Skocz do zawartości
schizzm

Muzyczna schizzmoteka

Rekomendowane odpowiedzi

Dobra, spróbujmy. Zapraszam do cyklu, w którym co jakiś czas będę zamieszczał jakieś notki na temat płyt, które miały wpływ na moją muzyczną wrażliwość i ukształtowały mnie jako świadomego słuchacza, którym jestem dzisiaj. Traktuję trochę to jak pamiętnik i obnażenie się z bliskich mi rzeczy, więc nie ukrywam, że czasami może być mi ciężko o tym pisać i może wkraść się chaos. Opisy te są/będą skróconymi wersjami pełnych tekstów, które pojawią się też w innym miejscu, jak przyjdzie na to pora.

 

Niektórzy z was pewnie wiedzą, że słuchanie muzyki jest mi bardzo bliskie i uwielbiam odkrywać nowe i stare rzeczy. Kiedyś pisałem o muzyce, ba, były czasy, że nawet zdarzało się dostawać wynagrodzenie za pisanie o muzyce. Nawet myślałem, czy się z tym nie związać bardziej... Jednak pewnego pięknego ranka po przebudzeniu uświadomiłem sobie jedną prostą rzecz, że nie umiem pisać o muzyce tak, jakbym tego chciał i żeby to było wystarczająco interesujące dla innych (hehe dobra zachęta do tego cyklu). Zresztą do dziś uważam, że pisanie o muzyce jest najtrudniejszą "działką" krytyki artystycznej.

 

Opisywane przeze mnie płyty postaram się uporządkować mniej więcej w porządku chronologicznym, czyli według kolejności, w jakiej miałem okazję się z nimi zapoznać. Zasada ta nie będzie zawsze restrykcyjnie przestrzegana, ale jeśli będą jakieś rozbieżności, to niewielkie. Taki układ umożliwi mi uchwycenie swoistej trasy „poznawczej”, ukazującej jak moje podejście do muzyki zmieniało się w czasie.

 

Będą to płyty bardziej oczywiste i znane (szczególnie na początku), czy mniej lub bardziej cenione, chociaż ich „status” nie ma w tej kwestii znaczenia, w końcu to moje zestawienie.

 

Muszę zaznaczyć też jedną rzecz. Fakt, że jakaś płyta pojawi się w tym zestawieniu, nie oznaczy, że należy do moich ulubionych płyt, jest w moim prywatnym top, itp. Nie, jak wspomniałem wcześniej, są to płyty, które odcisnęły swoje piętno w moim poznawaniu muzycznego świata. Jasne, wszystkie w jakimś okresie mi się podobały, ale w ocenie z perspektywy czasu ich odbiór niekoniecznie musi być już aż tak pozytywny.

 

To chyba tyle słowem wstępu, jednak zanim przejdę do pierwszej płyty muszę wprowadzić mały zarys historyczny.

 

Pierwszą rzeczą, którą starałem się ustalić, to określenie, kiedy na dobrą sprawę zacząłem w sposób świadomy słuchać muzyki. Jako przedstawiciel pokolenia lat 80. moje pierwsze zetknięcie z teledyskami i wykonawcami odbyło się za pośrednictwem telewizyjnych stacji muzycznych. Duży wpływ na chłonięcie tego wszystkiego miało również to, że dysponowałem w swoim pokoju telewizorem z podpiętą kablówką. Na ekranie mógł się przewijać jeden z typów kanałów – sport, kreskówki lub stacja muzyczna.

Początkowo bardziej niż muzyka fascynowała mnie strona wizualna klipów. W tamtych czasach, będąc kajtkiem, muzyka zamykała mi się pod postacią pojedynczych piosenek, które z jakiegoś powodu zapadły mi w pamięć. Pojęcie płyty jeszcze przez długi czas nie zawitało w mojej głowie.

