Jump to content

Ralf

Użytkownik
  • Content Count

    3313
  • Joined

  • Days Won

    1

Ralf last won the day on May 24

Ralf had the most liked content!

Community Reputation

486 Bardzo lubiany

About Ralf

  • Rank
    Fizjoterapeuta

Informacje

  • Wersja
    FM 2020
  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Ralf

    Peak Label

    Przez weekend, który miał być ostatnim spędzonym w całości w Chorwacji, nikt mnie nie śledził, nie było głuchych telefonów, ani niczego innego, co mogłoby wzbudzić mój niepokój. Dzięki temu, że powolutku Peak Label zdobywał należną temu trunkowi renomę, dobry gust właściciela pobliskiego sklepiku sprawiał, że nie brakowało nam najlepszego alkoholu, a w worku na szkło na stojaku przed kwaterą regularnie przybywała kolejna pusta butelka z wizerunkiem wznoszącego ręce z czekanem alpinisty na górskim szczycie. – Widziałeś gdzieś moją bransoletkę? – zapytał w sobotnie popołudnie Darek, przetrząsając po raz drugi chałupę z parteru na piętro, i z powrotem. – Niech to kruczy syf! – Tę czerwoną szczęśliwkę? – Taa, gdzieś ją pieprznąłem, i diabli ją wzięli. Przeszukałem nawet oba kible, zajrzałem do komórki z suszarką na pranie, i dupa. Zebrałem dupsko z sofy, rozwalony na której właśnie patrzałem przez szklankę ze złocistą whisky na błękit widoczny za oknem, i pomogłem mu szukać. Moje działania również nie przyniosły rezultatu. Niedługo później, kiedy przetrząsałem piętro, dosłyszałem dzwonek mojej komórki, którą zostawiłem na dole, a teraz nagle ożyła. Ruszyłem czym prędzej, zjeżdżając po poręczy – mój ulubiony rodzaj rozrywki ruchowej, kiedy nigdzie nie wychodziłem. Na wyświetlaczu zobaczyłem nieznany numer z nieznanym mi dotąd kierunkowym, więc miałem swój typ, kto to mógł być. Nie myliłem się - ze słuchawki dobiegł mnie znany mi już beztroski, ale jednocześnie nietracący nutki konkretu głos Stjepana. – Uszanowanie, panie Ralf – odezwał się, tak że od razu miałem przed oczami jego glacę i szeroki banan na twarzy. – Szef Bardić przemyślał kilka spraw i chciałby z panem porozmawiać. Proszę tylko powiedzieć, skąd mam pana odebrać w poniedziałek około 12, bo zakładam, że na brak wolnego czasu pan nie narzeka? Owszem, nie narzekałem. Wprawdzie Dariusz tym razem nie mógł mi towarzyszyć, bo rano wyjeżdżał zmagać się dalej o swoją przyszłość w pracy, ale nie sądziłem, by w jamie Bardicia czyhały jeszcze jakieś niemiłe niespodzianki. Powiedziałem więc Stjepanowi, byśmy spotkali się pod dworcem obok solińskiej zatoki, bo nie przyszedł mi do głowy żaden bardziej neutralny grunt, i pozostało mi tylko czekać. Od momentu, w którym rozłączyłem się i wsunąłem telefon do kieszeni, by nie musieć znowu zjeżdżać po poręczy, nie myślałem już jednak wcale ani o Bardiciu, ani o jego córce, chociaż była nieprzeciętnej urody, ani nawet o Stjepanie, z którym właśnie rozmawiałem. Paradoksalnie moje myśli zaprzątała szczęśliwa bransoletka Darka, która niemalże wyparowała, a ponowne przeszukanie przeze mnie całego domu znów nie dało najmniejszego efektu. Wspominając to w tej chwili mogę powiedzieć tylko tyle, że ani ja, ani tym bardziej Darek, nie widzieliśmy jej już nigdy więcej.
  2. Ralf

    Peak Label

    Drzwi, z których wypadł tamten facet, skrywały za sobą gabinet urządzony w klasyczny sposób, z masywnym biurkiem naprzeciwko drzwi, ustawionym tyłem do okna. Za nim dostrzegłem obity skórą fotel obrotowy, taki sam, na jakim w filmach z posępną miną odwracają się od okna szefowie, którzy skrywają mroczne tajemnice. Rzuciła mi się w oczy stojąca na blacie obcinaczka do cygar, na wpół zapełniona popielniczka, niewielki statyw ze staroświeckim globusem, a ściany po obu stronach ozdabiały regały z licznymi segregatorami. Między mną, Dariuszem i lekko wysuniętym Stjepanem a biurkiem stał dość zabrany w sobie facet, na oko niedługo po sześćdziesiątce, ubrany w idealnie czarny garnitur z rozpiętą marynarką. Chociaż na zewnątrz panował upał, to jednak tutaj działał bardzo sprawny i wydajny klimatyzator, który sprawiał, że na jego czole nie widać było ani śladu potu. Przyozdobione wiszącą pod dolnymi powiekami skórą oczy przyjrzały się najpierw mi, potem Dariuszowi, a na koniec przeniosły się na Stjepana. – Dwóch? – powiedział. Jego głos wydawał się przytłumiony i nieco sapliwie nabierał powietrza, co wskazywało na wieloletni nałóg tytoniowy. – Mówiła mi wyraźnie, że pojawił się wtedy jeden facet, a moja córka wie, co mówi. – Nie miałem wyjścia – odparł Stjepan. – Nie przekonałbym go, gdybym odmówił obecności kolegi. Starszy facet raz jeszcze obrzucił spojrzeniem mnie i Darka, po czym wzruszył nieznacznie ramionami, wykrzywiając mięsistą, dolną wargę, otoczoną szarym, kilkudniowym zarostem. Prawdę mówiąc, i bez tego jego aparycję mógłbym uznać za żywą ilustrację przeciwieństwa przystojności. Odkąd tylko pamiętam, niejeden raz zastanawiałem się, jak to jest w ogóle możliwe, by tak, delikatnie mówiąc, nieprzystojny ojciec mógł mieć tak ładną córkę; od razu założyłem, że urodę musiała odziedziczyć w całości po matce. Zerknąłem na Stjepana, który uśmiechnął się do mnie i puścił mi oczko. W tym czasie jego masywny szef obszedł biurko i usadził się w fotelu. – Zapraszam, usiądźcie, bym mógł się wam przyjrzeć – sapnął, wskazując grubą dłonią stojące po naszej stronie blatu składane krzesła w liczbie trzech. Podeszliśmy z Darkiem i zajęliśmy miejsca, a ja położyłem sobie na kolanach swój plecak. Stjepan wybrał niski, miękki fotel w rogu pomieszczenia, którego wcześniej nie zauważyłem. Szef, łypiąc wzrokiem między mną a Dariuszem, wyciągnął z pudełka cygaro, skorzystał z obcinaczki, wsunął je do ust i przystawił odpaloną zapałkę, wypuszczając jeden po drugim kłęby błękitnego dymu. Po następnym pyknięciu zaciągnął się nieco, by zaraz gwałtowny kaszel zatrząsł jego ogromną piersią. Gdy go opanował, skupił spojrzenie na mnie, zjeżdżając nim na moje lewe ramię, na którym spod rękawka koszulki wystawał spory fragment plastra. – Lubię zwracać uwagę na szczegóły, dzięki czemu mogę z dużym prawdopodobieństwem wytypować, że to właśnie tobie – wycelował we mnie palec wskazujący i środkowy, między którymi ściskał tlące się cygaro – ja i moja córka wiele zawdzięczamy. Skosztujecie? To moje ulubione cygara. Wielu lekarzy namawiało mnie, by z tym skończył, ale jedyny, któremu całkowicie ufam, przestrzegał mnie, że skoro w tym wieku nadal palę, to lepiej już, bym nie przestawał. W przeciwnym wypadku zaraz rzuciłyby się na mnie rozmaite choroby układu oddechowego, z astmą na czele. Nie przeszkadzajcie sobie, częstować się do woli. – Ja dziękuję, nigdy nie przepadałem za cygarami – stwierdził Dariusz. – Może później, panie...? – odpowiedziałem, pragnąc w końcu uzyskać jakiekolwiek informacje. – Nie przedstawiłem się? A niech to kurac, wiecznie o tym zapominam – westchnął starszy facet. – Na to jednak nigdy nie jest za późno. Zoran Bardić, miłośnik dobrych cygar. Skinąłem głową, uśmiechając się pod nosem. – Mnie proszę mówić Ralf, a po mojej prawej siedzi mój przyjaciel Dariusz – zrewanżowałem się, czując się coraz swobodniej, skoro jeszcze nikt nie urżnął mi łba i nic nie wskazywało, by coś podobnego miało nastąpić. – Istotnie, to ja kilka dni temu pomogłem dziewczynie w Splicie, która, jak się dowiedziałem, jest pańską córką. Jak widać po moim ramieniu, poniosłem niewielkie straty, ale wyliżę się. Pan Bardić uśmiechnął się nieco za błękitną zasłoną dymu z cygara, ale nawet ten uśmiech nie zmienił wrażenia brzydoty, jaką emanowała jego sterana, obwisła twarz. Po chwili jednak mocno spoważniał, oparł łokcie o biurko i nachylił się w moim kierunku. Nachylił się zresztą nieznacznie, czyli najmocniej jak tylko mógł – na więcej nie pozwalał mu brzuch. – Musimy sobie wyjaśnić jedną rzecz, panie... Ralf, jeśli dobrze zrozumiałem – powiedział i potrząsnął głową, gdy otwarłem usta, by potwierdzić. – To jest moja jedyna córka, poza którą nie został mi już zupełnie nikt. Gdybym dorwał tego, który ośmielił się ją dotknąć w tamtej uliczce, zajebałbym skurwysyna jak psa, a potem rzucił mewom na pożarcie! Ale gdyby jej się coś stało, albo gdyby ona... no wiesz... chyba nie miałbym już po co żyć. Na szczęście los, Opatrzność, czy jakiekolwiek, cholera, inne siły, przywołały tam ciebie, dzięki czemu cieniutki włos, na którym wisiała moja osobista tragedia, jednak nie pękł. – Rozumiem aż za dobrze, panie Bardić – rzekłem. – Wielu innych rodziców na świecie nie może mówić o podobnym szczęściu. Pana żonie też zapewne kamień spadł z serca. Bardić błysnął na mnie oczami znad cygara, przez krótką chwilę milczał, po czym przystawił je do mięsistych warg i pociągnął. – Oczywiście jestem ci ogromnie wdzięczny, za to, co wtedy zrobiłeś – kontynuował. – Bardzo za to dziękuję, a jeżeli musiałeś zapłacić za zszycie ramienia w szpitalu, ureguluję rachunek. Jednak samo hvala vam nie wystarczy. I tutaj właśnie mam twardy orzech do zgryzienia. Moja córka jest dla mnie warta każdych pieniędzy, ale jednocześnie nie ma takiej sumy, która byłaby wystarczająca. Z tego powodu, choćbym oddał ci mój cały majątek, i tak byłoby to z mojej strony za mało. Poza tym, jakim ja byłbym ojcem, gdybym wycenił jej życie na jakąkolwiek sumę, sprowadzając jego wartość do pieniędzy? Wyszedłbym na skończonego kuraca, a nie ojca. – Naprawdę nie musi się pan aż tak fatygować – zapewniłem. Darek siedział obok i nie wtrącał się do rozmowy, uznając zapewne, że wystarczająco dobrze sobie radzę. – Wystarczy mi świadomość, że nic jej się nie stało i żyje, a ktokolwiek zauważył i docenił mój wkład. – Nie testuj mojej cierpliwości, panie Ralf – odparł natychmiast. – To jest sprawa honorowa, mam wobec ciebie poważny dług i nie spocznę, dopóki go nie spłacę, chyba że wcześniej wyniosą mnie z tego gabinetu nogami do przodu. Należę jednak do ludzi, którym natura nie poskąpiła lotności umysłu, więc zawsze znajduję wyjście z sytuacji. Odkąd tylko córka mi opowiedziała o tym, co się stało, z miejsca poleciłem moim ludziom za wszelką cenę cię znaleźć. Dopiero Stjepan miał na tyle szczęścia, że się udało. Przede wszystkim chciałem zobaczyć się z tobą w cztery oczy i nawiązać bezpośredni kontakt. Teraz, gdy już się widzimy, nie będę musiał znowu rozsyłać ludzi po całym Splicie, tylko po prostu Stjepan sięgnie po telefon i zadzwoni. To powiedziawszy, przesunął przez blat notes z czystymi kartkami, wraz z leżącym na nim długopisem. Spojrzałem na Darka, który wzruszył ramionami w taki sam sposób, jak niedawno w knajpce pod parasolem, więc po raz kolejny uznałem to za znak, że to chyba nic ryzykownego. No i przecież po powrocie do Polski zawsze mogę zmienić numer, pomyślałem, po czym chwyciłem długopis i wysmarowałem w notesie mój aktualny numer komórki. – Świetnie, teraz jestem jeszcze spokojniejszy. – Na pokrytej szczeciną kilkudniowego zarostu twarzy Bardicia znów zagościło coś na wzór uśmiechu. – Jak długo będziecie jeszcze przebywać w Chorwacji? – Za półtorej tygodnia wyjeżdżamy – odpowiedział Dariusz. – W przyszły weekend wracamy do Polski. – E, żaden problem – stwierdził Bardić, machnąwszy ręką. – Przez ten czas bez problemu już coś wymyślę. Na pewno nie skusicie się na cygaro? – Następnym razem, panie Bardić, bo rozumiem, że jeszcze przynajmniej raz będziemy się widzieć – stwierdziłem. – No cóż, jak innym razem, to innym razem. W porządku, nie będę was dłużej zatrzymywał i marnował waszego czasu. Niebawem się skontaktujemy, a teraz Stjepan odwiezie was z powrotem do Splitu. Stjepan, siedzący dotąd z tyłu i nie dający znaku życia, wstał z fotela w kącie przy akompaniamencie skrzypiącej sztucznej skóry. Dariusz chrząknął pod nosem, a kiedy na niego spojrzałem, pokręcił prawie niezauważalnie głową. – Dziękujemy, ale Stjepan nie musi się fatygować – powiedziałem. – I tak mieliśmy już się stamtąd zbierać, a mieszkamy stosunkowo niedaleko. Poradzimy sobie sami, a spacer jeszcze nikomu nie zaszkodził. Stjepan vel Jan Jason Statham Koller odprowadził nas tylko na ulicę, a później uścisnął nam dłonie i wrócił do środka. Uzgodniliśmy z Dariuszem, że ruszymy w prawo, by po pierwsze już się stąd ulotnić, a po drugie ustalić, w jakiej konkretnie części Solina wylądowaliśmy, by potem znaleźć drogę do kwatery.
  3. Ralf

