Skocz do zawartości
Między 26 a 29 lipca w LIPINACH odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy do zgłaszania się!
TEMAT ZLOTOWY
Ralf

Cień wielkiej trybuny

Rekomendowane odpowiedzi

Nie widziałem już żadnej możliwości poprawy gry zespołu, więc tym łatwiej przyszła mi poważniejsza przebudowa wyjściowej jedenastki, po której pojechaliśmy do Fryburga na Badenova-Stadion, by zawieźć trzy punkty Freiburgowi i wręczyć je gospodarzom do rąk. W pierwszej połowie zagraliśmy jednak zaskakująco dobrze, bo mimo że piłka znajdowała się niemal wyłącznie w posiadaniu rywali, to jednak umiejętnie broniliśmy się we własnym polu karnym. Myślałem już nawet, że uda nam się dowieźć rewelacyjne 0:0 do przerwy, ale pomyliłem się; w ostatniej akcji Grote pokonał Kanté strzałem z dystansu, i wszystko diabli wzięli. Tuż po przerwie z kolei Bernardini bez walki dał się przejść Iliciowi, i było po meczu.

 

Kwadrans później dla świętego spokoju przeprowadziłem dwie ostatnie zmiany i usiadłem na ławce w oczekiwaniu, aż mecz się skończy i będzie można się zbierać. Tymczasem pojawiło się światełko w tunelu, kiedy po chwili Brou udanym wybiciem uruchomił naszą szybką kontrę, po której Schachner wyciągnął Shepherda z bramki i sensacyjnie zdobył gola kontaktowego. Niestety byliśmy zwyczajnie za słabi, by powalczyć o remis, tak więc nasza efektowna seria ligowych porażek po tym meczu wynosiła już sześć, a nic nie wskazywało na to, by miała zostać przerwana.

Cytat

28.09.2024, Badenova-Stadion, Fryburg, widzów: 23 915

BL (8/34) SC Freiburg [6.] – Rot-Weiss Essen [13.] 2:1 (1:0)

 

45+2' F. Grote 1:0

47' M. Ilić 2:0

65' A. Schachner 2:1

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 6 – M.Delbaere 7, G.Bernardini 8, M.Negro 7, M.Gruszka 7 – H.Vink 7, M.Rose (63' T.Franz 7), F.Brou 7, S.Franz (46' M.Andreasen 7)  – Nuno 7, K.Walter 6 (46' A.Schachner 7)

 

GM: Frank Grote (DP, P PŚ, SC Freiburg) - 8

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Wielkimi krokami nadchodził czas, by przypomnieć sobie smak zwycięstwa. W październikowej turze spotkań eliminacji do Mistrzostw Świata mieliśmy zmierzyć się w Serravalle z San Marino, a cztery dni później w Chorzowie z Maltą, więc nikt nie wyobrażał sobie, byśmy nie mieli zdobyć w nich kompletu punktów. Ja jednak byłem zdania, że szczególnie przeciwko San Marino trzeba zagrać w pełnej koncentracji i cały czas przeć do przodu, gdyż trzy tygodnie temu Irlandia boleśnie przekonała się, czym się kończy sen na Stadio Olimpico.

 

W stosunku do inauguracji rozgrywek do składu powołałem zbierającego świetne noty w Leeds United Roberta Koźmińskiego, dla którego był to powrót do kadry po roku przerwy. Tym razem przewidywałem go na stałe jako następcę Grześka Owczarka, gdyż nie sądziłem, by ten po wykurowaniu złamanej nogi był w stanie odzyskać jeszcze formę, która umożliwiłaby mu powrót do reprezentacji.

Cytat

Bramkarze:
– Michał Górka (32 l., BR, Wolves, 84/0);
– Michał Piotrowski (28 l., BR, Crystal Palace, 11/0);

– Marek Wróbel (32 l., BR, Vitesse, 7/0).

 

Obrońcy:
– Andrzej Brzeziński (27 l., O PŚ, AJ Auxerre, 42/1);
– Marcin Kiszka (27 l., O P, Liverpool, 18/1);

– Dariusz Zając (24 l., O LŚ, Palermo, 1/0);
– Mateusz Machnikowski (27 l., O LŚ, P L, Werder Brema, 81/12);
– Marcin Kowalik (26 l., O Ś, Betis Sewilla, 33/1);

– Tomasz Konieczny (23 l., O Ś, DP, Gillingham, 11/0);

– Zbigniew Lewandowski (28 l., O Ś, DP, Newcastle, 9/0);
– Krzysztof Wróblewski (30 l., O/P P, Ajax Amsterdam, 51/3).

 

Pomocnicy:
– Tomasz Lemanowicz (25 l., DBP/OP P, Wisła Kraków, 37/1);
– Maciej Kwiatkowski (32 l., DP, 1.FC Kaiserslautern, 94/16);
– Rafał Piątek (28 l., DP, Southampton, 51/10);

– Michał Koźmiński (21 l., DP, P PŚ, Sunderland, 7/2);

– Tomasz Wilk (21 l., P L, Sheffield Wednesday, 1/0);
– Robert Koźmiński (22 l., P Ś, Leeds United, 4/1);

– Paweł Morawski (25 l., P Ś, Wolves, 7/1);
– Maciej Brodecki (29 l., OP PŚ, Leeds United, 99/8);

– Piotr Szymański (32 l., OP Ś, Real Madryt, 114/39).

 

Napastnicy:
– Tomasz Adamczyk (29 l., N, AC Milan, 104/102);
– Zoran Halilović (27 l., N, VfL Osnabrück, 54/37);
– Marcin Pawlak (27 l., N, Sevilla, 66/28);

– Łukasz Socha (27, N, Sheffield Wednesday, 28/14).

 

  • Lubię! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Kiedy ja i Moriente byliśmy już spakowani do wyjazdu na zgrupowanie, rozegrane zostały ostatnie trzy spotkania 8. kolejki Bundesligi. Jako że Norymberga, Alemannia i Stuttgart zremisowały swoje mecze, wyniki te oznaczały, że w końcu znaleźliśmy się tam, gdzie nasze miejsce – w strefie spadkowej.

 

Wrzesień 2024

 

Bilans (Rot-Weiss Essen): 1-0-4, 7:13

Bundesliga: 16. [-0 pkt 1.FC Nürnberg, +3 pkt nad Herthą]
DFB-Pokal: 2. runda, 5:2 z 1860 Monachium; awans, vs. 1.FC Köln

Finanse: 8,56 mln euro (+152 tys. euro)

Gole: Andreas Schachner (5)

Asysty: Franck Brou, Thomas Franz, Mikkel Andreasen i Markus Rose (po 2)

 

Bilans (Polska): 1-0-0, 4:0

Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [-0 pkt do Hiszpanii, +0 pkt nad San Marino]

Ranking FIFA: 2. [=]

 

 

Ligi:

 

Anglia: Leeds United [+1 pkt]

Austria: Rapid Wiedeń [+2 pkt]

Francja: AS Monaco [+2 pkt]

Hiszpania: Real Madryt [+0 pkt]

Niemcy: Borussia Dortmund [+3 pkt]

Polska: Cracovia [+5 pkt]

Rosja: CSKA Moskwa [+2 pkt]

Szwajcaria: FC Basel [+3 pkt]

Włochy: AS Roma [+0 pkt]

 

Liga Mistrzów:

-

 

Puchar UEFA:

- Polonia Warszawa, Pierwsza runda, 0:1 i 0:3 z Nantes; out

- Wisła Kraków, Pierwsza runda, 1:0 i 2:0 z Zetą; awans, gr. H

- Legia Warszawa, Pierwsza runda, 2:3w i 2:1 ze Stade Reims; out

 

Reprezentacja Polski:

- 04.09, eliminacje MŚ 2026, Polska - Łotwa, 4:0

 

Ranking FIFA: 1. Brazylia [1274], 2. Polska [1266], 3. Anglia [1191]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Tym razem na zgrupowaniu zjawili się wszyscy, za to paru zawodników było przemęczonych, co oznaczało, że przeciwko San Marino nie będą mogli zagrać Marcin Pawlak, Piotrek Szymański i nasz obecny kapitan Marcin Kowalik. Wykorzystałem to jednak jako dobrą okazję, by zastępcą kapitana mianować Mateusza Machnikowskiego, a także dalej ogrywać nasz młody środek pola, który tego wieczoru złożony był z Koźmińskich – 22-letniego Roberta i 21-letniego Michała. Byłem całkowicie pewien, że nowe wschodzące gwiazdy polskiej reprezentacji spokojnie podołają zadaniu sprawienia, by w drugiej kolejce San Marino nie powtórzyło sensacji z pierwszej.

 

I rzeczywiście, dziś w Serravalle nie pozostawiliśmy gospodarzom cienia złudzeń; już w 2. minucie Lemanowicz dostarczył piłkę czającemu się na skraju pola karnego Haliloviciowi, który mimo asysty Balducciego bez trudu pokonał Della Vallego. Na kolejne trafienie przyszło czekać nam prawie dwadzieścia minut, lecz cierpliwość popłaca i w końcu Lemanowicz popisał się kolejną precyzyjną wrzutką, Machnikowski wyskoczył ponad Zanottiego i zgrał piłkę Haliloviciowi, a Zoran z najbliższej odległości zdobył swojego drugiego gola. Po półgodzinie gry Lewandowski dalekim wybiciem złapał Sanmaryńczyków kontratakiem, po którym Halilović wystawił piłkę przed pole karne, a Michał Koźmiński pięknym rogalem posłał ją w okienko, zaś w doliczonym czasie natomiast po faulu Mularoniego rzut karny spokojnie wykonał Brzeziński.

