Skocz do zawartości
Gregorovius

Książki - dobre, złe i średnie. Co czytać?

Rekomendowane odpowiedzi

Dziewczyny, które przeżyły rzeź na Wołyniu

 

Miały kilka i kilkanaście lat, gdy zaczęła się krwawa rzeź w ich rodzinnych wsiach. Nikt nie mógł w to uwierzyć. Do tej pory Polacy i Ukraińcy żyli w zgodzie. Nagle sąsiad zaczął mordować sąsiada. I nie były to tylko zabójstwa. Nie kończyło się na strzałach. Ukraińcy z UPA katowali mężczyzn, kobiety, osoby starsze i dzieci. Odrąbywali kończyny, poddawali ciała niewyobrażalnym torturom.

 

“Dziewczyny z Wołynia” to niezwykła książka, która opisuje losy 9 niezwykłych kobiet, które przetrwały rzeź. Janina, Teodora, Alfreda, Janina, Józefa, Helena, Rozalia, Zofia i Helena opowiadają o tym, jak wyglądało ich życie na ukochanym Wołyniu, w sielskiej rzeczywistości, wśród pięknego krajobrazu i w gronie rodziny. Polskie gospodarstwa były zadbane i dość bogate - gospodarstwa składały się z kilku budynków, na podwórkach wypasały się krowy i inne zwierzęta. Wszystko wydawało się w porządku. Obok siebie mieszkali Polacy i Ukraińcy, ale wkrótce miało się to drastycznie zmienić.

 

Życie Polaków na ziemiach wschodnich nie było łatwe. 17 września 1939 roku wkroczyła Armia Czerwona, zaczęła się sowiecka okupacja. Polacy byli deportowani na Syberię i do Kazachstanu. 22 czerwca 1941 roku Trzecia Rzesza atakuje Związek Radziecki, na Wołyniu zapanował system okupacyjny. Rok później powstaje OUN (podziemna Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów), później UPA (Ukraińska Armia Powstańcza).

 

Pierwsza masowa antypolska rzeź miała miejsce na Wołyniu 9 lutego 1943 roku - 150 Polaków zamordowano w miejscowości Parośla. Masowe egzekucje miały miejsce zarówno w domach, lasach, a nawet w kościele. Polacy byli bardzo zdziwieni, początkowo nie wierzyli, że ich sąsiedzi Ukraińcy zrobią im krzywdę. Mimo alarmów i ostrzeżeń, nie wszyscy opuszczali swoje gospodarstwa. Trudno było im rozstać się z dobytkiem całego życia i rodzinnym domem. 11 lipca 1943 roku UPA zaatakowała 99 miejscowości, mordując na swojej drodze każdego Polaka. Ofiary katowane były siekierami, nożami, widłami, palone żywcem, wrzucane do studni. Dzieci zabijano na oczach rodziców, tzw. “siekiernicy” dobijali rannych. Polskie wioski zostały zrównane z ziemią.

 

Kobiety, które opowiadają swoje historie w tej książce cudem przeżyły rzeź na Wołyniu. Udało im się ukryć przed mordercami, ochronili ich krewni, sąsiedzi albo ukryły się pod zwłokami innych osób i udawały, że nie żyją. Wszystkie wspominają te wydarzenia z wielkim trudem. Nie można sobie wyobrazić, jak wielką tragedię przeżyły. Straciły rodziców, rodzeństwo, całe rodziny, dom i swoje miejsce na Ziemi. “Dziewczyny z Wołynia” Anny Herbich wydane przez wydawnictwo ZNAK to książka, która zasługuje na ogromną uwagę. Pokazuje tragiczne wydarzenia, o których jeszcze niedawno nawet nie mieliśmy pojęcia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Czytałem tylko Rotha i podobał mi się. Historia alternatywna, w której Lindbergh zostaje prezydentem, przemyca ideologię nazistowska i nakręca spiralę antysemicka w Stanach Zjednoczonych

Opowieść z perspektywy dziecka :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

@z0nk - w środę (19.09) premiera drugiego temu "Virion" :> 

  • Uwielbiam 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
W dniu 15.09.2018 o 19:05, Makk napisał:

@z0nk - w środę (19.09) premiera drugiego temu "Virion" :> 

Nie zachwycił mnie pierwszy, ale i tak biere! :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Nowy tom Czarnej Kompanii, The Port of Shadows - zaczyna się powoli i po pierwszych kilkudziesięciu stronach byłem rozczarowany. Jakże się myliłem, książka rozkręca się i jest naprawdę dobra, żadne popłuczyny dla zbicia kasy.