    Peak Label

    Jedyne, co zdążyłem zauważyć od momentu, w którym odjechaliśmy z miejsca parkingowego, było to, że zmierzamy w kierunku Solina. Poza tym wolałem mieć na oku naszego nowego znajomego, bo mimo wszystko nadal nie potrafiłem obdarzyć go pełnym zaufaniem, zaś ilekroć próbował nas mocniej zagadywać i wciągnąć w rozmowę, przypominałem mu, by lepiej patrzał na drogę. Miałem jedynie nadzieję, że ojciec tamtej dziewczyny nie okaże się mieszkać naprzeciwko naszej kwatery, ale kiedy nasz łysawy koleżka zebrał kilka mocnych wiraży, zatrzymał wóz i wyrwał mnie z transu mówiąc z uśmiechem, że jesteśmy na miejscu, kompletnie nie poznawałem okolicy. Punkt dla nas, pomyślałem, gdyby rozmowa nie poszła zbyt dobrze, nie wyda się za szybko, że również stacjonujemy w Solinie. Żałowałem tylko, że przegapiłem nazwę ulicy, numer budynku, a kiedy dokoła siebie ujrzałem zastawiony samochodami parking, że umknął mi również jakikolwiek napis obwieszczający, co to za instytucja, do której należały miejsca parkingowe. Jan Jason Statham Koller poprowadził nas bocznym wejściem, przy którym również niczego nie zauważyłem. Przodem szedł on – nie było mowy, bym zgodził się mieć go za swoimi plecami – za nim ja, a straż tylną pełnił Dariusz. Wnętrze, a konkretniej korytarz, doprowadziło mnie do wniosku, że najprawdopodobniej znajdujemy się w jakimś solińskim Urzędzie Miasta, bądź czymś zbliżonym. Od czasu przygody w ciemnej uliczce, chcąc dmuchać na zimne, zabierałem swoje pudełko (teraz już lżejsze i pozbawione przykrych pamiątek) z dokumentami w plecaku – przezorny zawsze ubezpieczony. Teraz, idąc za Jasonem Kollerem, zdjąłem plecak z ramienia i dobyłem z niego swoje pudełko, które uchyliłem, by ocenić, czy coś w magiczny sposób mi nie zniknęło. W tej chwili z impetem rozstąpiły się drzwi tuż po prawej. Wypadł z nich wzburzony facet, wpadając najpierw na Jana Stathama, następnie obaj wyrżnęli we mnie, a ja wraz z nimi poleciałem na Darka, który rozłożył się na ścianie z szeroko rozpostartymi ramionami. Moje święte pudełko wyfrunęło mi z rąk i znalazło się na podłodze, wypluwając z siebie moje świadectwa i inne dokumenty. Wzburzony facet nawet nie zdobył się choćby na zwykłe "przepraszam", tylko odzyskał równowagę i ruszył dalej, prawie biegnąc. Padłem na klęczki i zacząłem zbierać papiery, w czym pomagał mi Stjepan vel Jan Jason Statham Koller. – Ekhm! – chrząknąłem ostrzegawczo, gdy zauważyłem, że Stjepan zaczął dłużej przyglądać się jednemu z dokumentów, i wyciągnąłem do niego rękę. – Proszę wybaczyć, już to panu oddaję – odparł z pokorą, po czym starannie poskładał wszystko to, co pozbierał i natychmiast mi oddał. – Nawiasem mówiąc, właśnie za tymi drzwiami znajduje się cel naszej wędrówki. Proszę bardzo. Schowałem pudełko i zasunąłem plecak. Wstaliśmy z klęczek, otrzepując kolana. – Żyjesz, Darek? – spytałem. – Tak, tak, ale gdyby nie fakt, że wizja ładnego gwiazdozbioru na chwilę odcięła mnie od rzeczywistości, chyba bym kurwiego syna przerobił na dżem. Nawet "przepraszam" nie powiedział. Oceniwszy, że już wystarczająco się nastaliśmy, podążyliśmy za Stjepanem. Troszkę sfrustrowało mnie, że pieprzone drzwi otwierały się na lewo, przez co nie miałem szans przeczytać tabliczki, w rezultacie czego nadal nie wiedziałem kompletnie nic, ale miałem nadzieję za chwilę się tego dowiedzieć.
  4. Ralf

    Peak Label

    Dziękować za komentarze Ani się nie obejrzałem, a nagle pękły trzy strony @Maniek_ZKS, Co poeta ma na myśli?
  5. Ralf