 

Choć spisywaliśmy się bez zarzutu, w szatni dałem delikatnie do zrozumienia Tomkowi Adamczykowi, że mógłby dać z siebie trochę więcej, bo wyraźnie odstaje od kolegów. Wziął sobie moje słowa do serca.

 

Tuż po przerwie z rajdem lewym skrzydłem ruszył Machnikowski, który objechał Mularoniego i zacentrował w pole bramkowe, gdzie Halilović z główki ustrzelił hat-tricka, co było jego czterdziestym trafieniem w reprezentacji. To był ostatni tego wieczoru gol zdobyty przez zawodnika, który nie miał na imię Tomasz. W 53. minucie wywalczyliśmy rzut rożny bity przez Lemanowicza, w polu karnym rozgorzało ogromne zamieszanie, w którym strzał zdołał oddać Machnikowski, piłka zmierzała wprost w nogi Gasperoniego, lecz w ostatniej chwili do bramki skierował ją Adamczyk. Dwie minuty później Robert Koźmiński uruchomił po linii Machnikowskiego, Mateusz jak zawsze w pełnym biegu dośrodkował, a Tomek Adamczyk zastawił się przed Guerrą i strzałem z pierwszej piłki podwyższył na 7:0.

 

W 71. minucie prawym skrzydłem przedarł się dla odmiany wpuszczony przeze mnie Brodecki, który znalazł wbiegającego w pole karne Adamczyka, a Tomek złapał na błędzie Della Valle i skompletował klasycznego hat-tricka. Podobnie jak wcześniej, tak i teraz zaledwie po chwili Tomek świętował po raz kolejny, kiedy Robert Koźmiński przejął źle wyrzuconą przed bramkarza San Marino futbolówkę i po nodze Balducciego dograł na dobieg do naszego snajpera wszech czasów. Słynną truskawką na torcie był rzut wolny z linii pola karnego w doliczonym czasie, z którego nie kto inny jak Tomek Adamczyk atomowym uderzeniem sprawił, że piłka niemal teleportowała się w okienko bramki Della Valle. Tym samym nasza pierwsza w historii wyjazdowa dwucyfrówka stała się namacalnym faktem.

Cytat

05.10.2024, Stadio Olimpico, Serravalle, widzów: 6987; TV

EMŚ (2/10) San Marino [157.] – Polska [2.] 0:10 (0:4)

 

2' Z. Halilović 0:1

21' Z. Halilović 0:2

30' M. Koźmiński 0:3

45+2' A. Brzeziński 0:4

48' Z. Halilović 0:5

53' T. Adamczyk 0:6

55' T. Adamczyk 0:7

71' T. Adamczyk 0:8

74' T. Adamczyk 0:9

90+3' T. Adamczyk 0:10

 

Polska: M.Górka 8 – A.Brzeziński 10, T.Konieczny 9, Z.Lewandowski 9, D.Zając 9 – T.Lemanowicz 10 (65' M.Brodecki 8), M.Koźmiński 10 (76' P.Morawski 7), R.Koźmiński 10 (82' M.Kwiatkowski 6), M.Machnikowski 10 – T.Adamczyk 10, Z.Halilović 10

 

GM: Tomasz Adamczyk (N, Polska) - 10

 

Irlandia, która kiepsko rozpoczęła eliminacje, przegrała w Dublinie 1:3 z Hiszpanią, co oznaczało, że objęliśmy prowadzenie w tabeli grupy trzeciej, natomiast Malta podniosła się po porażce z La Furia Roja i pokonała u siebie Łotwę 2:1.

 

Grupa trzecia:

1. Polska – 6 pkt – 14:0

2. Hiszpania – 6 pkt – 7:1

3. Malta – 3 pkt – 3:5

4. San Marino – 3 pkt – 2:15

5. Irlandia – 0 pkt – 2:5

6. Łotwa – 0 pkt – 1:7

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Gdy wróciliśmy do Polski i przygotowywaliśmy się w Chorzowie do meczu z Maltą, Michał Piotrowski rozciął nogę na jednym z treningów, a szkoda, bo planowałem dać mu szansę gry od pierwszej minuty. Wobec tego szansę między słupkami otrzymał Marek Wróbel, a poza tym w środowy wieczór hymn odśpiewała ta sama jedenastka, która rozpoczynała masakrę w Serravalle.

 

Podobnie jak w sobotę, tak i teraz szybko rozstrzygnęliśmy spotkanie na naszą korzyść. W 4. minucie przeprowadziliśmy akcję całym zespołem, Mizzi w polu karnym przejął wrzutkę Lemanowicza, ale za długo bawił się piłką, dzięki czemu bez trudu zabrał mu ją Halilović i po żołniersku umieścił w bramce. Po niespełna kwadransie gry goście po raz drugi praktycznie sami strzelili sobie gola, kiedy to Camilleri próbował zagrać piłkę do Farrugii, ale przejął ją Adamczyk, który wyszedł sam na sam z Porsella Floresem, wymanewrował go i podwyższył na 2:0. Wszystko wskazywało na to, że zmierzamy po kolejne bardzo wysokie zwycięstwo.

 

A jednak okazało się, że Tomek... ustalił wynik meczu i więcej bramek już nie padło. W naszej grze roiło się od niedokładności, niecelnych podań, koszmarnych pudeł i dośrodkowań wprost na głowy maltańskich obrońców. Wierzyć nie mogłem, że przez grubo ponad godzinę gry nie potrafiliśmy zdobyć ani jednego gola, a nasza niefrasobliwość pozwoliła Malcie parokrotnie stworzyć realne zagrożenie pod naszą bramką. Zwycięstwo zawsze pozostaje zwycięstwem, ale nasza byle jaka gra z rywalem o podobnym poziomie co San Marino, i to u siebie, czyniła ten wynik rozczarowująco skromnym.

Cytat

09.10.2024, Stadion Śląski, Chorzów, widzów: 44 222; TV

EMŚ (3/10) Polska [2.] – Malta [168.] 2:0 (2:0)

 

4' Z. Halilović 1:0

12' T. Adamczyk 2:0

 

Polska: M.Wróbel 7 – A.Brzeziński 7, T.Konieczny 8 (66' M.Kowalik 6), Z.Lewandowski 7, D.Zając 7 – T.Lemanowicz 8, M.Koźmiński 7, R.Koźmiński (46' P.Szymański 7), M.Machnikowski 8 – T.Adamczyk 8, Z.Halilović 7 (78' M.Pawlak 6)

 

GM: Mateusz Machnikowski (O LŚ, P L, Polska) - 8

 

Hiszpanie również nie szaleli szczególnie ze strzelaniem, gdyż "tylko" 5:0 w Máladze z grającym przez całą drugą połowę w osłabieniu San Marino w porównaniu do naszej wyjazdowej dwucyfrówki wyglądało dość mało okazale. W dołku nadal była natomiast Irlandia, która tylko zremisowała na wyjeździe 2:2 z Łotwą, co i tak było dobrym wynikiem dla Irlandczyków, gdyż po pierwszej połowie przegrywali 0:2.

 

Grupa trzecia:

1. Polska – 9 pkt – 16:0

2. Hiszpania – 9 pkt – 12:1

3. Malta – 3 pkt – 3:7

4. San Marino – 3 pkt – 2:16

5. Irlandia – 1 pkt – 4:7

6. Łotwa – 1 pkt – 3:9

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Niestety zgrupowania reprezentacji ze strefy afrykańskiej miały tak niekorzystne terminy, że ponownie z Essen ubyli mi obaj Iworyjczycy, Brahima Kanté i Franck Brou. Poza tym po powrocie do klubu na dzień dobry mogłem pogrążyć się w lekturze raportu naszego pionu medycznego na temat nadwyrężonego (podobno przez zły chwyt sztangi na siłowni) nadgarstka Andreasa Schachnera; bądź co bądź naszego najlepszego strzelca, mimo że goli w lidze niemal nie zdobywamy.

 

 

Jako świeżo upieczeni zaopatrzeniowcy ze strefy spadkowej 12 października podejmowaliśmy naszych sąsiadów w tabeli, 1.FC Nürnberg. W bramce oczywiście stanął Heinz Kruse, bo i kto inny mógł się do tego nadawać, zaś w środku pola postawiłem na powrót do korzeni, uzupełniając go Ronaldem Guytem. Poza meczem z zamykającym tabelę Hoffenheim, jaki czeka nas za jakiś czas, była to nasza najlepsza z możliwych okazji do przełamania żenującej passy i zdobycia choćby punktu. Ta, jasne.

 

Ten mecz jedynie pokazał, jak wielka przepaść dzieli nas, drugoligowego średniaka występującego w ekstraklasie, od najsłabszych zespołów Bundesligi i udowodnił mi, że jeżeli nie zdarzy się jakiś nadzwyczajny cud, za kilka miesięcy czeka mnie pierwszy w mojej karierze spadek z ligi, a także rekordowa seria porażek. Początkowo graliśmy nawet nie tak rażąco, pomijając fakt, że za nic nie potrafiliśmy oddać strzału w światło bramki, ale wszystko zmieniło się w 40. minucie. Znowu myślałem, że damy radę dociągnąć z fantastycznym remisem do przerwy, i znowu okazało się, że jestem kretynem, kiedy Walter zgubił piłkę w środku pola i poszła kontra gości, którą celnym strzałem wykończył Vitale.

