Skocz do zawartości
Makk

Chaos przez pracowitość = zrobione

Rekomendowane odpowiedzi

Wtorek. Parę minut po godzinie 19.

Wyszedłem z pracy, z ulgą zapaliłem papierosa, w powietrzu uniósł się charakterystyczny zapach „mokrego dymu”. Zaczynało kropić. Powolnymi krokami zbliżała się wiosna.

Wreszcie można spokojnie udać się do domu. Usiadłem w tramwaju na pętli Służewiec. Siadłem i złapałem kilka głębokich oddechów. Jakoś dzień dzisiejszy w robocie mnie strasznie zmulił. Siedziałem i robiłem niby tylko (aż) 11 godzin, ale mózg mam wypalony jak towar z Amsterdamu.

Dobrze, że już po pracy. Nawet już nie miałem ochoty wyjąć e-booka i poczytać. Nasunąłem kaptur na głowę i postanowiłem się zdrzemnąć przez te zacne 15 minut drogi. Tyle trwa dojazd z pętli do metra. Z tym przysypianiem u mnie to już standard. Nie ważne czy jadę autobusem, metrem, tramwajem – przysnąć zawsze mi się udaje. Czasem nawet aż za bardzo. Nie raz jadąc przespałem stację wyjściową i musiałem wracać.

Głowa mi odpocznie i oczy. Od tych monitorów przez taki czas męczą mi się gałki. Podobno gdzieś w domu mam patrzałki, ale nie udało mi się ich znaleźć na chwilę obecną. Nie wiem, gdzie je posiałem.

Może wieczorem uda mi się nie zasnąć i obejrzę mecz Ligi Mistrzów.

Na chwilę otworzyłem oczy, spojrzałem za okno. Z drugiej strony szyby zasuwały sobie krople deszczu, ale bez problemu się zorientowałem w terenie. Do wysiadki zostały jeszcze 4 przystanki.

Przez spędzone nadgodziny w firmie (oczywiście nie płatne) nie poszedłem z chłopakami pograć w piłkę. Co środa mieliśmy możliwość zebrać się na hali i pokopać za pieniądze firmowe. Zazwyczaj zjawiało się coś koło 13 osób. Same znane persony: dwa razy Messi, raz Ronaldo, raz Lewandowski. Nawet niejaki Schmeichel bywał. A i Mike Jordan potrafi nam dobrze wyskoczyć.

Jak bywało nas nieparzyście to była lekka ulga dla mnie. Już nie te lata i nie te siły. I oczywiście jaranie. Wszystkie te aspekty robiły ze mnie dobrego rezerwowego. W rozumieniu zmian hokejowych.

Co śmieszniejsze, żadna z osób przychodząca nigdy nie chciała być w młodości piłkarzem.

Ale koniec tych krótkich rozmyślań. W głośniku tramwajowym usłyszeć było można „Metro Wierzbno” wymówione głosem Tomasza Knapika. Czas na wysiadkę i zapakowanie się do metra. Następne 20 minut jazdy i będę w domu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Kolejny nudny dzień w robocie przebiegał standardowo. To zamówić, tam anulować, zadzwonić, przesunąć termin, pogonić kogoś z dostawą.

Pracuję w jednym miejscu już 8 lat. Ostatnimi czasy nachodziły mnie myśli o rzuceniu pracy w B.E.J.chem. Podobno człowiek w pracy popada w rutynę po około dwóch latach na tym samym stanowisku. Ja co prawda zmieniałem je tu co jakiś czas, ale i mnie rutyna zaczęła doganiać. Zaczynałem od zwykłego dostarczania pracownikom paczek, listów i innych pierdół. Tak zwany pracownik logistyki. Później powoli skakałem z jednego stołeczka na drugi. Podobno doceniali moje podejście, chęć rozwijania miejsca pracy i umiejętność zarządzania. A to dobre! Sam o sobie bym tego na bank nie powiedział. Może po prostu dobrze udawałem?

 

Dziś siedzę sobie na stanowisku supervisora w dziale pod tytułem "Zarządzanie transportem i przerzutem komponentów płynnych dla partnerów strategicznych". Długa i nuda nazwa. Tak samo, jak moja praca teraz.

Pode mną jest kilkanaście osób pracujących. Niektórzy z nich to jakieś zawistne dupki ze słomą w butach, które tylko chodzą i szukają możliwości podpierdolenia kogoś. Nie ma to, jak podpieprzyć stanowisko koledze/ koleżance. Jakby to tylko ode mnie zależało, to od razu bym się pozbył takich chamów.

Coś by się przydało zmienić. Zastanawiałem się tylko CO? Robotę? Odpada raczej. W tym wieku, co mam na karku będzie raczej ciężko. 31 lat to nie jest raczej dobry czas na taką zmianę. W gruncie rzeczy moja hiszpańska firma nie jest zła. Choćby dobrze płacą. Ani ja, ani żona nie narzekamy na to. Ciepła posadka i krzesełko pod tyłkiem.

