Skocz do zawartości
Między 26 a 29 lipca w LIPINACH odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy do zgłaszania się!
TEMAT ZLOTOWY

Rekomendowane odpowiedzi

Mój av i rzucane gdzieniegdzie uwagi zdradzają moją sympatię dla grimdarkowego settingu Warhammera 40000. Grywam w to od wielu lat, zdecydowanie nieturniejowo i klimaciarsko. Niedawno na forum Gloria Victis poświęconemu właśnie tej grze rozpoczęto organizować comiesięczne konkursy na krótkie opowiadania (maks 1500 słów) na zadane tematy, opowiadania osadzone w Imperium dżentelmena, który od tysiąca lat rozkłada się pogodnie na Złotym Tronie. Oto dwie moje próby, pierwsza w temacie "Psionik", druga "Last stand".

 

 

>>>>>>>>>>>

 

Parcere subiectis

 

 

Drzwi otworzyły się i do izby wszedł Karl, jak zwykle pochylając się pod niską framugą. W ręku trzymał siekierę. Sani zacisnęła dłoń na łyżce, mocno, chropawy metal wbił jej się w skórę. Przez plecy przeszedł jej dreszcz. Na szerokiej twarzy jej męża rysował się charakterystyczny dla niego grymas determinacji. Oślego uporu, jak wolała określać to Sani.

Karl podszedł bez słowa do masywnego, drewnianego stołu w kącie i sięgnął po garniec z mlekiem, opierając siekierę o ścianę. Sani rozpoznała ją natychmiast. Tego narzędzia jej mąż nie używał w gospodarstwie, było spadkiem po ojcu Karla który kupił je kiedyś od jakiegoś kupca w Heraklei. Piękne, szerokie ostrze ozdobione było słowem - zaklęciem w wysokim gotyku: "Parcere subiectis". Sani ta siekiera zawsze przypominała bardziej broń, niż zwykłe narzędzie.

Karl przelał trochę mleka do metalowej kwaterki i wypił jednym haustem. W Sani narastał strach. Miał podkrążone oczy, dwie wielkie plamy cienia zaległe w jego głębokich oczodołach. Siatka zmarszczek na czole złamana była w grymasie ponurej determinacji. Cała twarz Karla poorana była tymi splątanymi rysami, Sani nazywała je swoim dorzeczem co zawsze go bawiło.

Dziś nie było to jej dorzecze.

- Co ty robisz, Karl - spytała, widząc że znowu sięga po tę przeklętą siekierę. Głos pętał jej strach. - Odłóż to... Odłóż to zaraz! Proszę, Karl, proszę, odłóż to...

- Nie.

To nie był głos JEJ Karla, głos tubalny i głośny. Teraz głos jej ukochanego był cichy, jakby stłumiony. Głos, którego nie znała.

- Karl, nie możesz, nie chcesz tego zrobić, nie możesz, da się coś z tym zrobić, naprawić, wyleczyć, kapłan Rory na pewno pomoże no i są te Czarne Statki, Karl, łaska Imperatora...

- NIE!

Z oczu Karla popłynęły dwie łzy. To przestraszyło ją jeszcze bardziej.

- Łaska Imperatora - warknął Karl. - Imperator... Wiesz na czym polega jego łaska? Nie dasz żyć czarownicy, oto przejaw jego miłosierdzia! Ten twój wspaniały, pobożny Rory bez mrugnięcia okiem wezwałby do budowania szafotu. Nie mamy wyjścia, rozumiesz Sani? Absolutnie żadnej drogi wyjścia! Czarne Statki? Widziałaś kiedyś jakiś? Jeśli nawet istnieją, to omijają Nouveau Beziers szerokim łukiem, o ile w ogóle zdają sobie sprawę z istnienia tej kupy kamienia i łajna!

- Błagam...

- Nie dasz żyć czarownicy, zapomniałaś?

- To twoja córka, Karl!

Przez chwilę, krótką i błogosławioną chwilę Karl Trogan się zawahał. Przez chwilę.

- Wyjdź lepiej z domu, Sani. Dziecko nawet tego nie poczuje. Wyjdź.

- Ona ma na imię Tais. Nie zrobisz tego.

Wstała i zablokowała drzwi do izby, w której spała jej córka. Ich córka.

Karl podszedł powoli z opuszczoną głową. Skrzypienie desek podłogi uginających się pod jego ciężarem tworzyło dziwny kontrapunkt dla łkania jego żony.

- Wyjdź. To musi być zrobione.

- Nie, Karl opamiętaj się, to...

Sani skupiła swą uwagę na jego prawej dłoni, dłoni z siekierą. Uderzenie lewej pięści całkowicie ją zaskoczyło, jej głowa odskoczyła i uderzyła we framugę drzwi. Sanella Trogan osunęła się na ziemię. Karl na chwilę mocno zacisnął oczy i jęknął. Otworzył drzwi.

Troganowie nie byli bogaci, ale Tais była dzieckiem na które czekali aż dziesięć lat, więc przy urządzaniu jej pokoju nie szczędzili środków. Drewniane regały które Karl wykonał własnoręcznie uginały się pod ciężarem jej ubranek, zabawek, pieluszek i lekarstw. Pod oknem stała oparta o ścianę pomalowana na czerwono metalowa wanienka. Osobna szafka wypełniona była albumami z setkami zdjęć zrobionych małej istotce, którą Karl musiał teraz zabić.

Tais spała w kołysce, kolejnym dziele jego rąk. Jej okrągłą buzię półrocznego niemowlaka wieńczyła niesforna burza kasztanowych włosów, zupełnie takich samych jak u matki. Leżała na boku, z paluszkami w buzi co pomagało jej w zasypianiu. Nad kołyską krążył leniwą orbitą drewniany konik na kółkach. Obecnie Tais potrafiła robić to nawet przez sen. To właśnie pozbawiło Karla ostatnich wątpliwości. A raczej: wątpliwości te odsunęło na bok, bo one nadal krzyczały mu z tyłu głowy przerażonym chórem. Ścisnął mocniej siekierę i zbliżył się do dziecka. Do wiedźmy. Do córki.

Nie potrafił zapomnieć, co do niej czuł. Tais po urodzeniu wypełniła mu świat, stała się światem. Zawsze izolował się od ludzi, zamieszkał na farmie oddalonej o 15 kilometrów od najbliższego miasteczka, ale dopiero po narodzinach Tais poczuł, że może zupełnie się od nich odciąć, że obecność żony i córki tworzą mu samowystarczalne uniwersum napędzane miłością.

Uniwersum, które rozpadło się miesiąc temu, gdy wokół Tais zaczęły lewitować przedmioty.

Karlem szarpnął spazm szlochu. Zacisnął jeszcze mocniej pięść na stylisku siekiery, aż zabolało i zdołał się opanować. Spojrzał z nagłą nienawiścią na przybity do łóżeczka obrazek Imperatora walczącego ze smokiem. Sani uważała, że ochroni to córkę przed złem. Zdarł go i rzucił na podłogę. Teraz.

- NIEEEEEEEE!

Nie usłyszał jej wcześniej. Umazana krwią Sani wbiegła do pokoju z pałką w rękach, pałką znad drzwi wejściowych o której Karl zapomniał. Teraz był tak zaskoczony, że nie zdążył się uchylić przed ciosem, który spadł mu na bark i szyję. Trogan stęknął, zachwiał się i upadł na kolana, uderzając przy okazji kołyskę. Tais obudziła się i momentalnie zaczęła płakać, lewitujący konik zauważalnie przyspieszył. Karl spróbował wstać osłaniając głowę lewą ręką, ale drugi cios żony przebił się przez tę gardę, pałka ześlizgnęła się po jego dłoni i uderzyła go w skroń. Świat zakołysał się i Karl przewrócił się, instynktownie zwijając się w pozycję płodową.

Tais już nie płakała, teraz wrzeszczała w spazmach rozpaczy. Pokój wypełniać zaczęły wirujące przedmioty porwane w nienaturalnym tańcu przez jej psychiczną siłę.

- NIE ZABIJEEEEEEEEEEEESZ!

Próbował doczołgać się do drzwi, ale kolejne uderzenia pałki momentalnie wybiły mu z głowy ten pomysł, niemal dosłownie. Szybko tracił siły, twarz zalaną miał krwią. Nie widział swojej siekiery, upuścił ją przy drugim upadku. Sani biła go z siłą, której u niej nie podejrzewał, siłą wynikłą z kompletnej histerii. Pokój wypełniało tornado mknących w różne kierunki przedmiotów. W powietrze wzleciała nawet wanienka. Karl ukrył głowę w ramionach.

Ciosy pałki się urwały a Sani przestała krzyczeć. Do zamroczonego Trogana doszło to dopiero po kilkunastu sekundach. Otworzył oczy.

Nie od razu zobaczył, co stało się z żoną, przed oczami latały mu bowiem brunatne cienie, poza tym jego przytępioną uwagę odwracały latające ciągle po pokoju zabawki Tais. Sani leżała pod drzwiami z jego siekierą wbitą w klatkę piersiową. Stylisko ciągle drgało, poruszane niewidzialnymi sznurkami przez pierwotny strach dziecka płaczącego w kołysce.

Karl podniósł się chwiejnie i wziął Tais na ręce.

