Jump to content

Ralf

Użytkownik
  • Content Count

    3140
  • Joined

Community Reputation

391 Bardzo lubiany

About Ralf

  • Rank
    Fizjoterapeuta

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Nie śpieszyłem się z przeglądem kadry i oceną poszczególnych zawodników oraz formacji. Po sukcesie dałem się chłopakom wyszaleć i ochłonąć, byśmy w spokoju doczekali podsumowania sezonu przez DFB, na którym może nie zostaliśmy szczególnie obsypani nagrodami, zapewne w dużej mierze z powodu słabego początku rundy rewanżowej, ale i tak trochę się działo. Po raz kolejny poczułem, że wreszcie osiągnąłem coś w piłce klubowej, ponieważ po raz pierwszy w życiu zostałem wybrany Menedżerem Roku Bundesligi, pokonując dwóch Jürgenów – Klinsmanna z Werderu oraz Kloppa z TSV Monachium. Herr Ralf na pierwszym miejscu; musiałem się powstrzymywać, by nie wyciągnąć smartfona i nie zrobić zdjęcia na oczach wszystkich. W głównej Jedenastce Roku znalazło się miejsce tylko dla Larsa Hofmanna i Markusa Rosego, choć spokojnie załapałoby się jeszcze co najmniej dwóch zawodników, za to jako rezerwowi wyróżnieni zostali Gabriele Olivieri, André Betz i Thomas Franz. Reszta nagród, m.in. dla Bramkarza Roku, Piłkarza Roku, czy Króla Strzelców, pozostała bez naszego udziału, ale ja i chłopaki zdecydowanie woleliśmy być mistrzami Niemiec i nie dominować w nagrodach, aniżeli wracać do Essen z transporterem statuetek, ale bez tytułu. Dopiero nazajutrz, kilka dni przed rozpoczęciem zgrupowania w ramach eliminacji do Euro 2028, zaprosiłem współpracowników na grilla, na którym mieliśmy najpierw podsumować sezon pod względem kadrowym, a później uczcić mistrzostwo we własnym, bardziej kameralnym gronie. Z dala od zgiełku, smartfonów i reporterskich obiektywów.
  2. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Dziękować! Obiecywałem sobie, że jeśli przegramy mistrzostwo na ostatniej prostej, będzie najwyższa pora kończyć. Ale nie przegraliśmy... Nie macie jeszcze dosyć "Cienia wielkiej trybuny"?
  3. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Mokrzy i lepcy od szampana, którego strumienie zalały najpierw murawę przy odbieraniu mistrzowskiego trofeum, a potem szatnię, weszliśmy na pokład specjalnego autokaru z odkrytym nadwoziem i w klubowych barwach, by wśród tłumu kibiców zrobić rundkę po Essen, prezentując miastu to, do wywalczenia czego wiodła nas długa, niełatwa ścieżka od Regionalligi, aż po dzisiejszy dzień, gdy przypieczętowaliśmy ostateczny triumf w Bundeslidze. Ruszyliśmy nieopodal Georg-Melches-Stadion, z Hafenstraße, a na koniec zatrzymaliśmy się przy rynku, gdzie zaczęliśmy bawić się z kibicami. Wtedy zadziałała potęga Internetu. Ktoś z tłumu krzyknął "Eeeeee, macarena!", a później podchwyciły to kolejne osoby. Po chwili wyrośli przede mną Olek Wasoski, podchmielony Markus Rose z obolałą klatką piersiową, który od razu przykleił się do mnie pod ramię, i Moriente w swojej sztandarowej koszuli hawajskiej. – No, muchacho, chyba nie zapomniałeś jeszcze, co powiedziałeś przed Karlsruhe, verdad? – zapytał z szerokim uśmiechem, który zdradzał, że i w jego krwiobiegu pojawiła się już domieszka alkoholu. Uśmiechnąłem się i skinąłem głową. – Potrzymaj mi piwo. Wręczyłem Moriente moją szklankę, w której zostało jeszcze pół lagera, i ruszyłem przed siebie w stronę młodzieńca przy zaparkowanym Volkswagenie z przyciemnianymi szybami. Nie zawiódł mnie – gdy otworzył klapę bagażnika, moim oczom ukazała się potężna tuba; ciężko było mi natomiast stwierdzić, czy to od jej ciężaru siadło mu zawieszenie, czy po prostu "zglebił" samochód, jak to się popularnie mówi wśród młodzieży. – Jesteś podpięty do Wi-Fi? – spytałem chłopaka. – Jesteś w stanie to puścić na samochód? – Natürlich, Herr Ralf! I już po chwili rynek w Essen rozbrzmiał pierwszymi dźwiękami słynnej La Macareny, znanego w każdym zakątku świata przeboju Los Del Rio. Ustawiłem się na środku placu, pląsając tanecznym krokiem niczym Patrick Swayze w "Dirty Dancing", a dokoła mnie w górę powędrowały telefony komórkowe, kamerki i inne tablety, które bacznie wszystko nagrywały. Zacząłem wykonywać dobrze znane ruchy: jedna ręka, druga ręka, trzy, cztery, pięć, sześć, zawiłe słowa tekstu, które w okolicy rozumiał chyba tylko Moriente, by naraz zejść nisko na nogach i wyskoczyć w górę, obracając się o 90 stopni. Nie dalej, jak minutę później zaczęli dołączać do mnie postronni ludzie, zarówno młode osoby, jak i kibice starszej daty, aż w końcu cały rynek zamienił się w zsynchronizowany tłum, tańczący wspólnie Macarenę po zdobyciu mistrzostwa Niemiec. Dotrzymałem danego słowa, jeszcze bardziej punktując sobie w środowisku i byciem słownym, i poczuciem humoru, a nagrania z rynku biły rekordy popularności na YouTube. Byłem w szczytowym okresie nie tylko swojej błyskotliwej kariery, ale i całego życia.