 

W szatni nakazałem walkę o wszystko w drugiej połowie, i w sumie walkę zaprezentowaliśmy, tyle tylko, że trafienie w światło bramki było dla nas wyzwaniem godnym wygrania finału Ligi Mistrzów; na 12 strzałów, jakie oddaliśmy w tym spotkaniu, AŻ JEDEN zmusił Johnsona do interwencji. Naszą ambitną pogoń zakończył w 74. minucie nie kto inny, jak Mikkel Andreasen, który zarobił drugą żółtą kartkę, co było naszą już trzecią czerwienią w tym sezonie. Na skutki nie trzeba było długo czekać; dwie łatwe bramki autorstwa Bocka w 85. minucie i Mileticia w doliczonym czasie załatwiły sprawę. Już nie potrafiłem być poważny, i w szatni z szerokim uśmiechem powiedziałem moim podopiecznym, że jestem wniebowzięty naszym występem. Miałem gdzieś, jak to zinterpretują. 

 

Jedną z największych zagadek wszechświata, jaka prawdopodobnie nigdy nie doczeka się rozwiązania, było dla mnie to, jakim cudem, do licha, zdołaliśmy pokonać w sierpniu Alemannię (szczególnie, że tak wysoko) i Stuttgart. Póki co nic nie wskazywało na to, byśmy mieli w ogóle kiedykolwiek przestać przegrywać.

Cytat

12.10.2024, Georg-Melches-Stadion, Essen, widzów: 13 289

BL (9/34) Rot-Weiss Essen [16.] – 1.FC Nürnberg [15.] 0:3 (0:1)

 

40' D. Vitale 0:1

74' M. Andreasen (RWE) czrw.k.

85' J. Bock 0:2

90+1' M. Miletić 0:3

 

Rot-Weiss Essen: H.Kruse 6 – M.Delbaere 6, G.Bernardini 6, M.Negro 6, M.Gruszka (46' J.Busch 6) – H.Vink 6, M.Rose ŻK 6 (46' F.Suárez 6), R.Guyt 6, M.Andreasen CzK 6  – Nuno 6, K.Walter 6 (46' Marco 6)

 

GM: Diego Vitale (N, 1.FC Nürnberg) - 9

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Uznałem, że skoro już nic nie jest w stanie skłonić zawodników do wykrzesania z siebie więcej motywacji, a gorzej być już zdecydowanie nie może, postanowiłem dać Kanté i Andreasenowi podwyżki, jakie im się po cichu marzyły, gdyż i tak ich oczekiwania nie były przesadnie wygórowane. W końcu zadowolony piłkarz teoretycznie powinien grać z większym sercem. Podobnie próbowałem postąpić z Marco, ale jeżeli ten oczekiwał gwiazdorskiej pensji za nic...

 

Skoro w nędznym stylu zbieraliśmy łomot nawet od najsłabszych (prócz nas) drużyn ligi, perspektywa wizyty w Bremie, gdzie już ostrzył na nas zęby Werder, jak zwykle główny kandydat do tytułu, napawała mnie lodowatym przerażeniem. Nie miałem pojęcia czego się spodziewać, to znaczy jeżeli mówimy o wysokości porażki, bo to, że przegramy, było pewne na długo przed spotkaniem. Ostatecznie aż tak boleśnie nie było, bo Werder w pierwszej połowie stłukł nas na kwaśne jabłko, rozstrzygając mecz już w pierwszych minutach, ale zadowolił się tylko trzema golami, a potem po prostu bawił się piłką i korzystał z rzadkiej możliwości przeprowadzenia rozszerzonego treningu przy pełnym stadionie. Po tej ósmej z rzędu porażce spadliśmy już na przedostatnie miejsce w lidze, ale nie mieliśmy na razie co marzyć o roli czerwonej latarni, bo tak długo, jak Hoffenheim będzie solidarnie przegrywać razem z nami, ostatnie osunięcie w tabeli nam nie groziło.

Cytat

19.10.2024, Weserstadion, Brema, widzów: 42 474

BL (10/34) Werder Brema [2.] – Rot-Weiss Essen [17.] 3:0 (3:0)

 

4' T. Hempel 1:0

8' M. Feichtinger 2:0

27' M. Feichtinger 3:0

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 6 – M.Delbaere 7, G.Bernardini 7, A.Wierbicki 7, M.Gruszka ŻK 7 – H.Vink (77' F.Suárez 6), M.Rose 7, F.Brou Ż6, S.Franz 7  – Nuno (58' D.Barisić 7), K.Walter 6 (68' Marco 6)

 

GM: Thomas Hempel (OP/N Ś, Werder Brema) - 9

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

W trakcie treningu szybkościowego ścięgno pachwiny naciągnął sobie Franck Brou, co było dla nas dodatkowym ciosem, gdyż Iworyjczyk był jednym z bardzo niewielu zawodników, którzy przynajmniej próbowali coś zrobić. Sytuację tę wykorzystałem jednak jako okazję do przetestowania jeszcze jednego wariantu, w którym parę środkowych pomocników z Rosem utworzył Davide Pittet, nominalnie obrońca, ale mogący też grać jako pomocnik. Przez resztę dni dzielących nas do łomotu z Eintrachtem Braunschweig przygotowałem nieco drobnych zmian w ustawieniu, lecz w duchu nie sądziłem, by miały cokolwiek dać.

 

Tymczasem zdarzyła się sytuacja niecodzienna, ponieważ od pierwszej minuty wyraźnie przeważaliśmy nad faworyzowanymi gośćmi, częściej byliśmy w posiadaniu piłki i momentami zamykaliśmy rywali na ich połowie; już od przeszło dwóch miesięcy nie widziałem tak dobrej gry Rot-Weiss Essen, nie licząc pucharowego występu z TSV Monachium. Prawdopodobnie nawet zdobylibyśmy gola, ale oddanie celnego strzału nadal było zadaniem ponad nasze siły, więc kibice za bramką Eintrachtu nie mogli być spokojni o swoje życie. Częściowo w trosce o ich zdrowie, a częściowo ze względu na marnowaną szansę na tak rzadkiego gola, w przerwie zdjąłem obu napastników, Waltera i Nuno, zastępując ich Barisiciem i rekonwalescentem Schachnerem, ale na niewiele się to zdało, ponadto do pudłowania przyłączył się Hans Vink, a patent z Pittetem okazał się nietrafiony.

 

Niemniej jednak najpierw w końcu dowieźliśmy bezbramkowy remis do przerwy, a potem, mimo że w końcówce Eintracht ostro nas przycisnął, zdołaliśmy obronić 0:0 aż do końcowego gwizdka. Seria porażek przerwana, mamy jeden punkt!

Cytat

23.10.2024, Georg-Melches-Stadion, Essen, widzów: 4874

BL (11/34) Rot-Weiss Essen [17.] – Eintracht Braunschweig [13.] 0:0

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 6 – M.Delbaere 7, G.Bernardini 6, A.Wierbicki 7, M.Gruszka 6 – H.Vink ŻK 7, M.Rose 7, D.Pittet (73' T.Franz 6), S.Franz 7  – Nuno 6 (46' D.Barisić 6), K.Walter 6 (46' A.Schachner 6)

 

GM: Jan Jörg (O LŚ, DP, P L, Eintracht Braunschweig) - 8

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Trudno było ocenić, jak sensacyjny remis z Eintrachtem Braunschweig wpłynie na naszą formę, bo już trzy dni później czekała nas egzekucja na Allianz-Arenie, gdzie Bayern miał nas przerobić na wursty. Mimo że Bawarczycy znajdowali się w tym sezonie w wyraźnym dołku (czyli tytuł zdobędzie Werder), to jednak i tak nawet w takiej formie byli od nas lepsi o trzy klasy, jak nie więcej. Miejsce Pitteta na środku pomocy zajął Thomas Franz, na lewe skrzydło wrócił Andreasen, do ataku za Nuno Andreas Schachner, a rozbitego psychiczne Bernardiniego na środku obrony zastąpił Busch, ale nie miało to żadnego wpływu na nasz los.

 

W Monachium wytrzymaliśmy całe dwanaście minut, aż Bassery z dziecinną łatwością uciekł ruszającemu się jak żelbetonowy kloc Vinkowi, a po jego płaskim podaniu w pole karne Silvestri oparł się na biernym Wierbickim jak pijany na ścianie i bez problemu pokonał Kanté. Chwilę później na 0:2 podwyższył N'Diaye z dośrodkowania Forresta, w 24. minucie tenże Forrest został dopuszczony przez Gruszkę do dobitki sparowanego prze Brahimę strzału Silvestriego, a w 40. minucie na oczach całych piłkarskich Niemiec ostatecznie poniżył nas Valente, który wsadził nam gola strzelając niemal... z połowy boiska. Co za wstyd...

 

Do czasu kompromitującego trafienia spod linii środkowej Bayern sprawiał wrażenie żądnego krwi i dwucyfrówki za swoje ligowe niepowodzenia. Najwyraźniej jednak tak niecodzienna bramka wprawiła Bawarczyków w tak dobry nastrój, że w drugiej połowie postanowili się już dalej nad nami nie znęcać i zrobili to samo, co zrobił Werder tydzień temu, czyli urządzili sobie luźny trening, nie przejmując się biegającymi gdzieś obok piłkarzami w biało-czerwonych trykotach. Miałem już dosyć tego sezonu, ale dopiero się zaczynał.