Córka uspokoiła się w jego ramionach już po minucie. Zawsze to robiła. Zasmarkana i załzawiona uśmiechnęła się nawet do ojca, po czym zasnęła. Nie obudził jej nawet grad spadających na podłogę zabawek. Karl spojrzał jeszcze raz na zwłoki żony.

Tais była tak delikatna, że mógłby ją zabić samymi rękami. Położył ją jednak z powrotem, tak ostrożnie jak tylko potrafił. Wyszedł z pokoju biorąc po drodze siekierę.

Poduszka Tais podniosła się i zaczęła wirować.

 

 

 

 

 

 

 

 

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

 

 

NEFRYT

 

Niebo płakało popiołem.

k***a, jak ja kiedyś lubiłem takie metafory. Smakowałem każdą sylabę, narkotyzowałem się każdym pustym literackim odniesieniem, każdą wydumaną parafrazą. Kiedyś. W życiu przed branką.

Z nieba faktycznie spadała sadza, wokół dogasały pożary lasów, ale w żadnym pierdolonym momencie nie widziałem w tym zachęty do snucia poetyckich metafor. Ani ja, ani żaden pozostały bersalier kulący się w murach Fortu Lester. Chociaż za Hortona i Kwandeliusza wypowiadać się nie chcę, głowy porucznika i komisarza od dawna opanowało szaleństwo i stali się dla mnie równie nieodgadnieni jak futrzaki kłębiące się pod murami.

Tygrydzi... Trzy standardowe lata temu arcykról Ransar III, autokratyczny gubernator planety Omala zaczął wysyłać coraz bardziej rozpaczliwe apele o pomoc, tradycyjnie zignorowane początkowo przez władze subsektora. Imperium znało tygrydów, porośniętych żółtym futrem humanoidalnych xenos zamieszkujących trzy zindustrializowane systemy za Zawirowaniem Stendara. Ciągnąca się całymi dekadami Uzurpacja Casslehorna sprawiła, że planowana od niepamiętnych czasów krucjata przeciw tygrydzkiemu dominium ciągle miała odległy priorytet w planach władz z Artakserksesa. Zresztą xenos z Tigris, Boaris i Frygidus, choć silnie uzbrojeni, nie przejawiali wobec Imperium żadnych agresywnych zamierzeń, sądzono więc, że nałożenie interdyktu całkowicie wystarczy.

Nie wystarczyło, k***a. Nie wystarczyło.

- Betonowy Cyrk cię wzywa, Sul.

Berengar Soln, wzorcowy przykład gwardzisty z 34 pułku bersalierów lazzańskich szarpnął mnie za ramię, wykrzywiając swą zarośniętą gębę w paskudnym uśmiechu. Miał typową dla bersalierów wąską, kościstą twarz, z rysami wyostrzonymi jeszcze przez wychudzenie. Do jego stalowobłękitnego munduru podoczepiane były drewniane fetysze, pozostałość przedimperialnych wierzeń Lazzy których nie udało się dotąd wyplenić kapłanom Eklezjarchii. Berengar nigdy się nimi nie przejmował, czym przysparzał mi ciągłych trosk. Cały nasz pluton brał z niego przykład. I kto za to odpowie, psia jego mać? Dowódca plutonu zapewne, chociaż jego mundur był pozbawiony jakichkolwiek drewnianych dodatków. Ja.

Bersalierzy wysłani zostali na Omalę rok temu. Raportami Ransara III zainteresowano się dopiero wtedy, gdy się urwały. Piętnaście regimentów zajęło najważniejsze miasta pankontynentu Host, bez walki zresztą praktycznie gdyż tygrydzi po prostu wycofali się na pokrytą puszczą północ. Najwyraźniej na Artakserksesie uznano wtedy, że wysłanie regimentów drugiego rzutu jest już niepotrzebne, tym bardziej że Casslehorn znowu zaczął sprawiać kłopoty, tym razem na Cefeuszu.

Zawsze uważałem, że gwiazdki na pagonach trawią ludziom rozum.

Westchnąłem, sięgnąłem po przyozdobiony białymi piórami hełm i wstałem.

- To nie jest żart, Soln? - upewniłem się jeszcze. - Wiesz przecież, jak lubię się mścić.

- Nie ośmieliłbym się, Sul. Przecież wiesz, jak cię szanuję.

Skurwysyn nie szanował mnie wcale, ale jak ktoś trzy razy ratuje ci życie, to nie będziesz raczej strofował go za braki w dyscyplinie. Znowu westchnąłem, zaczynało wchodzić mi to w nawyk.

Pierwszy raz tygrydów zobaczyłem dopiero tutaj, w Forcie Lester. Wcześniej mój batalion jakoś omijały starcia, zajęcie wyludnionej Umbry obyło się bez jednego strzału, a gdy zaczęliśmy penetrować obrzeża północnych lasów to znajdowaliśmy tam jedynie trupy ludzkich zakładników. Pół roku temu przydzielono nas do zadań garnizonowych, mojej kompanii przypadło osadzenie w kontrolującym drogę kolejową do lokalnej kopalni Forcie Lester. Horton był wściekły, ten pierdziel rwał się do walki dopingowany jeszcze przez zjadliwe drwiny Aulusa Kwandeliusza, naszego komisarza, ta furia wylała się więc na nas serią rozkazów nakazujących karczunek okolicznych drzew. Porucznik Boemund Horton lubił nadzorować te prace stojąc na zrąbanych sągach drewna i wrzeszcząc na nas plując wszędzie mieszanką śliny i zielonej flegmy. Gdy pojawiły się pierwsze oddziały futrzaków, stosy zwalonych drzew stały się dla nich naturalną osłoną przed naszym ostrzałem.

Bo w końcu się pojawiły.

Pociągnąłem łyk wody z manierki, bezskutecznie próbując oszukać głód. Ostatni raz jadłem wczoraj rano, dzisiaj wodne zupy mistrza kuchni Fredegara Sangora jeszcze nie zostały wydane i żołądek słał ciągłe, bolesne przypomnienia o swym istnieniu. Po powstaniu musiałem przez chwilę oprzeć się o szary, betonowy mur fortu by pokonać nagłą słabość.

- Potnij pas i żuj kawałki - powiedział Berengar, już bez kpiarskiej ironii w głosie. - To dobra, lazzańska skóra.

- Chybabym umarł z przejedzenia. No i Sangor się obrazi. Zresztą, za chwilę po nas przylecą i jak będę wtedy wyglądał? Sierżant z opadającymi spodniami?

- Kto niby po nas przyleci?

- No jak to kto. Odsiecz oczywiście. Cały subsektor kombinuje właśnie jak by nas stąd wyrwać.

Berengar skrzywił się, zasalutował i usiadł pod murem.

Naszym losem nie przejmował się nikt prócz tygrydów.

Pojawili się trzy miesiące temu i całkowicie nas zaskoczyli. Co prawda dzień wcześniej doszła nas wieść o katastrofie na Czarnym Uroczysku, ale to było przecież 300 mil na wschód, nie poczuliśmy zagrożenia, tym bardziej, że nie znaliśmy jeszcze skali tamtej rzezi. Rankiem Horton jak zwykle wypędził nas na teren wyrębu nie dbając nawet o rozesłanie patroli. Tego dnia zginęła ponad połowa naszych ludzi.

Najważniejsze, co powinieneś wiedzieć o tygrydach to to, że są szybcy. Kurewsko szybcy. Futrzak na pozór nie sprawia groźnego wrażenia. Jest niższy od człowieka, raczej wątły, a ta cała sierść i długi ogon sprawiają, że odruchowo bierzesz go za miłe zwierzątko, tym bardziej, że nie noszą żadnych ubrań, nawet wyposażenia ochronnego. Ich okrutnych, czerwonych oczu prawie nie widać, giną w głębokich oczodołach zwieńczonych szerokimi wałami brwi.

Zaatakowali krótko przed południem. Najpierw kilkadziesiąt sekund prowadzili ogień ze swej głośnej, wielkokalibrowej broni palnej po czym ruszyli do szarży z kilku miejsc jednocześnie. Byli niczym żółta fala przelewająca się przez słupy falochronu, biegli tak szybko, że na dobrą sprawę nie zdążyłem nawet dobrze wystrzelić, gdy byli już wokół nas. Śmierć zadawali trzymając w jednej dłoni średniej wielkości miecz, w drugiej zaś wymachując długim ostrzem przypominającym sierp. Nie mieliśmy żadnych szans. Bersalier strzela lub umiera. Nie mieliśmy nawet bagnetów, jedynie porucznik dysponował mieczem lecz Horton zaczął się wycofywać jako jeden z pierwszych. Na szczęście było nas zbyt wielu, by xenos mogli zmieść nas jednym uderzeniem, więc prawie setce gwardzistów udało dotrzeć do fortu. Fort Lester też był atakowany, ale tu skoncentrowany ogień karabinów laserowych sprawił, że tutaj to tygrydzi ponieśli ciężkie straty i zdołaliśmy się przedrzeć do zbawczych murów twierdzy. Zbawcze mury, tak wtedy o nich myśleliśmy.

Następnego dnia dostaliśmy komunikat, że nasze siły są w pełnym odwrocie. Desperacki ton meldunku sugerował zresztą nie odwrót, lecz ucieczkę. Później eter opanowali tygrydzi i zostaliśmy zupełnie odcięci od świata. Mury zmienily się w granice naszego grobu. Przez jakiś czas łudziliśmy się, że odsiecz jest kwestią tygodni, jeśli nawet nie dni, ale gdy zaczął się drugi miesiąc oblężenia zrozumieliśmy, że nikt po nas nie przyjdzie. Tygrydzi nie próbowali nawet nas atakować, wystarczała im blokada i okazjonalny ostrzał artyleryjski. Bardziej niż oni prześladował nas głód i rosnące szaleństwo Betonowego Cyrku.