  4. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Pięć lat i 161 stron... Pięć lat i pieprzonych 161 stron... ---------------------------------------------------- 22 maja 2027 trybuny Georg-Melches-Stadion pokryły liczne transparenty w czerwono-białych barwach i tematyczne sektorówki, które obecne pokolenie kibiców Rot-Weiss Essen nie miało okazji przygotowywać, a ci, którzy oglądali na własne oczy jedyny przypadek zdobycia przez klub mistrzostwa Niemiec, albo już dawno nie żyli, albo byli sędziwymi staruszkami, którzy i tak zapewne nie pamiętali zbyt wiele z tamtych zamierzchłych czasów. Tego dnia mogliśmy wszystko odświeżyć, choć graliśmy w coraz bardziej łatanym składzie, w którym z musu znalazł się i Reginaldo, choć dosłownie dzień wcześniej otrzymał karę finansową za niestawienie się na treningu bez usprawiedliwienia. Karlsruhe, choć znajdowało się teraz na ostatnim bezpiecznym miejscu w tabeli, nadal groził spadek, gdyby Norymberga wygrała z Werderem, więc był to mecz o wielką stawkę z obu stron. Tego popołudnia presję lepiej udźwignęliśmy my, dzięki czemu gdy goście atakowali, nie byli w stanie oddać zbyt wielu celnych strzałów, a celne pewnie wyłapywał lub odbijał Olivieri. Z przodu nie szło nam już jednak tak dobrze, jak w obronie, więc cieszyłem się, że do mistrzostwa potrzebowaliśmy w teorii jedynie remisu. Ale nie byliśmy minimalistami i w doliczonym czasie ruszyliśmy z kontratakiem po rzucie rożnym, Thomas Franz wypuścił w bój Denílsona, a świetny w ostatnich meczach Brazylijczyk z hiszpańskim paszportem nie dał się zatrzymać w sprincie w pole karne i wpakował piłkę do siatki! Po przerwie goście ostatecznie pękli i pozostało nam jedynie dopełnić swojej powinności, godnie kończąc ten fantastyczny, ale i bardzo trudny sezon. W 65. minucie wpuściłem na boisko dawno niewidzianego Marka Topolskiego, a Polak już trzy minuty później dostał dobre podanie do nogi od Reginaldo i pięknym podkręconym strzałem na dalszy słupek dołożył swoją, polską cegiełkę do końcowego sukcesu. Chwilę później wywalczyliśmy rzut rożny, z którego dośrodkowywał Hildebrandt i zrobił to w taki sposób, że Özdemir... wrzucił sobie piłkę do bramki! Na ostatni kwadrans na boisku zameldował się też Daniel Wolf, który mimo wszystko zdobył wiele ważnych goli, a teraz w 88. minucie skontrowaliśmy Karlsruhe, zaś Wolf wbiegł w pole karne i pewnym strzałem dobił załamanych gości! Pieczętując nasz tytuł mistrzów Niemiec! Wraz z końcowym gwizdkiem po prostu padłem na kolana, wznosząc ręce w górę, bo czekałem na to bardzo długie lata, przeżywając po drodze wiele frustracji, porażek i poczucia bezsilności. Na dłuższą chwilę był to ostatni raz, gdy widziano mnie na boisku, ponieważ natychmiast szczelnie obstąpili mnie szczęśliwi współpracownicy. Zresztą na boisku zaraz zrobiło się bardzo tłoczno, bo na murawę wylali się nasi kibice, a wraz z nimi również kibice Karsruhe, które mimo klęski 0:4 mogło i tak świętować utrzymanie w lidze i bawiło się wraz z nami. Do później nocy w całym mieście brzmiało echo skandowania: ROT-WEISS-ESSEN! ROT-WEISS ESSEN! ROT-WEISS ESSEN! ROT-WEISS-ESSEN! Bundesliga, sezon 2026/2027: Poz.