Tak czy inaczej, nowe wyzwanie, by się mi przydało.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Siedziałem, robiłem statystyki i mi się odechciało. Potrzebowałem przerwy na fajka. Już miałem się zbierać do wyjścia, jak zaczął mi dzwonić telefon dumnym dzwonkiem "Marszu Imperialnego". To oznaczało jedną osobę- moją żonę.

- No co tom? – zapytałem od razu.

- A nic, chwilowo nie ma, co robić. – odpowiedziała znudzonym głosem moja Marta.

- Hmm, to dobrze, bo mi też. Właśnie miałem wychodzić na peta. A poza tym nudy. Dziś nadzorowałem duże zamówienie na Łotwę i się trochę tym zmęczyłem. Trafiłem na jakiegoś idiotę i musiałem się z nim użerać. Na całe szczęście już niedużo mi zostało. – powiedziałem to zdanie z papierosem w ustach, telefonem między ramieniem i uchem oraz zakładając kurtkę. Wszystko na raz.

- Wychodzisz dzisiaj normalnie czy znowu siedzisz dłużej?

- Normalnie. O 16 wyłażę. Muszę odpocząć. Może jakiś urlopik na piątek sobie wezmę. O już wiem! Pójdę oddać krew. Zamówienie gotowe, jutro z rana wychodzi, także będzie luz. – w głowie układał mi się genialny plan. Nad głową powinna mi się pojawić chmurka z zacierającymi rączkami.

- Dobra. Co jemy? Pizza? Bo już jestem na maxa głodna. – zaproponowała jedne ze swoich ulubionych dań. W sumie moje też.

- Ok., może być pizza. Tylko mrożona. Po ostatniej wizycie w pizzeri mam na razie takiej dosyć. – otworzyłem drzwi, już miałem przekroczyć próg pokoju.

- Dobra, to kupię, jak będę jechać.

- Yhy... Ożesz kurwa…!!! – wymsknęło mi się na głos. Zapomniałem po prostu o kontenerku, który stał zaraz za drzwiami i walnąłem się w piszczel.

- Co ty robisz? Co się stało? – zapytała zaskoczona Marta.

- Aj nic. Koleżanka w krótkiej kiecce schylała się właśnie po długopis, a ja podziwiałem. – odpowiedziałem ze słyszalną szyderą w głosie. Wiedziałem, że moją żonę drażnią bardzo takie teksty.

- Dobra, dobra. Tylko jej tam po tyłku nie klep. Popatrzeć możesz. – odpowiedziała szybko.

Tym razem koleżanki Ani nie było jednak na korytarzu. Ale nie da się ukryć, że panna ma nogi pierwsza klasa. Można by było patrzeć często na nie. Cycki też niczego sobie, lekką ręką rozmiar 75D. Reszta ujdzie w tłoku.

Tą szybką myśl, co przeszła przez głowę w ciągu jednej setnej sekundzie przerwał głos prawie z naprzeciwka mnie. Sam dyrektor kierował się w mym kierunku machając ręką.

- Dobra, muszę kończyć. Dyro do mnie idzie i kiwa łapą. Ciekawe co chce? – powiedziałem do telefonu i miałem się już rozłączać.

- Ok., powodzenia. I do potem. Pa. – rzekła Marta.

- No hej.

 

- Maciek, zaczekaj moment. Chciałem pogadać. – zbliżył się dyrektor i wyciągnął rękę w celu przywitania się.

Odpowiedziałem tym samym.

- Dobry. Co słychać u pana?

- Dobrze. Wszystko jakoś się układa. Wychodzisz teraz? – zagaił Conrado widząc, że stoję w kurtce.

- Miałem wychodzić na fajka i się przewietrzyć. A coś się stało? Mogę iść później.

- Nie, nie. W porządku. Leć, odetchnij. Sprawa chwilę poczeka. – szef był wyraźnie z czegoś zadowolony i jakiś dziś taki żwawy.

- Jasne. Zaraz wracam i wpadnę do pana. – odetchnąłem sobie lekko wewnątrz.

Zapiąłem kurtkę, kaptur na łeb i poszedłem pod fontannę jarać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Po kilku minutach na przerwie wróciłem, zrzuciłem katanę. Dobrze było się przewietrzyć. Już miałem posadzić swój zadek na krześle, jak przypomniałem sobie, że muszę się udać do szefa. Była godzina 13, a ja już się zbierałem myślami powoli do domu. Choć do 16. jeszcze trochę czasu zostało.

Poszedłem w dłuż korytarza. Zastanawiałem się czego może chcieć ode mnie Conrado. Ostatnimi czasy nic nie przeskrobałem, nikogo nie obraziłem mocno. Tak przynajmniej mi się zdawało.

Zapukałem do drzwi. Od razu usłyszałem odpowiedź, żebym wchodził. Otworzyłem, wszedłem do środka gabinetu.

- Witam szefie. Można? – zapytałem go, bo siedział ze wzrokiem w papierach.