    Peak Label

    To nie był pierwszy raz, gdy miałem do czynienia z chirurgią i aplikowanymi lekami, więc skrupulatnie trzymałem się zaleceń pani doktor i przez bite cztery dni nie dotykałem alkoholu, dokąd tylko nie skończyłem przyjmowania tabletek. Do wizyty w Splicie również mi się nie śpieszyło. Przez weekend siedziałem więc na kwaterze, czekając cierpliwie na termin zdjęcia szwów. Swoją aktywność ograniczałem do spacerów po okolicy i doceniania każdego dnia, w który na wieczór mogłem dopisać zero po stronie gorączki i innych objawów, których szansę wystąpienia nakreślono mi na ostrym dyżurze. Po sześciu dniach uznaliśmy z Dariuszem, że nie możemy do końca wyjazdu siedzieć zaszyci w Solinie jak mysz pod miotłą, więc w końcu wybraliśmy się na nieśmiałe wyjście do naszej ulubionej knajpki w Spilcie. Obawy Darka szybko zaczęły wydawać się wcale nie tak bardzo nieuzasadnione. Siedzieliśmy w ogródku piwnym pod parasolem w biało-czerwoną szachownicę sącząc piwko – wolałem nie porywać się od razu na nic mocniejszego, w szczególności na Peak Labela, a Darek był ze mną nad wyraz solidarny, jak na przyjaciela przystało. Rozmawialiśmy o przyziemnych sprawach, kiedy złowiłem kątem oka dziwnie znajomą mi postać o blond włosach, jaka przez chwilę objawiła się nieopodal na tle zatoki, znad której dochodził miarowy, delikatny szum fal rozbijających się o kamienisty brzeg Adriatyku. Zwróciłem spojrzenie w tamtym kierunku, ale postaci już tam nie było. Darek chyba nie zauważył mojego chwilowego przestoju, bo nadal mówił, przyglądając się swojemu na wpół wypalonemu pall mallowi. Pociągnąłem dwa łyki piwa, po czym znów obejrzałem się w stronę, w okolicy której mignęła mi znajoma postać. Tym razem spostrzegłem stojącego pośród maszerujących w tę i z powrotem ludzi faceta. Z racji postępującej łysiny był krótko ostrzyżony, miał na sobie białą koszulę i ciemne sztruksy. Przypominał mi nieco Jasona Stathama, tylko troszeczkę zapuszczonego. Spoglądał w kierunku naszego stolika, zupełnie jakby się zastanawiał. W końcu lekko nieśmiałym krokiem ruszył w stronę knajpki. Kiedy zbliżył się bardziej, przestał przypominać mi Jasona Stathama, a podobieństwo powędrowało bliżej Jana Kollera, tylko dużo niższego. Minął nas, posyłając mi ukradkowe spojrzenie. Niecałą minutę później ktoś obszedł mnie z mojej lewej, przystając zaraz obok. – Przepraszam, mogę się przysiąść? – rzekła niższa wersja połączenia Jana Kollera z Jasonem Stathamem. Nie chcąc wyjść na kompletnego buca, po uprzednim porozumiewawczym spojrzeniu z Darkiem, wskazałem jedno z wolnych krzeseł po drugiej stronie stolika. Jason Koller postawił szklankę Coca-Coli na blacie i osunął się z westchnieniem na krzesło. Dariusz zgasił wypalonego aż do filtra pall malla, po czym od razu sięgnął po następnego. – Słyszałem, że jest pan lokalnym bohaterem – powiedział Jan Statham, puszczając mi oczko. Chyba zobaczył zmieszanie na mojej twarzy, ale nim się odezwał, spojrzał na mój plaster na lewym ramieniu. – No, niech pan nie będzie tak skromny. W dzisiejszych czasach znieczulicy rzadko się zdarza, by ktoś tak bezinteresownie stanął w obronie słabszej jednostki. – Ale że niby ja? – zachrypiałem. – To musi być jakaś pomyłka, kompletnie nie wiem, o czym pan... – Doceniam skromność, jest to godne podziwu, ale naprawdę może być pan z siebie dumny – przerwał mi. – Sam za swoich najlepszych lat nie wiem, czy odważyłbym się na taki ruch. – Kolega chyba powiedział wyraźnie – wtrącił się Dariusz. – Nigdy wcześniej nie byliśmy w Chorwacji, a co dopiero w Splicie. Jan Jason Statham Koller zaśmiał się. Pociągnął łyk Coca-Coli i otarł spocone od upału czoło chusteczką higieniczną. – Tak się składa, że znam uratowaną z opresji dziewczynę – powiedział z szerokim uśmiechem. – Zresztą przyjechała tutaj ze mną i osobiście wskazała pana – skinął na mnie dłonią – jako swojego wybawiciela. Opowiedziała mi, że po wszystkim miał pan zakrwawione lewe ramię, a sądząc po pańskim plastrze, chyba nie pomyliła się, rozpoznając swojego bohatera właśnie w panu. Znów spojrzałem na Darka, który uraczył mnie mętnym wzrokiem, trzymając w ustach tlącego się papierosa. – A kim pan właściwie jest? – Starałem się grać na czas. Dopóki nie miałem rozeznania w jego intencjach, za wszelką cenę nie chciałem dać się wciągnąć w głębszą polemikę. – Spokojnie, nie mam złych zamiarów – rzekł nieznajomy, rozkładając ręce, zupełnie jakby był kasjerem w banku, a ja celowałbym mu w brzuch z rewolweru w czasach Dzikiego Zachodu. – Jest tutaj mnóstwo ludzi, ponadto na tamtym i tamtym – wskazał po kolei palcem – słupie są kamery, a mnie widać na nich jak na dłoni, zwłaszcza, że swoją łysiną mogę puszczać zajączki. Rozumiem doskonale, czego pan się obawia, ale mogę pana zapewnić, że gdybym był złym chłopcem, nie byłbym aż tak głupi, by nachodzić pana w biały dzień, w samo południe, w pełnym ludzi pubie. Przeanalizowałem sprawę. Darek wzruszył ramionami, gdy na niego spojrzałem; uznałem to za sygnał, że chyba nie ma się czego obawiać. – Czemu zatem zawdzięczam pańską wizytę? – zapytałem. – Jeżeli chciał mi pan podziękować za uratowanie życia tamtej dziewczynie, moglibyśmy uznać, że już pan to zrobił, a jednak nadal przy tym stoliku siedzą trzy osoby. Czy nie jest tak? Jan Statham pociągnął kolejny łyk Coca-Coli i podrapał się po swojej glacy. – Gdyby chodziło wyłącznie o mnie, jasne, byłoby po sprawie. Dałbym panu nawet kilka banknotów chorwackich kun o niebagatelnym nominale w podzięce – rzekł, nachylając się w moją stronę. – Tak się jednak składa, że nie przyjechałem tu z tamtą dziewczyną wyłącznie z własnej woli, mimo że naprawdę podziwiam pańską odwagę. Ta dziewczyna ma ojca, który ze wszystkich sił się o nią troszczy, a ten ojciec odczuwa niemałą ulgę, że ślepy los zesłał pana w tamto miejsce akurat w tamtym czasie. – I co w związku z tym? – A to, że chciałby podziękować panu osobiście – powiedział, a kiedy zobaczył moją minę, raz jeszcze uniósł otwarte dłonie: "poddaję się, zabierz wszystkie dolce, ale proszę, oszczędź mnie". – Jeżeli mi pan nie ufa, rozumiem to. Jako dowód tego, że mówię prawdę i nie mam złych intencji, możemy w każdej chwili podejść razem do baru, przy którym powiem barmanowi, że zaproponowałem panu małą przejażdżkę, podam mu moje imię, nazwisko, adres zamieszkania i numer karty kredytowej, żeby miał wystarczająco dużo moich danych na wypadek, gdyby spadł panu choć włos z pańskiej bujnej czupryny. No, to jak będzie? Pochyliłem głowę, obejmując ją dłońmi. Facet mówił z sensem, a dokoła nas było wystarczająco dużo świadków, by później przyznać na policji, że widzieli faktycznie łysawego gościa, który namawiał pewnego Polaka z plastrem na ramieniu, by pojechał z nim. Oczywiście w chwili, w której składaliby zeznania, mógłbym równie dobrze już nie żyć. Ale czyż życie nie opiera się na podejmowaniu skalkulowanego ryzyka? W końcu można przejść nawet i dziesięć traumatycznych związków, które zostawiają serce w strzępach, a za jedenastym razem i tak znów dajemy się uwieść urokowi dziewczyny, zapominając, jak zraniło nas dziesięć poprzednich. – W porządku – odezwałem się w końcu, podnosząc głowę. – Ale pod jednym warunkiem. – Słucham – odpowiedział nieznajomy Jason Koller. – Mój przyjaciel – wskazałem na Dariusza – pojedzie ze mną. Mężczyzna spojrzał na Darka łagodnym wzrokiem. – W porządku. Nie widzę najmniejszych przeszkód. – Uprzedzam tylko, że jeżeli zauważę u pana jakikolwiek fałszywy ruch, uruchomię się – ostrzegłem. – Mój przyjaciel, choć jest prawie dwa razy cięższy ode mnie, również się uruchomi. Nawet gdyby wyciągnął pan ze schowka berettę, i tak nie zdąży pan jej użyć, zanim któryś z nas nie spadnie na pana, jak chuj na Mariolę. Jan Statham uśmiechnął się serdecznie i uniósł dłoń z wyprostowanymi palcami wskazującym i środkowym. – Nie macie się czego obawiać, słowo Stjepana – zapewnił. – Żebym dostał alergii na świeże powietrze, raka fajfusa i stwardnienia zanikowego bocznego, jeżeli raczyłbym zrobić wam cokolwiek złego! Dopiliśmy z Darkiem piwa, nasz nowy nieznajomo-znajomy swoją Coca-Colę, po czym wstaliśmy i udaliśmy się w stronę samochodu, który Jason Koller zaparkował kilkadziesiąt metrów dalej.
  6. Ralf

