Skocz do zawartości

rafal9595

Użytkownik
  • Zawartość

    1
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

0 Neutralny

O rafal9595

  • Tytuł
    Nowy
  1. Mamy rok 2019. Jestem dorosłym, poukładanym człowiekiem, który ma dom, rodzinę, nawet psa. Przede wszystkim mam pracę swoich marzeń ale wszystko po kolei. Żyję i mieszkam na Łotwie, w mieście Smiltene położonym ok. 120 kilometrów na północny wschód od Rygi. Zresztą, jakie to miasto? Nieco ponad 5 tysięcy mieszkańców, w Polsce na coś takiego powiedzielibyśmy "mieścina" z aspiracjami do "miasteczka". Trafiłem tutaj w wyniku kompletnego przypadku, które często zsyła nam w życiu los. Klubem z mojego miasta - FK Smiltene - zauroczyłem się znajdując go w jakiejś piłkarskiej grze na telefon. Przyjemna nazwa, poziom drugiej ligi łotewskiej, nawet w herbie jest niebieski kolor za którym od małego przepadałem. Potem zaczynałem coraz więcej czytać, dowiadywać się, wkręcałem się coraz bardziej. Wymyśliłem sobie jednoosobowy Fan Club Warszawa, który miał vlepki i swoją flagę. Przyjechałem z nią raz na mecz, potem drugi i trzeci. Gdy w mieście pojawiła się oferta pracy, postanowiłem zaaplikować. Jeden z lokali gastronomicznych szukał kogoś do obsługi gości. Angielski w miarę znałem, łotewskiego się uczyłem, jedyny minus to brak znajomości rosyjskiego ale w ostatecznym rozrachunku przyjęli mnie! Oczywiście nie brakło pytań czego szuka Polak w miejscu takim jak to. Tłumaczyłem się pasją do klubu, w zamian otrzymałem jedynie spojrzenie pełne zdziwienia. Zrozumiałe. Na stadion FK Smiltene miałem zatem okazję chodzić regularnie. Poznałem kibiców, osoby związane z klubem, wszystko kręciło się w dość małym, lokalnym środowisku. Po jakimś czasie postanowiłem spróbować sił jako piłkarz. Poziom drugiej ligi łotewskiej nie jest zbyt wysoki, ale okazał się zbyt wysoki dla mnie. Smiltene gra tylko wychowankami, ludźmi którzy od dzieciństwa chowali się w tym klubie i znali go od poszewki. Średnia wieku w zespole to niespełna 19 lat, graczy powyżej 23 lat policzysz na palcach jednej ręki. Kilka meczów zagrałem, mierzyłem się z różnymi zawodnikami ale w ostatecznym rozrachunku uznałem, że to nie dla mnie. Wróciłem na trybuny jako kibic, z wysłużoną flagą FC Varšava. Tak pewnie ciągnęłoby się to dalej gdyby nie pewien konkurs urządzony z okazji dnia klubu czy czegoś w tym stylu. Zorganizowano coś na wzór festynu z zawodami polegającymi na tym, kto więcej razy podbije piłkę głową. Bylo o co walczyć bo nagroda to pokierowanie drużyną w meczu towarzyskim, nie pamiętam nawet przeciwko komu. Wprawę w główkowaniu miałem, więc jak możecie się domyślić rywalizację wygrałem. Sam mecz w którym prowadziłem zespół pamiętam jak przez palce. Dziwnym uczuciem było dyrygowanie kolegami z którymi jeszcze nie tak dawno sam biegałem po murawie. Głupio mi było więc też rozliczać kogoś z jakichś błędów czy złych zagrań. Ponoć cały mecz stałem przy linii bocznej i angażowałem się w przebieg gry, mimo że bylo to spotkanie "o pietruszkę". Trener zwrócił jednak uwagę na mnie i po tym meczu stwierdził "chcę go mieć na meczach obok siebie". I tak mimo braku większych kwalifikacji zasiadałem na ławce Smiltene zdobywając swoje pierwsze doświadczenia z trenerką. Patrzyłem uważnie, robiłem notatki, analizowałem wszystko w głowie. W końcu po roku klub wysłał mnie do Rygi na kurs trenerski i zaproponował pracę. W ten sposób pożegnałem się z rozstawianiem krzeseł w restauracji, a przywitałem z rozstawianiem piłkarzy na boisku, wszystko w ramach asystenta. Po kolejnym roku mój mentor i lektor, czyli trener Ivans Krelovs zaczął mieć problemy zdrowotne. Nie groziły one śmiercią ale musiał ograniczyć stres, wysiłek i zacząć prowadzić nieco spokojniejszy tryb życia. Tu pojawiła się szansa dla mnie. Zarząd wolał na miejscu trenera kogoś z Łotwy, ale porozmawiali też ze mną. Przeszedłem egzamin z łotewskiego, przekonałem prezesa, i tak