 

Początek lat 90. to częsta styczność z MTV i wszystkim złym/dobrym (niepotrzebne skreślić), co oferowało, mimo że często kompletnie tego nie rozumiałem (czyt. Beavis and Butthead – nie miałem zielonego pojęcia, o co tam chodzi, ale ważne, że kreskówka i się głupio śmiali  :), a że podprogowo wpajali do głowy tonę dobrych dźwięków, to inna sprawa ;),). To dzięki MTV nastąpiło zetknięcie się z pierwszymi gatunkami muzycznymi: popem, rockiem, r’n’b. Jednak w pewnym momencie MTV zniknęło z anteny a jego miejsce zajęła niemiecka VIVA i tak brutalnie zakończył się pewien etap muzycznych początków. Niemiecka stacja muzyczna to czas ekspansji popu, dance’u, eurodance’u i całej niemieckiej przaśności. To także moment uświadamiania sobie pewnej ciągłości w życiu wykonawców – oni piszą różne piosenki, ba wydają płyty! Po tym przydługim wstępie wprowadźmy pierwszą płytę.

 

The Red Hot Chili Peppers – Californication

 

 

Raczej bez zaskoczenia, typowo dla nastolatka ;). Początek mojej świadomej przygody z muzyką (i mojego pierwszego uwielbienia/pierwszej miłości do wykonawcy) mogę umiejscowić wraz z pojawieniem się na rynku ósmej płyty RHCP. Rok 1999, zbliża się koniec szkoły podstawowej, czas pierwszych buntów. To kalifornijska czwórka wmurowała w moją muzyczną świadomość kamień węgielny. Najpierw zaczęło się od zobaczenia teledysku do Otherside – surrealistyczna i oniryczna wizja wyjęta z koszmaru robiła wrażenie. RHCP nie było dla mnie zespołem nowym, pierwsza styczność miała miejsce już we wspomnianych wcześniej czasach MTV (Under the Bridge był jedną z moich ulubionych piosenek w pacholęcym wieku). Jednak dopiero zetknięcie się z Otherside, następnie z Californication i Scar Tissue otworzyło odpowiednie szufladki w głowie:

„Hej, hej! To są naprawdę dobre piosenki, basista robi robotę, gitarzysta w Scar Tissue zachwyca mnie swoją grą i solówką, wokalista świetnie śpiewa i same piosenki znakomicie nadają się do śpiewania razem z nim!”.

 

Ciekawość zwyciężyła, musiałem dowiedzieć się, jak brzmi reszta płyty. Tym samym Californication stało się pierwszą świadomie zakupioną (wówczas jeszcze piracką) płytą. I zaskoczenie – na reszcie albumu można znaleźć równie dobre piosenki, jak te, do których nakręcono teledyski! Agresywne otwarcie Around the World, łączący typowe dla Kiedisa rapowe zwrotki z delikatnie wyśpiewanymi refrenami, funkowo-punkowy Get on Top, świetny rockowy Easily (szkoda, że nie był singlem), wyróżniający się nie tyle co z płyty, ale całej dyskografii Savior, czy opierający się na świetnych liniach basu i gitary The Velvet Glove. To była płyta z dużym potencjałem singlowym.

 

Album RHCP był także bodźcem do pierwszych poszukiwań informacji na temat wykonawcy. Szukanie wzmianek, notek, wiadomości o historii zespołu i jego członków, nawet książek (a już i takie o zespole były dostępne) – przypomnę, że była to jeszcze era przedinternetowa – budowała moją świadomość zarówno wobec artysty, jak i piosenek, które były na płycie. I dlatego właśnie decyduję się umieścić tę płytę jako pierwszą, bo zaktywizowała mnie na wielu płaszczyznach, nie ograniczając tylko do biernego przyjmowania dźwięku. Później już było z górki…

 

W międzyczasie: nic oryginalnego dla młodzieńca w takim wieku :). Przewijała się Nirvana, Offspring, pierwsze nieśmiałe zetknięcie się z nu-metalem (Papa Roach, Korn), a przy tym pełne chłonięcie europejskiego popu i eurodance’u serwowanego przez VIVĘ.