    Peak Label

    Przycupnąłem w hallu izby przyjęć pod wykafelkowaną ścianą nieopodal rejestracji, wyjąłem z kieszeni komórkę i wyszukałem w kontaktach Dariusza, który właśnie powinien wracać ze służbowego spotkania w stronę Solina. – Jak leci, mistrzu? – odezwał się Darek, gdy minęły cztery sygnały. – Gdzie teraz jesteś? – Sekundę, spojrzę na nawigację. – Na chwilę w słuchawce zapadła cisza, a ja słyszałem tylko szum jadącego samochodu. – W tej chwili dziesięć kilometrów od Splitu. A potrzebujesz czegoś? – Tak. Słuchaj uważnie, bo mi się bateria kończy – powiedziałem, po czym chorą ręką mozolnie rozprostowałem karteczkę, którą dał mi taksówkarz, i podyktowałem Darkowi adres. – Podjedź, jeśli możesz, bo nie mam pojęcia, jak wrócić stąd o tej porze do Solina. – Kruczy syf, co się stało? – Pogadamy o tym później, w samochodzie – rzekłem i dodałem ściszonym głosem: – Mam wrażenie, że Chorwaci lepiej rozumieją język polski, niż my chorwacki. Niecałe dwadzieścia minut później ujrzałem zbawienny widok, gdy przez izbę przyjęć szedł Dariusz, rozglądając się pośpiesznie na wszystkie strony. Wypatrzył mnie w momencie, gdy podniosłem się z plastikowego siedziska, i podszedł, mijając smętnych ludzi czekających na przyjęcie przez lekarza. Darek był kumatym gościem, więc dopóki nie zasiedliśmy w samochodzie, ograniczył się tylko do skomentowania mojego podpuchniętego, oklejonego dużym plastrem ramienia imieniem kurwy maci, a potem zaproszenia mnie do marszu w stronę szpitalnego parkingu. – Kurwa, niedobrze... – warknął, gdy sunęliśmy wozem w kierunku naszej kwatery, a ja skończyłem opowiadać prawdziwą historię mojej rany. – Niedobrze! – Wybacz, Darek... Nie mogłem tak po prostu udać, że niczego nie widziałem, i odejść. Wiem, że nie można teraz przewidzieć skutków, jakie może to za sobą przynieść, ale nie zasnąłbym spokojnie, zastanawiając się, co stało się z dziewczyną, której nie pomogłem. Ten skurwiel mógłby ją tylko okraść, ale równie dobrze zgwałcić, pobić lub nawet zabić. Albo i wszystko na raz. Nie wiem, co byłoby dla niej gorsze. – Rozumiem to. Prawdę mówiąc pociesza mnie nawet, że przynajmniej porządnie kurwiego syna sklepałeś. Martwi mnie tylko, że nie wiemy, kim on mógł być. – Na razie jedyne, co jest pewne, to to, że przez jakiś czas nie będzie w stanie pójść w żadną uliczkę, by kogokolwiek zaczepić – powiedziałem, wlepiając spojrzenie naprzód przez przednią szybę. – Wpadłem w coś na wzór szału, uruchomił mi się instynkt walki z krav magi i tak mocno wjechałem mu z podeszwy w kolano, że nie ma szans, by nie poddały mu się więzadła. Z oddychaniem przez nos też będzie miał kłopoty, po spotkaniu z moim łokciem. Nawet nie wstał, by nas gonić, tylko wrzeszczał... Kurwa mać, jestem debilem! – wycedziłem, strzeliwszy się otwartą dłonią w czoło. – Co się stało?! – niemal krzyknął Darek, który miał dość wrażeń na dziś, i gwałtownie zwrócił na mnie wzrok. – Przecież mogłem spytać tą dziewczynę, co on krzyczał! – odpowiedziałem i warknąłem przez zaciśnięte zęby. – Jak zawsze myślę dopiero po fakcie, gdy jest za późno. Teraz nawet nie wiem, jak mógłbym ją odnaleźć. Zaczynają się wakacje, w Splicie jest tyle ludzi, że szanse spotkania jej tam na mieście są całkowicie odrealnione. W jakiejś tandetnej powieści, w której deus ex machina jest na porządku dziennym, jasne, ale nie w prawdziwym życiu. Zbliżaliśmy się do kwatery. Poznawałem z wolna okolice Solina, którymi przechadzałem się w poprzednie dni. – Myślmy lepiej o tym, by to tamten kurwi syn nie odnalazł ciebie, bo znając twoje możliwości może już nie być sam – powiedział, włączając kierunkowskaz przed skrzyżowaniem. Mieliśmy czerwone światło. – To mógł być oczywiście jakiś przypadkowy frajer, ale nienawidzę, gdy nie mogę być czegoś pewnym. Tacy jak on z kolei nienawidzą czuć smaku porażki, szczególnie, gdy oznacza to konieczność uznania czyjejś wyższości. Kurwa, to może oznaczać niezłe szambo, jak ktoś cię rozpozna, gdy będziemy w knajpie w Splicie! – Czyli co? Powinniśmy chyba zbierać się do Polski...? – Wykluczone – rzucił natychmiast Darek. – To byłoby najrozsądniejsze wyjście i, szczerze mówiąc, już teraz bym się pakował i od razu ruszał w stronę kraju, ale... nie mogę tego zrobić. Spojrzałem na niego pytająco, a że nadal staliśmy na światłach, odwzajemnił moje spojrzenie. Jego oczy wyrażały bezkresne zmęczenie. – Wiesz, nie mówiłem ci tego, ale od kilku miesięcy nie przelewa się u nas w firmie. Zarząd myśli o redukcji etatów, może nawet o sprzedaży części udziałów – przyznał. – Choć nikt nie powiedział mi tego wprost, mam wrażenie, że ta delegacja do Chorwacji miała być czymś w rodzaju ostatniej szansy. Zarówno dla firmy, której może pomóc już tylko udane wynegocjowanie umowy z tutejszym inwestorem, jak i dla mnie, któremu powierzono to zadanie. Kruczy syf, nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to presja. Jeśli mi się nie uda, nawet nie z mojej winy, bo na przykład inwestor się rozmyśli, może to dla mnie oznaczać puszczenie z torbami. Więc to dlatego popielniczka na tarasie tak szybko się zapełnia, pomyślałem, a od Darka czasami czuć było Peak Labelem nawet wtedy, gdy nie piliśmy. Popijał ukradkiem, by choć trochę sobie ulżyć. – Walniesz jednego? – zapytał, zupełnie jakby w odpowiedzi na moją myśl. – Niestety, nie tym razem, stary – odparłem i uniosłem pół blistra z tabletkami ze szpitala, który cały czas ściskałem w dłoni. – Przez najbliższe cztery dni nie mogę. Zresztą jestem teraz tak naszprycowany po tym szyciu, że i bez alkoholu czuję się jak po dwóch szklankach napełnionych po brzegi. W końcu zajechaliśmy przed kwaterę. Dariusz pomógł mi wtoczyć się po schodach i odprowadził do pokoju. Zaprotestował, gdy wspomniałem o wtyczce przeciw komarom, i włączył ją za mnie, wymieniwszy przedtem wkład na nowy, po czym zgasił światło i wyszedł, zostawiając uchylone drzwi. Zrzuciłem z siebie ciuchy – koszulka nadawała się już tylko do wyrzucenia – do samych gatek, korzystając niemal wyłącznie z prawej ręki, by na koniec wpełznąć do łóżka, ułożyć się wygodnie i zamknąć oczy. Słuchałem koncertu cykad, które za otwartym oknem prezentowały swój kunszt, kołysząc mnie do snu.
  7. Ralf

    Peak Label

    Taksówkarz był na tyle szlachetny, że nie wziął ode mnie pieniędzy za kurs, a na miejscu odprowadził na izbę przyjęć. Do tego czasu opatrunek zaczął powoli przesiąkać, ukazując zwiększającą rozmiary czerwoną plamę. Personel ostrego dyżuru w hallu tylko na mnie spojrzał, by z miejsca zabrać do jednego z pokojów zabiegowych. Od razu podstawiono mi wózek inwalidzki, a kiedy odmówiłem, utrzymując, że nie jest potrzebny, powiedziano mi, że to konieczne i taka jest procedura. Gdy zobaczyłem swoje odbicie w przeszkleniu jednych z drzwi prowadzących do sali intensywnego nadzoru medycznego, zrozumiałem, dlaczego obchodzono się ze mną bardzo ostrożnie – musiałem stracić już sporo krwi, gdyż byłem blady jak ściana, a pod oczami widniały ciemnofioletowe plamy. W międzyczasie podziękowałem sobie w duchu, że przed wyjazdem odnowiłem w oddziale NFZ moją Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego; przezorność mi się opłaciła. Niebawem z oddziału zeszła pani chirurg, która miała się mną zająć. Wcześniej dwóch medyków ostrożnie odwinęło mi bandaż z ramienia, zdjęło kompletnie przesiąkniętą gazę i wstępnie oczyściło ranę, co nie należało do przyjemności. Później chirurg, całkiem szykowna kobieta, nasunęła na nos okulary i przyjrzała się mojej ranie. – To nie wygląda na przypadkowe skaleczenie, a raczej na precyzyjne cięcie nożem – stwierdziła, rozkładając na blacie zestaw do szycia, stalowe szczypce, kilka płatów ligniny, wygiętą igłę i kilka innych rzeczy, których nie zapamiętałem. – Jak to się stało? W pierwszej chwili chciałem powiedzieć prawdę, ale przebiegła mi przez głowę błyskawiczna myśl, która podpowiedziała mi, że to może nie być najlepszym pomysłem. Nim zdążyłem się zastanowić, odpowiedziałem niemal mimowolnie. – Dorabiam jako wykidajło w lokalnym klubie – rzekłem z pełnym przekonaniem. – Coś w rodzaju pracy sezonowej. Ta rana to ryzyko zawodowe, którego muszę być świadomy. – Jako wykidajło w klubie? – zapytała w taki sposób, iż byłem już pewny, że dałem się przyłapać i właśnie pakuję się w kłopoty. – Znaczy ochroniarz. "Heaven's Night", po drugiej stronie miasta? Przysunęła okrągły taboret, usiadła i zbliżyła się do mojego ramienia, by je znieczulić. Następnie zaczęła przygotowywać do szycia. – Proszę? – Ten klub – sprecyzowała, skupiając wzrok na ranie. – Niechorwacka nazwa przyniosła mu łatwość zapamiętania i rozpoznawalność, niestety również wśród awanturników, którzy lubią rozrabiać, gdy za dużo wypiją. – Ach, tak, oczywiście – odparłem. – Przepraszam, pracuję dopiero od kilku nocy, a po dzisiejszym jestem rozkojarzony. – Nic nie szkodzi. Dobrze znamy ten lokal. Dzięki niemu nie narzekamy na bezrobocie, bo regularnie dostarcza nam pacjentów – powiedziała, a ja poczułem ulgę, że udało mi się umknąć. – Zwłaszcza w okresie letnim każdego tygodnia mamy do zszycia parę głów, rąk, czy torsów. Zdarzają się też potłuczenia, a raz trafił do nas kompletnie pijany imprezowicz ze zwichniętym barkiem, po tym, jak wdał się w bójkę, która wymknęła się spod kontroli. Został u nas na oddziale. Ktoś powinien w końcu zrobić porządek z tą speluną, jeśli "Heaven's Night" ma być klubem z prawdziwego zdarzenia, a nie mordownią, w której w każdej chwili można dostać po głowie. Uznałem, że skoro pani doktor jest dobrze rozeznana w tym, co się dzieje w Splicie, wolę siedzieć cicho i nie odzywać się bez potrzeby, zanim powiem coś, czym wsypię się, że łżę w najlepsze. Dostałem solidne znieczulenie, bo gdy obserwowałem, jak igła chirurgiczna po raz pierwszy zagłębia się w brzegu rozcięcia, miałem wrażenie, jakby szyte ramię nie należało do mnie. Bezzębny uśmiech rany stopniowo się zawężał, aż w końcu zamienił się w zaciśnięte usta, ściągnięte błękitnymi szwami. Później pamiątka chorwackiego wieczoru, którą miałem nosić na ramieniu już do końca życia, ukryła się pod naklejonym plastrem. Na koniec chirurg dała mi kilka zastrzyków, łączne z tym przeciwtężcowym, a potem dobyła blister pastylek, przecięła go nożyczkami na pół i dała mi jedną część, zawierającą cztery tabletki. – Proszę brać jedną dziennie, najlepiej na czczo, a przez ten czas nie korzystać z alkoholu – mówiła. W tym czasie typowo lekarskim pismem zapisała druczek, z którego bez znajomości chorwackiego nie za wiele rozumiałem, i wręczyła mi go. – Z mojej strony to wszystko. Proszę udać się z tym do rejestracji. Gdyby źle się pan poczuł, pojawiłaby się gorączka lub inne niepokojące objawy, proszę się do nas zgłosić. Zaraz wypiszę panu zwolnienie lekarskie, proszę tylko przygotować dane pańskiego pracodawcy. O, nie, to nie wchodzi w rachubę. Poczułem, jak robi mi się gorąco. Na szczęście nie traciłem głowy. The show must go on. – Dziękuję, ale nie trzeba. – Jest pan pewny? Na pana miejscu... – Spokojnie, wiem, co mówię. Jak wspomniałem, ja tylko dorabiam w "Heaven's Night", a prawdę mówiąc robię to trochę na czarno. Szefowi nie opłacało się dawać mi pełnej umowy, a że mi to odpowiadało, dogadaliśmy się, że gdyby coś mi się stało w trakcie pracy, dostanę po prostu wolne z marszu. Wiedziałem, że brzmi to słabo jak jasna cholera, ale na szczęście pani doktor nie była zainteresowana szczegółami. – Rozumiem. W każdym razie proszę na siebie uważać. Zebrała zabrudzone płaty ligniny, zużytą igłę, resztki nici chirurgicznej i wyrzuciła je do kosza. Gdy odwróciła się znów w moją stronę, uśmiechnęła się i zmierzyła uważnie wzrokiem moją sylwetkę. Uśmiech – tak, to jest coś, co sprawiło, że wydała mi się teraz dużo przyjaźniejsza, niż jeszcze kilkanaście minut temu. – Swoją drogą, musi pan być naprawdę niezły – powiedziała, nie przestając się sympatycznie uśmiechać. – Zawsze mi się wydawało, że ochroniarz powinien być większy.
  8. Ralf

