Skocz do zawartości
Między 26 a 29 lipca w LIPINACH odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy do zgłaszania się!
TEMAT ZLOTOWY

schizzm

Użytkownik
  • Zawartość

    2916
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    31

Ostatnia wygrana schizzm w dniu 18 Kwiecień

Użytkownicy przyznają schizzm punkty reputacji!

Reputacja

3108 Bardzo lubiany

O schizzm

  • Tytuł
    Kapitan drużyny
  • Urodziny 24.06.1985

Informacje

  • Wersja
    FM 2014
  • Klub w FM
    Sant Andreu (FM14)
  • Skąd
    Barcelona
  • Płeć
    Mężczyzna
  • Zainteresowania
    Spaghetti western, wloskie kino gatunkowe, blaxploitation i wszelkiej masci przedstawiciele kina exploitation. Poza tym retrogaming.

Ostatnie wizyty

30593 wyświetleń profilu
  1. Turystyka

    Ok, @Pulek czeka, to w końcu spiszę kilka uwag odnośnie Lizbony. Nasza wycieczka trwała dokładnie tydzień w okresie wielkanocnym. Pierwsze impresje – lizbońskie lotnisko. Nie wiem, może mylne wrażenie, ale wydaje się wyjątkowo zagmatwane ?. Całe szczęście kilka lat temu (jeśli się nie mylę) dobudowano do niego metro i można bezproblemowo przetransportować się do centrum miasta. My mieliśmy zakwaterowanie zaraz przy Katedrze Se, czyli w zasadzie samo serce starej Lizbony – Alfamy. Z mieszkaniem mieliśmy dużo zawirowań. Najpierw mieliśmy mieszkać w innym miejscu, ale pewne rzeczy się pokomplikowały i trafiliśmy do pokoju w wyżej wymienionej lokacji. Początkowo byliśmy sceptyczni (w końcu tylko pokój), ale po zobaczeniu mieszkania, a następnie otrzymaniu informacji, że właścicielka będzie w nim tylko przez dwa dni i odda je nam do naszej dyspozycji, wszystkie obawy poszły na bok. Mieszkanie było całym piętrem w kamienicy, z dobre 10 pomieszczeń, przepiękny widok na rzekę i wpadające przez cały dzień słońce. Widzę, że na Airbnb wynajmuje ktoś lokum piętro wyżej, można mniej więcej porównać, jak to wyglądało ? Co do samej Lizbony. Miasto ma swój urok i specyficzny klimat. Chociaż przyznam, że chyba nie chciałbym tam mieszkać, zabrakło pełnej chemii ?. Myślę, że spokojnie można je zwiedzić w 4 maksymalnie 5 dni. Nam najbardziej do gusty przypadła Alfama, na której mieszkaliśmy. Labirynty uliczek, mimo wszystko dość biednie i obskurnie, ale z ciekawymi „tajemniczymi” zakątkami i samą przyjemnością jest zagłębianie się w każde małe przejście, nigdy nie wiadomo, co się tam trafi. Jest tam kilka atrakcji (np. muzeum Fado, Panteon, kilka kościołów, zamek Św. Jerzego), więc pewnie każdy znajdzie coś dla siebie. My z chęcią odwiedziliśmy kościoły, o dziwo najmniejsze wrażenie zrobiła… Katedra Se. Wpływ na to pewnie też miały wielkie tłumy, na które trafiliśmy. Panteon jest dość imponującą konstrukcją, wejście jest płatne, a jego obsługą zajmuje się strasznie niemiły personel, który zniechęcił nas do wejścia do środka. Najważniejsza rzecz – zamek – tutaj wstyd się przyznać, ale jakimś cudem przez ten tydzień tam nie dotarliśmy . Nie wiem, jak to zrobiliśmy, trudno zostanie na następny raz. Trafiła tam za to koleżanka – wejście bodaj 8 euro, ładne widoki, pawie i koty ?. Z Alfamy warto też odbić bardziej na północ do dwóch punktów widokowych – Miradour Sofia - i bodaj najwyższy punkt widokowy w mieście – Miradoura de Nossa Sehnora. Nie powiem, widok bardzo ładny, ale trafiliśmy na taki wiatr, że momentami było nawet ciężko złapać oddech. Ogólnie na Alfamę można poświęcić spokojnie 1 dzień. Drugi dzień można zostawić na krążenie po Barrio Alto. Tu już mamy do czynienia z bardziej „fancy” dzielnicą, w którym znajdzie się większość „stałych” punktów do odwiedzenia w Lizbonie. My zaczęliśmy od samego dołu, czyli praca de Comerco na północ w strone stacji Rossio (obowiązkowo po drodze zaliczając A Ginghinje, no trzeba ?), a potem odbić w lewo i kręcić się już po samym Barrio. Warto odwiedzić dwa punkty widokowe – Santa Catarina - bardzo fajne miejsce – i Sao Pedro de Alcantara. W drodze do Barrio Alto pewnie każdy trafi na osławioną wieżę/windę Elevador de Santa Justa. Dobra rada – nie czekajcie w ciągnących się kolejkach, żeby tam wjechać. Lepiej przespacerować się na spokojnie na około i wspiąć się na samą dzielnicę i w drodze powrotnej po prostu zjechać tą windą, bo na górze z reguły jest pusto ?. Z Bairro można też spróbować odbić na północ do parku Eduardo VII lub odwiedzić akwedukty, ale to już większy kawałek drogi do zrobienia. Następny punkt wycieczki to Belem. Dzielnica (w zasadzie oddzielne miasto) znana z wieży (Torre Belem), najsławniejszej cukierni (Pasteleis De Belem) i klubu Belenenses ?. Do Belem warto wybrać się na piechotę lub rowerem. Od stacji metra/portu Cais Du Sodre ciągnie się droga