Cytat

26.10.2024, Allianz-Arena, Monachium, widzów: 66 250

BL (12/34) Bayern Monachium [10.] – Rot-Weiss Essen [17.] 4:0 (4:0)

 

12' F. Silvestri 1:0

19' F. N'Diaye 2:0

24' M. Forrest 3:0

40' A. Valente 4:0

55' M. Piotrowski (BM) ktz.

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 6 – M.Delbaere 6, J.Busch 6, A.Wierbicki 6, M.Gruszka 6 – H.Vink 6, M.Rose 6, T.Franz ŻK 6 (67' R.Guyt 7), M.Andreasen ŻK (78' S.Franz 6)  – A.Schachner 6, K.Walter 6 (74' Nuno 6)

 

GM: Jan Kirn (OP/N Ś, Bayern Monachium) - 9

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Czułem, jakby południe minęło dziesięć minut temu, a tymczasem było już niemal zupełnie ciemno. To był jeden z najważniejszych powodów, dla których nie znosiłem pory jesienno-zimowej; zmierzch już po godzinie siedemnastej (a niebawem miało być jeszcze gorzej) dodatkowo wystawiał na próbę resztki dobrego nastroju i zmuszał do wzmożonych starań o jego utrzymanie na przyzwoitym poziomie. Chociaż, jak się nad tym głębiej zastanowić, taki stan rzeczy miał i dobre strony – bo czy na pewno docenialibyśmy ciepłe, wiosenne, a potem długie i gorące letnie dni, gdybyśmy nie mieli szansy zatęsknić za nimi w czasie szarości jesiennych dni i przeszywającego mrozu zimą? Kiedy trzy lata temu graliśmy w listopadzie mecz towarzyski z Izraelem na wyjeździe, w Ramat Gan w południe było ponad trzydzieści stopni i palące słońce, a chodzące po ulicach gromady zdziczałych kotów chowały się pod cieniami palm, czułem się jak nowo narodzony. Jednakże to była tylko chwila flashbacku naszego lata, po którym nastąpił powrót do kraju, a co za tym idzie i do jesiennej pluchy. Gdyby i w naszej strefie klimatycznej przez dwanaście miesięcy było nieustannie ciepło i pogodnie, pewnie zbyt szybko przeszlibyśmy z tym do porządku dziennego.

 

Nie powinienem się jednak zajmować takimi pierdołami, jak rozmyślanie nad szerokościami i długościami geograficznymi, ślęcząc za biurkiem i wlepiając zmęczone oczy w leżący na blacie i oświetlany mulącym światełkiem lampki plik z papierami zatwierdzającymi transfery dwóch zdolnych młodzieńców, jakie planowałem na styczeń; lansowanego jako nowy Oliver Kahn bramkarza Dirka Krausego (17 l., BR, Niemcy) za 20 000€ z Köln oraz prawego obrońcy Rocco D'Aniello (17 l., O/DBP P, Włochy) za 50 000€ z Aue. Tak naprawdę pierwszy raz w całej swojej karierze byłem w tak gównianej sytuacji, jak teraz, więc miałem ważniejsze problemy na głowie, niż klimat.

 

– Psia mać... – mruknąłem. – Zawsze wszystko nie w tym czasie, w którym trzeba...

 

Moriente, który siedział przy drugim biurku pogrążony w nie wiadomo czym, uniósł głowę i spojrzał na mnie wzrokiem bez wyrazu.

 

– Que ?

 

– Chodzi mi po prostu o to, że wszystko jest na odwrót – powiedziałem, ale od razu złapałem się na tym, że nic mu nie wyjaśniłem. – Rok i dwa lata temu hurtowo zatrudniałem wstępnie wielu piłkarzy, którzy okazali się mniejszymi lub większymi wzmocnieniami pierwszego zespołu, z kolei nijak nasi scouci nie mogli znaleźć obiecujących juniorów, których moglibyśmy wyszkolić. Teraz zaś, gdy na gwałt potrzebowałbym paru porządnych graczy, którzy NA JUŻ mogliby pomóc nam wydostać się ze strefy spadkowej, trudno mi kogokolwiek pozyskać, z kolei utalentowanych chłopaków mam raportowanych bez liku.

 

Amigo roztarł twarz dłońmi i ziewnął przeciągle. Jak zwykle nie wytrzymałem nawet pięciu sekund i zaraz mimowolnie ziewnąłem razem z nim. 

 

– Wiesz co? – odezwał się. – Mam wrażenie, że w Rayo jednak szło ci całkiem bienYo sé, momentami sam nie mogłem mirar na to, jak grał zespół, ale nie było takich serie przegranych. Nawet por un momento nie było zagrożenia strefą spadkową. Sabes, tak na poważnie. A tutaj ostatni raz w lidze wygraliśmy w agosto, prawie trzy miesiące temu.

 

Moriente miał dużo racji. Niech to jasny szlag, miał całkowitą rację. W porównaniu do obecnego Rot-Weiss Essen, Rayo było maszynką do wygrywania. Ale...

 

– Niby masz rację, Moriente. Ale teraz w tym sezonie jeden tylko Albrechtsen sprezentował rywalom dwie bramki i w zasadzie całe wygrane, bo w obu przypadkach jego wybryki ustawiały cały mecz. Dlatego siedzi teraz w rezerwach. Poza takimi sporadycznymi występkami przegrywamy, bo jesteśmy po prostu słabi – stwierdziłem z przekonaniem. – Tymczasem w Rayo i moich dwóch wcześniejszych klubach za każdym razem miałem mocny zespół i dobrych zawodników, ale brakowało im poważnego podejścia, co kończyło się skandalicznymi błędami, brakiem myślenia, a w konsekwencji porażkami i niskimi pozycjami w tabeli. Teraz zaliczyliśmy dwa błyskawiczne awanse rok po roku, przy czym między drugą ligą a ekstraklasą nie zdołałem wystarczająco wzmocnić zespołu, bo trochę sami siebie zaskoczyliśmy awansem już w pierwszym sezonie w 2.Bundeslidze. No i obecnie odbija mi się to czkawką.

 

– Myślisz, że z tego wyjdziemy? Że w końcu coś zmieni się na mejor?

 

Zastanowiłem się na szybko i powiedziałem:

 

– Mam nadzieję, że na wiosnę tak, ale teraz nie sądzę. Jak sam powiedziałeś, ostatni raz wygraliśmy w sierpniu, od tamtego czasu w dwa miesiące zdołaliśmy zdobyć zaledwie zasrany JEDEN punkt, a ten miesiąc kończymy bez choćby jednego gola. Piłkarze wprost leżą psychicznie. Leżą i kwiczą. Widzę to wyraźnie na treningach, są załamani, przytłoczeni, zmiażdżeni emocjonalnie, a na mecz wychodzimy czując się pokonani jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Spirala porażek całkowicie zrujnowała atmosferę w drużynie, a w takich warunkach praktycznie niemożliwa jest nagła odmiana i seryjne zwyciężanie. Prawdopodobnie nie wygramy ani jednego meczu już do końca rundy, do tego Hoffenheim wygrało wczoraj z Osabrückiem i ma do nas już tylko trzy punkty straty, więc jesień możemy skończyć na dnie tabeli. Całą nadzieję pokładam w tym, że w przerwie zimowej uda mi się postawić chłopaków na psychiczne nogi w sparingach, a na wiosnę w końcu zagramy z wiarą we własne umiejętności.

 

Niestety, wszystko wskazywało na to, że pozostała nam jedynie wiara i nadzieja.

 

Październik 2024

 

Bilans (Rot-Weiss Essen): 0-1-3, 0:10

Bundesliga: 17. [-3 pkt Herthy Berlin, +3 pkt nad Hoffenheim]
DFB-Pokal: 3. runda, vs. 1.FC Köln

Finanse: 7,42 mln euro (-1,13 mln euro)

Gole: Andreas Schachner (5)

Asysty: Franck Brou, Thomas Franz, Mikkel Andreasen i Markus Rose (po 2)

 

Bilans (Polska): 2-0-0, 12:0

Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [+0 pkt nad Hiszpanią]

Ranking FIFA: 1. [+1]

 

 

Ligi:

 

Anglia: Leeds United [+0 pkt]

Austria: Rapid Wiedeń [+7 pkt]

Francja: AS Monaco [+4 pkt]

Hiszpania: Real Madryt [+2 pkt]

Niemcy: Borussia Dortmund [+0 pkt]

Polska: Cracovia [+3 pkt]

Rosja: CSKA Moskwa [+2 pkt]

Szwajcaria: FC Aarau [+2 pkt]

Włochy: AS Roma [+5 pkt]

 

Liga Mistrzów:

-

 

Puchar UEFA:

- Wisła Kraków, gr. H, 2:2 na wyjeździe z Hansą Rostock i 3:0 u siebie z Ksanthi

 

Reprezentacja Polski:

- 05.10, eliminacje MŚ 2026, San Marino - Polska, 0:10

- 09.10, eliminacje MŚ 2026, Polska - Malta, 2:0

 

Ranking FIFA: 1. Polska [1278], 2. Brazylia [1254], 3. Anglia [1206]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Mecze o punkty w eliminacjach już za nami, więc w listopadzie tradycyjnie reprezentacja Polski kończyła rok dwoma meczami towarzyskimi. W pierwszym z nich zagramy w Chorzowie z Danią, a później na Wyspach Kanaryjskich zmierzymy się w Las Palmas z... Hiszpanią, z którą przecież jesteśmy w tej samej grupie eliminacyjnej i już w marcu, dla odmiany na Majorce, zagramy z La Furia Roja ponownie, ale już o punkty. Na najbliższy okres PZPN dość specyficznie planował sparingi, gdyż w lutym będziemy grali z Maltą, z którą też znajdujemy się w jednej grupie.