- Tak, tak. Proszę, siadaj sobie. Już moment, skrobnę dwa podpisy i pogadamy. – nie spuszczając oczu z kartek powiedział Conrado.

Ja sobie siadłem w fotelu i patrzyłem przez okno. Widok był dziś ciekawy- spod pociągu relacji Radom - Warszawa, właśnie wyciągali jakiegoś biedaczka. Tak to bywa, jak przechodzą łajzy przez tory w niedozwolonym miejscu, gdzie kolej się właśnie rozpędza. Co za głupki. I dobrze mu tak.

Z tej refleksji wybił mnie głos:

- Halo, tu ziemia! Słyszysz mnie Maciek? – dochodzący ton był wielce rozbawiony. Nie był to jeszcze śmiech, ale już niewiele brakowało.

Oderwałem się od patrzenia w okno.

- Tak, tak. Przepraszam, zamyśliłem się. Już słucham uważnie. W czym mogę pomóc panu?

- Spokojnie, jest ok. Po pierwsze chciałem pogratulować domknięcia sprawy z Łotyszami. Wielka sprawa i oczywiście duża kasa dla firmy. W pewnym momencie myślałem, że się wycofają. – szef był wielce zadowolony. Nie tylko w głosie było to słychać, ale także po sposobie prowadzenia rozmowy. Wypowiadał się bardzo luźno.

- Dziękuję. Było sporo roboty, ale jest sukces. To nie tylko moja zasługa. Cały zespół dobrze prowadził sprawę. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- Wiem, wiem. Z najbliższą wypłatą się przekonają, że praca została doceniona. – z szelmowskim uśmieszkiem powiedział Conrado. Lekko poprawił się w fotelu. – Chcesz się czegoś napić?

- Nie dziękuję.

Rozsiadł się wygodniej. Wziął głębszy wdech i zaczął:

- Ty oczywiście też dostaniesz dobrą premię przy wypłacie. Zasługujesz na to. Mam też dla ciebie taką „inną premię”. Akurat ta jest dla ciebie do przemyślenia. – to było jak dla mnie wielce zagadkowe zdanie. Nie miałem zielonego pojęcia, co to miało znaczyć. A że nie lubię zostawiać czegoś tylko w domysłach, to zapytałem.

- To znaczy co? Bo nie rozumiem.

- Jak wiesz albo i nie… niedługo chcemy otworzyć nowy oddział. Miałby się zająć całą Europą południowo- wschodnią. Wiesz, Słowenia, Słowacja, Ukraina, A, no i Chorwacja. Cały czas zapominam o nich. Ja chcę widzieć ciebie, jako głównodowodzącego tam. – jakoś zostałem zaskoczony na maxa. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

- Aha, wszystko fajnie, tylko…

- Tylko zaskoczony i nie wiesz, co myśleć? Spokojnie. Nie ma wielkiego pośpiechu. Damy ci rzecz jasna, czas do namysłu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Przez kolejne godziny w pracy rozkminiałem propozycję. I dalej w domu też zapewne będę to robić. Tu nie liczyło się tylko moje zdanie. Rodzina musi się zapoznać dziś z taką informacją.

Moja żona raczej nie będzie zadowolona na początku. Ma swoją prace, córka szkołę. Porzucić to i wyjechać do nieznanego kraju, to ciężka rzecz. Szczególnie, jak się ma wszystko tu poukładane.

Wracając do domu, rozważałem kilka możliwości. Najrozsądniej chyba wypadała opcja mojego wyjazdu i, jak już bym się urządził, to panie, by dołączyły do mnie w nowym miejscu.

Jasne, można było zostać w Polsce i żyć sobie. Tylko, po co słuchać co najmniej 5 razy dziennie, że wszystko to wina Tuska?!

Rzygać się chce.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Po drodze z autobusu zgarnąłem córkę i później już szybko przybyliśmy do mieszkania.

Była godzina zaraz po 17. Dałbym sobie uciąć włosy, że rozmowa moja z żoną będzie się ciągnąć do wieczora późnego.

Oby tylko na spokojnie.

Siedzieliśmy w pokoju, jedliśmy spaghetti i dyskutowaliśmy na temat mojego „awansu”.

- Fajnie, że doceniają ciebie i to, co robisz. A nie mogli dać jeszcze większej premii albo awansować cię na miejscu? – przełknęła kluchy i z uśmieszkiem skomentowała sytuację Marta.

- Nie wiem. Widocznie nie. – odpowiedziałem.

- A jaki to miał być kraj? Gdzie chcę cię wrzucić? – już coś musiało zaczynać świtać w jej głowie.

- Kraj na W…

- Winlandia! – ze śmiechem dokończyła żona. Odstawiał talerz, przełknęła jedzenie i dalej się śmiała.

- A innych krajów nie znasz?

- Znam, ale ten mi pierwszy wpadł do głowy. – dalej chichrając się, mówiła Marta. – Są jeszcze Wyspy Owcze, Watykan, Wielka Brytania, Włochy. Jeśli mówimy tylko o Europie.