    Peak Label

    Gdy minął weekend, a po nim nadchodziły kolejne dni, Dariusz siłą rzeczy miał mniej czasu na pierdoły i picie alkoholu, bo co dzień nasuwał na nadgarstek swoją szczęśliwą bransoletkę, chował ją pod rękawem koszuli i znikał w służbowych sprawach. W końcu nie przyjechał tu na wakacje. Miałem wtedy czas na zwiedzanie rejonu i odkrywanie ciekawych miejsc, o podjeżdżaniu autobusem do Splitu i wstępowaniu do miejscowych lokali nie wspominając. Darkowi zdarzało się znikać nawet do późnego wieczora, tak jak w czwartek, pod koniec pierwszego tygodnia pobytu. Wieczorem zwyczajowo uderzyłem na Split, by poznać kolejne nieodwiedzone dotąd miejsca. Wakacyjny klimat rozkręcał się w najlepsze, zewsząd nadchodzili turyści, by umykać i niknąć w tłumie następnych, inni robili sobie pamiątkowe zdjęcia na tle zatoki, jeszcze inni włóczyli się leniwie to tu, to tam, korzystając z dobrodziejstw letniego urlopu wypoczynkowego. Innymi słowy, sezon rozkręcał się w najlepsze. Przechadzałem się po kolejnych lokalach, racząc się piwkiem (rzadko pijałem Peak Labela sam) i rozmawiając z ludźmi spotykanymi przy barze. Na bieżąco pilnowałem pory odjazdu autobusów do Solina, regularnie sprawdzając godzinę w telefonie. Maszerowałem nieopodal nabrzeża zatoki, mijając rządek coraz mniej uczęszczanych knajpek, w miarę jak posuwałem się coraz dalej. Zaciągałem się pall mallem i obmyślałem plan na piątek, gdy w pewnej chwili poczułem delikatną woń perfum. Przystanąłem, pociągając głęboko nosem. Dobrze znałem ten zapach. Przez pięć poprzednich lat moje koszulki regularnie były nim przesiąknięte, gdyż bardzo podobnych, a może identycznych perfum używała zazwyczaj Nikola. Może byłem tylko facetem, ale zapachy, emocje i odczucia zawsze odpowiednio na mnie działały, niekoniecznie w tej kolejności. Nie sądziłem oczywiście, by w Chorwacji miała zjawić się ona, aż tak banalnej wyobraźni nie miałem, ale stałem tak, nie robiąc ani kroku dalej, by nie uronić ani ociupinki tego boskiego zapachu. Cofnąłem się o dwa kroki i zerknąłem w niewielki zaułek, z którego, jak spontanicznie ustaliłem, dochodził aromat. Wystarczył ułamek sekundy, bym wytrzeszczył oczy, wypuścił pall malla spomiędzy palców, a moje mięśnie bezwiednie napięły się, obwieszczając swoją gotowość. W głębi niewielkiej uliczki dostrzegłem dwoje ludzi, których nie sposób było nazwać parą. Facet w czapce z daszkiem, czerwonym t-shirtcie i niemodnych jeansach, zaciśniętą mocno pięścią niemal podnosił za bluzkę młodą dziewczynę o blond włosach, która patrzała na niego szeroko rozwartymi, przerażonymi oczami. Coś do niej warczał, ale nadal kiepsko szło mi rozumienie języka chorwackiego. Nie trzeba było jednak geniusza, by odgadnąć, że dziewczyna miała kłopoty, a facet bynajmniej nie miał zamiaru zaprosić jej na szklaneczkę lemoniady. Jeżeli ktoś zastanawiał się, czy warto zapisać się na jakiekolwiek treningi walki wręcz lub kursy samoobrony, zawsze gorąco zachęcałem. Samo doskonalenie krav magi działało cuda z ludzką psychiką. Nim jakakolwiek myśl zdążyła dotrzeć do mojej świadomości, moje ciało samo wystartowało z miejsca, niesione impulsem i zupełną automatyką. – Zostaw ją, ty skurwysynu! – wrzasnąłem po polsku, łapiąc delikwenta za jego czerwoną szmatę i odrzucając na bok. Zaskoczony niemal upadł jak długi, ale w ostatniej chwili przytrzymał się rynny i ustał na nogach, z hukiem opierając się plecami na plastikowych śmietnikach. Wtedy właśnie poczułem potężny dreszcz przebiegający mi po plecach i nakazujący moim włosom na ramionach stanąć dęba. Skurwiel miał nóż. To nie był niepozorny scyzoryk, jaki zawsze noszą w kieszeni elektrycy w czasie pracy, by móc w dowolnej chwili obrać przewód z otuliny. To była całkiem niezła kosa, z ostrzem długości kilkunastu centymetrów. Wystarczyło, by wbić go w pierś i bez problemu przeszyć serce. Marne pocieszenie stanowiło dla mnie, że zbir nie miał zanadto wprawy w posługiwaniu się nożem, na co wskazywał sposób, w jaki go trzymał, stając naprzeciwko mnie. Na treningach uczyli nas walki w sytuacji, gdy przeciwnik jest uzbrojony w ostry przedmiot, ale to zawsze były gumowe bronie białe, które i tak nabiły mi niejednego siniaka na rękach lub torsie. Nigdy nie trenowaliśmy z prawdziwym nożem, takim jak ten, który właśnie błyskał przede mną światłem odbijanym z latarni u wlotu uliczki. Drań zaszarżował na mnie, a ja pozwoliłem mojemu ciału zareagować instynktownie, nie spuszczając ostrza z oczu. Blisko dwuletni brak treningów zrobił swoje. Spróbowałem sparować cios i przechwycić jego rękę, ale zrobiłem to zbyt późno. Poczułem nieprzyjemne pociągnięcie na ramieniu tuż poniżej lewego barku. Nie zważając na to, prawą ręką wykonałem mocny ruch z backhandu, wytrącając zbirowi nóż z ręki. Cała reszta poszła prawem rozpędu. Mocne kopnięcie podeszwą z góry w bok kolana – uszkodzenie lub zerwanie więzadeł – później cios łokciem prosto w nos i poprawka bombą na krtań. Po tej szybkiej serii kutas padł na ziemię, wyjąc wniebogłosy i wykrzykując coś po chorwacku. Wiedziałem, że to jest doskonała okazja, której nie wolno przegapić, bo mogła wiele kosztować. – Spadamy stąd! Chodź, szybko! – krzyknąłem do piszczącej dziewczyny, łapiąc ją za rękę i pociągając za sobą. Trudno mi powiedzieć, jak długo biegliśmy razem. Adrenalina rozsadzała mi żyły, zadyszka nie nadchodziła, a dziewczyna dotrzymywała mi kroku; zuch panna. Dobiegliśmy do jednej z głównych ulic, wtapiając się w tłum i nie puszczając nawzajem swoich dłoni. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy uznałem, że uciekliśmy dostatecznie daleko, a i tak upewniłem się, że nikt nas nie goni. Spojrzałem na dziewczynę. – Nic ci się nie stało, nie zrobił ci krzywdy? Jesteś cała? – zapytałem. – Tak mi się wydaje – odpowiedziała, obrzucając szybkim spojrzeniem swoją filigranową sylwetkę. – Ale z tobą chyba gorzej... Przypomniałem sobie nóż i nagle poczułem ciepło rozlewające się po lewej ręce. Przeniosłem na nią spojrzenie i otwarłem usta ze zdumienia. Poniżej barku dostrzegłem regularne cięcie długości kilku ładnych centymetrów, z którego nieubłaganie sączyła się krew. Reszta ramienia zmieniła kolor na karmazynowy, a krople z czubków palców spadały na chodnik, zdobiąc kostkę brukową. Nie czułem jeszcze bólu, a jedynie nieprzyjemne uczucie rozłażącej się skóry, jakie miewa się przy ranie ciętej. – Boli cię? – Nic mi nie będzie – zapewniłem. – Słuchaj, myślę, że już wystarczy ci wrażeń na dzisiaj. Uciekaj szybko do domu, nie oglądaj się za siebie, z nikim nie rozmawiaj. Dobrze? Blond włosa panna pokiwała energicznie głową, ale widziałem, że ciągle zerka mi na rękę. – Pamiętaj, prosto do domu i jak najszybciej. Nigdzie już dzisiaj nie idź, szczególnie w okolicę zatoki. Obiecaj mi to. – Dobrze, ale co z tobą? – zapytała, patrząc zaniepokojonym spojrzeniem na moje ramię, po którym nieustannie spływała krew. – Poradzę sobie – zapewniłem. – Idź już. Uciekaj, szybko! Dziewczyna pobiegła, zostawiając za sobą donośny tupot czerwonych trampków. Obejrzała się tylko raz, zanim skręciła za róg jednego z budynków i straciła mi się z oczu. Spojrzałem na swoje ramię, z którego zaczynał już odzywać się do mnie tępy, pulsujący ból. Adrenalina opadała. Dokoła mnie chodzili ludzie, przyglądając mi się to z niepokojem, to ze współczuciem, to z odrazą. Krew nie miała zamiaru przestać płynąć, a ja zrozumiałem, że muszę coś z tym zrobić, i to szybko, bo będzie kiepsko. Sądząc po minach mijających mnie Chorwatów i turystów, nie byliby zbyt chętni do udzielenia mi jakiejkolwiek pomocy. Rozejrzałem się więc dokoła i dostrzegłem postój taksówek niecałe pięćdziesiąt metrów dalej. Ruszyłem w jego kierunku, znacząc chodnik karmazynowymi cętkami. Podszedłem do pierwszej z brzegu taksówki i zapukałem do okna, które zaraz osunęło się z elektronicznym jękiem. Ze środka ze ściągniętymi brwiami przyglądał mi się facet po czterdziestce. – Potrzebuję pomocy – przeszedłem od razu do rzeczy. – Gdzie tu jest najbliższy ostry dyżur? Mężczyzna odpiął pas i wygramolił się z samochodu. – Poczekaj tu pan, tylko nie wsiadaj pan do auta – powiedział, ruszając w kierunku bagażnika. Kilka chwil później kazał mi przycisnąć do rany jałową gazę, po czym sam zaczął ściśle owijać moje ramię bandażem elastycznym. Nie wiedzieć dlaczego, bardzo spodobało mi się jego opanowanie, które napełniło mnie spokojem. Gdy skończył z bandażem, wylał na trzymaną w schowku szmatkę trochę wody mineralnej, by prowizorycznie obmyć mi ramię z krwi. Po wszystkim wyrzucił ją do kosza. – Dobra, teraz wskakuj pan do środka – powiedział z przekonaniem. – Najbliższy szpital jest dwa i pół kilometra stąd. Pasuje panu? – Oczywiście, szpital to szpital. Prosiłbym tylko, by zapisał mi pan jego dokładny adres na jakiejś karteczce. Muszę wiedzieć, co przekazać przyjacielowi. Wsiedliśmy do jego peugeota, bez zbędnej zwłoki ruszając w stronę szpitala. Nie tak wyobrażałem sobie urlop spędzony w malowniczej Chorwacji.
  9. Ralf

