Jump to content

Ralf

Użytkownik
  • Content Count

    3268
  • Joined

Community Reputation

435 Bardzo lubiany

About Ralf

  • Rank
    Fizjoterapeuta

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Polska
  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Początek pierwszego sezonu w FM 2020 był w kratkę, niełatwy, ale teraz z zespołem siedzimy już na plecach liderowi w Vanarama National League North, a ja sam przypomniałem sobie dobrze fajny klimat 6. ligi angielskiej Coraz lepiej rozumiem już różne rozwiązania taktyczne, które jeszcze tydzień temu były dla mnie czarną magią i stosowałem je na przysłowiowego czuja. Może właśnie dlatego forma mojego zespołu wzrosła na tyle, że mamy (heh, nawet nie pisząc opka utożsamiam się z prowadzoną przez siebie drużyną) już nawet otwartą serię kilku zwycięstw z rzędu Ujawnił się już nawet niezły dzik w zespole, niejaki Austin Samuels, który niemal w każdym meczu strzela gole i asystuje. Pod względem frajdy z gry jestem zadowolony, że FM 2020 nie odbiega w żaden sposób od FM 2006, a nawet dzięki różnym nowościom i znacząco rozszerzonej otoczce przewyższa moją ukochaną dotychczas wersję. Tutaj świat gry poza meczami jest żywszy, więcej się dzieje. Jest więcej artykułów prasowych, pojawiają się imienne komentarze kibiców na mediach społecznościowych, konferencje prasowe, bezpośrednie interakcje z piłkarzami. Wiem, że dla was do jest norma, ale ja nadal się tym zachwycam Nareszcie nie ma tutaj absurdalnych żółtych kartek, które były dla mnie jedną z bolączek 2006. Tam normalką było karanie żółtymi kartkami w 2. minucie meczu za drobny faul na środku boiska, a gdyby nasi rządzący równie łatwo i szybko zamykali granice, jak sędziowie w 2006 sięgali po żółte kartki, dziś nadal nie mielibyśmy COVID-19 w kraju. Z kolei w FM 2020 na żółtą kartkę już naprawdę trzeba zasłużyć konkretniejszym faulem, a do tego na samym początku spotkań w zasadzie ich nie obserwuję. Zauważam też to, na co skarżyło się wielu graczy, a mianowicie niebotyczne marnowanie stuprocentowych sytuacji, aczkolwiek u mnie problem nie ma aż takich rozmiarów, póki co. Owszem, gdy jeden z moich napastników dostaje dobre podanie, dzięki któremu wybiega za linię obrony i rusza sam na sam z bramkarzem, spokojnie czekam na strzał w golkipera lub obok bramki, który oczywiście pada, ale już w mniej oczywistych sytuacjach, gdy piłka trafia do mojego osamotnionego napastnika w wyniku zamieszania pod polem karnym rywala, piłka przeważnie ląduje w bramce bez większego problemu. Zatem zgrzyt jest, ale nie aż tak straszny, jak malowali to inni gracze. Jak na razie, przynajmniej. Na plus w tej sytuacji zasługuje to, że problem jest obustronny, czyli nie tylko moi zawodnicy strzelają w bramkarzy w pojedynkach 1 vs 1, ale to samo jest pod naszą bramką. Sprawiedliwie zatem. Mam jedno pytanie do osób lepiej obeznanych z nowymi Football Managerami, bo dosyć mnie to zaskoczyło po przesiadce z 2006. Dlaczego nie mogę podejrzeć skrótów lub goli z meczów w innych ligach lub np. w eliminacjach do Mistrzostw Europy? Myślałem, że zwyczajnie nie potrafię znaleźć odpowiedniej opcji/przycisku, ale przeszukałem wszystko i nadal mogę obejrzeć jedynie statystyki spotkań, bez skrótów.
  2. Pomalutku się rozgrywam. Zacząłem sobie nie od objęcia jakiegoś porządnego klubu, a od stworzenia menedżera bez pracy i doświadczenia trenerskiego, ale z podstawowym certyfikatem. Dostałem posadę w szóstej lidze angielskiej, więc swojego rodzaju standard. Jestem po okresie przygotowawczym, mam za sobą pierwsze dwie kolejki (porażka po wypuszczeniu z rąk dwubramkowego prowadzenia i stracie decydującej bramki w końcówce, oraz pewne wyjazdowe zwycięstwo 4:2), a także sklikane kilka godzin na szukaniu i sprawdzaniu różnych rzeczy, również skrupulatnym czytaniu automatycznych samouczków, które na początku oferują swoją pomoc, gdy się gdzieś wejdzie. Jakieś konkretniejsze pierwsze wrażenia już mam. Zacznę może od spotkań. Czytałem wiele opinii, że tryb 3D potrafi kuleć nawet na mocnym sprzęcie; muszę się z nimi zgodzić, a jednocześnie nie zaskoczyło/rozczarowało mnie to. Przez ostatnie 3-4 miesiące cierpliwego kompletowania mocniejszych podzespołów złożyłem sobie solidnego peceta, który przewyższa wymagania sprzętowe gry, mimo to jednak mecze w trybie 3D są skokowe - im większe stadiony i więcej kibiców, tym jest gorzej. Całkowite wyłączenie szczegółowości trybun w opcjach nieco upłynniło ruch na boisku, ale to nadal nie to. W zasadzie jedyna kamera, która pozwala na całkowicie płynną animację, jest tryb "Analityk", lecz jej wadą jest to, że nawet po przybliżeniu jest na tyle daleko od boiska, że piłkarze są mikroskopijni, nie wspominając o piłce. Wszelkie widoki, które zakładają ruchy kamery, czyli "TV", "Reżyser", "Linia boczna", "Za bramką", czy "Przewijaj w pionie" to gwarancja spadku FPS-ów. Troszkę mnie to dziwi, bo nie wiem, jaki mocny sprzęt trzeba mieć, by mógł uciągnąć tryb 3D na przynajmniej średnich detalach. Tryb 2D w sensie stricte technicznym spisuje się wzorowo - pełna płynność, a także animacja piłki jakże znana mi z FM 2006 Troszkę szkoda, że w tym widoku nie dodano widocznych fragmentów dolnych sektorów trybun, ale można to przeboleć. Na razie gram na podstawce, nie wklejałem