Skocz do zawartości

rafal9595

Użytkownik
  • Zawartość

    10
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

8 Neutralny

O rafal9595

  • Tytuł
    Nowy
  • Urodziny 09.06.1997

Informacje

  • Wersja
    FM 2012
  • Klub w FM
    FK Smiltene
  • Skąd
    Warszawa
  • Płeć
    Mężczyzna
  • Zainteresowania
    Piłka nożna, sporty zimowe

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. rafal9595

    WYNIKI KONKURSU

    Hej, Dziękuję wszystkim za gratulacje, a jurorom za wyrazy uznania dla mojej twórczości. Jestem bardzo miło zaskoczony, gdyż tak jak chyba wszyscy traktowałem ten konkurs jako zabawę i ciekawą formę wyzwania, a nie jako rywalizację na śmierć i życie. Z mojej strony gratulacje dla wszystkich, którzy wzięli udział (zwłaszcza Tobie @Makk bo dzielił nas zaledwie punkt) oraz podziękowania dla organizatorów za stworzenie konkursu. Co do wyników konkursu to zaskoczeniem było dla mnie 4. miejsce, które zajął @Shrek, gdyż właśnie on i @Makk byli moimi osobistymi faworytami do wygranej. Co do opowiadania "Czas przeszły" to ja również czekam na kontynuację, czytało się bardzo fajnie. Jeśli chodzi zaś o mój ranking to wyglądałby tak: 5 punktów - @Shrek / @Makk 4 punktów - @Shrek / @Makk (nie potrafię się na ten moment zdecydować, musiałbym dużo czasu jeszcze spędzić ) 3 punkty - @jmk 2 punkty - @arti91 (fajny wybór klubu, taki nietypowy) 1 punkt - @Diablo94BTV Na forum na pewno zostanę na dłużej, wcześniej jego nazwa parę razy rzuciła mi się w oczy, ale to dopiero po informacji o konkursie, na mojej "macierzystej" stronie FM Revolution, wszedłem tu na dłużej.
  2. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Rozgrywki trzecioligowe, czyli 2. Liga były jedynym co mi już zostało jeśli chodzi o trenowanie piłkarzy. Totalna amatorka, bezczelni Ruscy, których jedynym celem jest zwyzywanie rywala i sfaulowanie go, brak jakiegokolwiek ogrania taktycznego. Znamy to i u nas z niższych lig, gdzie często "piłkarze" danych drużyn wylewają swoją frustrację na rywali albo i sędziego. Wpadałem w coraz większe przygnębienie, ale jednocześnie starałem się cieszyć tym co mi zostało. 2. ligę rejon Vidzeme wygraliśmy bez większych problemów. Mogłem świętować drugi awans w swoim życiu, ale jak zawsze było jakieś "ale". Tym razem nawet dwa. W tym prawdziwym 2013 roku, ten awans nie był moją zasługą, ja siedziałem wtedy tylko na trybunach i dopingowałem tych, którymi teraz dyrygowałem. Śmieszne uczucie. Drugim "ale" był fakt, że ten awans i tak nic nie znaczył. Za rok będziemy mieć na kalendarzach cyferki 2012 i tak naprawdę obojętne mi było które miejsce zajmiemy bo wiedziałem, że w 2012 roku nadal graliśmy w tych rozgrywkach i z prawem przeszłości właśnie tam wylądujemy po kolejnym cofnięciu się czasu. To całkowicie wysysało ze mnie jakąkolwiek radość i chęć do życia. Gdyby nie fakt, że była ze mną jeszcze dziewczyna to zapiłbym się na śmierć albo wziął sznur i strzelił sobie z pistoletu w łeb. Tak na poważnie to coraz bardziej obawiałem się tego 2011 roku kiedy zostanę już bez niej, bo nie byliśmy wtedy razem. Paranoja. Święta i sylwester nie dawały mi już żadnej radości. Dodatkowym dobiciem był fakt, że ponownie trzeba będzie zmierzyć się z żenadą zafundowaną przez naszych piłkarzy na Euro 2012. Wracając 