 

Na zgrupowaniu zjawić się miała ta sama kadra, która występowała od początku jesieni, z tą różnicą, że tym razem zabraknie Zorana Halilovicia, który doznał pęknięcia żeber i do gry wróci dopiero w okolicach lutego. Naturalnie nie przepuściłem dobrej okazji, by pomyśleć o przyszłości, i powołałem do kadry debiutanta Grzegorza Dudka, który mimo zaledwie osiemnastu lat już regularnie występował w hiszpańskim Levante. Chłopak rozwijał się w imponującym tempie, tak że powoli zaczynałem dostrzegać w nim młodego Tomka Adamczyka, gdy wprowadzałem go do drużyny jedenaście lat temu.

Cytat

Bramkarze:
– Michał Górka (32 l., BR, Wolves, 85/0);
– Michał Piotrowski (28 l., BR, Crystal Palace, 11/0);

– Marek Wróbel (32 l., BR, Vitesse, 8/0).

 

Obrońcy:
– Andrzej Brzeziński (27 l., O PŚ, AJ Auxerre, 44/2);
– Marcin Kiszka (27 l., O P, Liverpool, 18/1);

– Dariusz Zając (24 l., O LŚ, Palermo, 3/0);
– Mateusz Machnikowski (28 l., O LŚ, P L, Werder Brema, 83/12);
– Marcin Kowalik (26 l., O Ś, Betis Sewilla, 34/1);

– Tomasz Konieczny (23 l., O Ś, DP, Gillingham, 13/0);

– Zbigniew Lewandowski (28 l., O Ś, DP, Newcastle, 11/0);
– Krzysztof Wróblewski (30 l., O/P P, Ajax Amsterdam, 51/3).

 

Pomocnicy:
– Tomasz Lemanowicz (25 l., DBP/OP P, Wisła Kraków, 40/1);
– Maciej Kwiatkowski (32 l., DP, 1.FC Kaiserslautern, 95/16);
– Rafał Piątek (28 l., DP, Southampton, 51/10);

– Michał Koźmiński (21 l., DP, P PŚ, Sunderland, 9/3);

– Tomasz Wilk (21 l., P L, Sheffield Wednesday, 1/0);
– Robert Koźmiński (22 l., P Ś, Leeds United, 6/1);

– Paweł Morawski (25 l., P Ś, Wolves, 8/1);
– Maciej Brodecki (30 l., OP PŚ, Leeds United, 100/8);

– Piotr Szymański (32 l., OP Ś, Real Madryt, 115/39).

 

Napastnicy:
– Tomasz Adamczyk (30 l., N, AC Milan, 106/108);
– Grzegorz Dudek (18 l., N, Levante, 10/5 U-21);
– Marcin Pawlak (27 l., N, Sevilla, 67/28);

– Łukasz Socha (27, N, Sheffield Wednesday, 28/14).

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Tuż przed początkiem zgrupowania czekał nas jeszcze mecz 3. rundy Pucharu Niemiec, w którym zmierzyć mieliśmy się na wyjeździe z drugoligową 1.FC Köln. Uderzające było to, że mimo iż rywal na co dzień grał o ligę niżej od nas, to jednak mimo to bukmacherzy jako faworyta typowali właśnie gospodarzy. Mimo kłopotów w lidze wiedziałem, że ci, którzy na nas postawili, mogli się dziś sporo wzbogacić, gdyż z przebudowanym po raz kolejny składem, w którym szansę powrotu po banicji w rezerwach otrzymał ode mnie Albrechtsen, nie wyobrażałem sobie innego wyniku, niż nasze pewne zwycięstwo. Przy okazji ciekawiło mnie również, jak możemy sobie poradzić za rok w 2.Bundeslidze.

 

Tego wieczoru nareszcie przypomnieliśmy sobie w mgnieniu oka, jak zdobywa się bramki; ruszyliśmy z kopyta, szybko zepchnęliśmy gospodarzy do obrony i w 9. minucie ci tak zagmatwali się w obronie, że Kühne zderzył się z Gerberem, a bezpańską piłkę zebrał Barisić i zaskakująco podkręconym strzałem w okienko pokonał bramkarza o niewymawialnym nazwisku Mouyimouabéka. Z biegiem minut odczuwałem coraz większą ulgę, że przynajmniej w starciu z drugoligowcem jesteśmy stroną wyraźnie przeważającą, a jedyne, czego nam brakowało, to dokładności w wykańczaniu akcji. Dlatego też mimo zdecydowanej przewagi marnowaliśmy kolejne okazje, aż w końcu w 36. minucie Albrechtsen długim, precyzyjnym podaniem wypuścił za linię obrony Schachnera, który uciekł Ndjengowi i w sytuacji sam na sam pewnie przelobował wychodzącego z bramki Mouyimouabékę. Było pozamiatane i miałem nadzieję, że tak pozostanie.

 

Po przerwie Köln próbowała ruszyć do odrabiania strat, ale kibice na RheinEnergieStadion mogli czuć się zawiedzeni, bowiem zbyt pewnie graliśmy w obronie, a szczególnie spodobała mi się postawa grającego pierwszy raz od pierwszej minuty De Martina, który wręcz wychodził z siebie, by wywalczyć miejsce w wyjściowym składzie, i wygrywał dosłownie każdy pojedynek z rywalami. Okazji do zdobycia kolejnych goli mieliśmy aż nadto, większość z nich marnował Barisić, aż w końcu dopiero w 81. minucie De Martin znowu niczym profesor przejął zagranie z głębi pola i uruchomił długim podaniem Schachnera, który zagrał w uliczkę do Rosego, a nasz kapitan pewnym strzałem zdobył swojego pierwszego gola w sezonie i ostatecznie rozstrzygnął losy meczu. W ćwierćfinale na wiosnę czekało na nas Karlsruhe, a nasza przygoda z DFB-Pokal zaczynała wyglądać obiecująco.

Cytat

05.11.2024, RheinEnergieStadion, Kolonia, widzów: 21 081

DFB-P 3R 1.FC Köln [2BL] – Rot-Weiss Essen [BL] 0:3 (0:2)

 

9' D. Barisić 0:1

36' A. Schachner 0:2

81' M. Rose 0:3

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 8 – A.Albrechtsen 8, J.Busch 8, M.De Martin 8 (87' M.Negro 6), M.Gruszka 8 – H.Vink 9, T.Franz 8 (76' F.Suárez 7), M.Rose 8, M.Andreasen 8 – D.Barisić 7 (67' K.Walter 7), A.Schachner 10

 

GM: Andreas Schachner (N, Rot-Weiss Essen) - 10

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Morale w górę po pucharze, czas zacząć zdobywać gole w Bundeslidze!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Zobaczymy. Na razie jest bardzo źle. Chyba pierwszy raz w Football Manager żałuję awansu; wolałbym, gdybyśmy zostali jednak rok dłużej w drugiej lidze, bo w tym czasie mógłbym zbudować zespół na miarę Bundesligi. Teraz niestety jesteśmy drugoligowcem, który gra w ekstraklasie.

 

-------------------------------------------------------------

 

Przed ostatnim w roku meczu w Polsce miałem jeszcze chwilę gniewu, kiedy okazało się, że menedżer AC Milan po dłuższej przerwie znowu postanowił zacząć testować moją cierpliwość i wycofał mi ze składu Tomka Adamczyka. Rozzłościło mnie to solidnie, gdyż nikt nie powinien mieć prawa wtrącać się w decyzje selekcjonera drużyny narodowej, wszystko jedno czy Polski, Holandii, Włoch, czy nawet Kirgistanu.

 

 

Spotkanie z Danią było doskonałą okazją, by przetestować w środku pola młodszych graczy, gdyż seria pojedynków z wyraźnie słabszymi rywalami mogła nie być wystarczająco miarodajna. Miałem też jeszcze jeden problem kadrowy, gdyż już na zgrupowaniu udo stłukł sobie Machnikowski, co wykluczało go z występu w obu meczach towarzyskich. Na lewej pomocy zagrał zatem Tomek Wilk, w obronie u boku Lewandowskiego Konieczny, na prawej obronie Marcin Kiszka, a w ataku zabrakło przejawiającego braki kondycyjne Pawlaka, którego zastąpił Socha, zaś jako drugi napastnik od pierwszej minuty zadebiutować miał 18-letni Grzesiek Dudek.

 

Duńczycy postawili nam trudne warunki, w pierwszych minutach prąc do przodu i zmuszając nas do twardej obrony, a ja kątem oka przyglądałem się też grającemu w drużynie rywali Mikkelowi Andreasenowi, który szarpał na lewym skrzydle, ale średnio radził sobie to z Maćkiem Brodeckim, to z Marcinem Kiszką. Kilka klasowych interwencji pokazał Górka, jak zwykle imponując doskonałym refleksem i opanowaniem, a z przodu obiecującą aktywność przejawiał Grzesiek Dudek, w którym coraz bardziej widziałem przyszłego naczelnego snajpera reprezentacji.