jeszcze żadnych patchów, więc może w którejś łatce jest to poprawione, ale nie odpowiada mi wygląd siatek w bramkach w trybie 2D - są zbyt słabo widoczne, a gdy piłka wpada do bramki, zbyt mocno się wyróżnia, zamiast zostać przesłonięta przez siatkę. Z tego powodu w klasycznym widoku o tym, że padła bramka, a nie np. piłka zawisła na górnej siatce, informuje mnie dopiero "migawka" w komentarzu meczowym ("Wygwizdów! GOOOOOOOOL!"), aniżeli niepozostawiająca wątpliwości sytuacja widoczna na ekranie. Zostawiając mecze, zacząłem coraz sprawniej opanowywać nawigację po świecie gry, choć do tej pory muszę nieraz chwilę poszukać miejsca, w którym mogę podejrzeć np. zadowolenie zarządu lub dane dotyczące stadionu. Jeszcze nie mam wszędzie automatyzmów. FM 2006 znałem na wylot, klikałem wszędzie z rozpędu, a tutaj muszę uczyć się wszystkiego na nowo i wyrabiać nawyk klikania we właściwe miejsca od zera. Muszę niestety przyznać, że momentami gra jest trudno czytelna. Mam tutaj na myśli takie coś, że ogrom kolorów, przeróżnie zabarwionych pasków i teł, a także wiele informacji porozrzucanych dokoła sprawia, że niejednokrotnie najpierw wodzę wzrokiem po całym ekranie, zanim zorientuję się, w którym jego miejscu jest rzecz, która mnie interesuje, a także czy w ogóle tam jest, czy powinienem poszukać jej pod inną zakładką. Może zmiana skórki potrafi poprawić tę sytuację, ale jeszcze tego nie testowałem. Troszeczkę brakuje mi legendarnych suwaków na ekranie tworzenia taktyki. Nawet gdy wybieram stworzenie własnej taktyki od zera, zamiast skorzystania z którejś z gotowych, i tak nadal czuję się, jakbym bardziej klikał w kreatorze tworzenia ustawienia i poleceń do niego, niż faktycznie tworzył w pełni samodzielnie każdy szczególik taktyki. Możliwe, że coś przeoczyłem (wybaczcie, nie jestem zwyczajny do nowych FM-ów...), ale póki co będę musiał się przyzwyczaić. Brakuje mi też jasnej informacji "Kandydat do awansu", "Pretendenci do tytułu" lub "Kandydat do spadku", która informuje mnie poniekąd o sile danego rywala po samym wejściu w profil danego klubu, podczas gdy na tę chwilę muszę wchodzić w ligę, tam po omacku szukać opcji, która pokaże mi typy bukmacherskie na poszczególne lokaty w tabeli, a dopiero tam szukać, w jakich rejonach jest plasowany dany rywal w przewidywaniach na obecny sezon. Ale może to kolejna rzecz, do której jeszcze nie doszedłem, who knows. Generalnie jak dotąd gra mi się podoba, zapewne za kilka tygodni nawet już nie będę się zastanawiał, jak to byłoby włączyć sobie z ciekawości FM 2006, miło mi widzieć tak dużo nowych opcji, lepsze odwzorowanie rzeczywistości i inne fajne rzeczy. Wiem jednak, że upłynie troszkę wody w Bugu, Wiśle i Odrze, zanim w pełni przestawię się na 2020 i osiągnę poziom "dzik" w biegłości poruszania się w grze oraz przyzwyczaję do tego, jak wszystko tu wygląda. Wygląda na to, że pierwszy opek, jaki zacznę pisać na FM 2020, zanosi się na śmieszny
  3. Po paru miesiącach walki z lenistwem oraz rozmaitymi problemami ze skłonieniem peceta do współpracy po wymianie większości komponentów na nowsze/mocniejsze, które w pocie czoła rozwiązałem własnymi siłami, zasiadłem w końcu do Football Manager 2020 Zaznaczę tylko dla niewtajemniczonych, że dotąd byłem namiętnym miłośnikiem FM 2006, nie grając po drodze w żadną nowszą wersję (poza krótką stycznością z... FM 2007), więc przesiadłem się na 2020 z pominięciem wszystkich wersji od 2008 do 2019. Czuję się jak Robert Kubica po powrocie do F1 po ośmiu latach Jestem kompletnym debiutantem, który musi odkrywać wszystko od nowa Absolutnie wszystko jest dla mnie nowością, przy pierwszym uruchomieniu i rozpoczęciu testowej kariery, by na spokojnie rozeznać się w grze przed powrotem do opkowania, miałem problem z tak podstawowymi sprawami, jak swobodne nawigowanie pomiędzy tabelami, ligami, rozgrywkami w krajach, które sobie wczytałem, składami drużyn, sztabem szkoleniowym itp. Do tej pory nie mam rozegranego jeszcze ani jednego meczu, bo jestem na etapie uczenia się od nowa nawigacji po świecie gry, więc swoich wrażeń ze spotkań póki co nie mogę jeszcze opisać; chciałem tylko podzielić się z wami pierwszymi wrażeniami gościa, który zanotował nagły przeskok dwanaście wersji w przód. Herr Ralf is back in town
  4. Jak dotąd wyśmienity sezon, ale spać spokojnie nie można - czuć oddech Noto na karku, a i grupa pościgowa wcale nie tak daleko
  5. Dziękuję raz jeszcze za pozytywne słowa :) Co do dalszych planów... No dobra, nie będę się dłużej czaił - tak, czekam z zapartym tchem na premierę Football Manager 2020, jak dzieciak na otwarcie prezentów pod choinką w Wigilię Bożego Narodzenia Oprócz zakupu '20, będę też musiał zoptymalizować dwie-trzy rzeczy w moim pececie, bo w aktualnej konfiguracji byłyby zapewne problemy z wydajną grą (no cóż, dość leciwy ten mój piecyk ) - akurat będę miał czas, żeby chwilę odpocząć i zgłodnieć dalszego pisania Jeszcze tylko jeden bonusik, o którym zapomniałem, a więc "Jak Polacy w piłkę grali": - Mistrzostwa Świata 2014, Włochy – strony 57-58 - Mistrzostwa Świata 2018, Stany Zjednoczone – strony 88-89 - Mistrzostwa Europy 2020, Grecja – strony 103-104 - Mistrzostwa Świata 2022, Portugalia – strony 122-124 - Mistrzostwa Świata 2026, Kanada – strony 153-155.
