelać do bramki, a nie w trybuny, a wszystko do nas wróci! Grajmy tak, żebym nie musiał walczyć z pokusą zrobienia wam grupowego testu na inteligencję! No i w środę miało się okazać, czy moje orędzie do kogokolwiek dotarło. Bayer był jednym ze słabszych zespołów w lidze, więc bez zmian w składzie mieliśmy wyjść na murawę i wygrać mecz, pokazując rywalom miejsce w szeregu. Od początku wzięliśmy się do pracy, a szarpiący ze wszystkich sił Corradini wychodził z siebie, by zrehabilitować się za ochrzan zebrany ode mnie po meczu w Dortmundzie. No i po kwadransie gry przeprowadziliśmy dobrą akcję lewym skrzydłem, Kevin Bruns głęboko dośrodkował, a wbiegający między obrońców Corradini pewnie zamknął akcję. Choć rozważałem profilaktyczne zdjęcie go w przerwie, nie zdecydowałem się na to i zostałem za to nagrodzony w najlepszy sposób – w 61. minucie Markus Rose wygrał walkę o wybitą przez bramkarza Bayeru piłkę i zagraniem głową wyprawił Corradiniego za linię obrony, a Daniele lobem ponad Carlim podwyższył na 2:0. W tej chwili wszystko układało się doskonale. Ale był to nasz ostatni dobry moment, a później moi wspaniali piłkarze raz jeszcze udowodnili, że nie chcą walczyć o najwyższe cele. W 66. minucie D'Aniello cudownym podaniem do tyłu obsłużył Visentina, którego nawet nie próbował zatrzymać Konieczny, co pozwoliło mu na spokojne podanie do Vitiello i było już tylko 2:1. Mimo przeprowadzanych zmian moi zawodnicy oddawali powoli inicjatywę gościom, aż w 88. minucie debil Marcin Gruszka sfaulował Stadlera w polu karnym, co skończyło się trafieniem na 2:2 z rzutu karnego, za co ukarałem go grzywną w wysokości tygodniowej pensji. I znowu sami oskubaliśmy się ze zwycięstwa. W szatni po raz kolejny nawrzeszczałem na absolutnie cały zespół, popis zaczynając od słów: "Widzicie, kurwa?! I wy macie czelność narzekać na niską pozycję klubu w lidze?! No kurwa mać!!! TO WASZA WINA!!! Sami spychacie nas w dół tabeli! Kto wam każe robić takie rzeczy, jak dzisiaj od 66. minuty?! Ja wypruwam z siebie żyły, żeby wszystko było tak, jak ma być, a potem jeden praktycznie asystuje przy golu dla przeciwnika, drugi powoduje rzut karny, a jeszcze innemu nie chce się pobiec za rywalem w akcji, z której pakują nam bramkę! Ja już nawet nie myślę o obronie tytułu. Ja się bardziej zastanawiam, czy za rok zagramy w Pucharze UEFA!"
  14. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Ci piłkarze mnie po prostu wykończą... Banda debili, nie potrafiąca podejmować właściwych decyzji... ------------------------------------------- Byliśmy w tym sezonie drużyną o dwóch obliczach – w lidze nieustannie zawodziliśmy i traciliśmy punkty na prawo i lewo, za to w Lidze Mistrzów potrafiliśmy dać trochę uciechy kibicom. Po powrocie do kraju czekały nas drugie w tym sezonie derby z Borussią Dortmund na Signal Iduna Park. Jako że w Champions League pokazaliśmy się z dobrej strony, postawiłem na niezmieniony skład, zmieniając tylko nieznacznie obsadę ławki rezerwowych, a zgodnie z zapowiedzią szansę w Bundeslidze dostał Rocco D'Aniello, który przeciwko Realowi Sociedad nie zawiódł. W przeciwieństwie do drugiej rundy Pucharu Niemiec, tym razem bardziej chciało nam się grać i stanowiliśmy dla Borussii godnego przeciwnika; być może moich podopiecznych choć trochę zmotywował fakt, że w sportowej prasie po raz pierwszy zaczęto używać wobec nas określenia "rozczarowanie sezonu". I właśnie te trochę chęci pozwoliło nam po kwadransie na założenie pressingu na połowie BVB, którego owocem był błąd Rauschera i przejęcie piłki przez Corradiniego, który wpadł w pole karne i potężnym strzałem pokonał Frołowa. Gra była na tyle wyrównana, że trafienie Daniele dawało nam krok milowy przed rywali. Ale po godzinie gry