 

Tego samego nie mogłem niestety powiedzieć o Łukaszu Sosze, który nie potrafił szybko podejmować decyzji, a złożenie się do strzału zajmowało mu tyle czasu, że obrońcy Danii bez problemu zdążali sprzątnąć mu piłkę z nogi. Mecz z Hiszpanią za cztery dni miał rozstrzygnąć, czy mogę jeszcze na nim polegać w poważniejszych spotkaniach. W drugiej połowie osiągnęliśmy już wyraźną przewagę, zwłaszcza w drugiej linii, gdzie świetnie radzili sobie Michał Koźmiński i Paweł Morawski, a także Wilk na lewym skrzydle. Mieliśmy za to duże problemy pod bramką Danii, gdzie ciągle brakowało nam szczęścia i piłki po naszych strzałach nieodmiennie spotykały na swojej drodze to nogi, to ręce Lauritsena, który bardzo długo ratował Duńczyków przed utratą gola.

 

Zanosiło się już na bezbramkowy remis i mógłbym przysiąc, że spod ławki trenerskiej widziałem już sędziego Harrisa spoglądającego na zegarek, kiedy w ostatniej minucie doliczonego czasu przeprowadziliśmy zgrany atak pozycyjny, Zając wrzucił na środek pola karnego, gdzie Pawlak zastawił się przed Chrstiansenem, obrócił się i strzelił, a Lauritsen sparował uderzenie wprost pod nogi Grześka Dudka, który dobił je do pustej bramki, już w swoim debiucie zdobywając pierwszego gola w biało-czerwonych barwach. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, a Grzesiek do złudzenia przypominał mi Tomka Adamczyka za czasu jego początku przygody z reprezentacją.

Cytat

09.11.2024, Stadion Śląski, Chorzów, widzów: 33 264; TV

TOW Polska [1.] – Dania [55.] 1:0 (0:0)

 

90+3' G. Dudek 1:0

 

Polska: M.Górka 7 (72' M.Wróbel 7) – M.Kiszka (46' K.Wróblewski 7), T.Konieczny 7 (65' M.Kowalik 7), T.Lewandowski 7, D.Zając 7 – M.Brodecki 7, M.Koźmiński 7 (81' P.Morawski 7), P.Szymański 7 (46' R.Piątek 7), T.Wilk 8 – Ł.Socha 7 (M.Pawlak 8), G.Dudek 8

 

GM: Jesper Lauritsen (BR, Dania) - 8

 

  • Lubię! 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

W trakcie długiego, ale nie naszego najdłuższego, lotu na Kanary ustaliłem kilka zmian w składzie na mecz z Hiszpanią, by od pierwszej minuty sprawdzić kolejną konfigurację personalną. Sparing ten był dla nas bardzo istotny w kontekście walki o punkty w eliminacjach, do jakiej dojdzie już w marcu, ponadto Hiszpanie byli ostatnią drużyną, której udało się wygrać na Stadionie Śląskim. Było to aż dziewięć lat temu, w 2015 roku, a teraz, przed naszym przyszłorocznym starciem w październiku, uważałem La Furia Roja za największe zagrożenie dla naszej świetnej passy.

 

Tego wieczoru w Las Palmas spotkanie mogło rozczarować nawet mniej wybrednych widzów. Walka w środku pola była momentami wciągająca, ale klarownych sytuacji podbramkowych było na lekarstwo, więc w gruncie rzeczy emocji zbyt wielkich nie było. Szkoda więc, że w 9. minucie Goñi zdołał podać w nasze pole karne, a pod linią końcową Murillo przy niezbyt gorliwej postawie Kowalika ośmieszył Górkę wkręcając mu gola z niemal zerowego kąta. Szkoda dlatego, że był to jedyny gol meczu, przez co pierwszy od dobrych dziesięciu lat nieudany rok zakończyliśmy porażką.

 

Technicznie wcale nie prezentowaliśmy się gorzej od Hiszpanów, trudno było zauważyć jakiekolwiek różnice. Indywidualnie jednak rozczarował Socha, który momentami sprawiał wręcz wrażenie unikania piłki, w związku z czym zmarnował swoją szansę i miał na jakiś czas odpocząć od kadry. Dzisiejszy egzamin oblali także Michał Koźmiński i Paweł Morawski, po których oczekiwałem więcej i miałem nadzieję, że w kolejnych meczach spiszą się lepiej. Wreszcie w ataku tym razem trema zjadła Grześka Dudka, któremu po pierwszej połowie dałem spokój i będzie musiał się jeszcze sporo nauczyć, zanim wskoczy do wyjściowej jedenastki Biało-czerwonych.

Cytat

13.11.2024, Estadio de Gran Canaria, Las Palmas, widzów: 26 433; TV

TOW Hiszpania [7.] – Polska [1.] 1:0 (1:0)

 

9' Á. Murillo 1:0

 

Polska: M.Górka 7 – K.Wróblewski 7, M.Kowalik 7 (46' T.Konieczny 7), Z.Lewandowski 7, D.Zając 6 – M.Koźmiński 6 (76' T.Lemanowicz 6), R.Piątek 7, P.Morawski 6 (46' R.Koźmiński 7), T.Wilk 7 (64' M.Machnikowski 6) – G.Dudek ŻK 5 (46' Ł.Socha 6), M.Pawlak (46' P.Szymański 7)

 

GM: Ángel Murillo (N, Hiszpania) - 7

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Dzień po zakończeniu zgrupowania wróciliśmy z Moriente z powrotem do Essen. Jednakże zanim przystąpiliśmy do wznowienia zbierania ligowych wpierdoli, czekała mnie niemiła wiadomość od naszego pionu medycznego, że Brahima Kanté nadwyrężył nadgarstek (w raporcie brakowało informacji, w jakich okolicznościach) i wypadł ze składu na co najmniej tydzień.

 

 

W tej sytuacji w Wolfsburgu, gdzie czekało nas kolejne manto z wielu, jakie jeszcze były przed nami w tym sezonie przed powrotem do drugiej ligi, w bramce musiał stanąć Heinz Kruse, a i on po tym meczu z urazem pięty wylądował pod opieką fizjoterapeutów. Nie graliśmy nawet najgorzej, często nacieraliśmy na bramkę gospodarzy i stwarzaliśmy nawet doskonałe okazje do zdobycia gola, ale Schachner i Barisić potrafili jedynie strzelać wprost w bramkarza Wolfsburga. Szczególnie irytował mnie Austriak, który dwukrotnie przyjmował piłkę w polu karnym niepilnowany na wprost bramki, i dwukrotnie odbił wątrobę Mokoenie, walnie przyczyniając się do wykreowania go przez nas na gracza meczu.

 

Pod koniec pierwszej połowy Wolfsburg zaczął przejmować inicjatywę. Rywalom w zasadzie brakowało tylko ostatniego podania, i tak im brakowało, i brakowało, aż w końcu tuż przed przerwą ulitował się nad nimi Schachner, który wyciągnął do rywali pomocną dłoń. Niezłomny Andreas fantastycznym zagraniem za naszą linię obrony (nie miałem pojęcia, do kogo on chciał wycofać, i mało mnie to w sumie interesowało) wypuścił Fuchsa na wolne pole, zaliczając asystę przy jego eleganckim lobie ponad Krusem. Niespełna dziesięć minut po przerwie do drugiego trafienia gospodarzy swoje pięć groszy dorzucił niezdara Albrechtsen, który przepuścił piłkę do Krutscha, stawiając go w sytuacji sam na sam z Krusem.

 

– Ehh, ja pierdolę... – westchnąłem zażenowany w momencie, gdy przez niezdarność Andersa piłka załopotała w siatce naszej bramki.

 

I to był komentarz w wyczerpujący sposób podsumowujący nie tylko nasz dzisiejszy występ, ale i naszą postawę w całym dotychczasowym sezonie. Postawiliśmy więc kolejny krok ku niechybnemu powrotowi do drugiej ligi.

Cytat

17.11.2024, Volkswagen-Arena, Wolfsburg, widzów: 25 654; TV

BL (13/34) VfL Wolfsburg [8.] – Rot-Weiss Essen [17.] 2:0 (1:0)

 

45+2' F. Fuchs 1:0

53' M. Krutsch 2:0

 

Rot-Weiss Essen: H.Kruse 7 – A.Albrechtsen 6, J.Busch 7, M.De Martin ŻK 6 (46' M.Negro 7), M.Gruszka 7 – H.Vink (62' F.Suárez 6), T.Franz 7, M.Rose ŻK 7, M.Andreasen ŻK 7 – D.Barisić 6 (73' Nuno 6), A.Schachner 7

 

GM: Bradley Mokoena (BR, VfL Wolfsburg) - 9

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Na szczęście Kanté bardzo szybko zaleczył swój uraz i po kilku dniach był już gotowy do gry, tak więc 23 listopada mieliśmy przegrać z Karlsruhe niżej, niż miałoby to miejsce, gdyby w bramce musiał stanąć jeden z naszych rezerwistów. Wreszcie wyczerpała się też moja cierpliwość wobec Vinka, który przez większość sezonu grał słabo, a beznadziejnym występem w Wolfsburgu stracił miejsce w wyjściowym składzie na rzecz Suáreza. Poza tym do składu powrócił Franck Brou...