Skrzywiłem się, poprawiłem hełm i ruszyłem na skos przez środek fortowego dziedzińca. W jego centrum klęczał Stary Brzydal, starożytny posąg z dziwnego, zielonego metalu którego dotknięcie przynosiło podobno szczęście. Szczęście było mi potrzebne, cholernie potrzebne, wezwanie do Cyrku oznaczało sąd dyscyplinarny, choć nie miałem pojęcia z jakiego powodu. Horton i Kwandeliusz byli bardzo szczodrzy w rozdawaniu oskarżeń, była to jedyna forma hojności jaką znali.

Gdy po miesiącu oblężenia dla wszystkich stało się jasne, że jesteśmy zdani sami na siebie, nasi dowódcy zaczęli zanurzać się w odmętach szaleństwa. Wraz z kilkoma najbardziej zaufanymi gwardzistami zamknęli się w Cyrku i zaczęli codziennie raczyć nas coraz bardziej paranoicznymi przemówieniami o wierności, honorze i czujności. Ich spotęgowane przez megafony głosy budziły w nas strach niemal równie silny jak xenos poza murami. Bersalierzy którzy nie stali wtedy na baczność byli później zabierani do umieszczonego w Betonowym Cyrku aresztu, by boleśnie przekonać się, jak się żyje z ograniczonymi do połowy racjami żywnościowymi. Co oznaczało chyba, że z wodnej zupy mistrza Sangora dostawali jedynie wodę. Sensu zamykania w ciemnicy żołnierzy w sytuacji, w której byliśmy otoczeni przez przeważających liczebnie tygrydów nikt nie ośmielił się podważać.

Przesunąłem nagą dłoń po szorstkiej powierzchni Brzydala. Posąg przedstawiał wysokiego na trzy metry, klęczącego mężczyznę w hełmie zasłaniającym górną część twarzy (obecnie do hełmu przyczepione były dwa białe, bersalierskie pióra). Brzydala kilkukrotnie trafiły tygrydzkie pociski artyleryjskie, nie wyrządziły mu jednak widocznej krzywdy. Być może dlatego zaczęliśmy traktować go jak swój amulet. Dotknięcie zielonego metalu zapewniało nieśmiertelność.

Fort Lester powstawał w dwóch fazach. Na początku powstał Betonowy Cyrk, masywny kwadratowy bunkier z otworami strzelniczymi wyszczerzonymi w cztery strony świata. Powstał kilkaset lat temu, gdy najpotężniejsza na Omali korporacja Hawkins pacyfikowała ukrywających się w północnych lasach zbuntowanych robotników. Sto lat temu w okresie zamieszek głodowych arcykról Omali przejął bunkier i nakazał dobudować do niego owal "doczepionego" do niego muru, wewnątrz którego znalazły się budynki magazynowe i koszary na zwiększony garnizon. W ten sposób Fort Lester przyjął dzisiejszą formę: brunatna bryła Cyrku w której siedział Horton z obstawą i pięciokrotnie większa reszta okolona betonowym wieńcem fortyfikacji w której powoli dogorywało czterdziestu pozostałych bersalierów.

A może olać rozkaz? Od dwóch tygodni nikt z wezwanych do Cyrku jeszcze nie wrócił, każdy został "tymczasowo zatrzymany" do czasu "wyjaśnienia wątpliwości co do jego bojowej postawy". Po forcie krążyły plotki, że wszyscy zamknięci zostali już skazani na śmierć a Kwandeliusz nie wykonuje wyroków jedynie z obawy przed rebelią. Gdybym odważył się na taki gest, nie byłoby chyba nikogo, kto by mnie wydał...

Gwałtownie otwarte metalowe wrota Cyrku brutalnie przerwały moje rozważania. U wylotu oświetlonego mdłym światłem korytarza stał sierżant Grans. Teodoryk Grans wydawał się być zupełnie odpornym na trudy oblężenia, jego sylwetka nie straciła nic ze swej zwalistości. Krzaczasta, czarna broda skutecznie maskowała mu usta a ciemne oczy nigdy nie zdradzały nastroju. Grans niby pochodził z Lazzy, ale naszą impulsywność i legendarne poczucie humoru stracił chyba we wczesnym dzieciństwie. Tym prenatalnym.

- Wejdź, czekają na ciebie.

Korytarz Cyrku tuż za wejściem ostro zakręcał, mijając obecnie puste stanowisko ogniowe. Kilkanaście metrów dalej przechodził w obszerną salę w której widać było wyloty trzech kolejnych korytarzy. W sali znajdowały się metalowe szafy które obłożono obecnie siennikami i kocami. Za dużym, nitowanym stołem siedział Boemund Horton, pyszniąc się złotymi galonami swego granatowego munduru. Dwaj bersalierzy drużyny dowodzenia stało obok, uśmiechając się paskudnie.

Między łopatkami poczułem karabinową lufę.

W narożniku sali dojrzałem kości. Dużo kości. I kilka czaszek. Ludzkich.

Jak oni wszyscy dobrze wyglądali, jak znakomicie byli odżywieni...

- Przydasz się Imperium, kapralu Sul - powiedział komisarz Kwandeliusz, który siedział niedbale na jednej z szaf. - Bardzo się przydasz.

Eksplozja rzuciła nas wszystkich na podłogę, z przeciwległego korytarza wyleciała chmura pyłu. Mgnienie oka później wysypali się z niego tygrydzi i salę ogarnęła przemoc.

Nawet nie wiem, jak znalazłem się ponownie przy wyjściu. Zadziałał instynkt i szaleńczy strach. Wiem, że próbujący wstać Grans próbował mnie zatrzymać... ale ja miałem już w dłoni pistolet. W kolejnym mgnieniu oszalałej rzeczywistości byłem już przy końcowym zakręcie korytarza, tuż przed wrotami wejściowymi. Obejrzałem się.

Trzej tygrydzi mknęli ku mnie w oszałamiającym tempie. Jakimś cudem zdążyłem strzelić...

Jeden z nich upadł, pozostali nawet się nie zatrzymali przy mijaniu. Lewe udo eksplodowało bólem, jakaś siła wyrwała mnie w powietrze, upadłem z ciężkim stęknięciem. Xenos już wysypywali się na dziedziniec fortu, nieskoordynowany ogień moich kolegów nie potrafił ich zatrzymać...

Nie uczyniłeś mnie nieśmiertelnym, Brzydalu.

I wtedy to się stało, och jak bardzo się stało, jak intensywnie, tak cudowne w swej nieskomplikowanej grozie. Wizury hełmu Brzydala zalśniły zielenią, posąg zaczął wstawać, jego metalowa skorupa zajęczała w proteście... a gdy już wstał...

Obrońcy i napastnicy zaczęli umierać, zawieszeni w nefrytowym huraganie.

A ja uśmiechnąłem się uśmiechem uczepionym wieczności.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Obydwa opowiadania mistrzowskie, naprawdę :eusa_clap: :eusa_clap:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jak to w zwyczaju mają teksty Feanora ;) Kiedy z jakiegoś opka napiszesz? :respekt:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Obecnie gram Liverpoolem, a to wyjątkowo nieatrakcyjne opowiadaniowo :) A poza tym, gdy piszę opka to zawsze gra mnie nokautuje, tej prawidłowości nie mogę lekceważyć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

To rozegraj karierę i dopiero opisz :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Feanor, kimkolwiek byś nie grał wszystko byłoby atrakcyjne opowiadaniowo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeszcze jedno:

 

DOTYK UZURPATORA

 

Doszedł pod bramę Bastionu, uważnie omijając dopalające się barykady. Stojący za nią Pretorianin zatrzymał go, z wystudiowanym spokojem sięgając po broń.

- Jestem Kasjusz Skorne - powiedział do ubranego w czerwień gwardzisty, pokazując przy okazji emblemat swego urzędu. - Wpuść mnie, mam dla was niezwykłe wieści.

 

- Witaj, inkwizytorze. Witaj w objęciach prawdy.

Otworzył oczy. Zamrugał. Zaczerpnął powietrza i skrzywił się. Żebra krzyczały bólem przy każdym ruchu.

Ktoś go wcześniej rozebrał do naga i przywiązał do stołu, rzemienie wbijały mu się teraz boleśnie w nadgarstki. Przelotne uczucie wstydu szybko ustąpiło narastającej furii. Był inkwizytorem! Inkwizytorem!

Pomieszczenie było małe i duszne, kopcące świece dawały jedynie namiastkę drżącego światła dzięki czemu w kątach czaiły się cienie. Pokój był pozbawiony okien, brudne ściany bialymi plamami prostokątów zdradzały miejsca, z których zerwano wiszące tu wcześniej obrazy. Obecnie stół na którym leżał stanowił jedyny mebel sali. Na zamkniętych drewnianych drzwiach ktoś wyskrobał literę R zamkniętą w drapieżnych objęciach większej litery C, symbol Uzurpacji. Symbol zdrady.