| Inf. | Zespół | M | Z | R | P | G+ | G- | R.B. | Pkt. | ------------------------------------------------------------------------------------------ 1. | M | Rot-Weiss Essen | 34 | 24 | 6 | 4 | 90 | 43 | +47 | 78 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 2. | | Werder Brema | 34 | 23 | 6 | 5 | 66 | 34 | +32 | 75 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 3. | | HSV Hamburg | 34 | 15 | 15 | 4 | 46 | 26 | +20 | 60 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 4. | | Bayern Monachium | 34 | 15 | 11 | 8 | 48 | 34 | +14 | 56 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 5. | | Schalke 04 | 34 | 17 | 4 | 13 | 59 | 48 | +11 | 55 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 6. | | TSV 1860 Monachium | 34 | 14 | 10 | 10 | 52 | 42 | +10 | 52 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 7. | | 1.FC Köln | 34 | 14 | 8 | 12 | 54 | 45 | +9 | 50 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 8. | | Borussia Dortmund | 34 | 13 | 10 | 11 | 54 | 54 | 0 | 49 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 9. | | Hertha Berlin | 34 | 14 | 5 | 15 | 71 | 60 | +11 | 47 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 10. | | Eintracht Brunszwik | 34 | 12 | 10 | 12 | 42 | 42 | 0 | 46 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 11. | | VfL Osnabrück | 34 | 13 | 6 | 15 | 50 | 50 | 0 | 45 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 12. | | Borussia Gladbach | 34 | 11 | 7 | 16 | 42 | 51 | -9 | 40 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 13. | | VfL Bochum | 34 | 8 | 11 | 15 | 36 | 55 | -19 | 35 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 14. | | TSG Hoffenheim | 34 | 9 | 6 | 19 | 40 | 58 | -18 | 33 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 15. | | Karlsruher SC | 34 | 7 | 11 | 16 | 41 | 60 | -19 | 32 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 16. | S | 1.FC Nürnberg | 34 | 8 | 7 | 19 | 37 | 68 | -31 | 31 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 17. | S | VfL Wolfsburg | 34 | 7 | 9 | 18 | 33 | 58 | -25 | 30 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 18. | S | VfB Stuttgart | 34 | 8 | 6 | 20 | 30 | 63 | -33 | 30 |
  5. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Dopiero teraz, gdy byliśmy już o krok, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, jak długo czekałem na taką szansę. Przed decydującą kolejką zmagań zapowiedziałem w rozmowie z dziennikarzem z jednego z wiodących piłkarskich serwisów w Niemczech, że jeśli zdobędziemy mistrzostwo, zaraz po zakończeniu meczu z Karlsruhe zatańczę publicznie Macarenę na runku w Essen. Oczywiście wieczorem nagranie wideo z moją deklaracją dało się już znaleźć w każdym zakamarku Interentu, włącznie z propozycjami na stronie głównej YouTube. W międzyczasie końca dobiegły zmagania w europejskich pucharach, które dla mnie były jednak tylko w tle aktualnych wydarzeń. W finale Pucharu UEFA Lazio Rzym pokonało w Belgradzie Olympique Lyon 2:0, odreagowując niedaną końcówkę walki o mistrzostwo Włoch. W Lidze Mistrzów natomiast triumf święcił Arsenal Londyn, który dzięki trafieniu Rose'a w dogrywce pokonał Betis 2:1 i po raz trzeci w swojej historii wzniósł w górę najcenniejsze trofeum Starego Kontynentu. Nieoczekiwanie spłynęły na nas wielkie frykasy w związku z tegoroczną edycją Champions League. Za prawa do transmisji telewizyjnych otrzymaliśmy od UEFA ładną sumę 16 500 000€, które z pewnością miały bardzo się przydać, ale prawdziwym zaskoczeniem było dla mnie rozdanie nagród. Otóż okazało się, że w Jedenastce Marzeń znalazło się... aż siedmiu piłkarzy Rot-Weiss Essen, przy czym tylko jeden z roli rezerwowego, mimo że przecież nie osiągnęliśmy żadnego imponującego wyniku. Zaszczytu tego dostąpili André Betz, Lars Hofmann, Adriano, Thomas Franz, Marcin Gruszka, Daniel Wolf i Anders Albrechtsen, ponadto Betz zajął drugie miejsce w konkursie na Najlepszego Piłkarza Ligi Mistrzów, ustępując jedynie Ivano Alfieriemu z Olympique Marsylii.