 

...który po zaledwie dwóch minutach gry obejrzał żółtą kartkę, choć osobiście pretensje miałem do nawiedzonego arbitra, przez co Iworyjczyk resztę spotkania bał się bardziej zdecydowanych zagrań. Mimo to w pierwszej połowie, podobnie jak w Wolfsburgu, graliśmy bardzo dobrze, mieliśmy przewagę nad gośćmi, a gdybyśmy mieli napastników z prawdziwego zdarzenia, być może po raz pierwszy od trzech miesięcy objęlibyśmy prowadzenie w meczu ligowym. Oczywiście tak się nie stało, ale z drugiej strony udało nam się dociągnąć kosmiczne 0:0 do przerwy, wreszcie odmawiając sobie utraty bramki w doliczonym czasie.

 

Ale nic to. Taka sytuacja zawsze oznaczała, że stracimy gola zaraz na początku drugiej połowy. Tak się też stało; w 49. minucie goście przy żenująco biernej postawie całego mojego zespołu przez ponad minutę wymieniali podania na naszej połowie, aż w końcu Pozzi huknął z dwudziestu metrów, i wszystko wróciło do normy. Trzy minuty później artysta Albrechtsen elegancko podał piłkę Angelo rozpoczynając kontratak rywali, który celnym strzałem głową zamknął Roberto.

 

A jednak tego wieczoru zdarzyły się dwa niewyjaśnione zjawiska; pierwszym było zdobycie przez nas sensacyjnego gola w 73. minucie, którego autorem został Schachner z podania Vinka, drugim zaś fakt, że graczem meczu został wybrany... Anders Albrechtsen. Zachodziłem w głowę, czym zrobił takie wrażenia na obserwatorach. Aktem miłosierdzia z 51. minuty, gdy świetnym podaniem do Angelo pomógł Karlsruhe zdobyć drugiego gola?

Cytat

23.11.2024, Georg-Melches-Stadion, Essen, widzów: 4840

BL (14/34) Rot-Weiss Essen [17.] – Karlsruher SC [3.] 1:2 (0:0)

 

49' M. Pozzi 0:1

51' P. Roberto 0:2

73' A. Schachner 1:2

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 7 – A.Albrechtsen 8, J.Busch (57' M.Negro 7), M.De Martin 7, M.Gruszka 6 – F.Suárez (57' H.Vink 7), F.Brou ŻK 6 , M.Rose 7, M.Andreasen ŻK 7 – D.Barisić ŻK 7 (74' K.Walter 7), A.Schachner 7

 

GM: Anders Albrechtsen (O PŚ, DP, Rot-Weiss Essen) - 8

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Listopad kończyliśmy ostatnią realną szansą na odniesienie zwycięstwa tej rundy, bowiem graliśmy na wyjeździe z Hoffenheim, teoretycznie jedynym słabszym od nas zespołem Bundesligi, który jednak w ostatnich tygodniach solidnie podgonił nas w punktacji. Tym samym był to mecz o przedostatnie miejsce w tabeli, bowiem w przypadku porażki to na nas spadłaby zaszczytna rola czerwonej latarni ligi. Jedyną zmianą w wyjściowej jedenastce był kop na trybuny dla Jana Buscha po bardzo słabym występie z Karlsruhe, zastępując go Davidem Pittetem. Tym razem nawet na ławce nie zasiadł Hans Vink, który był zawieszony za kartki, a do tego stłukł sobie głowę na treningu.

 

Miejsce na ławce trenerskiej, a raczej przed nią, bo w czasie spotkań rzadko siadałem na niej dłużej, niż na kilkanaście sekund, i większość czasu kursowałem nieopodal linii bocznej, zająłem nie tylko z nadzieją, ale też dużą ciekawością. Pierwszy raz w karierze bowiem zdarzyło mi się brać udział w meczu dwóch najsłabszych drużyn ligi, będąc menedżerem jednej ze stron. Tak jak można się było spodziewać, zarówno nasza jak i gospodarzy gra była momentami nawet zabawna, ale mimo to bardzo zacięta. W 13. minucie, po blisko kwadransie chaotycznej kopaniny, Hoffmann mając za plecami próbującego przeszkadzać mu Andreasena odegrał w przesadnej panice w kierunku własnego bramkarza, ale piłkę przejął Barisić, który natychmiast odegrał obok wysuniętego przed pole karne Carlosa Alberto do nieobstawionego Schachnera, który musiał tylko odesłać futbolówkę do pustej bramki, co też uczynił. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pierwsi objęliśmy prowadzenie w meczu ligowym, i to jeszcze na wyjeździe.

 

Ale oczywiście utrzymaliśmy je tylko przez chwilę, bowiem już dwie minuty później Pietuchow dośrodkował z prawej flanki wprost do Jürgena Schumachera, którego miał kryć Pittet, ale tego nie robił, więc napastnik gospodarzy, którego osobiście wyszkoliłem parę lat temu w Osnabrücku, spokojnie wyrównał na 1:1. Mało kto zdążył zauważyć, że prowadziliśmy. Ale i kibice gospodarzy nie mieli za bardzo szansy zdążyć dostrzec, że ich ulubieńcy doprowadzili do remisu, bowiem po kolejnych 120 sekundach Göbel zagrał ręką w polu karnym, po czym Gruszka z jedenastu metrów zdobył swojego pierwszego gola w barwach RWE. Z czasem zaczęliśmy zyskiwać lekką przewagę nad Hoffenheim, i na szczęście zdołaliśmy ją wykorzystać w stu procentach.

 

A uczyniliśmy to serią szybkich ciosów. W 28. minucie Rose wysunął w uliczkę do najlepszego na boisku Barisicia, Darko w biegu wycofał do Schachnera, dzięki czemu zgubił Mayhofera, po czym Andreas odegrał piłkę z powrotem Chorwatowi, który pozbywszy się opieki podwyższył na 3:1 eleganckim lobem. Chwilę później Pittet odkupił swoje grzechy z 15. minuty, pewnie przeskoczył Schumachera i głową wybił piłkę na połowę Hoffenheim, gdzie Barisić przedłużając ją głową odwdzięczył się Schachnerowi, który po krótkim rajdzie zdobył czwartego gola dla RWE płaskim strzałem na bliższy słupek.

 

Wynik 4:1 wyglądał bardzo efektownie i warto było go dowieźć do końca lub zdobyć kolejne gole. Ale w końcówce pierwszej i w całej drugiej połowie przypomniałem sobie, że jesteśmy przecież takimi samymi cieniasami, jak Hoffenheim. Najpierw w 41. minucie podpadł mi De Martin, który faulem na Mładenowie tuż przed polem karnym umożliwił Fiedlerowi zdobycie bramki z rzutu wolnego, zaś po czterdziestu pięciu minutach rachitycznej kopaniny w środku pola na poziomie Oberligi Pittet nawet nie udawał, że próbuje powstrzymać Fiedlera, który zwyczajnie minął go i w sytuacji sam na sam z Kanté zdobył kontaktowego gola, psując moją radość z pierwszego od wieków zwycięstwa.

Cytat

30.11.2024, Dietmar-Hopp-Stadion, Hoffenheim, widzów: 7543

BL (15/34) TSG Hoffenheim [18.] – Rot-Weiss Essen [17.] 3:4 (2:4)

 

13' A. Schachner 0:1

15' J. Schumacher 1:1

17' M. Gruszka 1:2 rz.k.

28' D. Barisić 1:3

30' A. Schachner 1:4

41' B. Fiedler 2:4

90+1' N. Fiedler 3:4

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 7 – A.Albrechtsen 7, D.Pittet 7, M.De Martin 8 (51' M.Negro 6), M.Gruszka 8 – F.Suárez 7 (62' R.Guyt 6), F.Brou 6, M.Rose 8, M.Andreasen 8 – D.Barisić 9 (74' Nuno 6), A.Schachner 9

 

GM: Darko Barisić (N, Rot-Weiss Essen) - 9

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

W tym roku w Rosji pasjonująca walka o wicemistrzostwo Premier Ligi trwała aż do ostatniej kolejki. Przez cały sezon zaciętą bitwę o bezcenne trofeum, jakim było 2. miejsce w tabeli, toczyły między sobą moskiewskie potęgi Lokomotiw i Spartak. Sytuacja była do tego stopnia ciekawa, że aż rozeznałem się w przepisach rosyjskiej ekstraklasy; przy równej liczbie punktów o kolejności w tabeli decydowały na pierwszym miejscu wyniki bezpośrednich spotkań, następnie liczba zwycięstw, potem bramki zdobyte, a na sam koniec dopiero bilans bramkowy.

 

Po zakończeniu rozgrywek Lokomotiw i Spartak miały na koncie po 50 punktów, 13 wygranych meczów, 40 zdobytych goli, a oba mecze między tymi drużynami zakończyły się... remisami 1:1. W tym przypadku o drugim miejscu w tabeli, czyli w zasadzie mistrzostwie kraju, zadecydowała dopiero reguła różnicy bramek, a i tutaj Lokomotiw okazał się lepszy o zaledwie źdźbło murawy, osiągając bilans +11, w stosunku do +9 Spartaka. Kolejarze w tak niecodziennych okolicznościach mogli świętować zatem swój pierwszy tytuł wicemistrzowski od 2015 roku. Nie ulegało wątpliwości, że był to na pewno najbardziej wciągający sezon w Rosji od paru ładnych lat, aż żałowałem, że nie miałem czasu śledzić tamtejszych rozgrywek bardziej aktywnie.