Stojący nad nim heretyk był wysokim, szpakowatym mężczyzną o małych, głęboko osadzonych oczach. Miał na sobie długą do kolan, charakterystyczną dla bezierskiej szlachty szarą koszulę przepasaną czarną szarfą ze złotymi haftami określającymi ród posiadacza. Kasjusz przez chwilę próbował się skoncentrować i je rozpoznać, bez sukcesu jednak. Rebeliant patrzył na niego z ciekawością i czymś jeszcze... litością?

Litością?!

Kasjusz Skorne warknął i szarpnął rękami w bezradnej próbie zerwania się z więzów. Warkot szybko przerodził się w jęk.

- Zostaw swoje prawdy dla swych zaprzańskich śmieci, heretyku! Tracisz czas. Jest tylko Imperator. Tylko!

Kasjusza ogarnęło pragnienie śmierci. Nie miał szans na ucieczkę, teraz to wiedział. W Amaloth rządziła zdrada, nawet jeśli oficjalnie miasto uznawało jeszcze władzę gubernatora. Jeśli uda mu się uciec, na zewnątrz czeka go jedynie polowanie i kolejne upokorzenia. Oddanie życia za Imperatora, tylko to mogłoby nacycić jego ostatnie chwile odrobiną sensu. Pełnią sensu.

Tyle, że heretyk nie chciał go zabijać.

- Kasjuszu Skorne, nawet nie wiesz jak bardzo się z tobą zgadzam. Jest tylko Imperator, tylko on. Codziennie mnie o tym przekonuje.

Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł Uzurpator.

Nie musiał być przedstawiany. Jego zakrywający całą twarz dzwonowy hełm znał niemal każdy na tej planecie. Ramessu Casslehorn nigdy nie pokazał swej twarzy publicznie, co propaganda imperialna zawsze starała się wykorzystać. Uzurpator najwyraźniej się tym nie przejmował. Jego hełm stał się niemal równie rozpoznawalnym znakiem herezji, jak jego monogram. Kasjusz mimowolnie wyszczerzył zęby w grymasie nienawiści.

Uzurpator zatrzymał się, pobłogosławił heretyka który zadrżał w widocznej ekstazie i usiadł na skraju stołu przyglądając się Skornowi przez wizury hełmu. Przekrzywił głowę niczym ptak oglądający dżdżownicę. Kasjusz drżał w wewnętrznej furii. Tak blisko!

Lewa dłoń Casslehorna spoczęła na czole inkwizytora. Dłoń była gorąca, niemal parzyła.

Spokój.

Ciągle trzymając go za czoło, Uzurpator sięgnął po swój hełm. Resztkami świadomości Kasjusz Skorn zauważył burzę rudych loków wysypujących się spod żeliwnej maski wroga.

Imperatorze...

 

Kasjusz strzelił heretykowi w twarz, odepchnął jego umierające ciało i splunął. Myśliwi znowu byli blisko.

Przeskoczył metalowy płot oddzielający go od niewielkiego sadu i puścił się biegiem między zwartymi szeregami młodych jabłoni. Pociski wroga wywoływały eksplozje dojrzewających owoców, inkwizytor zaklął i przyspieszył. Furtka. Wąska uliczka. Otwarta kamieniczna brama. Dziedziniec.

W głowie gorzał mu płomień gniewu. Stracił całą kadrę, a sam żył chyba jedynie dzięki łasce Imperatora. Karyn zginął jeszcze w miejscu zasadzki, łysą czaszkę szpiega rozbiły okute pałki wbiegających do sali zgromadzenia heretyków. Stary, cyniczny Mangaz padł przeszyty karabinową serią podczas nieudanej próby wejścia do astroportu. Cornelius...

Wbiegający z prawej bramy rebeliant niemal go zaskoczył. Czterdziestolatek w zgrzebnym robotniczym stroju ochronnym miał w oczach słodki obłęd fanatyzmu. Zaatakował Kasjusza gołymi pięściami, co nie bywa zdrowe w przypadku wroga uzbrojonego w pistolet. Napastnik próbował walczyć z inkwizytorem nawet po postrzale w brzuch, ale Kasjusz z łatwością uchylił się przed jego nieporadnym ciosem, odczekał aż przeciwnik upadnie na kolana i przeszedł obok niego nawet się nie oglądając. Bastion, musi dotrzeć do Bastionu, tam nie mogli jeszcze przejąć kontroli, Laurencjusz by na to nie pozwolił. Ponownie wybiegł na ulicę.

Tym razem zauważył ich dopiero wtedy, gdy było już za późno.

 

Rozejrzał się, byli już prawie wszyscy. Czterech członków kadry rozsiadło się na jego flankach, z drugiej strony miejsca zajęli dwaj z trzech przywódców Kręgu Wiernych, tajnej organizacji która w Amaloth była ostatnim pewnym filarem imperialnej władzy. Poza na wpół oblężoną przez zamieszki kohortą Pretorian siedzących w Bastionie oczywiście.

Kasjusz przyjrzał im się uważnie. Wysoki, ospowaty mężczyzna z lewej miał na sobie granatowy garnitur, ale coś w jego sztywnej, prostej postawie, żelaznej twardości rysów i chłodzie stalowobłękitnych oczu podpowiadało mu, że to Gair Vardanes, wyjęty spod prawa konfesor zniesławiony przez Ramessu Casslehorna w czasach, gdy ten nie był jeszcze Uzurpatorem. Siedzący obok niego w nonszalanckiej pozie młodzik musiał być Dedrykiem Kordem, dziedzicem jednego z trzech największych na Vieux Beziers banków kredytowych. Nie było zatem Karla Rochbacha z miejscowych sił policyjnych.

Nie mógł ufać nikomu. Zrozumiał to jeszcze tego samego dnia, gdy wylądował w Amaloth, mieście gnijącym od zdrady. Od dwóch lat szaleniec mieniący się być inkarnacją Imperatora grał na nosie miejscowej władzy. Jego emblematy były wszędzie, na murach, samochodach, ludzie ośmielali się nosić takie zawieszki... Gdy gubernator wezwał na pomoc przebywających akurat na Artakserksesie Pretorian, na ulicach wybuchła przemoc, która ucichła dopiero wtedy, gdy Gwardziści zamknęli się w Bastionie. Kolejne miasteczka ogłaszały swą lojalność wobec heretyckiej sprawy, kolejne katedry ogłaszały zaprzańską doktrynę jako oficjalną i kanoniczną... Kasjuszowi Skorne pozostał Krąg Wiernych.

Ciszę przerwał wchodzący do pokoju trzeci konspirator, niski, pękaty mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą przeciętą kilkoma starymi bliznami. Rochbach nie przyszedł sam, więc kadra inkwizytora zerwała się na nogi sięgając po broń. Policjant uśmiechnął się ponuro i podniósł uspokajająco rękę.

- Concordia cum veritate - wypowiedział hasło i dodał - ten człowiek jest ze mną. Ma dla nas niebywałe, zupełnie niebywałe informacje.

Wysoki, rudy mężczyzna wyszedł zza jego pleców i uśmiechnął się. I chociaż było to absurdalne, zaskoczony Kasjusz odpowiedział mu tym samym.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

I jeszcze jedno tym razem na temat: "Mistrz i uczeń"

 

 

 

Hasta Prima

 

 

Ziemia drżała, kwitnąc czerwonymi kwiatami przemocy. Pozycje rebeliantów w Hasta Prima dogorywały, mielone na pył trwającą już kwadrans straszliwą artyleryjską nawałą XI Kohorty Uderzeniowej XXXII Regimentu Lazzańskich Bersalierów. Umęczona ziemia podnoszona raz za razem potężnymi eksplozjami w powietrze niosła się szarym tumanem w kierunku czekających w gotowości sił imperialnych. Aelfryd Piano powstrzymał z trudem grymas uniesienia, szarpnął krótko za swą siwiejącą już brodę i odwrócił się do stojącej obok Vodosian. Wyrazu twarzy adiutantki nie sposób było odczytać, skrywał się w cieniach nocy. Szkoda.

Generał Piano stał na płaskim dachu betonowego, czteropiętrowego bloku, który na Vieux Beziers uchodził za drapacz chmur. Południowa Hasta była od miesiąca w rękach Lazzańczyków, szef sztabu Aelfryda miał sporo czasu by wybrać lokację, która by go zadowoliła. Piano uwielbiał oglądać z bliska początki swoich ofensyw, ten budynek był do tego celu idealny. Loża triumfatora dawno zaplanowanego triumfu. Po tym przełamaniu frontu kultyści Ramessu Casslehorna zostaną odepchnięci aż do Amaloth. Sic semper traditor.

- Zostały dwie minuty, generale - powiedziała Vodosian. Głos miała zupełnie wyprany z emocji. - Drużyny pionierów ruszyły.

Piano był na tym dachu tylko z nią. Cóż, był tam jeszcze Wulfhere, ale o istnieniu tego strażniczego psa generała łatwo było zapomnieć, stary bersalier siedział oparty plecami o komin wentylacyjny i półdrzemał. Tylko Aelfryd i jego adiutantka. Piano uwielbiał kumulować sukcesy.

I skowyt adrenaliny w głowie, to uwielbiał jeszcze bardziej.