- Tak. Tylko Europa. Jakoś nie uśmiechami mi się wybywać na jakiś wypizdów typu Wenezuela albo WKS. Choć Wyspami Cook`a bym nie pogardził. – odpowiedziałem i usiadłem sobie w fotelu. Włączyłem monitor i przypomniałem sobie w tym właśnie momencie, że muszę wysłać maila do kolegi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Ostatnio marzyła mi się jakaś zmiana i tu bach! Jest możliwość, nie tyle zmiany, co postawienie prawie wszystkiego na głowie.

Siedziałem skupiony i gapiłem się w monitor. Nagle z boku doszedł mnie głos żony.

- I jakbyś to widział? Wszyscy na hura wyjeżdżamy?

- Hmm, raczej nie. Jeśli już bym przyjął ofertę, to myślę, że najpierw ja bym pojechał, ogarnął miejsce. Coś wiesz, do mieszkania i tak dalej. Mała skończy rok szkolny tu, a potem wpadniecie do mnie. Spędzimy w nowym kraju wakacje i się pomyśli dalej. – snułem swój pomysł, który już ułożył mi się w głowie.

- Ty sam tam? Jasne! Jakieś panienki zaczniesz wyrywać i powiesz, że nie musimy przyjeżdżać! – czarne scenariusze z ironią napływały w mym kierunku.

- Jasne. Na bank będę się nudził i się szwendał nie wiadomo gdzie. – jakoś w tym temacie nie byłem skory do żartów na chwilę obecną.

- No właśnie tak.

- Yhy, weź pod uwagę, że muszę tam ogarnąć całą firmę. Praktycznie od samego początku. Nawet nie wiem, kto tam pracuje. Zapewne z kimś trzeba będzie się pożegnać, kogoś przyjąć.

W huk roboty. Jak coś oczywiście. Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjąłem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Kolejne dni mijały spokojnie. Zarówno w domu, jak i w robocie. Był koniec marca to i pogoda się zmieniała.

W końcu po około półtora tygodnia podjąłem decyzję (wspólnie z domownikami rzecz jasna) odnośnie wyjazdu.

Przyszedłem rano do pracy. Godzina na zegarku 8:23. Za oknem słońce już jako tako świeciło, promienie powoli zaczynały grzać. Lekko, bo lekko, ale zawsze. Dziś zapowiadało się mało roboty. I całe szczęście, jakoś mnie zmuliła noc. Kiepsko mi się spało. Może jakieś przesilenie wiosenne nadchodzi albo co...

Wyjąłem z torby żarcie i zacząłem jeść kanapkę. W międzyczasie napisałem maila do szefa, kiedy będzie miał chwilę na rozmowę.

Odpowiedź dostałem dopiero po dziewiątej. Był gotów na spotkanie i rozmowę. Napiłem się łyk wody, podniosłem i wyszedłem do gabinetu Conrado.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Miesiąc po odbytej rozmowie z szefem i zakomunikowanej decyzji byłem spakowany i gotowy na wylot. Samolot miał start z Warszawy zaraz po 7 rano.

Godzina lotu zleciała w okamgnieniu. Zanim skończyłem dopijać sok i kończyłem artykuł w gazecie, musiałem się zbierać do wyjścia z samolotu.

Przywitała mnie całkiem sympatyczna pogoda na zewnątrz. Słońce świeciło, ciepło było. Doszedłem do hali przylotów, zgłosiłem się po odbiór bagażu. Wokół mnie szamotało się bardzo wielu ludzi. Każdy z nich niestety gadał w innym języku niż mi znany. No cóż, takie uroki tego kraju. Ponoć to nasze bratanki, Ale ja jakoś tego nie czułem. Zabrałem swoją torbę i skierowałem się ku wyjściu z lotniska.

Nagle w odległości jednego metra ode mnie wyskoczył ciemnowłosy typek z uśmiechem od ucha do ucha. Ubrany w garnitur granatowy trzymał przed sobą sporą kartkę. Na niej widniało moje imię i nazwisko. Co prawda trzymał ją do góry nogami, ale udało mi się rozczytać: "ʍoʞʞɐɯ ɾǝıɔɐɯ".

Odezwałem się jako pierwszy:

- Hi, it`s me. I`m Maciej Makkow.

- Dzen dobry. Witaj. Ja Miklos Vincze. Przyjechać po ciebie miałem. Jestem. Witamy na miejscu. Jak lot? Wygoda? – starał się mówić po polsku koleś. Wydawał się zupełnie sympatycznym typem. Jego przywitanie nie było wyuczone, musiał mieć styczność wcześniej z moim ojczystym językiem.

- Witam, Maciek. Miło poznać. Dzięki, podróż spokojna. Jesteś samochodem? – chciałem już jak najszybciej opuścić zatłoczone miejsce. Wyjść na zewnątrz, odetchnąć.

- Tak, tak. Auto tam stać. Daj szefie, zabiorę walizkę. Tamtędy można iść.