 

Patrząc z dzisiejszej perspektywy: na pewno nie ma już tych emocji przy słuchaniu Californication, nie znalazłaby miejsca na liście moich ulubionych płyt. Rzadko do niej wracam, zdecydowanie bardziej wolę starsze wydawnictwa zespołu (Mother’s Milk!). Zresztą, jak się miało okazać, był to łabędzi śpiew Red Hot Chili Peppers. Do dziś pamiętam zawód, jaki przeżyłem po kupnie jego następcy By The Way w dniu premiery (64 zł, moja pierwsza oryginalna płyta, majątek dla nastolatka!). Nigdy więcej nie przeżyłem takiego rozczarowania w związku z nową płytą jakiegoś wykonawcy, a przecież "złe" w przypadku tego zespołu miało dopiero nadejść.

 

Wpływ na mnie: Pierwsze świadome słuchanie i rozpoczęcie poszukiwań w celu odkrywania nowych muzycznych rzeczy. Otwarcie drzwi do świata ogólnie pojętej muzyki rockowej. W początkach moich przygód z siecią płyta miała także wpływ na mój nick w internecie (ale jaki to nick, zostawię dla siebie ;)).

 

Pierwszy post jest okropnie długi, ale wymagał kilku wyjaśnień. Następne ograniczą się już do samych albumów.

Jeśli ktoś ma jakieś własne przeżycia lub wspomnienia z daną płytą, jak najbardziej zachęcam do podzielenia się wrażeniami i komentarzami :) 

  • Lubię! 10

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Nigdy nie słyszałem całej płyty, ale z singli to akurat jedynie oniryczna atmosfera Otherside (mocno wsparta teledyskiem) mi się podobała. A już samo Californication... czułem agresję na sam dźwięk tego zawodzonego refrenu :) Dla mnie to był regres zespołu :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Z piosenką Californication nie miałem aż tak nie po drodze jak Ty, ale przyznam, że przyszedł moment, gdzie jej ówczesna wszechobecnosc obrzydzila mi ją do tego stopnia, że ja skipowalem w odtwarzaczu ;). 

 

A czy regres. I tak i nie, zależy, jaką perspektywę przyjąć. Porównując z przeszłością - tak - bo to była utrata całego ich funkowego szaleństwa, które sprawia, że do dziś wracam do starych płyt. Z kolei nie patrząc na przeszłość, to naprawdę świetnie skomponowane rockowe piosenki z odpowiednią domieszką popu i pierwiastkami ich wcześniejszej tożsamości. Sama w sobie, jako oddzielny byt, IMHO się broni. 

A jeśli ja porównamy z późniejszą popelina, przy której zatracili jakiekolwiek proporcje w komponowaniu piosenek, tworząc najbardziej nijakie kawałki ever, to możemy mówić o twórczych szczytach... Niestety.  (tutaj muszę podkreślić, że nie słyszałem ostatniej płyty, poprzednia, im with you, jakieś momenty miała... O BTW już pisałem, a na stadium arcadium opuszcze zasłonę milczenia) 

 

Ach, jeszcze słowem dodania do głównego wpisu. Pomimo młodzieńczego uwielbienia niechęć do współczesnej twórczości była we mnie tak wielka, że nie przemoglem się nigdy, aby trafić na ich koncert. I nie wiem, czy jeszcze kiedyś to się zmieni. Chyba już za późno. Za duża obawa przed zawodem i wymazaniem doszczętnie pewnego wyidealizowanego obrazu w głowie. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Mam bardzo podobnie z RHCP. Próbowałem do nich wrócić, słysząc na Openerze (Kiedis się faktycznie zaczął uczyć śpiewać :lol:) no i był to występ na plus w porównaniu do koncertu z Chorzowa wieki temu, ale no...to nie to. Piękne wspomnienie młodszych czasów, zwłaszcza właśnie Californication i Mothers Milk, chociaż dla mnie chyba wyżej cenionym będzie One Hot Minute (Aeroplane <3), ale potem był tylko zryw przy Stadium Arcadium i tyle.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Dla mnie RHCP skończyło się zanim się zaczęło, to na/po Blood Sugar Sex Magic. No ale to chyba jeden z tych zespołów, których kiedyś słuchał każdy, a teraz z perspektywy czasu się trochę tego wstydzi ;) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
W dniu 22.03.2018 o 15:05, kuab napisał:

Dla mnie RHCP skończyło się zanim się zaczęło, to na/po Blood Sugar Sex Magic. No ale to chyba jeden z tych zespołów, których kiedyś słuchał każdy, a teraz z perspektywy czasu się trochę tego wstydzi ;) 

nie każdy :P Niemniej zgadzam sie, że jest taka pula zespołów, ba moze jeszcze cos z  tej puli tu zobaczę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Chyba nie mam poczucia wstydu odnośnie do żadnego z zespołów, które słuchałem. To tylko subiektywny odbiór. 

 

Kolejne wpisy pewnie już w najbliższy weekend :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Z dużym poślizgiem jedziemy dalej!

 

Tool – Aenima (1996)

 

Tool… zespół o którym napisano dużo, może nawet za dużo, dorabiając do nich wiele niepotrzebnych rzeczy (zresztą sam zespół w tym pomagał). Moje pierwsze zetknięcie z nimi odbyło się za pośrednictwem MTV w pierwszej połowie lat 90. Był to teledysk do Prison Sex, który zdołał przeorać banię młodego gówniaka, jakim wówczas byłem. Oczywiście wtedy strona muzyczna w ogóle do mnie nie docierała, obrazy robiły swoje, wpijając się w podświadomość i ukrywając się w niej na jakiś czas.

 

Potem przyszedł rok 2001 i telewizja zaczęła atakować teledyskiem do piosenki Parabola z płyty Lateralus (kojarzy mi się, że leciało to nawet dość często na TVP1 w jakimś programie dla młodzieży, może Rower Błażeja?). Długo rozwijający się kawałek, ze spokojnymi mantrowymi zaśpiewami  Maynarda, aby po czterech minutach wjechać z gitarą Jonesa i przejść do samego mięsa piosenki. Do tego świetny riff w refrenowej(?) części tuż po melodeklamacjach Maynarda. No ale to Tool, przecież temu wszystkiemu towarzyszył jeszcze doskonały teledysk, którego realizacja wykręcała zwoje mózgowe ;). Zresztą do dziś tej piosenki słucha się (i ogląda) znakomicie. Szkoda, że był to zaledwie jeden z nielicznych dobrych momentów na tej płycie, która jako całość potrafiła trochę znużyć i wydawała się przekombinowana.

Teledysk do Paraboli był też tym momentem autorefleksji „EJ! TO CI KOLESIE OD PRISON-SEX, PRZEZ KTÓREGO NIE MOGŁEM SPAĆ PRZEZ JAKIŚ CZAS, WY CHUJE!”.

 

I jak Lateralusa nie lubię, tak muszę mu oddać, że to on mnie pchnął do sprawdzenia wcześniejszych płyt, dzięki czemu zapoznałem się z Aenimą.

 

Co sprawiło, że akurat ten album miał na mnie duży wpływ? Przede wszystkim jego forma. Długie rozbudowane kawałki były dla mnie czymś nowym w porównaniu z bardziej tradycyjnymi piosenkowymi formami zespołów, których słuchałem do tej pory.

Po drugie – ta płyta to zestaw doskonale napisanych utworów! Ciężko wskazać słabe piosenki na tej płycie. Hitowy Stinkfist ze swoim grove’owym riffem, wypełniony dodatkowymi efektami Eulogy, zdominowany przez świetne wokale Maynarda H, Forty six & 2 z riffem, który bawi się w orientalne odjazdy, czy chociażby moim zdaniem najlepszy na płycie Pushit, który zarówno od strony tekstowej jak i muzycznej oraz wokalnej stanowi kulminację tego albumu, a może i nawet całej twórczości zespołu.