Piętro niżej narastał brzęczący jazgot jego sztabu. Zgodnie ze swym starym zwyczajem, Piano przerzucił go tutaj dopiero kilka godzin temu, co przysporzyło mu wśród oficerów przydomek "Raptownego Fryca" (lub "Szybkiego Skurwysyna", gdy nie było go w pobliżu). Rozpędzający się wolno do ofensywy XXXII Regiment generował w sztabie hałas, który docierał na dach nawet pomimo artyleryjskiej nawały mlącej resztki heretyckich pozycji na popiół. Jaki piękny moment. Jaka wspaniała chwila.

- Nie zrozumiem ich. Nie potrafię.

Vodosian spojrzała na niego z błyskiem zaskoczenia w oczach.

- Sir?

- Heretyków, Vodosian. Szaleństwo jest jednostkowe, a oni zbiorowo ulegli tej halucynacji.

- Halucynacji, sir?

- Temu dziecinnemu absurdowi o kosmicznej miłości, Vodosian. O sile przebaczania. Ten ich Uzurpator zdołał im jakimś cudem wmówić, że litość i miłosierdzie jest istotą człowieczeństwa. Jego sensem. Cóż za stek bzdur! Jak obłęd tego rodzaju mógł zwieść całą planetę?!

- Nie wiem, sir. Ktoś im za słabo wytłumaczył, jak wygląda prawda.

Adiutantka już na niego nie patrzyła, w jej oczach płonęła pożoga znad stanowisk rebeliantów. Generał uśmiechnął się drapieżnie.

- Masz rację, Vodosian, ktoś zawiódł. To jednak żadne usprawiedliwienie. Nawet bez Administratum, bez Eklezjarchii i Gwardii powinni rozumieć, jakim najwspanialszym darem obdarzył nas Imperator.

Ogniowa nawała cichła. Bersalierscy pionierzy powinni już docierać do pozycji Uzurpatora.

- Co jest tym darem, sir? - spytała cicho adiutantka, ciągle patrząc na zmiażdżoną imperialną pięścią Hasta Prima.

- Ależ nienawiść, Vodosian, nienawiść - odparł Aelfryd, nadal się uśmiechając. - To nienawiść jest kręgosłupem ludzkości, jej tarczą i jej mieczem.

- Ale... Czy Imperator nie kocha swego ludu? Czy to nie miłość popchnęła go do ostatecznego poświęcenia?

Jej głos zadrżał delikatnie. W ciszy, która teraz zapadła generał usłyszał to aż nadto wyraźnie. Wszechświat wstrzymał oddech. Znowu.

- Vodosian, głębia błędu, w którym tkwią ci heretycy polega właśnie na tym, że do takiego czynu zdolna jest jedynie nadistota. Tylko Imperator. My, ludzie, zdolni jesteśmy jedynie do miłości małej, egocentrycznej, skupionej na naszych marnych życiach, na naszych ułomnych pragnieniach. Nasza miłość to pył w obliczu majestatu galaktyki. Taka miłość umiera wraz z nami, nasi wnukowie nie będą o niej już nawet pamiętać. Imperator wiedząc o tym dał nam dar nienawiści. Prawdziwa, czysta nienawiść nie ma nic z egoizmu, jej jasny płomień potrawi strawić cię do kości, a ty i tak będziesz go podtrzymywać. Trwamy tylko dzięki niej, ona napędza nasze dłonie podczas wojny, ona otacza nasze serca pancerzem chroniącym jej przed fałszywym miłosierdziem. Nawet miłość Imperatora wynikała z nienawiści do wrogów jego ludu.

Cisza była już niemal absolutna, nawet sztab zamilkł w oczekiwaniu na pierwsze meldunki.

- Szkoda, że nie potraficie tego zrozumieć, Vodosian.

Drgnęła.

Wyprowadził cios lewą pięścią w jej brzuch. Była zbyt zaskoczona, by reagować, zgięła się z cichym stęknięciem, przyczepione do mundury fetysze zagrzechotały. Uderzenie kolanem w twarz odrzuciło ją w drugą stronę, upadła bezwładnie niczym kukiełka po oberwaniu sznurków. Aelfrydowi przed oczami zamigotały czerwone plamy. Kopnął ją jeszcze cztery razy zanim furia pozwoliła mu znowu myśleć.

- Ty kurwo... - wystękał dysząc. - Byłaś dla mnie jak córka... Pierdolona suko...

Wulfhere podszedł do niej i beznamiętnie zaczął ją przeszukiwać. Ciągle była przytomna, patrzyła na niego... ze smutkiem?

Dowiedział się dziesięć dni temu. Jej zdrada była tak absurdalna, tak abstrakcyjna, że w pierwszej chwili chciał rozstrzelać oficera Bezpieczeństwa który przyszedł z dowodami. Przecież ona... przecież Vodosian...

- Wszystkie twoje meldunki... zostały przechwycone. I zmienione... Hasta Prima... to również twoje dzieło, kurwo. Wczorajszy atak... to wasze zwycięstwo pod Tarchesion... to tylko gra. Moja gra.

- Verum Imperator zawsze cię podziwiał, Fryc.

W głowie Piano znowu zaczęła wrzeć furia, ale nadbiegający łącznik sztabu odwrócił jego uwagę.

- Pilnuj jej - warknął do Wulfhere i zerknął na płonące pozycje wroga. W powietrzu zaczął narastać ryk tysięcy bersalierów, którzy właśnie rozpoczynali swoją szarżę.

- Byłeś dla nas jak nauczyciel. Mistrz.

Zamknij się, kurwo.

- Wszystko w porządku, poruczniku? - zagadnął do łącznika, niedbale odpowiadając na salut. Młody chłopak, z pewnością z ostatniego zaciągu. Rzadki zarost nie zakrywał grymasu zmieszania na jego twarzy.

- Pionierzy przejmują szaniec po szańcu, generale. Bez oporu. Nie znajdują prawie żadnych ciał wroga.

Gardło Aelfryda nagle ściśnięte zostało przez strach.

- Imperator Ramessu Casslehorn każe nam uczyć się od najzdolniejszych wrogów.

Odwrócił się do niej. Ciągle na niego patrzyła. Ze smutkem, ale nie złamana.

- Fryc, pokazałeś nam już kilkukrotnie, jaką siłę daje zaskoczenie. Mistyfikacja. Unik. Gra pozorów.

- Biegnij na dół, poruczniku - warknął Piano. - Natychmiast zatrzymajcie tyle batalionów, ile zdołacie. JUŻ!

- Pozwoliłam się zdemaskować. W geście miłości. Byś mógł zagrać po raz kolejny.

Wyszarpnął pistolet. Wulfhere odsunął się od niej, patrząc na niego pytająco. Nie powinien jej jeszcze zabijać... nie powinien...

- Zagraliśmy w twoją grę, nauczycielu. Myślę, choć nie mogę być pewna, że Verum Imperator zrozumiał, jaką lekcją miał być dla nas Tarchesion.

Palec na spuście drżał.

- Czy jesteś z nas dumny?

Hasta Prima znowu zakwitła czerwonym, gorącym kwieciem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Oficjalna strona projektu, do którego pisałem powyższe opowiadania: http://sotm.wh40k.pl/

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Nowa edycja, "Bohater"

 

 

 

 

Strzał

 

 

Nie jestem z tego dumny. Nie jestem.

Od dwudziestu dni trzy regimenty z Valhalli desperacko walczyły o utrzymanie kontroli nad półwyspem Gaon, wypełnionym ropą naftową skalistym paluchem wymierzonym w środkowy akwen Morza Strachu. Nie wiodło nam się szczególnie dobrze.

Właściwie, to wiodło się nam zupełnie źle. Istniał pewien dysonans w ocenie przyczyn tych kłopotów. Dowodzący operacjami na zachodzie Rustan Predov sądził na przykład, że istotnym czynnikiem utrudniającym nam gładkie zniszczenie rebeliantów była odziedziczona po naszych matkach kurwach wrodzona niezdolność do jakiegokolwiek wysiłku i poświęcenia. Z opinią tą rywalizowała teza, że Valhallańczycy słabo sprawdzają się w walkach na gorącej półpustyni. Wysłanie tu specjalistów od walki w mrozie było dziełem jakiegoś niedocenianego geniusza z Munitorum, który zasugerował się chyba nazwą tej przeklętej planety.

Nazywa się Śnieg.

Mój 1213 regiment zrzucono wzdłuż zachodniej krawędzi płaskowyżu, który niczym kręgosłup przechodził przez półwysep Gaon. Gwardia miała tu powstrzymać ofensywę szaleńców z kultu Króla Nocy, idola lokalnej młodzieży i kilku ambitnych polityków. Pomagać miały nam brygady piechoty z lokalnych sił samoobrony... ale w międzyczasie gubernator przystąpił do rebelii i owe brygady tak jakby zrobiły to samo. Tak przynajmniej zwyczajowo przyjęło się określać strzelanie w sojusznicze plecy. Zanim uporaliśmy się z tym bałaganem, z południa nadciągnęli heretycy i nasze trzy regimenty znalazły się w pułapce. Względnie, jak wolał nasz nowy porucznik, w "szlachetnym bastionie, w którym możemy wiązać znaczne siły plugawego wroga".