  6. Grunt, że nie było walki o utrzymanie Teraz pora na krok naprzód po wakacjach!
  7. Posłowie: Dziękuję wszystkim, którzy aktywnie uczestniczyli w opku, swoimi komentarzami napędzając temat i motywując mnie do dalszego pisania. Dziękuję też tym, którzy tylko czytali, śledząc losy Mr. Ralfa — zarówno tym, którzy wytrwali do końca (podziwiam!), jak i tym, którym się po jakimś czasie znudziło; mieliście do tego prawo Wreszcie doprowadziłem opowiadanie do decyzji o zakończeniu, którą podjąłem sam, a nie gra, crashując mi save'a; aczkolwiek na przestrzeni tych pięciu lat były dwa lub trzy momenty, w których save strzelał kopytami, ale zawsze robiłem kopię zapasową, która za każdym razem ratowała tyłek. Opowiadanie opowiadaniem, ale pół dekady to szmat czasu, w którym może wydarzyć się mnóstwo rzeczy w życiu prywatnym Czasami, gdy przeglądam sobie losowe strony opka, patrzę na daty pisanych odcinków i przypominam sobie: "o, wtedy wydarzyło się to, a wtedy działo się tamto Czas pożegnać już długi "Cień wielkiej trybuny" ? Dzięki jeszcze raz, trzymajta się & keep goin' ?
  8. Jedenaście miesięcy później żar na Ibizie lał się z nieba, a powietrze falowało nad rozgrzanym asfaltem. Tym razem byłem jednak całkowicie pewny, że to autentyczny upał, co potwierdzało mnóstwo skąpo ubranych ludzi, z licznymi ślicznotkami w bikini, o idealnych figurach. Oko leci samo, niezależnie od tego, czy ma się dwadzieścia lat, trzydzieści, czy prawie pięćdziesiąt cztery i jest się po zawale. – Moriente, dokąd ty mnie ciągniesz? – spytałem, prowadzony przez niego za ramię w stronę szumu fal. – Solo un momento, muchacho, zaraz zobaczysz – odpowiedział. – Jeszcze moment... O, jest! Taaa-daaam! Moriente spojrzał na mnie ze zbójeckim uśmiechem, wskazując ręką. Staliśmy tuż przy nabrzeżu z rzędem przycumowanych łodzi, a przede mną na lekkich falach zatoki leniwie kołysał się jacht ze schludnie zwiniętym żaglem i spalinowym silnikiem z tyłu, na wypadek rejsu przy bezwietrznej pogodzie. Może nie był wielkości willi, ale i tak robił spore wrażenie. – Chcesz powiedzieć, że... – bąknąłem, całkowicie zamurowany. – Si, mi amigo, to nowe cacko, którego zadowolonym posiadaczem zostałem kilka dni temu – odpowiedział z dumą. – A właściwie to my ambos jesteśmy posiadaczami, bo ten yate jest tak samo mi, jak i suyo. – Psia mać, Moriente, aleś mi teraz zaimponował! – Zacząłem oglądać jacht, obchodząc go powoli dokoła. – Musiał kosztować fortunę. Jak to zrobiłeś? – Wiesz, muchacho, przez ten cały czas, na jaki wyjechałem do España, zacząłem ostrożnie grać na giełdzie, nawet z powodzeniem, a później otworzyłem agencia inmobiliaria, i to z jeszcze większym powodzeniem – mówił. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się teraz to wszystko sprzedaje, jak rollos calientes! Niedawno moim klientem był znudzony milioner z Monte Carlo, który w podziękowaniu za owocną cooperación dał mi ten yate za marne grosze, bo i tak przymierzał się do zakupu większego. Teraz wreszcie jest czas i możliwość, by wyruszać w coraz dalsze rejsy! Kto wie, może i okrążymy kiedyś mundo? – Ty sukinsynu! Sam bym tego lepiej nie wymyślił! – zawołałem i zachwycony mocno uściskałem Moriente, aż stęknął. Okrążyliśmy jacht. Gdy zbliżyłem się do rufy, najpierw usłyszałem ciche chichoty, a później dostrzegłem na pokładzie dwie kobiety; bardzo dojrzałe, ale nadal fantastycznej urody hiszpańskie ślicznotki. – Moriente, kto to jest? – zapytałem go. Spojrzał w ich stronę. – Calmo, to moje serdeczne przyjaciółki, a przy okazji wspólniczki z agencia inmobiliaria. Też uwielbiają aventuras, pracując u mnie mogę im dawać tyle wolnego na nasze expediciónes, ile tylko będę chciał, a poza tym tyle im o tobie opowiadałem, że nie mogą się doczekać, by cię poznać. Moriente podszedł do łodzi. – Melania, Rosita, ven a nosotros y conocerse Señor Rafael. Panie zeszły na ląd i dołączyły do nas bardzo zgrabnym krokiem, który świetnie współgrał z ich perfekcyjnymi krągłościami, a ja nie mogłem oderwać od nich wzroku, czując, jak moją twarz oblewa gorący rumieniec, na który nic nie mogłem poradzić. Zapoznaliśmy się nawzajem i bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język, zarówno pod względem komunikacji, jak i zwyczajnego dopasowania charakterów. Rosita stanęła tuż przy Moriente, który objął ją w talii, i to mi wystarczyło, bym uśmiechnął się serdecznie i puścił oko do muchacho. Ale Melania ukradkiem przyglądała mi się tęsknym spojrzeniem. Później, na stronie, Moriente opowiedział mi, że Melania i Rosita były kiedyś związane z, jak to określił, nietrafionymi wyborami, od których z trudem się uwolniły, a teraz nie tylko miały dużo czasu dla siebie i na podróże, o których również zawsze marzyły, ale też zdążyło im zbrzydnąć samotne życie, a czwarty krzyżyk zbliżał się do nich nieuchronnie. Wyglądało na to, że one też wygrały La