rowerowa/dla pieszych, która biegnie do samej wieży Belem. W jedną stronę jest to około 8 kilometrów, więc można zrobić sobie ładny spacer nad rzeką. Jednak muszę zastrzec, że droga z dworca do mostu 25 april nie jest nazbyt urokliwa, to głównie industrialne okolice. Dopiero od mostu zaczyna się prawdziwy deptak, dlatego ewentualnie można do mostu dojechać tramwajem, a stamtąd już pójść na piechotę. Mniej więcej na tej wysokości (most/deptak) znajduje się też LX Factory. Jest to zamknięty postindustrialny który trąci mocną hipsteriozą, głównie knajpy i handmade’y w dziwnie wystylizowanych miejscach ?. Po drodze do wieży Belem znajduje się Pomnik odkrywców. Warto wjechać na górę, bardzo ładne widoki (cena 5 jurków). Sama wieża Belem nie zrobiła na mnie większego wrażenia, prędzej jej otoczenie i znajdujący się obok Mosteiro dos Jeronimos, w którym znaleźć można m.in. nagrobek Vasco da Gamy. Maniacy mogą podejść trochę na północ od sakralnej budowli i odwiedzić stadion Belenenses. Mały obiekt, jak tam wstąpiłem to był otwarty, sklepik o dziwo dość dobrze wyposażony, co ciekawe udało mi się wejść na stadion – bramy były otwarte – i nawet nikt mnie stamtąd nie wygonił ?. Stadion jak stadion, ciekawy jest brak południowej trybuny, przez co rozpościera się bardzo ładny widok na rzekę i jej drugi brzeg ? Będąc w Belem trzeba odwiedzić najsławniejszą cukiernię Pasteleis de Belem. Tutaj ważny tip, nie należy się przestraszyć gigantycznej kolejki, która tam czeka. Ta kolejka jest do sklepu, żeby kupić frykasy na wynos (nie wiem, ile osób zdaję sobie z tego sprawę ?). Wzdłuż wężyka kolejki można znaleźć wejście do środka budynku. Ta cukiernia jest GIGANTYCZNA, pomieści się tam kilka setek osób. My czekaliśmy w kolejce na wolny stolik, ale wszystko szło bardzo sprawnie i czas oczekiwania to było może 5-7 minut. Ich specjalność, czyli pasteleis, bardzo dobre, a miejsce pomimo swojej sławy nie ma cen z kosmosu, wręcz przeciwnie, są bardzo przystępne. Warto odwiedzić i spróbować tutejszych wyrobów. Na samą wycieczkę w Belem należy poświęcić jeden dzień. Co jeszcze? Można pojechać poza Lizbonę (Sintra, my nie trafiliśmy), przeprawić się promem na drugą stronę rzeki (niestety nie udało się nam), prom przyjmuje bilet komunikacji miejskiej, można udać się na wschodnie wybrzeże Lizbony w okolice mostu Vasco da Gamy, można też wybrać się w północne rejony miasta. My wybraliśmy się 150 km na północ od Lizbony. Moja małżonka zawsze chciała odwiedzić Fatimę, więc zrobiłem jej małą wycieczkę. Jakby ktoś był zainteresowany – z dworca autobusowego są kursy co półgodziny w stronę Bragi przez Fatimę. Bilet to koszt około 10 euro. Dworzec to kompletny chaos, nie polecam ?. Sama Fatima… no cóż, hajs na hajsie. Sanktuarium jak sanktuarium, na mnie wrażenia nie zrobiło. Bardziej urokliwy jest szlak prowadzący z Fatimy do wioski, w której żyły dzieci-świadkowie objawień. Bardzo ładnie przygotowane ścieżki pośród gaju oliwnego. Odprężająca sceneria i spacer, polecam bardzo (niedługa wyprawa, może z 3 kilometry). W samej wiosce można odwiedzić zachowane domostwa, w których żyły wspomniane dzieci. Na pewno jest to ciekawszy i znacznie przyjemniejszy element wycieczki niż samo sanktuarium. Nie polecam za to dworca autobusowego w Fatimie. Chaos do potęgi, nikt nic nie wie, misz-masz autobusów i nie wiadomo, którym jechać. Nasz autobus nie przyjechał i utknęliśmy tam na dobrą godzinę, nie wiedząc, co zrobić. W końcu zjawił się nasz/nie nasz autokar i nas zabrał. Organizacja jak w trzecim świecie. Pani anonsująca autobusy chodzi między stanowiskami autobusów z mikrofonem, czyta tabliczki na autobusach lub pyta kierowców i ogłasza przez mikrofon, dokąd dany kurs jedzie. No cóż… folklor ? Lizbona ma fatalną komunikację miejską. Linie metra są 4 i coś tam pokrywają, ale oprócz tego jest dramat. Autobusy to stanie w korkach, tramwaje to atrakcja turystyczna, więc tłok. Obydwa środki komunikacji mają w dupie rozkłady jazdy. Generalnie polecam poruszać się pieszo w ostateczności metrem (które mogłoby jeździć częściej). Jednak Barcelona to jest pod tym względem niedoscigniony wzor. Na koniec tego wpisu małe podsumowanie "finansowe". 8 dni w Lizbonie, przeloty 200 euro, zakwaterowanie 250 euro, wydatki w czasie pobytu około 350-400 euro (raczej nie oszczędzaliśmy). Czy to dużo, nie wiem, na pewno zaoszczędziliśmy na mieszkaniu (po znajomości, normalnie poszłoby z dwa razy tyle), na pewno dałoby się też taniej dostać bilety lotnicze (okres wielkanocny nie sprzyjał). W oddzielnym poście zamieszczę jeszcze odwiedzone knajpy, które mogę z czystym sumieniem polecić.
  2. Sportowy wiosenny livescore