Porucznik Hemdal Krasnozwiezdow był chyba największym nieszczęściem z tych wszystkich licznych plag, jakie ostatnio na nas spadły. Wysoki, blondwłosy młodzian o pociągłej, kościstej twarzy dowódcą mojego batalionu został na dwa dni przed odlotem na Śnieg. Nie wiem za co Imperator postanowił ukarać nas aż tak brutalnie. Jakaś złośliwa istota głowę Krasnozwiezdowa wypełniła wizją Gwardii, która zwycięża zawsze i każdego wyłącznie dzięki swej Woli. Nie dzięki przewadze ognia. Lepszej manewrowalności. Błyskotliwości dowódców. Nie, tego rodzaju drobiazgi nie były w stanie odwrócić uwagi Krasnozwiezdowa od najważniejszego elementu przynoszącego triumfy: woli zwycięstwa tak dużej, że należy pisać ją wielką literą.

I perorował o tym zupełnie nie przejmując się, że kampania na Śniegu była jego chrztem bojowym.

Na szczęście początkowo jego zapał hamowany był przez naszego komisarza, Czerwonego Feliksa. Feliks Grylo był zimnym sukinsynem odcinającym żołnierzom palce za niesubordynację, ale był przynajmniej żołnierzem z krwi i kości, był człowiekiem który rozumiał wojnę. To on pozwolił na zrzucenie przez nas regulaminowych mundurów, on też powstrzymał porucznika przed rozpoczęciem ataku na wroga dwie godziny po przybyciu na nasze pozycje. A jeżeli Czerwony Feliks zaczął być przez nas traktowany niczym opiekuńczy anioł, to świadczy to wyraźnie o gwałtownej dewaluacji zła.

Dziewiętnastego dnia bitwy ów anioł stracił osłaniające nas skrzydła. Odstrzelił mu je pierdolony snajper wroga. Trafiony w skroń Grylo co prawda przeżył, ale przejęły go siostry szpitalniczki. Powinienem powiedzieć: ZABRAŁY go nam siostry szpitalniczki. Wraz z jego nieprzytomnym ciałem zniknęła ostatnia bariera między nami a szaleństwem. Na dowód czekać musieliśmy tylko jeden dzień. Jeden cholerny dzień.

Następnego dnia przyjechał pociąg z mięsem. Co kilka dni pozycje wroga zasilane były stadami cywilnych kultystów uzbrojonych zazwyczaj jedynie we własną krwiożerczość. Regularne siły rebeliantów traktowały ich chyba jak niechciany balast, formowały w kilka chaotycznych kolumn zwanych przez nas pociągami z mięsem i pozwalały na szalony bieg w górę skarpy, gdzie nasz ogień zmieniał ich w mięso bez pociągów. Tego dnia było podobnie. Około pięciuset młodzieńców zaczęło gramolić się w stronę naszych pozycji z ustami pełnymi hołdów dla niejakiego Malala, Króla Nocy i Patrona Odtrąconych. My też byliśmy wspominani, aczkolwiek w mniej korzystnym świetle. Generalnie była to znakomita rozrywka, odprężenie po wymianie ognia z poważniejszymi przeciwnikami, okazja do wyładowania nadmiaru stresu. Strzelanie do przeciwnika który zazwyczaj nie odpowiada ogniem to jest ten rodzaj przyjemności, przy którym blednie nawet seks.

Przecież dlatego właśnie zostałem snajperem.

Tego dnia pociąg z mięsem rozmontowany został szczególnie szybko. Obserwowałem to wszystko z odległej o jakieś dwieście metrów od naszych linii skalnej ostrogi, wynurzającej się z szarego piasku planety brudnymi, postrzępionymi wapieniami. Tym razem nie psułem chłopcom zabawy, wyłuskiwałem jedynie lunetą pojedyńczych kultystów bawiąc się w myślach pytaniem: jak umrą. Blady, pryszczaty młodzieniec z pociągłą twarzą wykrzywioną w grymasie uniesienia oberwał prosto w przykrytą zieloną flanelą pierś. Wysoki, czarnowłosy brodacz śmiał się, biegnąc w górę z szeroko rozpostartymi ramionami... do chwili, gdy jaskrawa iskierka nie wypaliła mu czarnego krateru w lewym oczodole. Piegowatej okularnicy z tatuażami gangu na łysej głowie pocisk oderwał wzniesioną w górę pięść. Pękaty grubasek z ustami zaciętymi w wyrazie komicznej determinacji po prostu się przewrócił, reszty dokonali gramolący się w górę koledzy... Śmierć ma tak wiele twarzy, spektakularnych i banalnych, efektownych i ohydnych, heroicznych i podszytych tchórzem. Szkoda, że ten różnobarwny festiwal agonii docenić mogą jedynie nieliczni, jedynie odlegli obserwatorzy, jedynie ci, którzy znajdowali się po właściwej stronie lufy. Niemal współczułem aktorom mego niemego spektaklu braku świadomości tego, w jak wspaniałym widowisku grają pierwsze role. Może zresztą heretycka żarliwość im to rekompensowała?

Pociąg z mięsem tym razem nie dojechał nawet do połowy stoku. Kolumny rozpadły się w kilka grupek systematycznie dorzynanych naszym ogniem. Na koniec, świadomość beznadziejności zadania dotarła chyba do niektórych oczadzonych herezją umysłów, bo pojawili się i uciekinierzy. Wtedy do radosnego strzelania dołączyła się i druga strona.

Oderwałem oko od wizjera lunety i starłem pot z czoła. Było po wszystkim.

Nie, nie było.

Usłyszałem stłumiony gwar. Jeszcze jeden pociąg? Dwa tego samego dnia?

Gwar pochodził z naszych stanowisk. Porucznik Hemdal Krasnozwiezdow stał na szczycie szańca i krzyczał coś do Valhallan wymachując szablą skierowaną w stronę wroga. Nie wiem, co krzyczał, ale z pewnością dużo tam było chwały i nieśmiertelności. A potem zaczął biec w dół. Ku heretykom.

Patrzyłem na ten absurdalny spektakl i nie dowierzałem własnym zmysłom. Krasnozwiezdow próbował szturmu na pięciokrotnie liczniejsze, regularne siły rebeliantów. Bez wsparcia artylerii, sił powietrznych, sąsiednich batalionów. On konstruował pociąg z mięsem jadący w drugą stronę.

Nikt jednak za nim nie pobiegł. Nikt. Krasnozwiezdow biegł sam. I heretycy zaczęli strzelać.

Nikt w niego nie trafiał. Po kilkunastu sekundach w biegnącego szaleńca strzelali już chyba wszyscy niekochani przez matki kultyści, ale potrafili dodawać temu straceńcowi malowniczego pejzażu z eksplodującego wszędzie szarego miału. Im dłużej to trwało, tym większe czułem dreszcze. Ja pierdolę, jakie kurwa dreszcze: miałem ochotę wrzeszczeć i ruszyć tam razem z nim. Po chwałę.

Kurwa mać, po chwałę. A najgorsze było to, że moi bracia siedzący w szańcach pierwszej linii zaczęli czuć to samo. Oglądali się na siebie niepewnie, sięgali po broń... Za chwilę na śnieżnych heretyków spaść miała lodowa lawina z Valhalli.

Wtedy Krasnozwiezdow został trafiony. Prosto w kark. Kula przyniosła mu czystą, szybką śmierć. Nie zdążył przestać myśleć o szlachetności chwili, jeśli naprawdę o niej wtedy myślał. Jego ciało runęło w tutejszy pseudośnieg a ja zwolniłem palec ze spustu. Heretycy strzelali jeszcze prawie minutę, nieświadomi że następny bohater Imperium padł. Batalion B 1213 regimentu Lodowych Wojowników Valhalli nie zaatakował.

Byłem bardzo, bardzo zmęczony.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Może jeszcze luźna kontynuacja "Nefrytu".

 

 

Głos, którego nie potrafił zagłuszyć

 

Portal rozjarzył się nagle seledynowym blaskiem, a z umieszczonego pod prostym, pozbawionym ozdób architrawem głośnika odezwało się wsteczne odliczanie. Karaz Oltar z irytacją stłumił mimowolne oznaki podniecenia opanowujące jego organiczne części. Poddawanie się takim chaotycznym impulsom podświadomości było niegodne magosa, nawet jeśli należał on do Eksploratorów, grupy znanej wśród ludu Marsa ze swej ekstrawagancji i uleganiu dziwactwom przynoszonym z odwiedzanych światów. Znajdował się tak blisko emanacji Omnisjasza, że tym razem nie obowiązywała go taryfa ulgowa. Jedynie doskonałość. Harmonia.

- Na kolana - warknął gniewnie przez vox-emiter do trybuna Kolmara i otaczających ich skitarii.

Odliczanie skończyło się i zawyły dawno nie używane przekładnie. Portal się otwierał, żołnierze klękali a Eksplorator oddychał ciężko powietrzem nabrzmiałym zapachem Boga.

Sektor Pertynaks leżał tak daleko na północno-wschodnich rubieżach Imperium, że nawet dalekowidzące czerwone oko Marsa rzadko skupiało na nim swą uwagę. Wedle wiedzy kapłanów Mechanicum preimperialna ludzka kolonizacja nigdy tu nie dotarła, więc poszukiwacze zaginionych technologii omijali te okolice szerokim łukiem. Nieliczni tubylczy xenos też nie wywoływali szczególnego zainteresowania. Izolacjonistyczni tygrydzi w subsektorze Artakserkses byli prymitywni, ich cywilizacja dopiero co rozpoczęła międzygwiezdną kolonizację; plemiona orków z Czerwonego Kwadrantu z definicji niemal skreślane były z listy celów rejsów flot eksploracyjnych; system Pallas kontrolowany przez tetraharpie znajdował się zbyt blisko Nieciągłości Morgana, by ktokolwiek chciał go zbadać.