  6. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Następnego dnia z samego rana na spokojnie wytłumaczyłem Betzowi, jaki obowiązek będzie teraz na nim spoczywał. Był w klubie odpowiedzialny za pełnienie obowiązków wicekapitana w przypadku nieobecności Rosego, a teraz czekało go jeszcze trudniejsze zadanie. André szybko wczuł się w swoją rolę i niczym Markus zajął się budowaniem atmosfery w szatni, bardzo mi przy tym pomagając. A w przedostatniej kolejce pojechaliśmy na ostatni wyjazd tego sezonu, który bynajmniej wcale nie miał być łatwy, bo w Gelsenkirchen czekało na nasz Schalke, co oznaczało dla nas kolejne bezpardonowe derby z odwiecznym rywalem. Doprawdy, krętymi ścieżkami prowadził nas piłkarski los. Postanowiłem troszkę zaryzykować, ale też być wspaniałomyślny, i w miejsce Rosego wystawiłem od pierwszej minuty Maćka Kwiatkowskiego, a na prawej obronie znalazł się z powrotem Hildebrandt; reszta składu pozostała bez zmian, chłopaki musieli czuć, że im ufam. Na wypełnionej VeltinsArena, która 21 lat temu gościła Mistrzostwa Świata, gospodarze byli nie tyle zmotywowani, co zdeterminowani, by nas pokonać i udowodnić swoją wyższość w naszych osobistych zwadach. Od jakiegoś czasu nieustannie miałem wrażenie, że gramy na pograniczu klęski, co widać było i dzisiaj, przez co już w 6. minucie Corradini fatalnie zgubił piłkę przed naszym polem karnym, a wysunięty przed bramkę Olivieri dał się zaskoczyć Martinowi Schmidtowi natychmiastowym strzałem poza zasięgiem własnych ramion. Skryłem twarz w dłoniach. Zero do jednego. Przewaga Schalke była momentami miażdżąca. Długimi minutami nie mieliśmy nawet szansy powąchać piłki, bo nieustannie w jej posiadaniu byli rywale, a ci atakowali nas ze wszystkich stron, obydwoma skrzydłami, środkiem, atakami pozycyjnymi, kontratakami. Dosłownie w każdy sposób. Nie wiem, jakim cudem przez kolejny kwadrans nie straciliśmy jeszcze 2-3 bramek, ale w końcu zaczęliśmy nieśmiało kontrować, a po jednej z takich zaczepnych akcji... Benjamin Hoffmann podarował nam rzut karny! Seba Franz udźwignął presję, strzelił nie do obrony i już był remis! Ale nie był to koniec naszych kłopotów. Po półgodzinie natychmiast zdjąłem z boiska beznadziejnych Corradiniego i Albrechtsena, których postawa była dla piłkarzy Schalke wodą na młyn, a jakby tego było mało, tuż przed przerwą wstrząśnienia mózgu w zderzeniu z rywalem nabawił się Hans Vink, przez co do przerwy miałem wykorzystane już wszystkie zmiany. Na szczęście do przerwy także prowadziliśmy, po tym jak w 41. minucie tenże Vink zrobił ostatnią przysługę dla RWE, pięknie dograł do wbiegającego Thomasa Franza, który trafił w słupek, piłka zaczęła toczyć się wzdłuż linii bramkowej, a nim Zanetti zdołał wstać i nakryć ją ciałem, Denílson wślizgiem wepchnął ją do siatki! W przerwie nakreśliłem drużynie jasny plan — stawiamy wszystko na jedną kartę i walczymy o kolejne trafienia, bo nikłe prowadzenie nie dawało żadnej gwarancji. Nie mając już do dyspozycji zmian mogłem jedynie reagować na bieżąco na roszady rywali w ustawieniu, a także podpytywać Wasoskiego, co się dzieje w Bremie, gdzie Werder w końcu objął prowadzenie z Wolfsburgiem. Tak jak i w Bochum, tak i teraz mecz przypominał małą wojnę. I bez słów mogę zwalić ciebie z nóg, Wrogu mój, co wykrzywiasz usta, Nie przepraszaj, tylko wstań, Nigdy już nie zobaczysz lustra. Dobrze wiedziałem, że ryzykujemy zbytnie odsłonięcie się, ale kto nie ryzykuje, ten nie je. I nie zdobywa mistrzostwa. Nasz upór już niebawem miał przynieść swój brzemienny dla losów meczu skutek... W 82. minucie Schalke przeszło na 4-2-4 i ruszyło ławą w nasze pole karne, po dośrodkowaniu Salerno... zgarnął piłkę i wybił ją co dalej w pole, a na środku boiska Denílson przyjął podanie, uciekł przerzedzonej obronie i po długim rajdzie przelobował Zanettiego!!! Rywale wyglądali, jakby dostali właśnie kijem baseballowym przez łeb, a tymczasem pięć minut później złapaliśmy ich kolejnym kontratakiem, Denílson wyłożył piłkę na środek pola karnego, gdzie Mihajlović nastrzelił Zanettiego, a wspaniały Denílson zdążył do bezpańskiej futbolówki przed Schröerem i golem na 4:1 zaliczył hat-tricka, ustalając wynik derbów z Schalke! Co za kosmiczny mecz! Podczas gdy zniesmaczeni i rozgoryczeni kibice gospodarzy tłumnie opuszczali stadion po końcowym gwizdku, my zeszliśmy się wszyscy niedaleko linii bocznej, wspólnie poklepując się pokrzepiająco po plecach. Z trzema punktami przewagi i o wiele lepszym bilansem bramkowym w ostatniej kolejce łatwiej miało nam być zdobyć mistrzostwo, niż je przegrać, ale nie mówiłem "hop". Nikt nie mówił.
  7. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    — Nie. Nie! Nieee!!! — wrzasnąłem, maltretując w rękach raport szefa naszego pionu medycznego. — Kurwa, nie!!! Thomas i Moriente wymienili zaniepokojone spojrzenia. Nawet nie myśleli odzywać się bez ważnego powodu, bo sami odczuwali już napięcie zaciętej walki o mistrzostwo. Nie patrzyli jednak na mnie, jak na wariata. W ich twarzach widziałem uroczystą powagę, widzieli we mnie głównego aktora spektaklu, swoistego Herkulesa Poirot, tyle że o gorętszym temperamencie, od którego zależy, czy cała historia zakończy się schwytaniem głównego antagonisty, czy też efektowną katastrofą. — Kurwa, jeśli tak mu się podoba ta Ellen z siłowni, to jest na tyle znany, że skinąłby palcem, a poleci za nim na koniec świata! — kontynuowałem wywód. — A jak się wstydzi, to ja do niej pójdę choćby zaraz i go z nią umówię! Markus Rose nie wyciągnął wniosków z zimowej gafy, a teraz nie mógł wybrać sobie gorszego momentu na to, by znowu spróbować zaszpanować przed niewiastą na siłowni, co oczywiście skończyło się zrzuceniem sobie zbyt obciążonej sztangi na klatkę piersiową. Tym samym w krytycznych chwilach walki o tytuł straciliśmy naszego kapitana — obecnie mózg, serce i płuca Rot-Weiss Essen. Wysapałem się, podszedłem do okna, za którym zapadał zmrok, po czym zwróciłem się do wciąż milczących wyczekująco Moriente i Thomasa, a światło staroświeckiego żyrandola oświetliło moją już w pełni opanowaną i poważną twarz. — Dobra — rzekłem — poradzimy sobie. Będziemy walczyć bez Markusa. Od jutra André będzie czekało poważne zadanie, które może go uczynić bohaterem.