    Peak Label

    Po raz pierwszy napiliśmy się Peak Labela w warunkach barowych. Wiadomo, wychodziło wtedy drożej, niż kupując flaszkę w sklepie, a potem zasiadając w prywatnym zaciszu, ale czasem warto zapłacić więcej w zamian za klimat. Wieczorem nocne życie w Splicie się rozkręcało, a sącząc ulubiony bursztynowy płyn, mając dokładny widok na majaczący w tle Adriatyk, który okalał wysepki wybrzeża dalmatyńskiego, bardzo sprawnie mi się myślało. Kiedy skłanialiśmy się już ku końcowi posiedzenia, a Darek pytał jednego z siedzących obok Chorwatów o najbliższy autobus do Solina, wiedziałem już, co będę musiał zrobić. Następnego dnia złapałem w końcu pudełko z ważnymi rzeczami, które w sobotę wcisnąłem pod łoże w okupowanym przeze mnie pokoju. Wyciągnąłem z niego wszystkie papiery, które tymczasowo schowałem na dnie szuflady w komodzie. Zostawiłem w nim tylko zdjęcie oprawione w solidną ramkę, którego ani razu nie odwróciłem ku górze, widząc tylko jego odwrót, jaki stanowiła tylna ścianka ramki. Półtorej godziny później stałem już na końcu pomostu w zatoczce na wybrzeżu w Splicie. Dariusz zostawił mnie samego, delektując się pall mallem, oparty o słupek oddzielający nabrzeże od sąsiedniej uliczki. Wyciągnąłem z plecaka z adidasa kartonowe pudełko, otworzyłem je i ująłem w rękę ramkę ze zdjęciem. Przemogłem się i zwróciłem je przodem do siebie, przyglądając mu się z kołataniem serca. Przetarłem dłonią szybkę i spojrzałem na Nikolę. – Dasz mi już teraz spokój? Pozwolisz mi zapomnieć raz na zawsze? – zapytałem, trzymając przed sobą zdjęcie. Nikola nie odpowiedziała. Patrzała dalej prosto na mnie, z czerwonym makiem wetkniętym za ucho, nie tracąc ślicznego uśmiechu, uwiecznionego trzy lata temu, a jej oczy wyrażały pełnię piękna i szczęścia, jakim wówczas emanowała. – Co było, minęło, a teraz czas, byśmy już ostatecznie się pożegnali. Bądź zdrowa i żyj swoim życiem. Zawinąłem ramię do siebie i zrobiłem wymach, w odpowiednim momencie zwalniając dłoń, tak jak puszcza się kaczki na wodzie. Ramka ze zdjęciem poszybowała do przodu, obracając się płasko wokół własnej osi, po czym z cichym pluśnięciem zanurzyła się w turkusową toń zatoki. Ruszyła na spotkanie z dnem, a ja śledziłem ją uważnie. Wytężyłem wzrok i dostrzegłem po raz ostatni postać Nikoli na zdjęciu w momencie, gdy szybka ramki odbiła ostatni promień słońca, puszczając mi zajączka. Czy w ten sposób powiedziała mi "żegnaj"? Chyba tak.
  10. Ralf

    Peak Label

    Pierwszą nockę w "Republice Hrvatskiej" przespaliśmy na położonych fotelach w samochodzie. Dariusz zamotał się w akcji, źle obliczył porę wyjazdu i dojechaliśmy na miejsce dobre trzy godziny po czasie, w którym można było się kwaterować. Uroczyście, z wielkim szacunkiem i uznaniem pogratulowałem mu strzelonego byka. Dopiero o ósmej rano w sobotę, z tępym bólem karku od spania w niewygodnej pozycji, mogliśmy wtrabanić się z bagażem do środka. Byliśmy ulokowani w dwukondygnacyjnym (parter+piętro) budyneczku, który prowadziła mieszkająca obok kobieta, na oko niedługo po sześćdziesiątce, bądź tak dobrze się trzymała. Porozmawiałem z nią chwilę po angielsku – radziła sobie więcej, niż komunikatywnie! – i dowiedziałem się, że w lecie interes wspaniale kwitnie i na wynajmie noclegu zgarnia więcej pieniędzy, niż przez cały rok ma z emerytury. Oprowadziła nas po wnętrzu, pokazała gdzie co jest i zapewniła, że w razie potrzeby można śmiało się do niej zwrócić. Od razu spodobał mi się parter i zaklepałem sobie pokój na lewo z korytarza, gdzie stało najbardziej rozłożyste łoże w całej rezydencji. Dariusz miał do wyboru jeszcze trzy inne sypialnie, więc nie narzekał. Jednocześnie na liście obowiązkowych zakupów, poza inauguracyjną flaszką, znalazły się wkłady do wtyczki przeciw komarom, ponieważ właścicielka nieruchomości uprzedzała, że co roku jest drani całe mnóstwo; już pierwszej nocy w pokoju z widokiem na skaliste wzniesienia przekonałem się, że to prawda, gdy przez dobre trzy godziny co chwilę wstawałem, by rozwalić kolejnego skurwiela na ścianie. Rano musiałem zetrzeć gąbką kilkanaście krwawych plam z bielutkiego tynku. Solin całkiem mi się spodobał. Miasto dość kameralne, ale ludzi na ulicach nie brakowało, a i pójść było dokąd. Zaś gdyby zachciało się poszukać konkretniejszej rozrywki, zaledwie osiem kilometrów stąd znajdował się Split – spory ośrodek miejski z dobrym połączeniem komunikacyjnym z Solinem. I właśnie tam zaczęliśmy zaznajamiać się z chorwackimi pubami i restauracjami; a było w czym wybierać! Sobotniego wieczoru, 1 czerwca 2019, gdy zajrzeliśmy do kolejnej knajpy, której wystrój przypominał turystom, że Chorwacja była aktualnym srebrnym medalistą Mistrzostw Świata, oczy wyszły mi z orbit, a otwarte usta utworzyły niemal idealne koło. – Coś ty zoba... – chciał spytać lekko wstawiony już Darek, gdy i on dostrzegł to, co ja, i również wytrzeszczył oczy. – Kurwa, mają tu Peak Labela! – huknąłem, aż barman posłał mi zaciekawione spojrzenie znad kranu z lokalnym piwem. – Walimy? – Kruczy syf, oczywiście, że walimy! Nie muszę chyba mówić, że od teraz był to nasz ulubiony lokal w Splicie?
  11. Ralf