 

 

Listopad 2024

 

Bilans (Rot-Weiss Essen): 2-0-2, 8:7

Bundesliga: 17. [-2 pkt Herthy Berlin, +4 pkt nad Hoffenheim]
DFB-Pokal: 3. runda, 3:0 z 1.FC Köln; awans, vs. Karlsruhe

Finanse: 6,2 mln euro (-1,01 mln euro)

Gole: Andreas Schachner (9)

Asysty: Andreas Schachner (4)

 

Bilans (Polska): 1-0-1, 1:1

Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [+0 pkt nad Hiszpanią]

Ranking FIFA: 1. [=]

 

 

Ligi:

 

Anglia: Arsenal Londyn [+3 pkt]

Austria: Rapid Wiedeń [+13 pkt]

Francja: PSG [+1 pkt]

Hiszpania: Real Madryt [+2 pkt]

Niemcy: Werder Brema [+4 pkt]

Polska: Cracovia [+1 pkt]

Rosja: CSKA Moskwa [M]

Szwajcaria: Young Boys [+4 pkt]

Włochy: AS Roma [+4 pkt]

 

Liga Mistrzów:

-

 

Puchar UEFA:

- Wisła Kraków, gr. H, 3:1 na wyjeździe z Besiktasem Stambuł; awans

 

Reprezentacja Polski:

- 09.11, Mecz towarzyski, Polska - Dania, 1:0

- 11.11, Mecz towarzyski, Hiszpania - Polska, 1:0

 

Ranking FIFA: 1. Polska [1266], 2. Brazylia [1260], 3. Anglia [1193]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Dwa dni przed mikołajkami czekał nas mecz z Schalke, w którym jak zwykle nie mieliśmy najmniejszych szans nie ponieść druzgocącej porażki, a którym zaczynaliśmy grudzień. Tego dnia na boisko nie wybiegł Franck Brou, który po dwóch słabszych meczach z rzędu musiał zadowolić się miejscem na ławce rezerwowych, ustępując miejsca Thomasowi Franzowi. Cieszyłem się z ostatniego zwycięstwa, pierwszego od sierpnia, ale jednocześnie pamiętałem, żeby się zanadto nie przyzwyczajać...

 

Mógłbym powiedzieć tak – poszło szybko, gładko i nawet bezboleśnie. Po zaledwie dwóch minutach od pierwszego gwizdka Konopka wrzucił piłkę z rzutu wolnego na bliższy słupek, a Ilić bez trudu przeskoczył De Martina i skierował ją do naszej bramki. Nawet nie zdążyliśmy się dobrze rozgrzać. Dziesięć minut później Klaus zacentrował prostopadle z prawie połowy boiska ponad naszą defensywą, a Gruszka zgubił krycie Ronaldo, który spokojnie zamknął akcję Schalke. Dwanaście minut, błyskawiczne 0:2, mecz rozstrzygnięty. Prosta sprawa, prawda? Dawno się tak nie pomyliłem!

 

Schalke, które w pierwszym kwadransie absolutnie dominowało, po szybkim objęciu dwubramkowego prowadzenia wyraźnie odpuściło i... nieoczekiwanie zaczęliśmy się rozkręcać. Stopniowo przenosiliśmy ciężar gry coraz dalej od naszej bramki, aż w 28. minucie objawiła się przebiegłość Schachnera. Andreas był opatrywany za linią końcową, a Zanetti szykował się do wznowienia gry od bramki; na swoje nieszczęście golkiper gości nie zdecydował się na daleki wykop, tylko krótkie podanie do Giorgiego, dzięki czemu powracający na boisko Schachner bez zbędnej żenady zgarnął piłkę i natychmiast odegrał do pędzącego Barisicia, który zrobił to, co do niego należało i wbił gola kontaktowego. Od tej pory po przewadze Schalke nie zostało ani śladu, a my, ku uciesze 20 tysięcy widzów, weszliśmy na wysokie obroty. Tak oto w 44. minucie Franz zabrał piłkę Konopce sprzed nosa, zagrał do Schachnera, Andreas rozciągnął na prawo, gdzie Barisić przewiózł Klausa wzdłuż linii bocznej, po czym Chorwat zagrał po ziemi w pole karne, gdzie niepilnowany Schachner złapał na wykroku Zanettiego! Wyrównanie!

 

Tego rywale się nie spodziewali, a na dodatek w międzyczasie profilaktycznie zdjąłem z boiska Pitteta, którego objeżdżał z piłką każdy, kto tylko miał na to ochotę. Niestety moja reakcja nie uszczelniła naszej defensywy, przez co nie dowieźliśmy remisu do przerwy, kiedy tuż po naszym wyrównaniu rezerwowy Negro z De Martinem wyszli do przodu zostawiając za sobą ogromną dziurę, którą wykorzystał Pinto, po raz drugi wysuwając gości na prowadzenie.

 

Na dodatek jak zwykle tuż po przerwie po raz kolejny dostaliśmy obuchem przez łeb, gdy już w 47. minucie Gruszka pierwszy i jedyny raz w tym meczu doprowadził mnie do białej gorączki głupim faulem tuż przed linią pola karnego, który był równoznaczny z golem Schröera z rzutu wolnego. Nie licząc piętnastominutowej przerwy w szatni, straciliśmy dwa gole z rzędu, więc teraz byłem już pewien, że jest ostatecznie po nas.

 

A jednak i tym razem nie zrobiło to najmniejszego wrażenia na moich zawodnikach! Zamiast się poddać, tak jak robiliśmy to w każdym przegranym meczu tego sezonu, walczyliśmy dalej. W 50. minucie zepchnęliśmy Schalke w pole karne, Gruszka wrzucił piłkę z autu, Suárez przedłużył ją głową na środek szesnastki, a tam Negro zastawił się przed Pinto i mocnym strzałem otworzył swoje konto strzeleckie w RWE. Pięć minut później wyszliśmy z kontratakiem, Klaus zablokował próbę podania Barisicia, ale odbitą piłkę przejął Rose i oddał Franzowi, który dograł Schachnerowi, a Andreas atomowym strzałem zdobył swojego drugiego gola! Znowu remis!

 

Mało tego, po godzinie gry Franz tym razem popisał się krótkim rajdem, mimo asysty Konopki podał prostopadle do Schachnera, a Andreas wyłożył czającemu się Barisiciowi, który dał nam prowadzenie! Prowadzenie! Dwa razy przegrywaliśmy dwiema bramkami, a teraz przy wrzawie dwudziestu tysięcy widzów na Georg-Melches-Stadion wyszliśmy na prowadzenie! Nie miałem nic przeciwko, by na tym strzelanina się skończyła, ale kolejną chwilę później kibice mieli okazję oglądać dziesiątą bramkę; niestety już nie naszego autorstwa. Z bajecznego prowadzenia cieszyliśmy się zaledwie 120 sekund, tyle bowiem czasu potrzebował De Martin, by podarować Schalke rzut karny i zostać przeze mnie wywalonym do szatni niemalże na butach.

 

Od tej pory w środku pola trwała zacięta bitwa, mecz prowadzony był w bardzo szybkim tempie, a niezwykłą rzeczą, jaka się dokonała, było to, że w pewnym momencie wszyscy zapomnieli o tym, że jest to walka o arcyważne punkty, bo absolutnie wszyscy na stadionie doskonale się bawili, obserwując nieustępliwą walkę cios za cios. Kiedy w samej końcówce Schalke przeszło na ryzykowne 4-2-4, byliśmy o krok od zadania decydującego uderzenia, ale w ostatniej akcji meczu strzał Schachnera o włos minął słupek bramki Zanettiego.

 

Chociaż w pewnym momencie mieliśmy realną szansę na zwycięstwo, byłem w bardzo dobrym humorze, a po końcowym gwizdku zarówno moi podopieczni, jak i zawodnicy Schalke szeroko się uśmiechali i zanosili przyjacielskim śmiechem, gdy przybijali sobie nawzajem piątki, pewnie sami nie mogąc uwierzyć w przebieg tego kosmicznego meczu. W szatni szczerze pogratulowałem drużynie woli walki i serca, jakie włożyli w grę po raz pierwszy od sierpniowych zwycięstw nad Alemannią i Stuttgartem. Może jednak w końcu odbijemy się od dna?

Cytat

04.12.2024, Georg-Melches-Stadion, Essen, widzów: 20 807

BL (16/34) Rot-Weiss Essen [17.] – Schalke 04 [7.] 5:5 (2:3)

 

2' S. Ilić 0:1

12' Ronaldo 0:2

28' D. Barisić 1:2

44' A. Schachner 2:2

45' R. Pinto 2:3

47' T. Schröer 2:4

50' M. Negro 3:4

55' A. Schachner 4:4

60' D. Barisić 5:4

62' Ronaldo 5:5 rz.k.

 

Rot-Weiss Essen: B.Kanté 7 – A.Albrechtsen 6, D.Pittet (32' M.Negro 7), M.De Martin 5 (63' M.Delbaere 7), M.Gruszka 6 – F.Suárez 7, T.Franz 8, M.Rose 7, M.Andreasen 7 – D.Barisić 8 (80' K.Walter 6), A.Schachner 9

 

GM: Andreas Schachner (N, Rot-Weiss Essen) - 9

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×