  8. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Close enough. -------------------------------------------------- Przed następnym meczem o wszystko (teraz graliśmy już tylko takie) z roli kapitana całym sobą wywiązywał się Markus Rose, zarówno na treningach, jak i za pośrednictwem mediów zagrzewał drużynę do walki. Jego starania były tym bardziej nieocenione, że teraz mierzyliśmy się z zawsze niewygodnym TSV Monachium, a więc chyba jedynym w tej chwili rywalem, z którym wolałbym, byśmy grać nie musieli. W porównaniu z jedenastką z Bochum przeprowadziłem dwie zmiany, oczywiście sadzając na ławce Salerno i Thomasa Franza, których zastąpili Albrechtsen i po raz pierwszy w wyjściowym składzie Kwiatkowski. W pierwszym kwadransie graliśmy tak, że aż ręce same składały się do oklasków – gryźliśmy trawę, walczyliśmy o każdą, nawet całkowicie straconą piłkę, do tego imponowaliśmy zgraniem i wolą walki. Zwieńczeniem naszej widocznej gołym okiem przewagi była 17. minuta, w której Vink minął na pełnej szybkości Schweglera i nie zwalniając dośrodkował w pole bramkowe, gdzie wychodzący z bramki Bolstad zderzył się z Agostinim, a Denílson po żołniersku wpakował piłkę do siatki! Szkoda, że od tej pory całkowicie siedliśmy i oddaliśmy Monachium inicjatywę, zupełnie jakby moi piłkarze uwierzyli, że dowiezienie 1:0 do końcowego gwizdka to czysta formalność, choć zza linii bocznej nawoływałem zespół do otrząśnięcia się i podjęcia ataków na nowo. Skoro nikt mnie już nie słuchał, nie zdziwiłem się, gdy w 42. minucie Lederer zdecydował się na strzał z dystansu, a Olivieri jak za starych, złych czasów wpuścił piłkę do bramki między rękami. Co gorsza, w drugiej połowie zawiedliśmy na całej linii i nie przeprowadziliśmy ani jednej groźnej akcji, podczas gdy TSV Monachium grało składnie, dokładnie, precyzyjnie i niemal nie traciło piłek, a nasze podania lądowały głównie na nogach najbliższego rywala. Prawdę mówiąc, ten remis i tak był sukcesem, bowiem goście mogli dzisiaj bez wysiłku z nami wygrać, jako że w drugiej połowie byliśmy zespołem wyraźnie słabszym. Werder oczywiście nie omieszkał wykorzystać tego prezentu, rozniósł na wyjeździe Borussię Mönchengladbach i zbliżył się do nas na trzy punkty, podczas gdy do zdobycia nadal pozostawało ich aż sześć...
  9. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    My: 32. TSV Monachium (Essen); 33. Schalke (Gelsenkirchen); 34. Karlsruhe (Essen). Werder: 32. Borussia Gladbach (Mönchengladbach); 33. Wolfsburg (Brema) 34. Nürnberg (Norymberga). Tabela: 1. Rot-Weiss Essen - 71 pkt 2. Werder Brema - 66 pkt. Reszta już nie liczy się w walce.