Loteria. Wieczorem, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, mieliśmy w planach udanie się na mały dancing przed wypłynięciem w pierwszy rejs następnego dnia. – Idziesz, muchacho? – spytał Moriente. – Niñas już są gotowe, możemy iść w każdej chwili. – Daj mi jeszcze kwadransik, dobrze? – odpowiedziałem. – Lubię zachody słońca nad morzem, popatrzę sobie trochę, a potem pójdziemy. Moriente skinął ręką i udał się w swoją stronę. Ja zaś usiadłem na nabrzeżu z opuszczonymi nogami, kołysząc bosymi stopami w chłodnej, morskiej wodzie. Nie miałem już żadnych problemów emocjonalnych – przez ostatnie miesiące śmiało korzystałem z sesji u psychologa, a wizyty u niego nie były dla mnie oznaką słabości, tylko dojrzałych decyzji – ale taki krajobraz, na jaki obecnie patrzałem, sprzyjał refleksjom. Trzymałem się z dala od piłki, dla własnego dobra, i jedyne, na co sobie pozwalałem, to wspominanie tego wszystkiego, co było. Pamięć miałem bardzo dobrą, do dziś mam, i pielęgnowałem ją, jak tylko mogłem, dzięki czemu możliwe jest później opowiedzenie o starych dziejach. Przez kolejne lata dalekich rejsów miałem mieć mnóstwo czasu dla siebie. Kto wie, może nawet spiszę to wszystko, co przeżyłem? Nie miałem pojęcia, czy byłby ze mnie dobry pisarz, ale koniec końców zawsze można napisać coś do szuflady, prawda? Daleko na horyzoncie, w miejscu, gdzie morska dal zlewa się z niebem, zamajaczyła sylwetka statku, coraz bardziej niewyraźna, by za niedługo zniknąć gdzieś tam, po drugiej stronie tej agua de mar. I uznałem to za doskonałą symbolikę. Co było, minęło. październik 2014 – październik 2019
  9. Piżama w końcu powędrowała do torby, a ja wskoczyłem w jeansy i czarny t-shirt, gotowy na powrót do świata zewnętrznego. Nie miałem jeszcze pojęcia, co będę robił; na razie miałem tylko zamiar wrócić do domu w Essen. Wiedziałem jedynie, że tylko przez parę dni będzie tam Moriente, który zapytał mnie, czy nie będę miał nic przeciwko, jeżeli wyjedzie na jakiś czas do rodzinnej Hiszpanii. Nie robiłem mu problemów. Nie byłem już zaangażowany w futbol, przestałem być piłkarskim postrachem całego globu, więc nie potrzebowałem już agenta. Pożegnałem się z siostrą Siri, która zdobyła się nawet na serdeczne ucałowanie mnie w oba policzki, pożegnałem się z lekarzami i podziękowałem im na wszystko. Na koniec przystanąłem z doktorem Potschekayem nieopodal drzwi windy w hallu szpitala. – Bardzo panu dziękuję za ten czas – wyznałem. – Jeżeli taki los był mi pisany i nie mogłem temu zaradzić, to cieszę się, że trafiłem tutaj i poznałem osobiście takiego świetnego fachowca i niesamowitego człowieka. – Bez przesady, Herr Ralf, ja i cała klinika jesteśmy bardziej wdzięczni panu, niż pan nam! – stwierdził i roześmiał się gromko, ujmując mnie przyjacielsko za barki. – Mając pana w portfolio, szpital zyska prawdziwą sławę i jeszcze większą renomę! – Teraz śmiech doktora Potschekaya przerodził się w autentyczny, zaraźliwy rechot. Sam nie potrafiłem przestać się śmiać, dopóki nie mignęli koło nas Maciek Skorża i Moriente, którzy maszerowali do windy z moimi torbami. – Proszę dać mi chwilkę – powiedziałem i ruszyłem do nich szybko. Doktor Potschekay poczekał. – Moriente, jedź do Hiszpanii, jak najbardziej, ale jeżeli znikniesz bez śladu, to przyjadę tam, odszukam cię węchem i skopię ci dupę, choćbym miał wyzionąć przy tym ducha. – Calmo, muchacho. To tylko tymczasowo – odpowiedział Moriente, klepiąc mnie po ramieniu. – Jak ty nie będziesz dawać znaku vida, to ani się nie obejrzysz, a zapukam ci w Essen do drzwi i przywitam kopem w culo. Wróciłem do doktora i zamieniliśmy jeszcze parę słów, wybuchając raz po raz wesołym rechotem. – Na mnie już pora, doktorze. Jeszcze raz dziękuję za wszystko! – powiedziałem w końcu i ruszyłem w stronę windy. – Niech pan jeszcze przyjedzie kiedyś do Norwegii i odwiedzi starego doktora! – zawołał za mną. – Nie omieszkam! Ma to doktor jak w banku! – odkrzyknąłem, obracając się na chwilę przez ramię, zanim zniknąłem w windzie, tracąc z oczu doktora Potschekaya. Oczywiście spełniłem swoją obietnicę i przyleciałem do Norwegii w listopadzie tego samego roku, ale mimo to nie spotkałem doktora Potschekaya już nigdy więcej, ani nie usłyszałem jego śmiechu – zmarł na udar mózgu trzy miesiące po naszej ostatniej rozmowie na korytarzu niedaleko windy, w klinice, której renomę zbudował latami własnego wysiłku. Cóż za ironia, człowiek, który wiedział wszystko o patologiach serca, został pokonany przez pęknięte naczynie krwionośne w głowie, przez które jego bijące serce zalało mózg krwią, doprowadzając do jego nagłej śmierci. Czy życie byłoby łatwiejsze, gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, i kiedy powinniśmy porozmawiać z kimś dłużej, bo następnej okazji już nie będzie? Każdy musiałby odpowiedzieć sobie na to sam. Tak czy inaczej, 11 lipca 2028 wyszedłem na gmach kliniki kardiologicznej, rozpoczynając nowe, trzecie już życie.
