Skocz do zawartości

Rekomendowane odpowiedzi

Ładunek 200 - w ramach "Sputnika nad Poznaniem" postanowiliśmy się wybrać ze znajomymi na tenże film. Co mnie uderzyło to ogromna brzydota rosyjskich miast, dymiące fabryki i ogólnie pojęty syf, poza tym film nie ma zakończenia, kiedy wydaje się nam ze jeszcze dużo rzeczy jest niewyjaśnionych, obraz się kończy. Na uwagę zasługuje postać kapitana Żurowa, psychopatycznego kapitana milicji, doprowadzonego do znieczulicy przez komunistyczny system, który jest jakby ucieleśnieniem tego, do czego doprowadza komunizm

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
hmm... Siedem było ciężkie :)? To znaczy nie, że neguje sam film, bo to jeden z moich ulubionych (zresztą niemal każda produkcja Finchera to majstersztyk), ale nie powiedziałbym tak. W ogóle to niektórych komentarzy nie rozumiem. Filmów nie znam, natomiast motyw, że coś jest "ciężkie", "depresyjne" itd. nie dziala na niekorzyść. Mam wrażenie, że w cenie są szybkie, łatwe i przyjemne produkcje ;P.

A nie jest? To przecież wizja świata totalnie zrelatywizowanego, gdzie granica między dobrem a złem właściwie przestaje istnieć. Pod płaszczykiem filmu sensacyjnego Fincher przemyca strasznie niewesołe przemyślenia na temat kondycji naszej cywilizacji. Już nie wspominając ostatniej sceny, która swoją grozą zwala z nóg.

Tylko, że Monster i Siedem były ciekawe. Opowiadały o czymś interesującym, człowiek z ciekawością czekał na rozwój wydarzeń. A ten film wcale nie był ciekawy, wydarzenia można było bardzo łatwo przewidzieć.

No ok szanuje i przyjmuję Twoje zdanie, tym bardziej, że jeszcze nie mam swojego. Chodzi mi tylko o to, że stawiasz "ciężkość" i "nieprzyjemność" jako argument przeciw. A to żaden argument, bo mogę podać (co też zresztą zrobiłem) przykłady filmów, które mimo swojej ciężkości i nieprzyjemności można uznać za co najmniej bardzo udane.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
A nie jest? To przecież wizja świata totalnie zrelatywizowanego, gdzie granica między dobrem a złem właściwie przestaje istnieć. Pod płaszczykiem filmu sensacyjnego Fincher przemyca strasznie niewesołe przemyślenia na temat kondycji naszej cywilizacji. Już nie wspominając ostatniej sceny, która swoją grozą zwala z nóg.

 

Ciężki film to dla mnie taka produkcja, którą muszę trawić tygodniami i dopiero po bardzo długiej przerwie wracam do danego dzieła. Natomiast, gdy skończył się Siedem, miałem go ochote obejrzeć jeszcze raz i jeszcze raz. Mroczny, ponury, może i nawet trudny, ale "ciężki" to imho inny kaliber. Tak w ogołe to mam wrażenie, że ten świat wytworzony przez Finchera jest w pewnym sensie bardzo atrakcyjny.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
No ok szanuje i przyjmuję Twoje zdanie, tym bardziej, że jeszcze nie mam swojego. Chodzi mi tylko o to, że stawiasz "ciężkość" i "nieprzyjemność" jako argument przeciw. A to żaden argument, bo mogę podać (co też zresztą zrobiłem) przykłady filmów, które mimo swojej ciężkości i nieprzyjemności można uznać za co najmniej bardzo udane.

Może po prostu źle sprecyzowałem określenie ciężki ;) To był film, który po prostu mi się źle oglądało i nawet nie miałem wielkiej ochoty wiedzieć jak to wszystko się skończy. Nie przebił jednak mojego kandydata na najcięższy (definicja w poprzednim zdaniu) film - Pi Arankofskyego ;] Nadal czekam, aż ktoś mi wytłumaczy co takiego było w tym filmie, bo jak dla mnie to było najgorzej spędzone 1,5h w moim życiu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Bo "Pi" jest przereklamowane, jeśli można użyć takiego sformułowania. Co nie znaczy, że to film słaby. Fabuła kuleje, ale wszystko wynagradza gra aktorska, świetna muzyka i świat stworzony przez Aronofsky'ego. Podobało mi się również przedstawienie tego, jak rozwijała się choroba głównego bohatera. No ale mnie akurat takie filmy bawią (pozytywnie).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Ciężki film to dla mnie taka produkcja, którą muszę trawić tygodniami i dopiero po bardzo długiej przerwie wracam do danego dzieła.

To już kwestia własnego wyczucia, co rozumiemy przez to stwierdzenie :).

Natomiast, gdy skończył się Siedem, miałem go ochote obejrzeć jeszcze raz i jeszcze raz. Mroczny, ponury, może i nawet trudny, ale "ciężki" to imho inny kaliber. Tak w ogołe to mam wrażenie, że ten świat wytworzony przez Finchera jest w pewnym sensie bardzo atrakcyjny.

Pewnie, inaczej nie zrobiłby takiej kariery, kończąc na statusie studencko-dekaefowego cult movie :>.