- Dzięki, poradzę sobie. Chodźmy stąd, strasznie jarać mi się chcę. Kumasz, godzina na lotnisku bez, w samolocie kolejna i teraz pół. Tamtędy powiadasz do wyjścia? – i ruszyłem w drogę niespecjalnie czekając na odpowiedź Miklosza.

Wyszliśmy i skierowaliśmy się w stronę parkingu. Mój nowy towarzysz wskazał ręką na to miejsce. Skumałem, że pokazuje mi miejsce postoju swojego auta.

Przystanąłem na chwile, rozpiąłem torbę podręczną i wyjąłem fajki, zapalniczkę. Chciałem poczęstować nowego kolegę, a ten na to chętnie przystał.

Papieros zapalił się, ja wciągnąłem dym i głośno go po chwili wypuściłem.

- Wszystko przygotowane na pana wjazd. – zagaił Vincze.

- Przyjazd chyba. No to fajnie. Daleko mamy do miejsca zamieszkania? – zapytałem.

- Zamieszkania?

- Do domu. Tam, gdzie mam zostawić woje rzeczy. – wyjaśniłem, bo chyba mój rozmówca nie załapał, choć dalej był zadowolony nie wiadomo z czego.

- Aa. Tak, tak. Pozwoliłem sobie zapukać pokój w hotelu. Jako na razie asystent mam przygotowane mieszkania. – nadal zaciągający się i zadowolony koleś odpowiedział.

- No to fajnie. Mamy coś dziś w planach?

- Nie. Mam pomóc tylko zamieszkać. Dziś wolne.

- Aha. Ty masz być moim asystentem? – ledwo zdążyłem skończyć zdanie, a ciemnowłosy skinął głową. Wziął walizkę i wrzucił do bagażnika. Wsiedliśmy i pojechaliśmy do hotelu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Pierwsze dni w pracy (nowym miejscu) mijały dosyć szybko. Sporo roboty, ustalania, przekładania napędzało bieg czasu.

Na szczęście cała załoga, która się zebrała (czyli jakieś 12 osób) mówiła płynnie po angielsku. Dwie osoby dodatkowo potrafiły posługiwać się polskim.

Najgorsze były wieczory. Wracałem do pokoju koło godziny 18 i przez dobre dwie kolejne godziny mogłem sobie spokojnie pozwiedzać okolice. Towarzyszył mi w tym bardzo chętnie Miklosz. Oprowadzał, pokazywał, każdą przechadzkę kończyliśmy w wybranym przez niego pubie. Od takie, piwko przed snem.

Po powrocie, najczęściej siadałem do kompa i odpalałem skype. Chwila pogawędki z rodziną i spać.

Tak oto mijały kolejne dni, tydzień, drugi, trzeci, czwarty. Dwa razy udało mi się wybyć do Warszawy na weekend w gronie rodzinnym. Później trzeba było jednak wrócić do szarej rzeczywistości pracy. Moja prawa ręka Vincze to była prawdziwa… prawa ręka. Pomagał, starał się mocno. Moje pierwsze wrażenie odnośnie tego typa tylko się utwierdziło. Naprawdę był sympatyczny, otwarty i można było z nim o wielu rzeczach pogadać.

Oprócz pracy główny temat to piłka. Gość był zbzikowanym fanem futbolu, zapalony kibic Újpest FC. Godzinami potrafił opowiadać o meczach, na których bywał. Ja mu odwdzięczałem się historyjkami z polskich boisk, a w szczególności o Hutniku Warszawa. Mojej ulubionej drużynie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Wtorek. Spojrzałem na zegarek, a tam dopiero była 12:15. Jakiś zaduch w gabinecie i moje samopoczucie kazało mi się ewakuować na zewnątrz. Od samego rana nie byłem na przerwie, a to spotkanie, a to konferencja z Warszawą, a to tamto.

Już ciężko mi było wysiedzieć. Otworzyłem drzwi, wyszedłem z pokoju.

- Hej, Miki. Idziesz na faja się przewietrzyć? – zapytałem gapiącego się w monitor z pełnym skupieniem kolesia.

- Ano, mogę iść. Chwila odpoczynku się przyda. – odpowiedział z zapałem w głosie. Też już chyba miał dosyć.

Wyszliśmy, zapaliliśmy, odetchnęliśmy wiosennym powietrzem.

- Hej szefie, jutro idziemy trochę pokopać piłkę. Idziesz z nami? – zapytał ciemnowłosy.

- A gdzie gracie?

- Niedaleko. Praktycznie, co tydzień, a nawet dwa razy, spotykamy się z paroma chłopkami i gramy. Taka tam na maxa amatorka. – odpowiedział mój rozmówca.

- Jakieś ogarnięte warunki macie? I to w końcu gracie raz czy dwa razy?

- No raz. W soboty. W środy spotykamy się i coś tam trenujemy.

- Aha, czyli raz bieganie, raz piwko, raz nic?! – powiedziałem i zacząłem lekko się śmiać. Oczywiście nikt nie poczuł się urażony. Miklosz złapał mój żart.