pierwszy w historii Polak na ławce trenerskiej w drugiej lidze łotewskiej stał się faktem. Zaważyło to, że świetnie znam klub i osoby z nim związane. To wszystko działo się kilka ładnych lat temu. Dziś mamy za sobą pierwszy, debiutancki sezon w Virslidze (najwyższa klasa rozgrywkowa). Utrzymaliśmy się. Nie było łatwo lecz daliśmy radę, zajęliśmy 7. na 8 miejsc, i po barażu o utrzymanie ograliśmy wicemistrza drugiej ligi, Mettę/LU (2-0, 1-1). Czas na zasłużone wakacje, trzeba tylko pomyśleć o jakimś cieplejszym miejscu bo Łotwa gra systemem wiosna-jesień, więc w listopadzie pogoda nie rozpieszczała. Padlo na dziką Afrykę bo nigdy z żoną nie byliśmy. Polecieliśmy do Kenii z biurem podróży, które oferowało także wycieczki fakultatywne. Jedną z nich była wyprawa do wioski ponoć "prawdziwego plemienia żyjącego w tych stronach". Domyślałem się, że to plemię to reżyserowana szopka dla turystów, ale żona się nakręciła, więc nie miałem wyboru. Pojechaliśmy tam dosyć wcześnie bo od hotelu to jakaś godzina drogi po średniej jakości asfalcie przemieszanym z szutrem. Słabe uczucie ale czego się nie robi aby żona była zadowolona. Zajeżdżamy tam, wioska niewielka lecz ktoś się postarał aby wszystko wyglądało wiarygodnie. Gruby czarnoskóry mężczyzna imieniem John śmiejąc się oprowadzał wszystkich i donośnym głosem opowiadał co się gdzie znajduje: tu chatka wodza, tam spiżarnia, po lewej szałas szamana, z tyłu wychodek... Właśnie, szałas szamana. Zaintrygował mnie od samego początku. Wszedłem tam i ujrzałem starszawego człowieka w masce, jakieś eliksiry, posłanie, ozdoby i talizmany. Przez nieuwagę trąciłem jedną z fiolek i zielony płyn który stanowił zawartość wsiąkł w niewielki dywanik. Przeprosiłem szamana, na co on ze stoickim spokojem odparł, że to i tak był stary płyn, że los mnie tu sprowadził, codziennie zdobywamy nowe doświadczenia i kroczymy ścieżką nowych odkryć. Zmieszany nieco stałem mówiąc, że póki co nie spieszy mi się do nowych doświadczeń i mam nadzieję, że naprawdę to nie problem z tą fiolką. To ten dalej gadał, że to "błąd synu", wszyscy podążamy w kierunku jednego końca niezależnie od tego w co i w kogo wierzymy, i podążanie w przyszłość to dar od bogów. Odparłem na to, że ja to bym się nachętniej do dzieciństwa cofnął, bo wtedy człowiek nie miał tylu trosk i problemów a największym zmartwieniem był zepsuty samochodzik. Ten szaman nieco się wkurzył i powiedział, że myślę prymitywnie i taka droga doprowadziłaby do wyginięcia ludzkości. Złapał nagle z zewnątrz jakiegoś owada sporej wielkości, rzucił na niego jakiś urok (tak mi się wydawało bo zaczął śpiewać jakieś pieśni i dziwne gesty robić), a następnie wypuścił go na mnie i poczułem ukąszenie. Powiedział że to odmieni moje zgubne myślenie. Wrzasnąłem z pretensjami czy ma coś nie tak z głową (oczywiście brzydziej, ale nie będę tutaj używał słownictwa spod rynsztoka) i już miało dojść do rękoczynów, gdy złapali mnie żona i John, których moje krzyki, razem z resztą wycieczki, zwabiły do szałasu. Wyjaśniłem o co chodzi ale John powiedział żebym był ciszej, bo oni to ładne prowizje zbierają za przywożenie turystów tu i ktoś musi się poświęcić dla dobra większości a jak nie przestanę się drzeć to on straci pracę i zostanę z wyrzutami sumienia do końca życia. Zażądałem tylko szybkiej wizyty w szpitalu celem diagnozy czy ten oszołom mi żadnej choroby nie sprzedał. Badania nic nie wykazały. Reszta urlopu upłynęła już bez niemiłych incydentów i mogłem w spokoju wracać do klubu. Zacząłem opracowywać haronogram przygotowań na 2020 rok, myśleć nad wzmocnieniami i w sumie to tyle. Myślami byłem już w Polsce na Święta, a potem gdzieś jakiś wypad ze znajomymi na sylwestra. Wydałem jeszcze scoutowi dyspozycję co to przejrzenia krajowych zawodników. Wszyscy odwalili kawał roboty w sezonie 2019 i byłem z nich szczerze zadowolony. Z obiecującym nastrojem miałem wejść w 2020 rok. Kariera w FM-ie 2017.
×