  10. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Gdy klubowym autokarem odjeżdżaliśmy do Bochum na kolejny w tym sezonie derbowy pojedynek, znaliśmy już wynik Werderu, który swój mecz rozgrywał w sobotę i nasi rywale bez problemu rozbili 3:0 Borussię Dortmund, dobrze wiedząc, że z kolejki na kolejkę ich szanse na dogonienie nas w tabeli maleją. Tymczasem miałem coraz większe problemy z wyjściową jedenastką, z której wypadło aż trzech zawodników na raz, bowiem urazów doznali Adriano i Hofmann, do tego za kartki zawieszony był zawzięty kolekcjoner makulatury Lars Hildebrandt. W tej sytuacji lewe skrzydło powierzyłem przesuniętemu Vinkowi, środek uzupełnił Thomas Franz, na prawej obronie zagrał Reginaldo, partnerem Betza został Salerno, a na ławce znalazłem jeszcze miejsce dla Maćka Kwiatkowskiego. I dwie z tych roszad zaprowadziły mnie na skraj stanu zawałowego. VfL Bochum walczyło o utrzymanie, wciąż nie mając bezpiecznej przewagi nad strefą spadkową, my zaś toczyliśmy boje o mistrzowski tytuł, nic więc dziwnego, że w 3. minucie spotkania Diego Salerno sprezentował naszym rywalom rzut karny (już trzeci w ostatnich czterech spotkaniach!!!), który na gola zamienił Faye. Co gorsza, gospodarze wykazywali na boisku dużo większą determinację od nas, przez co trudno było nam z nimi rywalizować, dlatego tym większym sukcesem było to, że w 19. minucie wywalczyliśmy rzut rożny, a po dośrodkowaniu Vinka Rose wyskoczył wyżej od Jankowa i zdobył bramkę wyrównującą! Która nic nam nie dała, bo od razu po wznowieniu gry Bochum przeszło przez całe boisko niczym kula przez czaszkę, moi piłkarze nawet nie próbowali przeszkadzać rywalom, czego finał był taki, że beznadziejny Salerno pozwolił Faye oddać strzał, a po udanej interwencji Olivieriego pozostawiony bez opieki Stevanović przywrócił Bochum prowadzenie. Jakby tego było mało, dziesięć minut później Salerno ostatecznie się pogrążył, robiąc olbrzymią lukę w naszej obronie, w którą wbiegł Stevanović i przegrywaliśmy już 1:3. Rzucając wściekle wulgaryzmami przeprowadziłem szybkie trzy zmiany, wywalając na zbity pysk Salerno i Thomasa Franza, którzy byli dziś odpowiednio dwunastym i trzynastym zawodnikiem VfL Bochum, a potem szykowałem się mentalnie na ciężki bój na noże w ostatnich trzech kolejkach. Na szczęście na boisku był ten, któremu jako jedynemu zależało na zwycięstwie i wziął na siebie ciężar gry, a później zaraził entuzjazmem resztę drużyny. Był nim nasz kapitan Markus Rose, który w końcu grał jak jesienią, i w 35. minucie wykorzystał nieporozumienie Szestakowa z Nordinem, by uderzeniem zza pola karnego zdobyć swojego drugiego gola. Atakowaliśmy dalej, w doliczonym czasie Vink dograł do niepilnowanego Corradiniego, któremu pod nogi rzucił się Mosquera, a nadbiegający Denílson dobił piłkę do bramki! 3:3! W drugiej połowie i my, i Bochum porzuciliśmy wszelką ostrożność i rzuciliśmy się sobie do gardeł. Efektem była ostra, niemalże krwawa bitwa w środku pola, aż trzeszczały kości, obie drużyny co rusz marnowały szanse na stworzenie sytuacji podbramkowych, a kibice przed telewizorami mogli piać z zachwytu, ciesząc się ze świetnej, piłkarskiej niedzieli. W 72. minucie wpuściłem na boisko Mihajlovicia, który był głodny gry. Bardzo głodny. W 87. minucie, gdy nadal nie przestawałem wierzyć w zwycięskiego gola, Denílson podał na wolne pole do Zeljko, a Serb nie dał się wyciąć Herrerze i trafieniem na 4:3 dał nam prowadzenie! W doliczonym czasie, kontrując jadących na 4-2-4 rywali, wywalczyliśmy jeszcze rzut wolny, z którego dośrodkował Seba Franz, a Mihajlović pokonał w powietrznym pojedynku Nordina, piękną główką pointując szalony mecz w Bochum! W oddali widzieliśmy już złocisty blask trofeum mistrzowskiego Bundesligi. Musieliśmy tylko pokonać ostatnie metry gonitwy i nie potknąć się na prostej drodze.
  11. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Na koniec kwietnia zaskoczył mnie Maciek Kwiatkowski, którego we wrześniu uprzedzałem, że mogę mu zapewnić klub do końca kariery, ale nie obiecam mu regularnej gry w pierwszym zespole, a on w pełni świadomie się na to zgodził. Tymczasem jednak Maciek nagle zaczął domagać się gry i robić problemy; rozumiałem, że zapewne czuł, że stać go jeszcze na wiele, ale powinien był wiedzieć, na co się godzi, a gdyby nie ja, prawdopodobnie dalej siedziałby na bezrobociu. Kwiecień 2027 Bilans (Rot-Weiss Essen): 3-1-0, 18:5 Bundesliga: 1. [+5 pkt nad Werderem] Liga Mistrzów: – DFB-Pokal: – Liga-Pokal: – Finanse: 5,8 mln euro (-2,32 mln euro) Gole: Daniel Wolf (19) Asysty: Daniel Wolf (11) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Eliminacje ME 2028: Grupa dziewiąta, [+3 pkt nad Czechami] Puchar Konfederacji 2027: Grupa B, vs. Argentyna, Hiszpania, Nowa Kaledonia Ranking FIFA: 1. [=]  Ligi: Anglia: Chelsea Londyn [+0 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+1 pkt] Francja: AS Monaco [+9 pkt] Hiszpania: FC Barcelona [+3 pkt] Niemcy: Rot-Weiss Essen [+5 pkt] Polska: Korona Kielce [+0 pkt] Rosja: FK Moskwa [+1 pkt] Szwajcaria: FC Schaffhausen [+3 pkt] Włochy: AC Milan [+0 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Polska [1379], 2. Brazylia [1162]. 3, Niemcy [1158]