- No pewnie! Już jakiś czas temu dostaliśmy dofinansowanie z firmy. Podłączyliśmy się do klubu Újbuda TC.

. Korzystamy z ich boiska i tak dalej.

- Hmm, dziwne. Nie słyszałem nic o tym. Tylko od nas przychodzą ludzie?

- Tak, nie. Z tego klubu też. W sumie jest nas tylu, że każdy, kto przyjdzie, może grać. W zeszłym roku kilku spotkań z przeciwnikiem nie zagraliśmy, bo za mało osób przyszło.

- Haha, ale lipa. Jasne, chętnie wpadnę. Troszkę takiego ruchu mi się przyda. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Zgasiliśmy pety i wróciliśmy do roboty.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jak się rzekło, to się zrobiło. Po robocie od razu pojechaliśmy pograć. Oprócz nas dwóch pojawiło się około 14 osób. Część była z firmy, cześć to ich znajomi.

Od Miklosza dowiedziałem się, iż dziś to i tak sporo osób. Zwykle przybywa koło 12. Przez to są czasem problemy ze składem.

W szatni się przebraliśmy i wyszliśmy. Było ciepło, słonko grzało. Murawa na boisku tylko zachęcała do pokopania gały.

- I jak się podoba okolica? - zapytał kumpel, zawiązując sobie sznurówki już na zewnątrz.

- Spoko. Kompleks cały nawet robi wrażenie. Widoki na lasy, boisko też niczego sobie. Widziałem, że jeszcze dwa mniejsze są...

- Tak. Oba sztuczne. Reszta też dobra. Jest basen, siłka, bieżnia pod dachem, i małe boisko pod dachem też. Wszystko dosyć nowe. W 2007 roku pobudowali to i od razu klub założyli. - skończył wyliczać atuty miejsca i ruszyliśmy w stronę murawy.

- A wy gracie tak dla siebie, czy jesteście zgłoszeni? - zapytałem teraz, bo wcześniej wyleciało mi to jakoś z głowy.

- Gramy w lidze. W zeszłym roku byliśmy w czwartej. Teraz już awansowaliśmy do trzeciej. W sumie fartem... - zaczął wywód Miki.

- Jak to?

- Byliśmy na czwartym miejscu, ale dwie ekipy się wycofały pod koniec sezonu, a jedna zaraz po zakończeniu. Kłopoty z kasą i ludźmi. Wiesz, tu u nas na Węgrzech, liczy się tak naprawdę tylko Ekstraklasa. W pierwszej lidze są zespoły półzawodowe. Reszta niżej to amatorzy plus ledwie półprofesjonalne teamy. Bida z nędzą.

- Aha. Kumam. Czyli wasza III liga to odpowiednik... - nie zdążyłem dokończyć, bo Miklosz zrobił to za mnie.

- Waszej, hmmm... szóstej ligi. Może nie odpowiednik, ale poziom grania, kasy i tak dalej.

- Trener was ciśnie?

- Jaki trener? - był cholernie zdziwiony mój kompan. Weszliśmy na boisko i widać już było rozciągających się kolegów.

- No wasz. Chyba macie jakiegoś?

- Hehe, dobre żarty. W żuciu! Człowieku, tu prawie samowolka jest. W zeszłym roku dostaliśmy 5 walkowerów. Trzy były za ilość zawodników. Aż pięciu nas przylazło na mecz. - opowiadał bardzo rozbawiony Miklosz.

- A dwa pozostałe?

- Powiem tak: nie mogliśmy się w czasie spotkania dogadać, co, kto i jak. Zaczęły się przepychanki małe i sędzia podziękował nam.

- Ajajaj. Nieźle. Banda kretynów normalnie bym powiedział. - odrzekłem spokojnie, ale zgodnie z prawdą.

- Dobra, koniec gadania. Idziemy kopać. Po 6 zagramy. Po jednym rezerwowym.

- Uff, jasne. I tak bym nie wytrzymał kondycyjnie tego grania. Ja se klapnę i będę wchodził jak coś. - porozciągałem się i siadłem na ławie. Nie te lata na takie bieganie i szaleństwa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Życie toczyło się dalej wolnym tempem. Praca, powrót do domu, w środę pokopanie z chłopakami, w sobotę meczyk oglądałem z wysokości trybuny. Chłopaki nawet sobie radzą.

W weekend odpoczynek, dwa razy lot do rodziny do Warszawy, raz się nawet udało i moja córa z żoną wpadły do mnie, do Budapesztu.

Do wakacji i ich przyjazdu zostało już bardzo niewiele czasu, ledwo kilka tygodni. Był początek czerwca, piękna pogoda tu u mnie. Już siedziałem na szpilkach i nie mogłem się doczekać ich przylotu na dłużej.

Na treningi przez ostatni czas przychodziłem już raczej z ciekawości niż na granie. Jak brakowało kogoś, to i owszem, pokopałem trochę. Ale szczerze mówiąc, nie miałem już siły biegać. Jednak jaranie szlugów nie sprzyja bieganiu.