No i polecam Grey Bastards Jonathana Frencha, o której wie już Feanor - Czarna Kompania skrzyżowana z Tolkienem i Sons of Anarchy.

  • Uwielbiam 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Chcecie spędzić tydzień w górach na czytaniu thrillerów i kryminałów i zarobić 2000 zł? Wydawnictwo W.A.B. ma pracę marzeń

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Raymond E. Feist "Krondor: Betrayal"

 

Nadrabiania Feista ciąg dalszy. Po przemęczeniu się przez trylogię Empire myślałem, że porzucę dalsze nadrabianie i odświeżanie książek tego pana. Jednak gdy w końcu znalazłem czas na rozpoczęcie sagi Riftwar Legacy nie byłem aż tak rozczarowany.

 

Fabuła nawiązuje do wydarzeń z Silverthorn i Darkness at Sethanon, chociaż ich znajomość chyba nie byłaby absolutnie konieczna. Łatwiej jednak wszystko zrozumieć mając w pamięci 3 i 4 część The Riftwar Saga.

Skupiamy się na czwórce bohaterów, z których dwójkę już poznaliśmy. Giermkowie Locklear i Jimmy są starsi o około dekadę i o ile w przypadku pierwszego to widać, to drugi był na tyle dojrzałą postacią, że nie ma u niego żadnej praktycznie przemiany. Trochę to utrudnia jego odbiór, gdyż dzieciak wychowany w kanałach po staniu się giermkiem księcia, po udziale w krwawej wojnie, gdzie zginęły tysiące ludzi nie zmienił się w ogóle, a to chyba jednak nie jest realne.

Pozostała dwójka nowych bohaterów zostaje wprowadzona w tej książce. To mroczny elf Gorath, próbujący ostrzec ludzi o wielkim zagrożeniu, celem uratowania swoich pobratymców. Nie do końca przemawia do mnie jego logika, ale jednocześnie ma tam jakiś sens. No i Feist zgrabnie ukazał inność mrocznego elfa od ludzi czy jego "jasnych" kuzynów. Nie uderza tym w każym zdaniu podkreślając jaki to on jest inny, ale jednocześnie czuć, że to istota, której dotychczas nikt z bohaterów nie miał szans poznać.

Ostatnim nowym protagonistą jest Owyn, moim zdaniem równie dobrze poprowadzony co Gorath. Mamy tu pewną przemianę z niespełnionego maga i niepewnego swojej przyszłości szlachcica, na członka ekspedycji, której poczynania ważą losy świata. Klasyczne bohater -> wyprawa -> przemiana przez trudności. Feist robi to jednak umiejętnie.

 

To co jednak zauważam, to fakt, że Feist faktycznie dobrze prowadzi nowe postaci, ale ma pewien problem z tymi, które już znamy. Wspomniany Jimmy, który został w pełni wykształcony w dwóch poprzednich książkach, Arutha będący wręcz chodzącym bożyszczem czy nawet Locklear, który niby dojrzał, stał się amantem nad amantów i tyle. U żadnego nie widać żadnych efektów po arcytrudnych wydarzeniach. A przecież Arutha przeżył wielką wojnę, potem kolejną, prawie stracił ukochaną i dalej jest wzorowym władcą. Jimmy zobaczył więcej trupów niż większość weteranów, a dalej jest żartobliwym chłopaczkiem. Trochę mi to przeszkadza, chociaż nie jest to wielka wada.

 

Drugą wadą są dość rozczarowujące konkluzje. Zakończenie tej książki przychodzi dość szybko i dość... lekko, bez odczucia wysiłku, potu itp. wręcz czułem jakbym czytał o tym, że Jimmy wchodzi do tawerny i ma tylko trochę drogi pod górkę.

Znowu nie jest to psująca bardzo odbiór wada. Książkę przeczytałem dość szybko i lekko dobrze się przy tym bawiąc. Świat Midkemii wyszedł Feistowi zdecydowanie lepiej niż Kelewan, ma bardziej przemyślane wydarzenia, lore.

 

Nie da się jednak odrzucić wrażenia, że czytam bardziej skrypt przeciętnego RPGa, a nie książkę. Trochę przypominało to coś w stylu wykonywania kolejnych misji w jakimś Wowie.

