Skocz do zawartości
Między 26 a 29 lipca w LIPINACH odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy do zgłaszania się!
TEMAT ZLOTOWY
verlee

Inny

Rekomendowane odpowiedzi

Inny

 

John został pacjentem Bethlem pomiędzy drugim a trzecim rokiem mojej pracy w tym szpitalu.

Gdy go przywieziono, nie stawiał oporu, nie krzyczał, nie próbował nas przekonywać czy negocjować. (Ludzie różnie reagują). John zdawał się być pogodzony z losem; powiedział tylko, że wie, że mu nie uwierzymy, bo nikt mu nie wierzy, więc lepiej miejmy to już za sobą. Poza podkrążonymi oczami, wymiętymi ubraniami i przeraźliwą chudością był raczej zadbany.
Zanim trafił do Bethlem, John był, że tak powiem, człowiekiem modelowym. Przyjechał z małego miasta, skończył studia i został, bo znalazł dobra pracę w nowych technologiach; był kawalerem, ale raz na jakiś czas pewnie z kimś tam się spotykał; co miesiąc czy dwa wyjeżdżał z Londynu, żeby odwiedzić rodzinę — wiem, bo o tym mi opowiadał — a co jakiś czas rodzina wpadała do niego — wiem, bo o tym mówiła jego siostra. To ona jako pierwsza zorientowała się, że z Johnem może coś być nie tak.
Nie widzieli się od kilku miesięcy — John przestał przyjeżdżać, a od jego znajomych również nie można było się wiele dowiedzieć; podobno już z nimi nie przestawał — a że akurat miała czekać przy St Pancras na przesiadkę, postanowiła wpaść i złożyć Johnowi niezapowiedzianą wizytę. Myślała, że się ucieszy. Kiedy stanęła przed drzwiami jego mieszkania i zapukała, odpowiedziała jej cisza. Zadzwoniła więc do brata, żeby zapytać, gdzie jest — jego numer był jednak niedostępny. Zrezygnowana, stwierdziła, że w takim wypadku powita się sama i kluczem, który na wszelki wypadek powierzył rodzicom John, otworzyła drzwi. Pociąg odjeżdżał dopiero za godzinę.
Siostra znalazła Johna w sypialni. I to wtedy po raz pierwszy usłyszała od niego o Innym: John wyznał jej, że głos w jego głowie nie należy do niego.
Każda myśl — mówił John — to Inny, który podszeptuje ci, co masz robić, i podpowiada złe rozwiązania. Który wypomina ci błędy. Śmieje się z twoich potknięć, sprawia, że nadmiernie analizujesz każdą sytuację. Który wzbudza w tobie pragnienia nie dające się zrealizować. Który wie, czego się boisz, więc przypomina ci o tym, żebyś nigdy nie zapomniał.
To Inny zaszczepia w tobie pomysł, byś rzucił obecną pracę, chociaż jesteś z niej całkiem zadowolony. Przecież wciąż znaczysz za mało.
To Inny nazywa cię idiotą, kiedy podasz złą odpowiedź na pytanie nauczyciela, i to Inny sprawia, że będziesz pamiętać o tym już za każdym razem, kiedy podniesiesz rękę, by zgłosić się do odpowiedzi.
To Inny podsuwa ci myśl, by sięgnąć po nóż po ostatniej kłótni. (Dziesięć lat małżeństwa, podczas których Inny szeptał do was obojga).
To wszystko Inny — mówił John. To jego wina.
Prócz niezachwianej wiary w Innego, John przeżywał swoją psychozę w bardzo spokojny sposób. Nigdy nie było z nim żadnych problemów; czasami zapominało się, że jest przecież naszym podopiecznym. Lubił medytować i czytać o zen. (Jak walczyć z Innym? Nie myśleć). Dyskutował ze wszystkimi z niezwykłą przytomnością i bystrością umysłu, czym zraził do siebie wielu innych pacjentów, a także kilku pielęgniarzy, którzy byli przecież na tyle doświadczeni, by zwykle nie brać do siebie tego, co mówią ich podopieczni — bo John, gdy dyskutował, celowo nie zastanawiał się nad tym, co mówi, by nie dać Innemu szansy na zmianę sensu jego wypowiedzi. Zdarzało mu się więc mówić rzeczy przykre. Zachowywał się tak, rzecz jasna, tylko podczas dobrych dni — w złe dni nie odzywał się w ogóle, wychodząc z założenia, że nie da się uciec od wpływu Innego na jakąkolwiek komunikację, więc lepiej się wcale nie komunikować.