  10. Pobyty w szpitalu zawsze wiązały się dla mnie z końcami i początkami. Trzydzieści lat temu wypadek samochodowy, w którym omal nie straciłem życia, i długa hospitalizacja zakończyły moją piłkarską karierę, po czym zacząłem nowe życie, pnąc się po szczeblach i zostając jednym z najsłynniejszych menedżerów na świecie. Tym razem raz jeszcze ósemka na końcu daty okazała się pechowa, serce nie wytrzymało i znów otarłem się o śmierć, jeszcze mocniej, niż wtedy. Czy sędziowie przysięgli ustalili werdykt? Tak, Wysoki Sądzie. W jakim brzmieniu? W sprawie Herr Ralf kontra Śmierć po raz drugi orzekamy na korzyść Herr Ralfa. 11 lipca rano z radością dowiedziałem się, że do południa będzie gotowy mój wypis. Nowinę przekazała mi rano siostra Siri, a później przyszedł doktor Potschekay. – Za pół godzinki idę do gabinetu podbijać wypisy, kilku szczęściarzy wychodzi dziś na świeże powietrze i może iść, gdzie tylko zapragną – powiedział i roześmiał się serdecznie; miał niesamowitą zdolność zarażania rozmówców pogodą ducha. – Ale zanim pański wypis znajdzie się w pana rękach, Herr Ralf, potrzebuję, by podpisał mi pan czytelnie to oświadczenie. Doktor wyciągnął do mnie dłoń z omawianym drukiem. – Jakie oświadczenie? – spytałem. – Co to takiego i w jakim celu? – Oświadczenie, że przyjął pan do wiadomości wszystkie zalecenia lekarza odnośnie profilaktyki przeciwzawałowej i tego, jakich rzeczy powinien pan unikać, by nie trafić do szpitala po raz kolejny. Proszę się nie martwić, takie oświadczenia to dla nas standard, kopię otrzymuje pacjent, oryginał zostaje w klinice. Widzi pan, Herr Ralf, wyciągamy wnioski z przykrych wydarzeń. – Przykrych wydarzeń? – zainteresowałem się. – Mieliśmy kilka lat temu pewien niemiły przypadek. Trafił do nas pacjent z rozległym zawałem, ledwo udało nam się go odratować, w zasadzie podobnie, jak pana – opowiadał spokojnie, z dłońmi splecionymi na kolanach. – Postawiliśmy go na nogi i wypisaliśmy do domu z wyraźnymi zaleceniami. Facet nie zmienił swoich nawyków i żył po staremu, więc za dwa miesiące trafił do nas ponownie, ale tym razem nie było już szans i mimo walki zmarł jeszcze na ostrym dyżurze. Niedługo później otrzymaliśmy pozew od jego rodziny, która oskarżała nas o zaniedbania i niepoinformowanie pacjenta o możliwych powikłaniach oraz konieczności zmiany trybu życia. – I jak się sprawa zakończyła? – Sąd ostatecznie oddalił pozew, ale musieliśmy wręcz stanąć na głowie z naszymi prawnikami, by dowieść, że śmierć pacjenta była wynikiem jego niezastosowania się do naszych zaleceń, a nie zaniedbań ze strony szpitala. – Doktor Potschekay zwrócił do mnie kartkę z oświadczeniem i postukał w nią lekko palcem. – Od tamtego czasu nie wypuszczamy pacjenta z kliniki, zanim nie podpisze nam takiego oświadczenia lub formularza odmowy podpisu. Oryginał zawsze jest u nas, więc jeżeli ktoś na własne życzenie zejdzie z tego świata, mamy przynajmniej spokój w świetle prawa. Podpisałem oświadczenie bez chwili wahania. Nie tylko ceniłem sobie życie i miałem zamiar pochodzić jeszcze po tym świecie, ale też nie chciałem robić problemów tak przemiłemu doktorkowi, który przecież uratował mi życie. Potem czekałem już tylko na wypis, a także na przybycie Maćka i Moriente, którzy mieli odebrać mnie z kliniki.