 

Z "Pi" jest tak, że gdy pierwszy raz to obejrzałem, to bylem naprawdę położony na łopatki. Ale to nie jest film, do którego się wraca. Drugi raz był już zawodem, bo nagle niektóre wątki stawały się banalne i trochę amatorskie. No ale ta atmosfera paranoicznego pędu poznania (cóż za stwierdzenie :>) jest po prostu genialna.

Na szczęście Aronofsky zrobił później "Źródło", które jest wielkie zarówno za pierwszym zetknięciem, jak i później.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Drugi raz był już zawodem, bo nagle niektóre wątki stawały się banalne i trochę amatorskie.

 

I śmieszne - z jednej strony Żydzi, z drugiej krwiożercza firma, z trzeciej 'moralno-matematyczne' zasady... ;]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
hmm... Siedem było ciężkie :)? To znaczy nie, że neguje sam film, bo to jeden z moich ulubionych (zresztą niemal każda produkcja Finchera to majstersztyk), ale nie powiedziałbym tak. W ogóle to niektórych komentarzy nie rozumiem. Filmów nie znam, natomiast motyw, że coś jest "ciężkie", "depresyjne" itd. nie dziala na niekorzyść. Mam wrażenie, że w cenie są szybkie, łatwe i przyjemne produkcje ;P.

A nie jest? To przecież wizja świata totalnie zrelatywizowanego, gdzie granica między dobrem a złem właściwie przestaje istnieć. Pod płaszczykiem filmu sensacyjnego Fincher przemyca strasznie niewesołe przemyślenia na temat kondycji naszej cywilizacji. Już nie wspominając ostatniej sceny, która swoją grozą zwala z nóg.

No cóż, "kaznodzieja" prezentuje z kolei świat niezrelatywizowany. Najgorsze było to, że się w pewnym sensie z nim zgodziłem: dziś trzeba walić młotem, żeby ktoś się ocknął ze swego płytkiego snu (tylko, czy kiedykolwiek było inaczej?). Straszny, wspaniały film.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Heh, ale czasem mam wrażenie że żyjemy na jakichś innych planetach - jeśli "Pi" jest tak hardkowe i "ciezkie" to co powiedzieć o np. "Solaris" Tarkowskiego albo "Barwach granatu"? Choć można "Pi" uznać za niekonwencjalne, to jest to dzieło mimo wszystko dośc przystępne.

 

"33 sceny z życia" oczywiście doskonałe. Bardzo mocno identyfikowalem się z bohaterami filmu - wyciągając z dzieła niby banalne, ale najwazniejsze kurde przesłanie: że nawet po takich ciosach mozna wstać i walczyć dalej, a nawet że ten cały gnój, którego zaznała Julia może ją uformować i pozwolić jej wydorośleć. Mądre i prawdziwe arcydzieło.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Pewnie, że jest przystępny, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Mam wrażenie, że "Pi" swoją domniemaną "ciężkość" zawdzięcza głównie niskiemu budżetowi, który zaważył na kameralności, sposobie kręcenia i stronie wizualnej filmu. I rzeczywiście, ludzie oglądający raczej mainstream mogą tak odbierać debiut Aronofsky'ego. Miał więcej kasy - nakręcił "Requiem dla snu", w sumie dzieło bliskie już głównemu nurtowi.

 

Kubasa - a widziałeś "Nostalgię"?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Nie widziałem "Nostalgii" i "Ofiarowania". Wymieniłem Solaris bo ono jest po porstu trudne i nudne. Trudne i wybitne to jest "Zwierciadło" - by zwiększyć swoją koncentrację, trzymałem w ręku listę dialogową.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Mam wrażenie, że "Pi" swoją domniemaną "ciężkość" zawdzięcza głównie niskiemu budżetowi, który zaważył na kameralności, sposobie kręcenia i stronie wizualnej filmu.

Dodatkowo mocno denerwująca, wpiłowująca się w mózg muzyka (a raczej dźwięki, odgłosy), nieprzyjmene obrazy, ponura kamera, czyli właśnie ten wspomniany przez Ciebie sposób kręcenia i cała strona wizualna. Dodatkowo już nie pamiętam czy to ja nie nadążałem za fabułą, czy ona po prostu nie była ciekawa dla mnie, ale też sam sens opowieści mnie wymęczył.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

akurat muzyka w "PI" była bardzo przyjemna - cóż jest milszego niż dziwne odgłosy i dźwięki ;].

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Wiadomo, Mansell. Główny motyw zajebisty tak samo jak w Requiem i Źródle.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Czy my mówimy o tych samych dźwiękach? Tym pulsującym, wysokim dźwięku powtarzającym się co 15min w filmie i trwającym po 5-10min? Takim, że myślałem, że mi głowa eksploduje i że nie dokończę tego filmu, bo nie wytrzymam i zaraz wywalę kompa przez okno? Bo akurat motywy z Requiem czy Źródła uwielbiam i często słucham.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

hmm, aż tak to już nie pamiętam. Ale nie przypominam sobie sytuacji, abym się krzywił słysząc jakiś dźwięk z "PI".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

no i takie coś całkiem dobrze oddaje proces 'ataku' choroby.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
no i takie coś całkiem dobrze oddaje proces 'ataku' choroby.

Tak dobrze, że sam miałem ochotę sobie palnąć kulkę w łeb.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

No i chyba o to chodziło? ;) Pokazanie jak czuje się bohater, bo raczej o to chodzi w sztuce, żeby oddać te emocje i wyzwolić je w widzu. Katharsis. ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×