    Lance z Lebronem w playoffach, najlepiej
  3. Sportowy wiosenny livescore

    Bardzo fajny mecz w Toronto przez trzy kwarty, zabrakło większych emocji w ostatniej fazie spotkania, ale i tak Playoffy było czuć mocno. Pierwsza runda PO to chyba moja ulubiona część całego sezonu
  4. Wiosenny livescore piłkarski

    Lol, u mnie na dzielni, jakich kilka okrzykow radości z porażki i trochę petard Ukryte opcje madryckie
  5. Wiosenny livescore piłkarski

    Mocno wypadłem z obiegu, pierwszy raz widzę to nazwisko
  6. Wiosenny livescore piłkarski

    Jak się nazywa ten mniejszy murzynek grający na obronie w Barcelonie? Jest tragiczny chyba przegrał każdy pojedynek
  7. Tennis Elbow 2011 & 2013

    Nie umieszczalo się go w głównym folderze gry? BTW. Jeśli to oryginał to możesz napisać do twórcy i powinien Ci podesłać tez klucz steamowy. Ja tak kiedyś zrobiłem, w zamian prosił jedynie o recke na steamie
  8. Sportowy wiosenny livescore

    2:5 FT, dziękuję, dobranoc.
  9. Sportowy wiosenny livescore

    Boże, co Brewers odpierdalają z Cubs w 9 inningu . Prowadzili 2:1 i zawodnicy z pola Milwaukee chyba zmówili się, żeby popełniać seryjnie błędy przy łapaniu piłek, choć mogli to spokojnie skończyć. 2:4, pełne bazy i tylko 1 out.
  10. Wiosenny livescore piłkarski

    Lechia 4:0 z Arką po 40 minutach. Hattrick Paixao
  11. Komputery przenośne

    Próbowałeś zaktualizować sterowniki karty graficznej? Ewentualnie odinstalować je i zainstalować na nowo?
  12. W co warto zagrać?