Czasem wychodziło ze mnie, to, że jestem ich szefem w biurze- potrafiłem pokrzyczeć na nich przy boisku i niechcący wytkać im błędy w zagraniach.

Na szczęście chłopaki mieli duże poczucie humoru i się tym nie przejmowali. Kazali mi iść w diabły, ładnie mówiąc.

Właściciel całego miejsca, Istvan Deli, też miał z tego niezły ubaw. Na tyle, co, z nim pogadałem, wydawał się sympatycznym typkiem. Miał luźne podejście do tej drużyny. Widział, że to dobra zabawa dla chłopaków i im starał się przyklasnąć.

Później od Miklosza dowiedziałem się, że Deli został zarządzającym tym w sumie z przypadku. Kiedyś był lokalnym biznesmenem, który z miłości do miejsca ładował tu swoją kasę. Szkoły, przedszkola, place zabaw dla dzieciaków, parki - na to wszystko ładował ze swojej kieszeni. Jak widać, władze miasta jakoś nie miały nic przeciwko. Ten cudny kompleks sportowy, zwany Ujbuda Sportmax, też wypłynął od niego. W ramach "podziękowań" radni nadali mu status prezesa i opiekuna całości. Śmieszne, tak czy siak, to przecież było jego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Dziś mamy 20 czerwca. Dzień ciepły w cholerę. Za godzinę miałem się zbierać do domciu. Po drodze wpadnę po coś do żarcia, potem prysznic i na basen się chyba wybiorę.

Myślami byłem już poza firmą. Ten tydzień był ciężki, domykaliśmy sprawę dużej dostawy chemikaliów do tutejszego sporego zakładu. Już nawet zdążyłem odebrać ze dwa maile z gratulacjami z samej Hiszpanii. No proste, my się pomęczyliśmy, oni zacierają rączki na hajs z tej transakcji. Wszystko się zgadza. A jak!

Napiłem się łyk zimnej coli i wstałem. Otworzyłem drzwi. Coś dziś chyba ta klima nawala, ciepło jak diabli.

- Hej Miki, idziesz na faja? - zapytałem mojego asystenta, co właśnie dobrze udawał, że pracuje.

- Jasne szefie. Mogę się przejść. - odpowiedział.

- No to chodź.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Wyszliśmy na dwór, a tam żar. W cień weszliśmy za budynkiem. Dobrze, że dziś piąteczek i nie trzeba było w garniaku się wlec do roboty.

Zapaliłem, podałem ogień Mikloszowi. Ten się zaciągnął i wypalił od razu:

- Ej szefie, a ty byś nie chciał nas trenować?

- Ja? Wolne żarty! Człowieku ogarnij się. Niby ja mam wam mówić, jak biegać, jakie ćwiczenia robić i tak dalej? - zapytałem wielce rozbawiony zaczętą rozmową.

- No może nie aż tak. Wystarczyłoby, żebyś nami pokierował. Tak gadaliśmy z chłopakami i doszliśmy do wniosku, że często masz rację. Z boku boiska dużo widzisz i dobrze podpowiadasz nam, co do ustawienia i zagrań. - dalej ciągnął swoją fantazję Miklosz.

- Ale bez jaj, ok?! - krótko powiedział mu, wypuszczając dym.

- No powaga. Ludźmi potrafisz kierować, oni cię słuchają. Wiedzę o kopaniu masz. Przydałbyś się nam. Dwa razy w tygodniu sobie na nas pokrzyczysz, ulży ci. A co masz innego do roboty?

- A więc, nie wiem, od czego zacząć...- w sumie miał rację mój asystent. Do przyjazdu rodzinki lepszego zajęcia poza pracą nie miałem. Na boisku będę mógł ich ostro strofować jak coś, a nie jak w robocie leciutko zwracać uwagę. Tu zaraz powiedzą mobbing albo inny wymysł.

- No widzisz. Nic nie masz aż takieeego! Prawie za dwa miesiące startuje liga. Do tego czasu nas potrenujesz i zobaczysz czy się podoba. Jak nie, odejdziesz. Jak się spodoba, to razem w lidze powalczymy. - dalszy ciąg fantazji kolegi miał miejsce.

- No powiedzmy, że się zgodzę...

- No to zajbiszcie! Chłopaki też są za. Właściciel Deli też. Już z nim gadałem. Bardzo cię lubi i szanuje za wiedze piłkarską. - zajarany na maksa był mój rozmówca.

- Moment! Nie powiedziałem, że tak! Tylko że się zastanowię. Moja wiedza piłkarska? He, dobre! Umiem sobie poradzić w Football Managerze i lubię oglądać Ligę Mistrzów. Od cała moja wiedza, koleś.

- I wystarczy szefie! Jak coś, to sobie coś poczytasz w necie i już. Przecież nie będziesz prowadzić Ujpestu ani innego giganta. Tylko banda chłopków. - zaciągnął się ostatni raz Miklosz i zaczął gasić peta w popielniczce.