  11. W ciągu półtoragodzinnej rozmowy z rzecznikiem prasowym, a w zasadzie mini-konferencji, bo rozmawiałem na głośnomówiącym, a razem ze mną siedzieli Maciek Skorża i Moriente, zredagowaliśmy wspólnie bardzo schludne oświadczenie, które zawarło w sobie wszystko to, co powinno. Nie był to lakoniczny komunikat, ale też nie przesadnie długa epopeja; reszta miała przyjść sama z czasem, podobnie jak patos. Dobrze znałem rodaków; po sukcesie w RFN z 1974 roku przez kolejnych czterdzieści lat wspominali kadrę Kazimierza Górskiego i jego wielki kunszt trenerski, aż do czasu, gdy ja z moimi Orłami po raz pierwszy zdobyliśmy mistrzostwo świata we Włoszech w 2014 roku. Czy ktoś pamiętał, że dwa lata po wywalczeniu brązu na boiskach RFN pan Kazimierz nie zdołał awansować z kadrą na Mistrzostwa Europy? No właśnie. Nie sądziłem zatem, by po latach pastwiono się nade mną za Euro 2028. Poprosiłem jednak rzecznika, by z puszczeniem oświadczenia do mediów wstrzymał się do następnego dnia. To był mój epilog osiemnastoletniego dzieła z reprezentacją, moje słowo było w tym przypadku święte, więc nie miał innego wyjścia, jak tylko pokornie przystać na moją prośbę. Późnym wieczorem, gdy Skorża i Moriente opuścili szpital i wrócili do hotelu, zrobiłem to, do czego potrzebowałem tych kilku godzin przed opublikowaniem wiadomości. Wziąłem krzesło, na którym zawsze zasiadał doktor Potschekay, postawiłem je pod oknem i usiadłem na nim, oparłszy łokieć na parapecie, a policzek na dłoni. Chciałem tylko pobyć sam ze sobą, patrząc w wieczorne niebo i na maleńki łuk resztek zachodzącego słońca, widoczny w oddali na horyzoncie. Wcześniej zgasiłem światło w sali. Nie było mi teraz potrzebne. Chciałem tylko posiedzieć sam ze sobą, wspominając te osiemnaście lat z drużyną. Pierwsza rozmowa telefoniczna z ówczesnym prezesem Listkiewiczem, debiutancki mecz z Austrią w Chorzowie, a później pasmo sukcesów; najpierw nieudane Euro 2012, zaś po nim trzy mistrzostwa świata, wicemistrzostwo Europy, medale Pucharu Konfederacji. Tylu znakomitych piłkarzy, a przy tym cudownych ludzi, nietuzinkowych charakterów, tylu wykreowanych bohaterów i legend, które najstarsi kibice będą pamiętać do końca swoich dni, a młodzi Polacy czytać w encyklopediach i oglądać na archiwalnych filmach. I w fotorelacjach Moriente na stronie PZPN. Gdy tak sobie wspominałem, łza zakręciła mi się w oku. ----- Piłkarze, którzy przynajmniej raz zostali powołani na zgrupowanie reprezentacji Polski pod wodzą Herr Ralfa. Pogrubioną czcionką zaznaczeni ci, którzy zostali mistrzami świata. Kursywą oznaczeni ci, którzy pozostawali aktywnymi reprezentantami do samego końca Euro 2028. Po prawej rok pierwszego powołania. Kadra z Igrzysk Olimpijskich 2020:
  12. Cały następny dzień niemal nie wychodziłem z sali i spędziłem go na głębokich przemyśleniach, gapiąc się przez okno na szpitalny ogród, po którym leniwie spacerowali będący w co lepszej formie pacjenci z odwiedzającymi ich rodzinami. Początkowo chciałem walczyć. Pokazać, że medycyna może się mylić, i że dam sobie radę. Że oszukam przeznaczenie i słabości organizmu. Mój bojowy nastrój za każdym razem ze wszystkich sił starał się studzić Moriente, i muszę przyznać, że sukinsynowi wychodziło to nad wyraz dobrze. Gdy wieczorem miał mnie już dość, zdecydował się pokazać mi zdjęcie z 22 czerwca, które zrobił naprędce jeden z kręcących się paparazzich, zanim dorwali go ochroniarze i postawili przed wyborem – karta SD z aparatu, albo policja i sprawa w sądzie. Na zdjęciu zobaczyłem hotel w Sandefjord. Na pierwszym planie pędzący sanitariusze z norweskiego pogotowia ratunkowego, a pomiędzy nimi ja z nagim torsem, leżący na wznak na noszach. Moja twarz skryta była w wielkiej masce z przytwierdzoną gruchą do sztucznej wentylacji, którą dzierżył w odzianych w lateksowe rękawiczki dłoniach jeden z ratowników. Drugi trzymał w górze dwie butelki z kroplówkami, dwóch pozostałych pchało nosze. W tle byli przejęci Maciek Skorża, Andrzej Niedzielan, Moriente zakrywający dłonią usta, a także kilku przerażonych piłkarzy, wyrwanych z łóżka o poranku. To zdjęcie zadecydowało. Tak naprawdę wszystko na świecie wydaje się kompletnym banałem, dopóki nie dotyczy ciebie bezpośrednio. Niedługo później zadzwoniłem więc do Maćka Skorży, który ani na jeden dzień nie wyjechał z Norwegii, koczując tu przez cały mój pobyt w szpitalu i opłacając sobie pokój w hotelu z własnej kieszeni. To się nazywa oddany współpracownik. – Jestem, Szeryfie – powiedział, gdy tylko przybył do szpitala i zmaterializował się u mnie w sali. – Co mogę dla ciebie zrobić? – Już ci mówię, Maćku – odpowiedziałem, nie odwracając się od okna. – Na początek skontaktuj mnie z rzecznikiem prasowym PZPN. Widziałem niewyraźne odbicie w szybie – Maciek spojrzał zaniepokojony na Moriente, który wzruszył lekko ramionami. – Oczywiście, ale w jakiej sprawie? Dopiero teraz zwróciłem się w jego stronę i spojrzałem mu prosto w oczy. – Chcę, żeby pomógł mi napisać oświadczenie o moim ustąpieniu z funkcji selekcjonera reprezentacji Polski i konieczności zakończenia przygody z futbolem z powodów zdrowotnych.