Brawo wypełniłeś misję: ostrzeż Aruthę! Poprowadź z nim dialog, aby kontynuować rozgrywkę. Po rozmowie zaś dostajesz zadanie: wyrusz do punktu B i porozmawiaj z Januszem. Czytało się to dobrze dzięki umiejętnościom autora, ale nie oszukujmy się, formuła była bardzo prymitywna i mocno przyspieszona.

Dla porównania w Rift War Saga akcja jest wolniejsza, prowadzona staranniej, dająca nam czas na zrozumienie wydarzeń, poznanie bohaterów i konsekwencji nie tylko dla nich, ale i dla świata. Rozumiemy dlaczego bohater A zrobił to, a nie tamto i jaki to będzie mieć wpływ na Królestwo Z. Tutaj zaś jesteśmy pchani szybko do przodu. Bohaterzy wręcz dosłownie mówią "ojejku to może zniszczyć świat" podczas gdy w pierwszej sadze to było zręcznie podsunięte lepszym prowadzeniem historii. Chwaliłem poprowadzenie Goratha i Owyna i popieram to, ale jestem też świadom, że mogło być to zrobione jeszcze lepiej.

 

Zatem czy książka to gniot? Nie. Jest przyjemna, nie za długa, nie ciągnie się jak Empire Trilogy, ale też nie jest zbliżona jakością do długich tomów z The Rift War Saga. Ot przeciętniak ze wskazaniem na okej, ale dupy nie urywa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Raymond E. Feist "Krondor: The Assassins"

 

Generalnie to poprzedni wpis został przeczytany już w połowie września, ale dopiero teraz uznałem, że podzielę się wrażeniami. W każdym razie The Assassins to powrót jakości. O ile The Betrayal czytało się sprawnie, to nie znikało wrażenie nędzy. A tutaj mamy już normalną książkę, a nie skrypt słabego RPGa.

 

Fabuła rusza zaraz po zakończeniu pierwszej części sagi i skupia się wokół jednego bohatera z tamtej części. Giermek James to dalej postać już ukształtowana i dalej nie ma w nim żadnych zmian. Ludzie giną, widzi kolejne traumatyczne rzeczy, ale jednak dalej się nie zmienia.

Dostajemy też drugiego głównego bohatera i tu jak zwykle Feist wprowadza go bardzo zgrabnie. Nie wiemy o nim od razu wszystkiego, ale poznajemy go już podobnie jak w The Riftwar Saga.

 

Swoją drogą nadal pierwsza saga to niedościgniony ideał. Tempo i sposób przedstawienia akcji jest tutaj lepsze niż w The Betrayal, aczkolwiek nadal jest szybsze i czasem dosadniejsze niż w pierwszej sadze. Zdecydowanie jednak to już jest po prostu dobra lektura, która sprawia przyjemność. Nie mamy podążania za kolejnym questem, a razem z Jamesem odkrywamy intrygę. Widzimy jak dochodzi do wniosków, jak odkrywa kolejne jej aspekty. Akcja jest prowadzona szybko, ale zgrabnie i nie ma poczucia przesady.

 

Narzekałem na zakończenie poprzedniej książki. Tutaj jest o wiele lepiej. Czuć trudy przez całą powieść, a konkluzja tylko to podkreśla. Jednocześnie zostawia mnie z głodem dalszej lektury, jako że oczywiste jest iż to nie koniec tej serii na co wskazuje epilog.

 

Słowem zdecydowanie polecam przebrnąć przez The Betrayal, gdyż Feist tylko delikatnie się potknął, czego dowodzi ten tytuł. Wracam do czytania trzeciej części tej sagi!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Z tym "Betrayal" to miałeś takie wrażenia dlatego, że to jest RPG :) To jest książka na podstawie fabuły legendarnej gry Betrayal at Krondor. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
W dniu 7.10.2018 o 07:58, Meler napisał:

Z tym "Betrayal" to miałeś takie wrażenia dlatego, że to jest RPG :) To jest książka na podstawie fabuły legendarnej gry Betrayal at Krondor

Faktycznie sprawdziłem i nawet miałem to u siebie, ale że byłem dzieciakiem i angielskiego nie rozumiałem nigdy w to nie zagrałem.

Swoją drogą gdzie kupujecie ebooki? Odkryłem, że moja kolekcja nie ma jednego tomu, czwartej części obecnie czytanej sagi czyli Jimmy and the Crawler i będę musiał ten brak uzupełnić 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
31 minut temu, z0nk napisał:

Faktycznie sprawdziłem i nawet miałem to u siebie, ale że byłem dzieciakiem i angielskiego nie rozumiałem nigdy w to nie zagrałem.