  12. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Nie było już meczów mniej lub bardziej istotnych; teraz każde spotkanie, z każdym rywalem, było wysokiej rangi. Z tego też powodu na pojedynek z Osnabrückiem zadecydowałem o zmianie obsady bramki – Schmidt był zdolnym bramkarzem, ale tak długo, jak nadal miał stwarzać zagrożenie odbijając piłkę przed siebie, miał zdolnym pozostać i nie wybić się ponad ten poziom. Wybierałem tak naprawdę z dwójki Neumann - Olivieri, aż w końcu postanowiłem, że długa odsiadka na ławce powinna wystarczyć, by Gabriele wyciągnął stosowne wnioski, i to właśnie on po raz pierwszy od dawna zajął miejsce między słupkami bramki RWE. Spotkanie zaczęliśmy wprost fantastycznie, ponieważ jeszcze przed upływem pierwszej minuty przedarliśmy się bez problemu pod bramkę Fiołków, Corradini minął zwodem Pedrettiego, ale wywiózł się na obrzeża pola karnego, Masini odbił jego uderzenie z ostrego kąta, a na miejscu był Rose, który pewnie wpakował piłkę do siatki. Nie oznaczało to jednak początku pogromu, bo Osnabrück, prowadzony przez Olivera Kahna, nie zamierzał tanio skóry sprzedawać, poza tym moi pomocnicy mieli lekkie problemy z realizowaniem moich założeń, by omijać zagęszczony środek rywali akcjami przez skrzydła i długimi podaniami. Niemniej jednak przed przerwą udało nam się zadać drugi cios, gdy w 42. minucie Seba Franz nastrzelił mur z rzutu wolnego, piłkę przed wyjściem na aut opanował Gruszka i dośrodkował, a Masini nieoczekiwanie wypuścił futbolówkę z rąk, dzięki czemu Corradini wklepał ją do pustej bramki. Druga połowa była już trochę brzydsza. Nadal nie wszyscy w drużynie podążali w tym samym kierunku, co udowodnił w 59. minucie Hofmann, zupełnie bez sensu faulując Schumachera w narożniku pola karnego, co mojemu byłemu klubowi dało w prezencie gola, którego autorem został sam poszkodowany. Wprawdzie zostawiłem Larsa na boisku, ale po tej sytuacji grał tak niepewnie, że w końcu musiałem go zdjąć, bo lepiej grać czwórką obrońców, aniżeli trójką. Zaczynało się robić nieprzyjemnie, więc tym energiczniej wzniosłem ręce w geście radości, gdy w 71. minucie po akcji prawą stroną Adriano zdołał przepchnąć piłkę w pole karne, a Markus Rose pociągnął soczyście z półwoleja, uspokajając 23 tysiące widzów i zapewniając nam bardzo ważną wygraną. Zwłaszcza, że Werder otrząsnął się po małym kryzysie i pewnie pokonał Bayern Monachium, utrzymując do nas dystans pięciu oczek. Z jednej strony byliśmy już blisko upragnionego mistrzostwa Niemiec, ale ta przewaga nadal była do roztrwonienia, więc nadal musieliśmy mieć się na baczności.
  13. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Tydzień później czekał nas kolejny mecz, w którym nie mogliśmy sobie pozwolić na stratę punktów, bo z wciąż niepewnym utrzymania Hoffenheim, z którym ponadto mieliśmy do wyrównania rachunki za klęskę 0:4 z jesieni. Miałem zamiar uważnie przyjrzeć się poczynaniom Schmidta, który co prawda bronił lepiej, niż Olivieri dwa miesiące temu, ale niepokojąco często popełniał juniorski błąd, odbijając piłkę przed siebie przy interwencjach, co dotąd uchodziło mu płazem, ale już w Stuttgarcie skończyło się w końcu utratą bramki i od razu również dwóch ważnych punktów. Zgodnie z własnym postanowieniem odesłałem też na trybuny Wolfa, którego miejsce zajął wypoczęty nieco Corradini. Jak większość spotkań w tym roku, tak też i to było dla nas drogą przez mękę, przez większość czasu graliśmy na poziomie Hoffenheim, co niezbyt dobrze o nas świadczyło, a w 8. minucie złapałem się za głowę, kiedy przy dośrodkowaniu w nasze pole karne Hildebrandt pozwolił oprzeć się na sobie Beckmannowi, który główką w samo okienko nie dał Schmidtowi najmniejszych szans. Na szczęście odpowiedzieliśmy już dwie minuty później, kiedy Seba Franz podał z lewego skrzydła do niepilnowanego Corradiniego, a Daniele pięknym strzałem na dalszy słupek udowodnił, że obecnie był jedynym napastnikiem RWE, będącym zagrożeniem dla rywali. Wynik remisowy nas nie zadowalał, więc szarpaliśmy dalej, aż w 37. minucie wywalczyliśmy rzut rożny, centra Vinka wywołała spore zamieszanie w polu karnym, piłki sięgnął oczywiście Corradini, który nie zdołał oddać strzału, ale futbolówka trafiła prosto na nogę... Hofmanna, który mocną bombą, o jaką go nie podejrzewałem, dał nam prowadzenie, zdobywając swojego pierwszego gola w barwach klubu. Mimo wyraźnego przełamania lodów, w drugiej połowie dalej przeżywaliśmy katusze z teoretycznie słabszym rywalem, a jedyne, co mogłem robić, to sukcesywnie zdejmować co bardziej zmęczonych zawodników, licząc na to, że rezerwowi wniosą więcej polotu do naszej gry. Istotnie, jeden z nich okazał się lekiem na całe zło, a był to Thomas Franz, jedno z największych rozczarowań rundy, który w 74. minucie dostał świetne podanie w uliczkę od Corradiniego i pewnie podwyższył na 3:1. Sześć minut później znów musieliśmy przełykać gorzką pigułkę, gdy po raz kolejny Schmidt sparował piłkę wprost przed siebie, co skończyło się kontaktowym golem Schumachera, ale nim goście zdążyli doprowadzić do remisu, w 89. minucie błysnął z kolei rezerwowy Mihajlović, a jego centra otarła się jeszcze o jednego z rywali, trafiając prosto na woleja Thomasa Franza, który ustalił wynik na 4:2! Choć mogło się to wydawać nieprawdopodobne, Werder Brema przegrał już trzecie spotkanie z rzędu, tym razem 0:2 z HSV, co oznaczało, że na pięć kolejek przed końcem rozgrywek mieliśmy obiecującą przewagę pięciu punktów w tabeli.