  13. Równo 23 lata po oficjalnym zatrudnieniu mnie w małym, austriackim klubie FC Gratkorn, pochodzącego z przemysłowego zadupia nieopodal Grazu, odwiedził mnie doktor Potschekay, już bez uśmiechu, tylko od razu wziął spod ściany krzesło, ustawił obok mojego łóżka i usiadł, przyjmując oficjalną pozę. Doskonale wiedziałem, że to już. Że to ten moment, w którym dowiem się czegoś, czego nie chciano mi powiedzieć wcześniej, w obawie o skutki mojej reakcji. Usiadłem na łóżku ze spuszczonymi nogami i odczułem podobny stresik, jakiego doświadczyłem sześć lat temu w Portugalii, gdy nasz półfinał Mistrzostw Świata przeciwko Rosji miał się rozstrzygać w rzutach karnych. – Obawiam się, Herr Ralf, że minął pan już tę cienką, czerwoną linię – zaczął enigmatycznie. – Nie będę pana zanudzał encyklopedycznymi formułkami, osobiście wolę mówić takim językiem, by pacjent nie słuchał mnie tak, jakbym mówił w języku esperanto, tylko żeby wszystko od razu rozumiał. Zawał serca to nie jest błahe schorzenie; od tej pory będzie musiał się pan poważnie pilnować, możliwie jak najbardziej ograniczać stres, nie wspominając o nadużywaniu alkoholu i o innych złych nawykach. – Co to znaczy, doktorze? – spytałem, choć bardziej z nadzieją, bo domyślałem się, do czego zmierza. Doktor Potschekay poprawił okulary. – Herr Ralf, my naprawdę mieliśmy ciężkie chwile. Dwukrotnie się pan zatrzymywał, najpierw w drodze do szpitala, drugi raz na ostrym dyżurze. Gdyby to się stało trzydzieści lat temu, nie miałby pan szans. Dzięki szybkiej interwencji medycznej udało nam się ograniczyć zasięg martwicy mięśnia sercowego, ale ślad po zawale pozostanie, bo ograniczyć nie znaczy zapobiec. Będzie pan musiał regularnie odwiedzać poradnię kardiologiczną w swoim miejscu zamieszkania w celu badań kontrolnych, przyjmować stałe leki i inne rzeczy... Herr Ralf, jakkolwiek to zabrzmi, z punktu widzenia medycyny jest pan już traktowany jako osoba chorująca na serce. Zamurowało mnie. Ja i bycie chorym na serce? Zawsze kojarzyło mi się to z chorobami wieku starczego, na którą chorują emeryci i renciści, a ja tymczasem nadal nie czułem, bym wkraczał w okres starości. – Ale... jak to jest możliwe? W moim wieku? – Ile ma pan lat, Herr Ralf? – zapytał spokojnie. – Pięćdziesiąt dwa... Chociaż nie, prawie pięćdziesiąt trzy, kończę za miesiąc. – Czy ktoś z pana rodziny chorował na serce i przechodził zawał? Zastanowiłem się poważnie. Przypomniał mi się dziadek, mój kochany dziadek, dla którego byłem oczkiem w głowie jako kilkuletni gówniarz. Gdy przyszedłem na świat, kończył pięćdziesiąt lat, a kiedy miałem cztery latka, chowałem się zaniepokojony za nogami mamy, gdy do domu wchodzili panowie w białych kitlach, a na podwórku stało białe kombi z czerwonym krzyżykiem na drzwiach. – Właściwie... tak, doktorze. Gdy byłem dzieckiem, mój dziadek miał zawał. – I ile lat miał dziadek, kiedy to się stało? – Pięćdziesiąt cztery... – odparłem po chwili zastanowienia. – Proszę bardzo – powiedział doktor Potschekay, wykonując nieokreślony gest ręką. – Takie rzeczy zwykle są dziedziczne co drugie pokolenie, a pan doskonale wpisał się w ten trend. Dam sobie rękę uciąć, że dziadek nie był jedynym z pana rodziny, który miał problemy z sercem. Znów oddałem się chwili zadumy. Wspomnienia wyłaniały się z mroku dawnej pamięci, wjeżdżając przed oczy niczym wagoniki kolejki elektrycznej. Pradziadek, którego nawet nie zdążyłem poznać, zmarł nagle na serce o poranku, gdy jadł śniadanie przed pracą. Drugi z dziadków również miał zawał, tyle, że w trochę późniejszym wieku. Doktor Potschekay naprawdę znał się na swoim fachu, niejedno widział; ktoś mógłby uznać go za jasnowidza, ale ja uważałem go za lekarza wybitnego. Doktor wyjaśnił mi jeszcze łopatologicznym językiem kilka ważnych kwestii, aż na koniec przeszedł do tego, czego się obawiałem najbardziej. – ...a to wszystko oznacza, że lepiej, by zrezygnował pan z takiego życia, jakie prowadził pan do tej pory – podsumował. Ciarki przeszły mi po całym ciele. – Chce pan mi powiedzieć, że... – Herr Ralf, następnego zawału na pewno pan już nie przeżyje – powiedział doktor Potschekay z lodowatą powagą. Na jego twarzy nie było już ani śladu po niedawnym uśmiechu. – Znam pana dobrze z telewizji, wywiadów, z licznych transmisji. Jest pan wzorowym przykładem osobowości typu A. Pana emocjonalna natura, ciągłe życie w pośpiechu, pod presją wyniku, doprowadziło pana w końcu do zawału. Jeżeli pan do tego wróci, nie pożyje pan zbyt długo. Proszę mnie posłuchać, bardzo proszę. Jeżeli planuje żyć pan jeszcze długo, niestety będzie musiał całkowicie zrezygnować pan z futbolu i innych silnie stresujących zajęć. Skryłem twarz w dłoniach.