Swoją drogą gdzie kupujecie ebooki? Odkryłem, że moja kolekcja nie ma jednego tomu, czwartej części obecnie czytanej sagi czyli Jimmy and the Crawler i będę musiał ten brak uzupełnić 

Polskie zawsze szukam przez http://ebooki.swiatczytnikow.pl , alternatywa to http://upolujebooka.pl .

Zagraniczne do tej pory wszystkie na Amazonie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Skończyłem wczoraj w nocy najnowszą powieść Wiesława Myśliwskiego - mojego ulubionego prozaika polskiego. "Ucho Igielne" to podróż po ulotnej pamięci, po wydarzeniach istotnych i nieistotnych. To niesamowita i melancholijna opowieść o miłości niespełnionej, o rozchodzących się losach, o uciekającej młodości i starości, która nie przynosi otuchy i odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Jak zwykle jest to powieść najwyższej próby, którą z całego serca polecam :) 

  • Lubię! 1
  • Uwielbiam 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Nie zachęcaj. Kupiłem dzisiaj na targach i już nie mogę się doczekać lektury :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Raymond E. Feist - "Krondor: Tear of the Gods"

 

Trzecia z czterech książek w serii The Riftwar Legacy i już dziesiąta ogółem. Okolice półmetku z zapoznawaniem i odświeżaniem jednocześnie twórczości Feista. Były książki z pokroju meh/da się czytać czyli Mistress of the Empire i Krondor: The Betrayal. Ale to pojedyncze wypadki, podczas gdy większość jest bardzo dobra, a dwie pierwsze książki tego autora to jedne z moich ulubionych ogółem.

 

Gdzie plasuje się Tear of Gods? Pewnie gdzieś w środku stawki. Fabularnie była prosta jak The Betrayal. Ot quest - idź tu, zdobądź to, pokonaj zło, zwycięż dobrem. Ale nie było to przedstawione tak słabo jak w pierwszej części tej serii czyli w The Betrayal. Nie biło z tej książki skryptem rpga, a normalną powieścią. Prostą, bez intrygi. Znaczy intryga była. W słowach bohaterów, ale nie oszukujmy się, szukać jej tutaj nie ma co.

Irytowała mnie z początku przypadkowość wielkich odkryć. Idąc ulicą trafiamy nagle na jakiegoś wroga/bardzo złego/sprawy niebezpieczne dla państwa. Rozumiem, że fabułę trzeba pchnąć, ale przypadek, który zaczął jedno z wydarzeń prosił o krzyknięcie: OCZYYYWIŚĆIE! Poza tym jednak nie miałem wielkich zażaleń.

Spoiler

Dla tych co czytali. Mam na myśli spotkanie dziecka, które prowadzi Jimmiego do siedziby szpiega z Keshu.

 

Znowu nie ma tu rozwoju postaci. Jimmy dalej jest tym samym człowiekiem, dodatkowe obowiązki, które otrzymał na początku tej serii też powinny jednak cośw nim zmienić, dać jakieś doświadczenie, ale on był stworzony zbyt idealny i nie ma szans na rozwój. Podobnie stający się ważną postacią serii William, który tutaj był raczej jednak personą drugoplanową. Nawet spotkał się z tragicznym doświadczeniem, ale nadal nic. Null. Zero.

Za to znowu świetnie wprowadzone zostały nowe, zapewne tylko na ten tom postaci. Kapłan Solon był na tyle ciekawy z interesującym zarysem, że naprawdę chciałbym poznać jego przeszłość i dalsze losy.

Druga postać, która była częścią jedynej chyba intryguni w książce to już taki trochę szarak. Postawiony w nowej sytuacji czuł się w niej źle, niczym moja babcia na zlocie Harleyowców. I to było czuć. Nie idealnie, trochę Feistowi momentami to nie wychodziło, ale ogólnie podobało mi sie wprowadzenie postaci nie będącej pieprzonym Herkulesem.

 

Rozwiązanie było dokładnie takie jak się spodziewałem. Klasyczne clichee z wielu rozegranych RPGów ;) ale jednocześnie było satysfakcjonujące. Chociaż nadal chciałbym więcej Solona!

 

Reasumując była to dobra książka. Nie wybitna, ale dobra. Polecam!

 

Teraz zostaje kupić jakimś cudem ostatnią część, która mam wrażenie, że w Polsce nie miała wydania

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×