    Peak Label

    Szybki przelot przez Słowenię przyniósł wreszcie wyczekiwany widok – znak z napisem "Republika Hrvatska". Dopiero minąwszy go dotarło do mnie, że przez ostatni rok w kraju żyło mi się relatywnie dobrze, lecz całe zło cały czas czaiło się tak naprawdę za rogiem, gotowe w każdej chwili rzucić mi się do gardła. Koło Wiednia poczułem się nie najlepiej nie tylko dlatego, że zobaczyłem to przeklęte zdjęcie, zrobione w moim najlepszym okresie dotychczasowego żywotu, ale w dużej mierze dlatego, że byłem kompletnie zaszokowany tym, jak na nie zareagowałem. Rzeczy związane z emocjami i uczuciami zwyczajnie nie były łatwe. Możliwe było ich wygaszenie przy odpowiednim bodźcu – tak jak moja styczniowa rozmowa z Ewą pod marketem – ale trzeba było stosować radykalne metody postępowania, a więc całkowita izolacja od zapalnika i podjęcie ścisłych środków zapobiegawczych. Od zapalnika byłem odizolowany definitywnie już od stycznia, ale kompletnie zapomniałem, że w pudełku schowanym w mojej szafie leżał jeszcze jeden granat z wysuniętą do 3/4 zawleczką. Zawleczka ostatecznie wypadła pod Wiedniem, gdy otworzyłem i przekopałem to pudełko. Gdy wjechaliśmy do Chorwacji, poczułem się jeszcze lepiej, mając wrażenie, jakbym uciekł od zła. Kolejny argument za podróżowaniem. Paru moich znajomych było kiedyś w Chorwacji i opowiadało mi to i owo, że jest tam wspaniale, toteż sam byłem ciekaw, ale z początku prawdziwy obraz nie pokrywał się z ich opowieściami. Początkowo krajobraz nie różnił się zanadto od słoweńskiego, czy widoków, jakie były na południu Austrii. Temperatura również nie była zbyt wysoka, a zaledwie czternaście stopni Celsjusza skłoniło mnie do zastanowienia się, czy jednak nie czeka mnie szybka wizyta w jakimkolwiek sklepie odzieżowym, by dostać coś do zarzucenia na grzbiet i ręce. – Zawsze mi się wydawało, że Chorwacja to gorętszy kraj – powiedziałem w pewnej chwili do Dariusza, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo się mylę. – Tymczasem czuję się tak, jak u nas pod koniec września, szczególnie gdy przejeżdżamy przez kolejny tunel. – Mi też się tak zdawało – odparł Darek. – Jak teraz dmuchnęło z nawiewu, aż wyszła mi gęsia skórka. O, zobacz. Niebawem wyjechaliśmy z ostatniego tunelu biegnącego przez masyw Gór Dynarskich, po czym autostrada zaczęła biec stopniowo w dół. Właśnie od tego momentu temperatura widniejąca na wyświetlaczu w desce rozdzielczej zaczęła szybko rosnąć; można było obserwować, jak dosłownie co minutę lub półtorej wskakiwał kolejny stopień wyżej. Zaledwie kilka kilometrów dalej było już ponad dwadzieścia stopni, a w samochodzie po raz pierwszy włączyliśmy klimatyzację. Innymi słowy, zaczynała się prawdziwa, śródziemnomorska Chorwacja. Takie Włochy, ale bardziej słowiańskie, gdy patrzało się na drogowskazy, znaki i najrozmaitsze bilbordy. Wieczorem, przy malowniczym zachodzie słońca, mijaliśmy już Zadar i przesuwaliśmy się równolegle do wybrzeża, by po 21 zajechać umęczonym samochodem w niepozorną, ale przytulną uliczkę w górnej części Solina, który za czasów antycznych nosił nazwę Salona, a teraz patrzeliśmy na typowy dla tej strefy klimatycznej budynek, który miał być naszym zakwaterowaniem przez najbliższe trzy tygodnie. Wysiadłem, by rozprostować kości; momentalnie otoczyło mnie gorące powietrze i dające intensywny koncert cykady.
  12. Ralf

    Peak Label

    Od jakiegoś czasu coraz bardziej fascynuje mnie szeroko pojęte pisarstwo, więc pisanie i tworzenie czegoś sprawia mi ogromną frajdę i przyjemność. Ostatnio nawet odnalazłem u siebie starą maszynę do pisania, którą wyczyściłem, usunąłem usterki, przywróciłem do życia i zacząłem na początek tworzyć na niej maszynopisy krótkich historyjek i opowiadań, tak na rozgrzewkę. Teraz to mój najdłuższy wstęp do opka, jaki napisałem tu na forum. Jak dotąd jeszcze żadnego odcinka nie napisałem tutaj na siłę, wszystko samo wypływa z mojej głowy, poprzez ręce na klawiaturę. Jeszcze trochę i zaczynamy.
  13. Ralf

    Peak Label

    Gdy piliśmy z Dariuszem za powodzenie wyjazdu, odkryłem kolejną już właściwość Peak Labela; o ile alkohol zwykle sprawia, że łatwo zapomina się o różnych drobnostkach i przeocza szczegóły, po trzeciej szklance uświadomiłem sobie, że nie zrobiłem jednej ważnej rzeczy. Mój dom miał stać pusty przez około trzy tygodnie, włamywacze nie próżnują, a pamiętając dziwne nocne przypadki, jakie zauważałem w lutym, uświadomiłem sobie, że moje mieszkanie może stać się łakomym kąskiem dla amatorów użyczania cudzej własności na użytek własny. Podchmielony poprosiłem więc nie mniej podchmielonego Darka, byśmy w piątek w czasie wyjazdu zahaczyli jeszcze o mój dom, bo muszę zabrać ze sobą coś ważnego. Darek też skorzystał na mocy Peak Labela, bo przypomniał sobie, że nie przygotował swojej szczęśliwej, czerwonej bransoletki własnej roboty, którą zakładał na spotkania służbowe, chowając ją pod rękawem koszulki na przegubie ręki. Zwalczywszy resztki alkoholu krążące niczym niedobitki po krwiobiegu i w wydychanym powietrzu, w piątek, na początku ostatniego dnia maja, odjechaliśmy spod bloku krótko po czwartej nad ranem. Kwadrans później zatrzymaliśmy się pod moim domem, a ja wbiegłem szybko na górę, podczas gdy Darek przypalał na chodniku pall malla. Otworzyłem szafę, wygrzebałem z jej dna pudełko, w którym trzymałem swoje świadectwa, inne wartościowe papiery i ważne dla mnie drobnostki, po czym pozamykałem chałupę na cztery spusty i wróciłem do samochodu. Wolałem nie zostawiać takich dokumentów samych sobie w pustym domu; czułem się pewniej i spokojniej, mając je ze sobą. Nie pytajcie dlaczego. Ot, taka moja natura. – Możemy już ruszać? – zapytał Darek, depcząc kiepa po pall mallu. – Wolałbym zdążyć uniknąć tłoku na tych cholernych zwężkach pod Brnem. – Jasne – odparłem, wsiadając do auta, rzuciwszy pudełko na tylną kanapę. Wydawało mi się dziwnie ciężkawe, ale nie miałem czasu go teraz otwierać i sprawdzać. – Już jedziemy. I tak udaliśmy się w przyjacielską ekspedycję w nieznane, godną najśmielszych wojaży Jeremyego Clarksona, Richarda Hammonda i Jamesa Maya. To było to, czego było mi teraz trzeba – klimat drogi, mijanie granic państw, postoje na zagranicznych stacjach benzynowych, wyszukiwanie słodyczy, napojów i papierosów, jakich nie dostanie się w Polsce. Różni ludzie spotykani na parkingach. Zastanawianie się, czy dziewczyna, która do ciebie podeszła, jest Polką, czy tylko chciała być miła, bo spytała, czy może od pana ogień. A ty wiesz, że to niegramatycznie. Słońce zaczynało coraz śmielej prażyć, kiedy mijaliśmy już Wiedeń – specyficzną obwodnicą, która mimo posiadania czterech pasów miała radykalne ograniczenie do 80 km/h i czułe radary, które uwielbiały fotografię. Zrelaksowany i zadowolony z życia sięgnąłem w końcu na tylną kanapę, by sprawdzić, co takiego obciążało moje pudełko ze świadectwami, papierami i dyplomem potwierdzającym kwalifikacje trenerskie. Gdy je otwarłem i podniosłem warstwę luksusowych papierów, mój umysł wrzasnął "kurwa!", ale usta milczały. – Co tam znalazłeś? Tylko nie mów mi, że czegoś zapomniałeś – odezwał się Dariusz, który najwyraźniej złowił kątem oka moje nagłe przygaszenie nastroju. Niestety przed rokiem nie pozbyłem się wszystkiego. Kiedy po wydaniu dyplomu chowałem go do mojej skrytki w szafie, nie podnosiłem pudełka, tylko zdjąłem wieko, a dyplom położyłem na wierzchu. Pod stertą innych świstków znalazłem zdjęcie, kolejny uroczy prezencik, o którym niestety już nie zdołałem sobie przypomnieć w emocjach, tak jak o pluszowym, burym kotku, tym pluszowym, burym futerze. Fotografia była ładnie wywołana, ale robiona zwyczajnym telefonem na selfie-sticku. Byłem na nim ja i Nikola, gdy była jeszcze normalna i świata poza mną nie widziała. Byliśmy wtedy na niezwykle malowniczym polu pszenicy o zachodzie słońca. Stałem dumnie wyprostowany, klatka piersiowa wysunięta do przodu. Prawą ręką trzymałem selfie-stick, a lewą obejmowałem Nikolę, wtuloną we mnie tuż pod moim podbródkiem i uśmiechająca się do obiektywu, z wsadzonym czerwonym makiem za ucho, który zdobił jej śliczną twarz i czarne włosy. Właśnie to zdjęcie z ramką tak obciążało pudełko. Spojrzałem sfrustrowany na Darka. – Mogę zapalić w wozie? – spytałem zdecydowanym tonem. – Ale... – Będę trzymał fajka za oknem. Przy tej prędkości i tak będzie zwiewać dym, a wiem, że nie chcesz się teraz zatrzymywać. Odwróciłem zdjęcie tylną stroną do góry, przywaliłem papierzyskami, a pudełko rzuciłem za siebie, zanim zacząłem szukać po kieszeniach paczki pall malli, jakie zakupiłem na drogę. – Wiedziałem, kurwa, wiedziałem, że mój kretyński czerep coś przeoczy! – rzuciłem sfrustrowany do Darka. – Jednak prawdziwe jest to, że gdy chcesz wymazać z pamięci byłą pannę, to dopóki nie znajdziesz sobie kogoś nowego, dla utrzymania spokoju konieczna jest całkowita izolacja i pozbycie się wszelkich cholerstw, które mogą ci się kojarzyć i przypominać. Powinienem był spalić to zdjęcie razem z tym skalanym łóżkiem wtedy na działce. Kurwa mać... Darek zerknął na mnie, po czym lekko przyhamował, omal nie przekraczając osiemdziesiątki, a tuż przed nami był kolejny radar. – Coś wymyślimy na miejscu – powiedział, by mnie uspokoić. – Nie wiem jeszcze co, ale musimy się pozbyć tego artefaktu w jakiś odpowiedni sposób. Wypalony w ciągu najbliższych 2-3 minut pall mall pozwolił wypuścić mi z płuc trawiącą je gorycz. Zmierzaliśmy sukcesywnie w stronę coraz bliższej Chorwacji, w której miało mnie czekać kilka ważnych zmian, ale nie miałem jeszcze o tym pojęcia.
  14. Ralf