- O węgierskiej piłce mam takie pojęcie: znam Fernenca Puskasa, bo grał w Realu Madryt i Miklosa Fehera. Biedak. Strasznie byłem w szoku, jak zaszedł na boisku. - też gasiłem peta.

- Pamiętam. To było straszne. Tak czy inaczej, namyśl się do poniedziałku i wpadaj. - zakończyliśmy pogawędkę przy fajku i poszliśmy się pomęczyć jeszcze tą godzinę w pracy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

W weekend chciałem przemyśleć wszystko za i przeciw trenowaniu tych dziadów. Trzeba przecież będzie na dobry początek ściągnąć jeszcze kogoś. Co ja zrobię, jak przyjdzie ich kilku do grania? Lipa straszna będzie.

Sam nie dam rady, będę potrzebować przy linii jakiegoś pomocnika. Wezmę sobie mojego biurowego asystenta. Najlepszy na boisku to on nie jest. Oczywiście lekko mówiąc. Miklosz Vincze nada się bardzo. Będzie robił notatki i pilnował za mnie różnych rzeczy.

Razem wymyślimy, jak ogarnąć tą całą bandę, żeby się nie pozabijali. Odmowy nie przyjmę z jego strony. Powiem mu, że się tylko do tego nadaje i będę miał z bani.

Przy boisku miałem też zastać gościa, który został mi przedstawiony jako główny (i jedyny) lekarz dla zespołu. Zsolt Halgas. Prezes Deli ściągnął z pobliskiego szpitala swojego młodego znajomego, który dopiero zaczyna pracę w zawodzie lekarza. Potrafi nakleić plaster na ranę i polać wodą utlenioną, więc się przyda.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Taki lekarz to prawdziwy skarb :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Na innego i na lepsze "zastrzyki" ni ma kaski. Zresztą na ewentualny gips na ręce, nogi też brakuje. Będziemy kraść z pobliskiej budowy, jak coś. ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Ubezpieczeni są, więc sobie poradzą :P pierwsza pomoc przy boisku zapewniona jest, w razie potrzeby zostaje dzwonić na pogotowie ^^

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Przemyślałem sprawę i byłem gotów poinformować o tym Miklosza i resztę chłopaków. Moja decyzja była jak najbardziej na tak. Wymyślę im taktykę, zagrania, rozdzielę zadania. Przynajmniej zajmę czymś myśli.

Poniedziałek obecny był do luftu. Za oknem biedna pogoda, jak to tu mówią "rohadt időjárás". Lekko padało od samej nocy. Taki wkurzający deszcz, mżawka.

Roboty dla mnie też było mało. Zapowiadał się strasznie ciągnący się poranek.

Wysłałem kilka maili, raport przepatrzyłem.

O godzinie 10 mieli wpaść chłopaki od grania. I tak też się stało. Przyszli wszyscy zaproszeni. Łącznie z ochroniarzem i kierowcami dwoma. Właśnie takie asy miałem trenować.

Zaprosiłem kompanów do sali konferencyjnej. Zasiedliśmy i zaczęliśmy rozmowę.

- Helló, urak. - powiedziałem po ichniemu, co wywołało lekki uśmiech na paszczach zebranych. Do tej pory dogadywaliśmy się po angielsku, tudzież z niektórymi po polsku. Ot, choćby jak z Mikloszem. Powoli zaczynałem przyswajać węgierski.

I kontynuowałem:

- Magyar nehezen lehet. Bocsánat. - dalej już gadałem po angielsku. Co niektóre rzeczy tłumaczył mój asystent. - Dzięki, że przyszliście. Przez weekend przemyślałem waszą propozycje, którą przedstawił mi oto ten pan. - wskazałem na prawo, gdzie siedział Vincze. - Jestem na tak. Zgadzam się. Spróbuję was jakoś ogarnąć i coś tam powalczymy.

- Świetnie! - dało się słyszeć od moich rozmówców.

- Pogadam z prezesem Deli na temat sparingów. Trzeba was ograć. Poza tym trzeba ściągnąć jakiś łepków, co zechcą z nami grać. Te 12 osób, sorry, ale nie wystarczy. Jakieś pomysły? - zapytałem wszystkich, bo widziałem na ich twarzach zafrapowanie.

Zaraz odezwał się jeden z przedstawicieli zepołu:

- Mam ze dwóch chłopaków, co, by chętnie pokopali. Zapytam czy przyjdą.

- Jasne. Niech wpada sporo osób, kogoś wybierzemy. - odparłem.

Vincze podłączył się do rozmowy. Jak dotąd siedział i milczał.

- Dać ogłoszenie do gazety. Najprościej. "Na testy" niech przyjdą. A swoją drogą prezes ma jakieś dojścia. Może coś nam ściągnie.

- Dobre pomysły Miklosz. Wszystko trzeba brać. - byłem zadowolony, że się włączyli do działania. - Mamy pomysły, czas działać. Dzięki wszystkim. Teraz chyba to wszystko. Do roboty.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×