ten sam Corradini całkowicie zniszczył swoje zasługi i został pierwszym antybohaterem wieczoru, gdy debilną stratą piłki na środku boiska zainicjował akcję Borussii, po której Betz zostawił za sobą niekrytego Horniga i zrobiło się 1:1. Nie był to jednak koniec ciężkich bluzgów lecących z naszej ławki, gdyż mogliśmy to spotkanie jeszcze wygrać, ale na drodze do zwycięstwa stanęli nam... nasi piłkarze i ich decyzyjność. W 88. minucie ruszyliśmy z cudowną kontrą, na połowie gospodarzy było tylko trzech obrońców, Toscano ruszył z rajdem prawą flanką, nieatakowany przez nikogo zszedł ze skrzydła, wbiegł w pole karne, a gdy w sytuacji sam na sam z Frołowem miał już strzelać... w przypływie bezkresnego debilizmu zagrał piłkę na lewo wprost do Heidricha, który natychmiast wybił ją daleko w pole. Nie wiem jakim cudem, ale w tym momencie zdołałem przekrzyczeć 80 tysięcy widzów na trybunach, a odłamki plastiku z roztrzaskanego przeze mnie bidonu prysnęły na wszystkie strony świata. Po raz kolejny przez własną nieudolność straciliśmy następne ważne punkty, a Corradiniemu z Toscano urządziłem ciężką awanturę w szatni – jednemu za doprowadzenie do remisu, drugiemu za koncertowe spieprzenie piłki meczowej.
  15. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W środę w Hiszpanii ze zmianami w ataku po raz trzeci wysłuchaliśmy na żywo hymnu Ligi Mistrzów, gdzie w San Sebastián mierzyliśmy się na wyjeździe z Realem Sociedad, w którym grał Grzesiek Dudek. Nareszcie do gry wrócił Thomas Franz, za to tym razem komplikacje kadrowe dotknęły nas w formacji obrony, gdzie z powodu zawieszenia Albrechtsena na prawą flankę musiałem wyciągnąć z rezerw obiecującego Rocco D'Aniello, który w przypadku pomyślnego debiutu miał zostać w składzie na dłużej, ponadto kontuzji doznał Fernando, co sprawiło, że spośród rezerwowych nie mogłem skorzystać z ani jednego bocznego obrońcy. Na szczęście te problemy w ogóle nie były widoczne na boisku. Nie oznaczało to jednak, że początek spotkania nie był frustrujący, ponieważ inicjatywę w tym okresie mieli gospodarze, a my zbieraliśmy jedynie kolejne żółte kartki, które w pierwszych dwudziestu minutach mieli już na koncie Betz, Thomas Franz i Wolf; faule Realu kończyły się co najwyżej na upomnieniach. Delikatna stronniczość arbitra nie pomogła jednak rywalom, a w 24. minucie Thomas Franz przechwycił podanie Grześka Dudka, następnie Rose zagrał między obrońców do niepilnowanego Corradiniego, a Daniele huknął nie do obrony i objęliśmy prowadzenie. Sędzia Kehrli wciąż szalał z żółtymi kartkami dla moich graczy, karząc nimi kolejno Corradiniego i D'Aniello, ale w 49. minucie po prostu musiał przyznać nam rzut wolny, do którego podszedł Gruszka i pięknym rogalem obok muru podwyższył na 2:0. Wydawało się, że Hiszpanom grunt zaczyna walić się pod nogami, szczególnie gdy w 58. minucie żółtą kartkę nareszcie dla odmiany obejrzał jeden z zawodników rywali, ale niestety dwie minuty później Betz zgubił Lovricia przy dośrodkowaniu Almira, co skończyło się trafieniem kontaktowym. Nadzieje Realu na zdobycz punktową brutalnie zgasły dwanaście minut później, kiedy Seba Franz nieprzyjemnym dośrodkowaniem zmusił Rodrigueza do nieczystej próby piąstkowania, po której piłkę na jedenastym metrze zgasił Dario Toscano i uderzył z prawej nogi, w idealnym momencie zdobywając swojego pierwszego gola dla RWE i zapewniając nam kolejne trzy punkty w grupie C. PSV Eindhoven skromnie pokonało u siebie 1:0 FC Porto, utrzymując do nas dystans jednego punktu i wraz z nami wyrastając na zdecydowanych faworytów do wyjścia z grupy. Grupa C : 1. Rot-Weiss Essen – 7 pkt – 5:2 2. PSV Eindhoven – 6 pkt – 4:2 3. FC Porto – 2 pkt – 1:2 4. Real Sociedad – 1 pkt – 2:6
×
×
  • Create New...