  14. Sezon 2027/28 Ligi świata: Anglia Czołówka Premiership: 1. Newcastle, 2. Leeds United, 3. FC Liverpool; Spadek do Championship: 18. Crystal Palace, 19. Watford, 20. Brentford; Awans do Premiership: 1. Cardiff, 2. Norwich, Br. Bristol City; FA Cup: FC Liverpool; Carling Cup: Tottenham. Austria Czołówka T-Mobile Bundesligi: 1. Rapid Wiedeń, 2. GAK Graz, 3. FC Pasching; Spadek do Erste Ligi: 10. FC Kärnten; Awans do T-Mobile Bundesligi: 2. LASK Linz; Hallen Cup: DSV Leoben. Francja Czołówka Ligue 1: 1. AS Monaco, 2. Olympique Lyon, 3. Guingamp; Spadek do Ligue 2: 18. Montpellier, 19. Metz, 20. Cannes; Awans do Ligue 1: 1. Istres, 2. Ajaccio, 3. Nancy Coupe de France: Nantes; Coupe de Ligue: Bastia. Hiszpania Czołówka Primera Divisón: 1. Real Sociedad, 2. Valencia, 3. Albacete; Spadek do SDA: 18. Villajoyosa, 19. Córdoba, 20. Real Unión; Awans do Primera División: 1. Salamanca, 6. Rayo Vallecano, 11. Athletic Bilbao; Copa del Rey: Zaragoza; Supercopa: Betis Sewilla. Niemcy Czołówka Bundesligi: 1. Bayern Monachium, 2. Borussia Dortmund, 3. Hertha Berlin; Spadek do 2. Bundesligi: 16. Rot-Weiß Oberhausen, 17. Arminia Bielefeld, 18. Bayer Leverkusen; Awans do Bundesligi: 1. VfL Wolfsburg, 2. VfB Stuttgart, 3. Hannover 96; DFB-Pokal: 1.FC Köln; Liga Pokal: HSV Hamburg. Polska Czołówka Ekstraklasy: 1. Wisła Kraków, 2. Groclin Grodzisk Wlkp., 3. Polonia Warszawa; Spadek do I ligi: 15. Zagłębie Lubin, 16. GKS Bełchatów; Awans do Ekstraklasy: 1. Jagiellonia Białystok, 2. Ruch Chorzów; Puchar Polski: Legia Warszawa. Rosja Czołówka Premier Ligi: 1. CSKA Moskwa, 2. FK Moskwa, 3. Terek Grozny; Spadek do Pierwowo Dywizjona: 15. Torpedo Moskwa, 16. Ałania Władykaukaz; Awans do Premier Ligi: 1. Anży Machaczkała, 2. Arsenał Tuła; Kubok Rassij: Rubin Kazań; Superpuchar: CSKA Moskwa. Szwajcaria Czołówka Axpo Super League: 1. Servette FC, 2. FC Basel, 3. Young Boys; Spadek do Challenge League: 9. AC Lugano, 10. Grasshopper Zurych; Awans do ASL: 1. FC Zurych, 2. Yverdon FC; Swisscom Cup: FC Schaffhausen. Włochy Czołówka Serie A: 1. Inter Mediolan, 2. Lazio Rzym, 3. AS Roma; Spadek do Serie B: 18. Avellino, 19. Salernitana, 20. Siena; Awans do Serie A: 1. Brecia, 2. Messina, Br. Fiorentina; Coppa Italia: AC Milan; Supercoppa: AC Milan. Europejskie Puchary: Liga Mistrzów UEFA: 1. Ajax Amsterdam, 2. Arsenal Londyn. Puchar UEFA: 1. AC Milan, 2. Villarreal. Superpuchar Europy: 1. Lazio Rzym, 2. Arsenal Londyn. Mistrzostwa Europy 2028: 1. Anglia; 2. Francja.
  15. Zastanawiając się, co takiego ukrywa przede mną doktor, obejrzałem pozostałe trzy spotkania dobiegających błyskawicznie końca Mistrzostw Europy, oczywiście w obowiązkowym towarzystwie siostry Siri. W Trondheim Anglia spokojnie pokonała 2:0 zmagającą się z plagą kontuzji Walię, wkładając w to niezbędne minimum wysiłku, z kolei dzień później Francja stoczyła w Oslo ciężki bój z Hiszpanią, a po 120 minutach gry i wyniku 1:1 lepszymi egzekutorami rzutów karnych okazali się Francuzi, i to oni, ku frustracji Moriente, awansowali do finału Euro 2028. A "wielki finał" w Oslo okazał się dramatycznie słabym widowiskiem i jednym z najsłabszych finałów w historii, o którym następnego dnia mało kto pamiętał. Z zapowiadanej wielkiej bitwy między nienawidzącymi się nawzajem reprezentacji Anglii i Francji nie wyszło nic, obie drużyny grały obrzydliwie defensywny futbol, żadna ze stron nie kwapiła się, by odważniej zaatakować, a jedynego gola wieczoru zdobył Darren Gray w 30. minucie z... rzutu karnego. Nawet przegrywając 0:1 Francja nie zdecydowała się na bardziej ofensywne zakusy, więc Anglia bez wysiłku dowiozła skromne prowadzenie do końcowego gwizdka, i to Synowie Albionu zostali nowym Mistrzem Europy. A ja tylko patrzałem w telewizor, siedząc na szpitalnym łóżku, i kręciłem głową z niedowierzaniem, że w bezpośrednim meczu z przyszłym Mistrzem Europy nie byliśmy gorsi, a po porażce zadecydował tylko żenujący błąd Tomka Koniecznego, popełniania którego nauczył się przez rok gry w Rot-Weiss Essen. Żenujący błąd, po którym zawaliło się morale całego zespołu, wraz z wszelkimi szansami na awans do ćwierćfinału. Patrząc na to, jak wyglądał ostatni rok, nie dziwiłem się wcale, że omal nie przekręciłem się na serce.
×
×
  • Create New...