    Peak Label

    Ewa oddzwoniła mi trzy dni później – domyślałem się, że próba sprytnego podejścia Nikoli, by nie uruchomić w niej żadnych domysłów, kosztowała ją niemało główkowania. Zgodnie z moją prośbą, a jej obietnicą, otrzymałem krótką i jasną odpowiedź, a gdy ją usłyszałem, nie mogłem się zdecydować, czy to dobrze, czy źle; Ewa powiedziała mi: "nie, Niki nie myślała nawet o tym, by się do ciebie wybierać". Czułem gdzieś w powietrzu, że chce mi jeszcze o czymś powiedzieć, ale uszanowała moją prośbę. Z jednej strony poczułem pewien rodzaj ulgi, bo słyszałem w sobie głos nadziei, że już nigdy więcej nie zobaczę Nikoli na żywo, ale z drugiej to zapalone światło w niewyjaśnionych okolicznościach... Ten telewizor, który włączył się nie wiadomo jakim cudem, a na każdym możliwym kanale najpierw widniało trzaskające śnieżenie, a potem obraz kontrolny... Delirka wprawdzie nie wchodziła w grę, ale i tak rzadziej pozwalałem sobie na choćby szklaneczkę Peak Labela, co nie było takie trudne, bo Dariusz miał sporo na głowie, toteż i nie było zbyt wielu okazji, by się spotkać. Cokolwiek działo się w domu, cokolwiek to było, nie rozgościło się na stałe, dzięki czemu przez kolejne dwa miesiące sypiałem w miarę dobrze i spokojnie. Przyszedł maj roku dwa tysiące dziewiętnastego, a wraz z nim z wolna końca dobiegały rozgrywki piłkarskie w Polsce. W okolicy połowy miesiąca zakończyłem swój pierwszy sezon pracy jako menedżer – poszło całkiem nieźle, zajęliśmy z moimi młodzikami miejsce w środku tabeli ligi juniorskiej, co satysfakcjonowało mnie tym bardziej, że moim zadaniem nie było wygrywanie wszystkiego, co się da, lecz przygotowanie narybku do drużyny U-19, z którego przynajmniej część chłopaków miała za kilka lat zostać ważnymi graczami pierwszego zespołu. Albo po jednym udanym sezonie zostać sprzedanymi natychmiast za granicę, bo przecież do dziś w tym kraju lepiej jest rozpuszczać talenty i liczyć pieniądze, niż zadbać o wzrost poziomu piłkarskiego ligi. Po ostatnim meczu sezonu chłopcy mieli już wolne, mogąc skupić się na innych ważnych rzeczach, na przykład na poprawianiu ocen w szkole. Ja zaś zasiadłem do roboty papierkowej, która była ostatnią rzeczą, jaka dzieliła mnie od rozpoczęcia urlopu i wyjazdu do Chorwacji na trzy tygodnie, gdzie miałem odpocząć, odreagować i służyć Darkowi polskojęzycznym towarzystwem; no i, rzecz jasna, dorzucić do kolekcji kolejny odwiedzony kraj. W kilka godzin przejrzałem swoje notatki z całego roku, przeanalizowałem raz jeszcze wyniki, nasze mocne i słabe strony. Na koniec sporządziłem szczegółowy raport dla menedżera pierwszego zespołu, wskazałem kilku chłopaków, którzy moim zdaniem najlepiej rokowali na przyszłość, a potem wróciłem do domu, by dokonać z kolei przeglądu szafy i wybrać rzeczy, które miałem zamiar spakować na wyjazd. Wieczorem tego samego dnia zadzwonił Dariusz. – Zacząłeś się już pakować? – zapytał. – Żebyś mi tylko znowu nie robił wszystkiego w pośpiechu na ostatnią chwilę, bo zatłukę na kotleta. Parsknąłem śmiechem. Dariusz i te jego powiedzonka, jak "kruczy syf", "zabiję, zatłukę na kotleta", czy "po prostu kurwiego syna rozszarpię". – Spokojna głowa, delegacie, ty się nie boi – odpowiedziałem, nie powstrzymując swobodnego uśmiechu. – Właśnie przerzucam rzeczy w szafie i wybieram, co pojedzie ze mną. Zabierasz jakąś kurtkę? Obstawiam, że na chorwackim wybrzeżu o tej porze roku raczej nie będziemy trząść się z zimna, w końcu to klimat śródziemnomorski. – Pieprzę to, szkoda miejsca w torbie. Gdybyśmy się mieli zdziwić, zawsze mogę kupić sobie jakąś bluzę tam na miejscu. – Racja, też sobie daruję. Im mniej zbędnych rzeczy, tym lepiej. – Za trzy dni ruszamy. I nawet nie próbuj znowu mi marudzić, że będziesz się dorzucał do paliwa, bo już sto razy zdążyłem ci powiedzieć, że niezbędne wydatki mam robić na firmę, a jednym z takowych jest paliwo – powiedział Darek, po czym zmienił temat. – Masz już luz? Koniec roboty i wracasz do klubu dopiero w lipcu? – W rzeczy samej, od dziś mogę leżeć do góry podwoziem i być jak Jurek Kiler – mieć wszystko w dupie. Teraz to Darek się zaśmiał. Następnie usłyszałem w słuchawce brzęknięcie zapalniczki zippo, którą zapewne właśnie odpalił pall malla. – Świetnie. W takim razie moja propozycja jest taka, byś jutro po południu podjechał do mnie ze spakowanym bagażem i został już do wyjazdu. Walniemy flaszkę Peak Labela za wyjazd, przez czwartek będziemy trzeźwieć, a w piątek nad ranem bierzemy dupy w troki i jedziemy na południe. Co ty na to? – Przecież dobrze wiesz – odpowiedziałem z szelmowskim uśmiechem. – Kurwa, nie musisz mnie namawiać.
  15. Ralf

    Peak Label

    Gdy tylko dospałem i uznałem, że nie jest jeszcze zbyt wcześnie, pochwyciłem telefon i wybrałem odpowiedni numer z listy kontaktów. Po trzech sygnałach usłyszałem Ewę. – Cześć. Wybacz, że dzwonię z samego rana, ale mam do ciebie małą-wielką prośbę – powiedziałem od razu. – Wydaje mi się, że ostatnio ktoś był u mnie w domu w nocy. – Co ty opowiadasz? To nie brzmi za dobrze. Nie wiem jeszcze, jak miałabym ci pomóc, ale musisz mi to opowiedzieć. – Opowiem, nie martw się, ale to za chwilę – oznajmiłem. – Słuchaj, zastanawiałem się, kto to mógł być, o ile faktycznie ktoś był w środku. Jest właściwie tylko jedna osoba, która doskonale zna mój dom i może mieć jakiś klucz, mimo że w styczniu wymieniłem zamek. Przez krótką chwilę w słuchawce panowała cisza. W tym czasie wolną ręką podniosłem z ławy pilot i włączyłem telewizor. Wszystko wróciło do normy, na ekranie ujrzałem "Kawę czy herbatę". Przełączyłem na inny, losowy kanał i wbiłem się w połowie "Tuż przed tragedią" na National Geographic. Wyłączyłem odbiornik i odłożyłem pilot. – Myślisz, że mogła to być Nikola? – odezwała się w końcu Ewa. – Może nie wierzę w to zbytnio, ale właśnie tak myślę. Tym bardziej, że teraz w nocy znów miałem pewien dziwny przypadek. Zanim uznam, że mój dom coś nawiedziło, chcę wykluczyć wszelkie inne możliwości. – Rozumiem. Co mam zatem zrobić? – Chciałbym cię poprosić, byś postarała się ustalić, czy Nikola czasem nie próbowała złożyć mi wizyty, czy to za dnia, czy nocą – powiedziałem. – Jakie masz z nią obecnie układy? – Cóż, nadal nie najlepsze, ale zamienimy czasem parę słów – przyznała Ewa. – Ostatnio nawet... – Ewa, zatrzymaj się na chwilkę – wszedłem jej szybko w zdanie, nim powie coś, czego nie chciałbym usłyszeć. – Nie musisz mi mówić, co u niej słychać. Wręcz nie chcę tego wiedzieć, bo nie jest mi to do niczego potrzebne. Nie zrozum mnie źle, jestem ci bardzo wdzięczny za to, że dzięki tobie wyzwoliłem się z uczuć, ale nie chcę kusić losu. Gdy uda ci się cokolwiek ustalić, powiedz mi tylko: "tak, wybierała się do ciebie" lub: "nie". Tylko tyle, bez szczegółów. – Dobrze, masz moje słowo. Odpowiem ci w najkrótszy sposób – zapewniła. – To nie będzie za proste, bo nie chcę, by odniosła wrażenie, że o niej myślisz, ale zobaczę, co da się zrobić. A teraz opowiedz mi o tym, co się u ciebie stało, bo umieram z ciekawości. Opowiedziałem wszystko Ewie, krążąc w kółko po salonie i przekładając telefon do drugiego ucha, gdy pierwsze miałem rozgrzane do granic możliwości. Później wybrałem się do klubu przeprowadzić z moimi juniorami rozbieganie po meczu, w trakcie którego nie obyło się bez słownych przepychanek z przeklętymi tatusiami i wujkami. Czekając na meldunek od Ewy miałem jedynie nadzieję, że nie wsadzę przysłowiowego kija w mrowisko. Kwestię Nikoli i wszystkiego innego, co z nią związane, chciałem mieć zamkniętą i odłożoną na półkę. Wolałem zapamiętać ją taką, jaka była przez tamte pięć lat, zanim jej odbiło, i powspominać czasem tylko te dobre chwile.
×
×
  • Create New...