  14. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Oczywiście, że nie. Ale od początku rundy wiosennej reszta drużyny chyba jest innego zdania.
  15. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    By uświadomić sobie, jak wielką szansę zmarnowaliśmy, wystarczyło spojrzeć na ćwierćfinały Ligi Mistrzów, w których Inter, po uprzednim wyeliminowaniu nas, od razu odpadł, przegrywając dwumecz z Werderem Brema, z którym z kolei w tym sezonie radziliśmy sobie bardzo dobrze. Świetną okazją do postawienia kolejnego kroczku w ostrej rywalizacji z bremeńczykami o mistrzostwo Niemiec mieliśmy w 28. kolejce, gdy mierzyliśmy się z walczącym o utrzymanie VfB Stuttgart. Poczułem tego dnia wielką ulgę, gdyż do składu wrócił Markus Rose, którego jednak 90 minut później miałem ochotę zamordować, za to wypadł dobrze spisujący się Machaček, którego z gry wyeliminował drobny uraz. Niepocieszony byłem również sytuacją Corradiniego, gdyż nadal był tak ukopany przez pieprzonych rzeźników z Norymbergi, że wystawienie go w wyjściowej jedenastce mijało się z celem. Wobec tego w ataku od pierwszej minuty zagrali Wolf z Denílsonem, i już w pierwszych pięciu minutach obaj mieli po zmarnowanej setce, strzelając jak zwykle prosto w Corrado Salerno, przy czym dla Austriaka było to pożegnanie na jakiś czas z wyjściowym składem, gdyż dziś ostatecznie wyczerpał mój limit cierpliwości. Na szczęście w RWE grało więcej zawodników, którzy od czasu do czasu potrafili dla odmiany nie trafić w bramkarza i strzelić bramkę, a jednym z nich był Adriano, który w 20. minucie otrzymał dobre podanie od Denílsona i wbiegając w pole karne pokonał Salerno sprytnym strzałem na krótki słupek. Siedemnaście minut później po naszym kolejnym ataku na strzał z dystansu zdecydował się Rose, ale po drodze tor lotu piłki zmienił jeszcze Denílson, któremu ostatecznie został zaliczony gol na 2:0. W przerwie wyraziłem swoje pełne zadowolenie z przebiegu spotkania, co być może było błędem z mojej strony. Mimo to początek drugiej odsłony niczym nie różnił się od pierwszej, mieliśmy wyraźną przewagę i gra częściej toczyła się na połowie Stuttgartu. W tej chwili zmierzaliśmy po pewne zwycięstwo, ale sielanka nie miała trwać już zbyt długo. W 68. minucie Stuttgart wyprowadził jeden ze swoich nielicznych kontrataków, a w momencie, gdy Betz wybijał piłkę w pole, Markus Rose... dopuścił się debilnego faulu w polu karnym, dając Stuttgartowi w prezencie rzut karny, którego na gola z wdzięcznością zamienił Kowalczuk. To był kluczowy moment spotkania, ponieważ gospodarze zwietrzyli szansę, ruszyli z kolejnym atakiem, a po centrze Surmanna Schmidt popełnił szkolny błąd, odbijając piłkę przed siebie wprost na nogę Manciniego, który z uśmiechem na ustach odebrał nam zwycięstwo. Od tej pory koledzy na boisku rozpoczęli walkę o tygodniową pensję Rosego, którego natychmiast wykopałem do szatni, bo po tym numerze nie mogłem mu dalej ufać, ale najwyraźniej reszta drużyny była na Markusa ostro wkurzona, gdyż mimo wytężonych wysiłków zremisowaliśmy wygrany mecz. I straciliśmy dużą szansę na poważniejsze odskoczenie Werderowi, który nieoczekiwanie przegrał w Kolonii swoje drugie z rzędu spotkanie. Gdy tylko się o tym dowiedziałem, wyzbyłem się resztek skrupułów, przysalając Rosemu karę finansową za działanie na szkodę klubu.
×
×
  • Create New...