    To ja zrobię wykopalisko, o którym wspominałem w Maryni, i opiszę to w bardziej tradycyjny sposób Al-Qadim: The Genie's Course (1994) Kupiłem tę grę niedawno na gogu, ponieważ zaintrygowały mnie screeny. To jeden z moich ulubionych stylów graficznych w starych grach, w dodatku wydawcą był SSI, więc wziąłem w ciemno. W grze wcielamy się w rolę jednego z synów familii Al-Hazrad. Właśnie kończymy nasze szkolenie na "Korsarza" (tak to jest nazywane w grze, ot kilkuletni trening pod okiem mędrca, który stanowi przejście do bycia mężczyzną. Dzięki temu naszemu bohaterowi nieobcy jest fechtunek i podstawy magii) i wracamy do rodzinnego miasta, w którym trwają przygotowania do zaślubin naszego bohatera z córką Kalifa, a nasza familia jest bliska zakończenia wieloletniego konfliktu z inną familią w mieście. Niestety dochodzi do nieszczęśliwego wypadku. Jeden z dżinów (którzy są integralną częścią świata) atakuje i zatapia statek familii-rywali, którym płynął także Kalif i jego córka. Młódka znika, Kalif uchodzi ledwo z życiem, a pozostali świadkowie tragedii opowiadają, że za atakiem stał dżin będący sługą... naszej familii (co możniejsze rody w świecie gry mają dżiny na swoich usługach). Naszym zadaniem jest wyjaśnienie tajemnicy ataku, oczyszczenie familii z zarzutów zdrady i uratowanie przyszłej żony . Tak na szybko prezentuje się fabuła. Tu i ówdzie można przeczytać, że gra jest określana jako action-rpg. Trochę jest to nadużycie. Ok, do stworzenia świata gry został wykorzystany setting znany z D&D, ale to niemal wszystko, co można podpiąć pod CRPG . Nasz bohater ma własne statystki typowe dla D&D, ale są one predefiniowane i nie mają kompletnego znaczenia (po prostu wyświetlają się w oknie opisu postaci). W teorii zdobywamy punkty doświadczenia, które pozwalają awansować nam na kolejny poziom, ale przekłada się to jedynie na możliwość rozwoju umiejętności walki mieczem (o tym za chwilę) i większy pasek zdrowia. Oprócz tego do elementów rpg-owych można chyba jeszcze zaliczyć ekwipunek i zbierane potiony oraz kilka przedmiotów, które wpływają na naszą skuteczność obrony i ataku (np. miecz +3 lub pierścień dodający obronę +2). Czy ma to duży wpływ na rozgrywkę, nie mam pojęcia. Samej grze najbliżej do action-adventure. Chodzimy po danej lokacji, rozmawiamy z jakimiś NPC (są kwestie dialogowe do wyboru, ale nie ma jakichś wyborów wpływających na grę, raczej są to kwestie "stylistyczne", czy chcemy być sztywnym bubkiem z wysokiego rodu czy ziomkiem z podwórka ), odbieramy od nich quest, rozwiązujemy go, dostajemy wskazówkę co robić dalej, udajemy się tam, kolejny quest itd. itp. Sama rozgrywka to głównie elementy zagadkowo-puzzlowo-labiryntowe (a to odpowiedni układ dźwigni, a to umiejętne poruszanie się po zaczarowanych podłogach), które nie są skomplikowane, lub walka. Ta jest prosta do bólu. Aby zaatakować, napierniczamy klawisz Ctrl . Nasz bohater ma tylko swój sejmitar, którego będziemy używać do końca gry. Urozmaicenie w walce polega na tym, że po awansie na wyższy poziom możemy wybrać się do mistrza walki, który nauczy nas nowych technik (z podstawową łącznie trzy). Różnią się one tym, że należy dłużej przytrzymać klawisz ctrl, aby wykonać potężniejszy atak. W grze jest także kilka fragmentów skradankowych. Oprócz walki bronią białą możemy się posługiwać podstawami magii. Dysponujemy słabym czarem ofensywnym pod postacią małego pocisku kierowanego w stronę wroga (możemy go używać w nieskończoność). Wraz z rozwojem przygody będziemy znajdować ograniczoną liczbę innych czarów ofensywnych. Prawdę powiedziawszy zupełnie można się bez nich obyć. Albo inaczej - nie warto ich chomikować, bo potem się okaże, że 3/4 w ogóle nie użyliście. Osobiście z innych czarów niż podstawowy skorzystałem dopiero pod sam koniec gry. Podobnie jest z potionami. Tutaj regularnie używa się tylko napojów leczących, napitki ochronne przed żywiołami nie bardzo wiem, kiedy można wykorzystać, a z kolei chwilowa nieśmiertelność czy zwiększona siła doskonale sprawdzą się w finałowej i tak już dość niewymagającej walce. Wspominałem już o grafice - jest urocza, te małe rysowane światy i postacie są cudowne i bardzo charakterystyczne. Zakochałem się z miejsca i miłość nie wyczerpała się do końca gry. Znakomity jest także soundtrack w mocno orientalnych klimatach, świetnie buduje nastrój gry. Moje wrażenia z gry - choć liczyłem na więcej RPG - i tak są mega pozytywne. Bawiłem się bardzo dobrze, zagadki i puzzle nie są skomplikowane. Choć gra się liniowo, to nie jest nudno. Nie ma momentów, że nie wiemy, co robić. Generalnie gra nie jest trudna, może poza początkiem, ponieważ podstawowy atak sejmitarem jest tak beznadziejny, że łatwo się zrazić do reszty gry... (a tak się składa, że w początkowej fazie czekają na nas dwa dość wymagające "batalistyczne" obszary gry). Historia toczy się dobrze przez jakieś 3/4 gry, siada dopiero pod koniec, ale wtedy już z rozpędu możemy zakończyć rozgrywkę. Dialogi są dobrze napisane, postacie charakterystyczne i zapadające w pamięć. Jeśli miałbym przywołać w ramach podobieństwa i skojarzeń inne gry, byłyby to Little Big Adventure i Legend of Zelda. Myślę, że miłośnicy obydwu tytułów (szczególnie tego pierwszego) odnajdą się tutaj doskonale. Mnie przejście całej gry na poziomie średnim zajęło 11 godzin. W żadnym razie nie uważam tego za czas stracony. Macie ochotę na niezobowiązującą i w miarę wciągającą przyjemną rozgrywkę z ładną grafiką i ciekawym arabsko-orientalnym sztafażem? Jak najbardziej możecie wypróbować Al-Qadim: The Genie's Course
  13. Muzyczna schizzmoteka