Po trzecie – jak to znakomicie brzmi, nawet dzisiaj. Choć słychać, że jest to album wydany w latach 90., to w żaden sposób nie trąci myszką. Doskonała produkcja.

Jedynie mogę się przyczepić do wszystkich wypełniaczy na tej płycie. Nie lubię ich, wkurwiają mnie i najchętniej bym je wywalił. Jak na złość jeszcze ich jest dużo, więc skipować trzeba często.

 

Tool na tej płycie znalazł złoty środek w swojej twórczości. Sprzedali do mainstreamu progresywne granie (na granicy heavy rocka i metalu), które nie śmierdziało wiochą i cekinami (typowymi dla metalowych zespołów progowych) lub trupem z szafy (wiecie, radiowa trójka i te rzeczy), jak w przypadku większości przedstawicieli tego gatunku. Dodatkowo podsypali to industrialnymi przyprawami (nowojorska noise’owo industrialna scena drugiej połowy lat 80, zresztą sam Maynard wspominał o wpływie, jaki miał na niego Swans z tamtego okresu. Poza tym osobiście też słyszę tam Ministry ;)), zadbali też o odpowiednią stronę wizualną.

 

Później niestety zespół skręcił w metafizyczne i intelektualne pierdololo, tworzenie jakiejś aury tajemniczości i duchowego uniesienia (a na pewno odbierało to w ten sposób dużo osób) i pluskania się w sokach swojej zajebistości, czego po prostu nie kupowałem. Szkoda.

 

W międzyczasie: podobnie jak poprzednio, mielenie tego, co było można trafić w TV (Metallica, System of a Down (przede wszystkim debiut, którego szaleństwo bardziej mi podeszło niż późniejsze płyty)), gimbo-metal dość mocno (choć gimbaza mnie ominęła ;)). Nic szczególnego się nie działo.

 

Patrząc z dzisiejszej perspektywy: Aenima nadal mocno siedzi, obecnie to jedyny album Toola, który jestem w stanie przesłuchać w całości, ba – czerpać nawet z tego bardzo dużą przyjemność ;). Pierwszy Undertow jest nierówny (ale ma moją ulubioną piosenkę zespołu – Sober), Lateralus był przeintelektualizowany i forma wzięła górę nad treścią (btw. Nie, mój nick nie pochodzi od piosenki z tej płyty), 10.000 days był niestrawnym klocem, którego nie dałem rady nawet raz przesłuchać w całości.

 

Wpływ na mnie: Odkrycie, że muzyka to też forma, która nie musi się ograniczać do dość prosto złożonych piosenek. Wejście w świat muzyki progresywnej, co o mało nie skończyło się tragedią, ale może jeszcze przyjdzie o tym wspomnieć ;). Szukanie rzeczy mniej konwencjonalnych a także żądza cięższego grania, bo dotychczasowe zespoły wydawały się po prostu za „miękkie”. Świat muzyki metalowej, który miał przyjąć mnie z otwartymi ramionami, był tuż tuż przede mną :).

 

 

A wy? Kupujecie Toola i jego otoczkę?

  • Lubię! 5

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

ja jakoś nigdy nie wszedłem w Toola głeboko, ale prawdą jest to co piszesz, ze to najlepszy ich album i to że album się broni po dziś dzień. Moim zdaniem fanbase zespołu też jemu dość mocno szkodzi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Ja sluchalem tylko "10k Days" Toola i jak mialem te 14-15 lat robilo to wrazenie, potem juz do nich nie wracalem. Prog rock/metal to nie moja bajka, ale wg RYMa (:keke: ) warto przesluchac AEnime i Lateralus, kiedys sie za to zabiore.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×