Rok temu jednak w ręce Karaza Oltara wpadł raport dotyczący inwazji tygrydów na Omalę i Mechanicum przestało ignorować sektor. Podczas walk o Fort Lester stało się coś, co zabiło wszystkich tygrydów, gwardzistów, zwierzęta i rośliny w promieniu trzech kilometrów. Coś, co znamionowało moc godną zainteresowania Eksploratora. Co prawda Eklezjarchia orzekła, że owego dzieła zniszczenia dokonał nowo kanonizowany święty Boemund, dowódca broniącej się tam Gwardii, ale u Karaza te wyjaśnienia wywoływały jedynie grymas pogardy. Uśmiercił drzewa? Wymordował ptaki?

Karaz przyleciał tu z pielgrzymką, ale jego celem nie był posąg świętego Boemunda. Przyleciał szukać prawdziwej świętości, realnych relikwii. I znalazł więcej, niż się spodziewał.

Podziemna struktura w której się znalazł była stara, bardzo stara. Sądząc po języku świętych tekstów wyrytych na ścianach znalezisko poprzedzało czas Wielkiej Krucjaty. Oltar ostatkiem sił tłumił ekscytację wynikającą z implikacji tego faktu. Jeszcze nigdy nie odkrył nic tak starego. W dodatku udowadniał właśnie, że sektor Pertynaks podlegał jednak ludzkiej preimperialnej kolonizacji. Omnisjasz hojnie nagradza swe wierne sługi!

Wrota portalu zatrzymały się. Dalej był mrok. Karaz Oltar zaintonował "Płomień w ciemnej dolinie" i wszedł w jego objęcia, pozostawiając za sobą klęczącą obstawę. Zanim jednak portal znowu się zamknął, mała serwoczaszka pomknęła za Eksploratorem, ścigana uważnym wzrokiem przez trybuna skiitari. Titus Kolmar już nie klęczał.

***

Z chwilą zamknięcia portalu ciemność pierzchła, pokonana przez budzący się blask wrzecionowatych lamp wtopionych w stalowe sklepienie. Ciągle śpiewając, szedł ku kolejnym, odległym drzwiom w nieprzyzwoitym oszołomieniu. Wszystko krzyczało do niego dźwiękiem nieznanej wcześniej doskonałościbsprawiającej, że kulił się pod ciężarem własnej prymitywności. Jego wszczepy, jego duma i droga ku oczyszczeniu tutaj wydawały się odległym, zniekształconym echem wszechdoskonałego Ducha Maszyny. Ze ścian wystawały ekrany o grubości pojedynczego pergaminowego folio wyświetlające w szalonym tempie nieznane mu komunikaty. I ekranów tych nie łączyły ze ścianami życiodajne pępowiny przewodów. Nie miało to nic wspólnego z chaosem psioniki, tego był pewien, struktury były zbyt regularne a teksty na ekranach zbyt podobne do lingua technis... to jednak co widział, było dla niego równie co psionika niezrozumiałe. I przerażające. I piękne.

Kolejne drzwi otworzyły się bez żadnej jego ingerencji. Oltar umilkł.

Następne pomieszczenie miało sferyczny kształt wyznaczony przez obwieszone ekranami, zielone ściany. Pośrodku stała solidna, upstrzona różnobarwnymi diodami kolumna z kilkoma panelami kogitacyjnymi umieszczonymi ze wszystkich jej stron. Ciągle trwające oszołomienie sprawiło, że dopiero po chwili Eksplorator zauważył stojącą obok, ubraną w biel siwowłosą kobietę. Serworamię adepta niemal automatycznie sięgnęło po bolter. Kobieta uśmiechnęła się i pozdrowiła go uniesieniem prawej dłoni.

- Peregrinus, witaj. Czy moja heurystyka działa niewadliwie? Ze wstydem przyznam, podsłuchiwałam was już od wejścia by algorytm zadziałać mógł.

Z tą kobietą coś było nie w porządku. Mówiła z dziwnym, miękkim akcentem którego nie potrafił zidentyfikować, ale z pewnością nie to budziło jego niepokój. Było w niej coś niezrozumiałego, obcego. Ta niewiedza drażniła mu ego.

- Kim jesteś, kobieto?! Co tu robisz?! Znajdujesz się w miejscu zastrzeżonym dla Mechanicum! Już choćby za to powinienem cię zabić.

- Trudno będzie ci uczynić to, peregrinus. Ja już jestem martwa.

***

Stojący pięćset metrów dalej trybun Titus Kolmar drgnął. Czy o takich sytuacjach mówiły jego instrukcje? Jego panowie nie tolerowali pomyłek. Jaka reakcja Eksploratora powinna wywołać jego działanie?

Dane wysyłane przez serwoczaszkę układały się wyłącznie w pytania.

***

- Jestem Katerine, gens Rapax, praeceptor maior ekspedycji Pertinax-28c. A właściwie, to jestem jej mnemonem, jej corpus virtualis. Jestem martwa, gdyż zegar laboratorium przed awarią wskazywał T+1486.18, a to zdecydowanie za długo dla corpus verus.

Oltar podszedł do niej... i lufa boltera zanurzyła się w jej nierzeczywistym ciele. Jakość tego hologramu zaparła mu dech. Również głos tej niekobiety tracił swe egzotyczne brzmienie, szybko zbliżając się akcentem i składnią do niskiego gotyku.

- Dwa dni temu, MOJE dwa dni temu, dux primaris ogłosił ewakuację. Fluktuacje pola ciemnej materii dotarły i tutaj, musimy uciekać przed zakończeniem badań i nie mam nadziei, że tu jeszcze dane mi będzie wrócić. W zasadzie, to nie wiem nawet czy zdołamy dotrzeć do domu, rezonans filotyczny w Osnowie przypomina huragan. Ten region Drogi Mlecznej długo będzie dla nas zamknięty. To znaczy: był zamknięty, jesteś dowodem na to, że homo znowu pojawił się na Omali Beta. Te apokaliptyczne wizje Sandora Keneva okazały się być tym, czym były dla nas wszystkich: brednią wynikającą z tego archaicznego defektu umysłu zwanego religijnością. Oby twoje czasy były wolne od tej intelektualnej zbrodni.

- Bluźnisz... - wyszeptał Karaz Oltar. - Bluźnisz...

Katerine Rapax dysponowała słabym wachlarzem ekspresji mimicznej, jej szeroko otwarte oczy były jedynym widocznym symptomem jej szoku.

***

Trybun już wiedział. Obrócił się w kierunku skitarii.

- Mówi do was pan. Wdrażam procedurę smoka.

Nanosekundę później wszyscy ci najeżeni bronią serwitorzy należeli do niego. Tylko do niego.

***

Beznamiętność. Racjonalizm. Harmonia.

Wszystko to było dla Karaza Oltara równie odległe, co Święty Mars.

Nie widział przed sobą przekazu informacyjnego. Widział emanację programu, słów zamkniętych w świętych związkach języka Boga Maszyny. Programu starszego niż Imperium. Programu mogącego być Abominacją. Sztuczną Inteligencją.

Programu, który twierdził iż nie ma żadnych bogów.

To absurdalne kłamstwo powinno rozwiać wszelkie wątpliwości. Katerine Rapax była wrogiem lub szaleńcem, miazmatem próbującym skazić szeregi Synów Marsa. Popełniłaś błąd, chciał krzyknąć. Zidentyfikowałem cię!

Stał jednak tylko, starając się opanować drżenie w organicznej ręce. Był bowiem w jego głowie jeszcze jeden głos, głos którego nie potrafił zagłuszyć. Głos szepczący mu od lat o odkrytych przez niego mechanizmach, maszynach w których nie widział iskry boskości. O Żelaznych Ludziach z prastarej przeszłości, których inteligencja była wyzwaniem rzuconych Duchowi Maszyny. O znalezionym kiedyś tekście heretyka Degio Khamriosa, którego nie potrafił zniszczyć po przeczytaniu. Magos Karaz Oltar słyszał głos wątpliwości.

Odraza do samego siebie sparaliżowała go całkowicie. Nadbiegający z tyłu skitarii nie sprawili nawet, że się obrócił. Katerine gdzieś zniknęła. Magos upadł na kolana. Z jego ust dobył się krzyk, pierwotny, zwierzęcy wrzask stworzenia, które zrozumiało grozę swego istnienia. Łkałby, gdyby potrafił.

Titus Kolmar podszedł z wymierzonym w niego karabinem laserowym.

- Draco vult - powiedział trybun i skinął głową. Dwaj serwitorzy dźwignęli niemal bezwładnego Eksploratora na nogi.

Oświetlające salę lampy zamigotały. Trybun rozejrzał się wokół, nieco zdezorientowany.

- Rozczarowaliście mnie - odezwał się zewsząd głos Katerine Rapax.

Śmierć nie była ciemnością. Śmierć przyszła po nich obleczona w zielone światło.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

D+20

 

- Sierżant Feo Garasian, od trzydziestu lat w służbie. Siedem lat w XXXIV Korpusie Pomocniczym, po jego rozformowaniu aż do dziś w V Rocie Karmazynowej Gwardii. Drugi batalion, kompania C.