    Chyba nie mam poczucia wstydu odnośnie do żadnego z zespołów, które słuchałem. To tylko subiektywny odbiór. Kolejne wpisy pewnie już w najbliższy weekend
  14. Turystyka

    Dziś dorzucę coś od siebie w temacie Lizbony O Eurico kolejna budżetowa propozycja do znalezienia na Alfamie. Byliśmy tam na kolacji, knajpa była otwierana o 19. Dziesięć minut przed otwarciem przed drzwiami stała już dość duza grupa turystów i miejscowych. Szczęśliwie udało nam się zmieścić jako ostatni i nie musieliśmy czekać na zewnątrz (a to by trochę trwało, w środku spędza się dużo czasu). Miejsca jest dość mało toteż klientów sadzą się wspólnie (np. dwie dwójki przy czteroosobowym stoliku). Nam przyszło dzielić 8-osobowy stolik z 5 Amerykanów. Tworzy to dość specyficzne relacje ;). Karta to typowe dania PT. Dużo owoców morza, steki itp. My wzięliśmy zupę (fasola z różnymi dodatkami, dobra i pozywna), po dorszu (wielki kawał ryby obsypany poszatkpowanym jajkiem na twardo i smażona cebula, podawany z talarkami ziemniaków), do tego sałatka (prosty miks sałaty, pomidorów i cebuli) oraz pół litra białego wina. Jedzenie znakomite, porcje gigantyczne, fajna atmosfera w środku. Mój Amerykanin zaintrygowal się dorszem i wymienił się na kawałek, oferując swoją krewetke (btw. krewetki, choć ogromne, to były dziwnie drogie - 14 euro). Na koniec wzięliśmy jeszcze po deserze (musy). I teraz najlepsze, cena za całość? 27 euro za dwie osoby. Za tak dobry posiłek - bezcen, polecam odwiedzić. Warto wybrać się na godzinę otwarcia. Jak wychodzilismy na zewnątrz stała kolejka z 25 osób i biorąc pod uwagę czas spędzamy w środku, trochę się czeka
×