Polubiliśmy się prędko, przyznaję to z bólem. Jako terapeuta pozostawać z pacjentami w obiektywnych stosunkach, ale John przeważnie zachowywał się tak normalnie…
Miałem więc okazję sporo dowiedzieć się o Innym: John nie był pewien, czym jest, ale, jeśli dobrze pamiętam, chyba najlepiej można by go określić jako rodzaj ponadnaturalnego, niefizycznego bytu, który rozmawia z każdym z nas. Tylko raz pojawiła się kwestia Innego jako pozaziemskiego organizmu, przewyższającego nas na tyle pod względem cywilizacyjnym, że przestały się go imać czas i przestrzeń — pomysł ten chyba jednak nigdy nie przypadł Johnowi do gustu i został prędko zarzucony. Inny na pewno był jednak wszechobecny. Słuchał nas zawsze.
Tylko raz, kiedy spacerowaliśmy zielonymi parkami nieopodal Bethlem, zdecydowałem się zapytać Johna, czemu uważa, że istnienie Innego jest niezbędne do wytłumaczenie tego, co dzieje się w jego głowie.
— Na pewno znasz to uczucie — odpowiedział cicho — kiedy stoisz na czerwonym świetle, obok pędzą samochody, a ty zastanawiasz się, co się wydarzy, jeśli zrobisz krok, trzy kroki do przodu, i nikt nie zdąży się zatrzymać… To błaha myśl, igraszka, która zaraz mija i już nigdy nie wraca. A u mnie ona zawsze wraca. Czasem codziennie. Czasem raz na jakiś czas. Ale wraca.
Zamilknął na chwilę. Uświadomiłem sobie, że nigdy dotąd otwarcie o tym nie mówił.
— To nie może być mój głos. Ja przecież chcę żyć. Chyba każdy chce żyć, prawda…?
Nie odpowiedziałem.
— To musi być głos Innego. — John pokręcił głową. — Musi.
Zrządzenie losu sprawiło, że była to nasza ostatnia rozmowa; niedługo po niej z powodów rodzinnych przeniosłem się do innego miasta i podjąłem praktykę w innym szpitalu. Zdążyłem jedynie złożyć raport i odradzić stosowanie spacerów.
Minęło kilka lat, zanim ponownie usłyszałem o Johnie. Byłem przejazdem w Londynie — zabawne, ale dopiero teraz skojarzyłem: to wszystko zaczęło się przecież od tego, że siostra Johna również przejeżdżała akurat przez Londyn — i spotkałem się na piwie z moim dobrym znajomym, pielęgniarzem z Bethlem. Pytając o kolejnych pacjentów, których zostawiłem za sobą zmieniwszy pracę, w końcu poruszyłem temat Johna. Okazało się, że rok temu wyszedł ze szpitala. A tydzień później powiesił się w swoim mieszkaniu.
Jedynym, na czym byłem się w stanie skupić przez resztę wieczoru, był cichy głos w mojej głowie wyrzucający mi, że zawiodłem: nie byłem mu w stanie pomóc, zostawiłem go samego sobie. Nie dzwoniłem do niego. Ani razu go nie odwiedziłem. Piłem, by zagłuszyć te myśli.
Kiedy opuściliśmy knajpę, okazało się, że obaj idziemy w tę samą stronę — na przystanek autobusowy po drugiej stronie ulicy. Stanęliśmy więc przy przejściu i czekaliśmy, aż samochody znikną za rogiem. Pogrążony we własnych myślach, ze zdziwieniem złapałem się na wpatrywaniu się w czerwień świateł po przeciwnej stronie przejścia. Było już ciemno, środek nocy; a ono jaśniało. Zastanawiałem się przez chwilę, o czym mi przypomina. Byłem chyba trochę zbyt pijany…
A potem zrobiłem krok i poszedłem dalej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Świetny tekst.

A dlaczego akcję umieściłeś w Londynie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Bo tam jest Bethlam, a ja lubię ten psychiatryk. :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×