Sierżant wyrzucił to z siebie suchym, beznamiętnym tonem. Siedzący naprzeciw niego inkwizytor był pod wrażeniem. Takie opanowanie podczas przesłuchania przez funkcjonariusza Ordo Hereticus było rzadkie. Znamionowało odwagę, stoicką siłę charakteru... lub skazę herezji. Względnie wszystko naraz. Cosimo Feuerbach na razie nie był pewny.

- Znam twoje dane, Garasian - wychrypiał inkwizytor, przeklinając w duchu panujący obecnie w Gedanus chłód. - Mój czas jest cenny. Zacznij od waszego tu przybycia.

Feo Garasian skrzywił się delikatnie. Arogancki, pewny siebie sukinsyn któremu nikt nigdy nie przerwał wypowiedzi. Cosimo nagle zapragnął, by sierżant był winny. Uwielbiał łamać takich jak on.

Zresztą, przecież nie ma niewinnych.

- Zacznij od momentu, gdy zaczęły się kłopoty.

I powiedz coś, co mi się nie spodoba.

- Do Gedanus wkroczyliśmy w dniu D+5. Poza incydentem w świątyni, gdzie miejscowy kapłan próbował powstrzymać nas przed obaleniem posągów Pragnącego, nie zanotowaliśmy żadnego oporu. To dziura, Teokracja miała tu dziesięciu milicjantów którzy zwiali dwa dni przed wyzwoleniem, miejscowi sekciarze nie mieli środków ani potrzebnego morale, by organizować obronę. Czołgi Czwartej Mobilnej ruszyły na wschód, a my zostaliśmy na miejscu by dopilnować wykonania Czwartej Dyrektywy.

- Realizacja napotkała trudności?

- Początkowo niewielkie. Tu, na północy pozostało sporo lojalistów, uformowaliśmy z nich nowy magistrat który sporządził nam listę wyznawców Pragnącego. To nie było szczególnie trudne, zachowały się spisy podatków gruntowych których członkowie kultu w ogóle nie płacili, a poza tym mieliśmy tyle donosów, że wątpię, by jakikolwiek heretyk nam się wymknął. Zgodnie z procedurami zorganizowaliśmy z lojalnych miejscowych oddział Samoobrony, która pomogła nam w aresztowaniach i kopaniu dołów w miejscu egzekucji. Same likwidacje początkowo wykonywać musieliśmy sami, po dwóch dniach wahań Samoobrona też się w nie włączyła. W zamian rozdawaliśmy im wódkę. Po sześciu dniach duże egzekucje się skończyły, do tego czasu zdążyliśmy wyeliminować niecałe pięć tysięcy heretyków.

Feo Garasian był zwalistym, śniadym mężczyzną. Feuerbacha fascynowała jego twarz: szeroka, poorana zmarszczkami i starymi bliznami szeroka płaszczyzna z ustami tak wąskimi, że wyglądały niczym rozcięcie skóry. Ta twarz była zupełnie nieprzenikniona, pusta, przezroczysta, nie drgał na niej żaden niepotrzebny mięsień. No, może ciężko zwieszające się tuż nad źrenicami powieki sugerowały zmęczenie.

- Kto nadzorował egzekucje?

- Początkowo nasz porucznik, Mateo Kren. Po D+6 jednak się rozchorował, więc zastąpili go komisarz Hebron i ten rzeźnik Kramer z Samoobrony.

- Otto Kramer był z zawodu rzeźnikiem? Mam w takim razie złe dane.

Przez twarz sierżanta przemknął grymas dezorientacji. Cosimo pogratulował sobie w duchu drobnego sukcesu.

- Nie nie, Kramer był jakimś klerkiem z Administratum, czy jak tam Teokracja nazywa swój odpowiednik.

- Czyli ten "rzeźnik" to metafora? Obrazująca gorliwość Kramera w realizacji Czwartej Dyrektywy? Rozumiem. Kontynuuj, Garasian.

Im coś jest twardsze, tym bardziej podatne na złamanie.

Cosimo przymknął oczy, napawając się każdą sekundą milczącego zakłopotania Feo Garasiana. Nie musiał na niego patrzeć, jego wzmocnione przez kapłanów Maszyny powonienie zalewane było przez smród rosnącego zdenerwowania sierżanta Gwardii.

Chyba polubię ten dzień.

- Gdy skończyły się główne transporty, przez jakiś czas ludzie Kramera wyłapywali jeszcze pojedyńczych podejrzanych - zaczął w końcu Garasian, otrząsając się z chwili słabości. - Egzekucje zaczęto wykonywać na miejscu zatrzymania, publicznie, co wywołało protesty kilku lojalistów. Na rozkaz komisarza Hebrona oni również zostali zlikwidowani. Ostatnią akcję tego typu przeprowadziliśmy w dzień D+16. Ostatnich heretyków pogrzebaliśmy w ruinach ich wysadzanych domów.

Cosimo uśmiechnął się lekko.

- No chyba nasz kłopot polega na tym, że oni nie byli ostatni, prawda?

- No nie. Oni nie byli ostatni.

Przez chwilę znowu zapadła cisza. Gdzieś daleko ozwał się klekot broni maszynowej, zduszony nagle głuchym tąpnięciem haubic ze Wzgórza Odkupienia. Opór trwał. Jeszcze.

- W D+20 ktoś przypomniał sobie o magazynie.

- Kto to był, sierżancie?

- Nie pamiętam. Dzieci ciągle zawodziły, na zmianę. W końcu ktoś się tym zainteresował, chyba Magnus Hebron.

Magazyn. Cosimo kiedyś zdziwiłby się, jak małe, nieistotne sprawy mogą spowodować katastrofę. Kiedyś. Dziś już wiedział, że katastrofę wywołać mogło wszystko. Ludzkość miała wielu wrogów, z sobą samą na czele. Zazdrość. Małoduszność. Chciwość. Ambicja. Litość.

- Gdy tam weszliśmy, kilku ludzi z Samoobrony zaczęło wymiotować. W magazynie zamknięte były dzieci kultystów nie objęte Dyrektywą, czterolatki i młodsze. Dwa tygodnie wcześniej ludzie Kramera zamknęli je tam w oczekiwaniu na selekcję. Zamknęli i zapomnieli karmić.

Inkwizytor uśmiechnął się do siebie w duchu. Zapomnieli. Oczywiście.

- Najmłodsi zazwyczaj już nie żyli, leżeli ułożeni w stos w jednym z narożników. Niektóre dzieciaki potrafiły jeszcze płakać, sam nie wiem jakim cudem. Smród gówna i ścierwa był przytłaczający. Kramer zaproponował komisarzowi, by cały ten bałagan ogarnęła Gwardia miotaczami płomieni. Hebron chwilę się zawahał, ale w końcu kazał biec po sprzęt. Ale zamiast miotaczy pojawił się porucznik Kren.

- Ozdrowiał - raczej stwierdził, niż zapytał Cosimo. Sierżant albo nie zauważył sarkazmu, albo znowu udało mu się założyć maskę niewzruszoności.

- Tak. Był... Był zdenerwowany. Wszedł do magazynu. Kramer zaczął wyjaśnać sytuację... i porucznik wymierzył w niego z boltera. Zaczął krzyczeć, że zarzynanie zdychających szczeniąt to nie jest zadanie dla Gwardii, że to szkodliwe dla naszego morale, że jeśli chce, to niech sam dobija te dzieciaki. Kramer ukląkł i zaczął szlochać, jakiś jego adiutant podniósł broń...

I ktoś zaczął strzelać. Oczywiście nie wiesz, kto. Nie przysiągłbyś nawet, że nie zrobił to inny członek Samoobrony.

- Wyjaśnijmy sobie coś, sierżancie Garasian. Nie przesłuchuję cię po to, byś wyjaśnił mi kto zabił dowódcę Samoobrony. Informacja ta jest dla mnie o tyle mało znacząca, że nie jest już dla mnie tajemnicą. Dwie godziny temu torturowany komisarz Hebron wyjawił mi, że to on strzelił mu w głowę, by informacja o załamaniu nerwowym porucznika nie wyciekła poza wasze grono. Interesuje mnie coś zupełnie innego. Chcę dowiedzieć się, dlaczego zginął Kren. I nie powtarzaj mi tych absurdów o samobójstwie. Nie chcę ich już słyszeć. Nie chcę, rozumiesz Gedosian? Torturowałem waszego komisarza. Zastanów się głęboko nad stopniem mojej determinacji. Kto strzelił w głowę porucznikowi Krenowi, Gedosian. Kto?

Sierżant zgarbił się. W jego oczach pojawiła się rezygnacja. Nareszcie.

- Gdy wszyscy obecni tam ludzie Samoobrony już nie żyli, porucznik jeszcze raz wszedł do tego pierdolonego magazynu. Chwilę później usłyszeliśmy strzał. Nikt mu nie pomógł. Nie wiem, dlaczego to zrobił. Nie rozumiem tego. Nie rozumiem. Strzelił sobie w głowę i upadł prosto na te noworodki w narożniku. Nie zrobił tego żaden dzieciak, one tam ledwo pełzały.

Do pokoju wszedł serwitor. Z jego pleców wyrastały koszmarne, mechaniczne macki zakończone ostrzami i wiertłami. Cosimo Feuerbach doceniał w nim to, że już sam jego widok paraliżował strachem. Zazwyczaj.

Nie tym razem.

W oczach Feo Garasiana nadal była jedynie rezygnacja.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×