2. stycznia samochodem do Polski wiedziałem co się święci. Dziewczyna przymykała już oczy na granicy litewsko-łotewskiej, a ja byłem myślami już przy swoim corocznym rytuale, który miał miejsce w markecie Rimi, zlokalizowanym w centrum Smiltene. Nie łudziłem się nawet, że rok się nie cofnie. Nie myliłem się słysząc w radiu wiadomości, że cały czas kwestie organizacyjne nie są dopięte na ostatni guzik, a Euro już za pasem. Znałem finał tych wydarzeń, więc komentarzy swojej dziewczyny na ten temat nawet jakoś szczególnie nie brałem do siebie. Życie, gdy znasz rozwój każdego wydarzenia i jego rezultat, jest niesamowicie nudne. Nie wiem co taki Wróżbita Maciej musi robić w wolnym czasie, gdy nawet wie z gwiazd że mu się kawa na spodnie wyleje. Robiąc szybki slalom między sklepowymi półkami brałem kolejno: bagietkę, 3 litry wódki, twaróg, mleko, płatki, kilo skrzydełek i pomidorowe chipsy "Adaži", moje ulubione. Na końcu jeszcze złapałem ciasto czekoladowo-wiśniowe dla dziewczyny i powędrowałem do kas. Złośliwcy akurat kalendarze przesunęli bliżej wejścia a nie ustawili ich przy kasach jak zwykle, więc musiałem nadrobić kilkanaście kroków. W tym roku były też jakieś wybrakowane i z tych psich kalendarzy została ostatnia sztuka, lekko pomięta ale zawsze coś. Ponure spojrzenie doga niemieckiego, rok 2012, wszystko się zgadzało. Kapitalnie! Śmieszna sprawa, bo zamiast irytować się beznadziejną grą polskich kopaczy, to irytowałem się słabą postawą moich podopiecznych. Wiedziałem, że nie mam na nic wpływu ale są rzeczy, które wzbudzają wściekłość w człowieku niezależnie od tego ile razy je widzi/słyszy. Piąte miejsce na koniec rozgrywek było jakimś... nieporozumieniem! Nazbierało się trochę naszych błędów, pomyłek arbitrów i pecha. To był drugi rok istnienia klubu i musiałem być wyrozumiały. Poza tym nie mogłem się zbyt długo wściekać na ludzi reprezentujących mój ukochany klub, którego za dwa lata nie będzie. Ogromny fart, że Łotwa gra systemem wiosna-jesień i mam możliwość przeżywania całego sezonu od A do Z, bez rozbijania go na połówki. Nie wiem jak ja bym wam wtedy wytłumaczył wszystkie moje perypetie życiowe. Rok 2012 minął mi szybko, za szybko. Wiedziałem, że potem zostaję już sam. W 2011 nie byłem z moją dziewczyną, nie było mnie tu nawet na Łotwie. Fakt, że trwałem dalej jako trener Smiltene był póki co jedynym zaprzeczeniem prawa przeszłości. Wtedy długo trenerem był wspominany już wcześniej Krelovs, nie pamiętałem nawet dokładnie kiedy dokładnie zaczął pracować w Smiltene, bo był jeszcze obecny w Abulsie, który zakończył działalność w 2010 roku. Abuls Smiltene był osobnym klubem z osobnym kierownictwem, ale trener akurat został ten sam. I właśnie ten cholerny Krelovs coś wiedział, bo jego umysł też nie był poddany wpływowi klątwy. Wykorzystałem okazję spotykając go któregoś razu pod stadionem. Upewniłem się, że jestem sam bez świadków, przetarłem szalik przykryty już nieco padającym śniegiem, złapałem Krelovsa za fraki i wysyczałem: - Albo mi teraz do cholery wyśpiewasz wszystko co wiesz, albo nie ręczę za siebie! - S-Spokojnie! Puść mnie chłopcze. Powiem Ci tyle ile wiem. - Powiesz mi wszystko! Gadaj co robiłeś na wybrzeżu! - wykrzyknąłem puszczając Krelovsa - Fakt wyjechałem w kierunku wybrzeża, po tym jak przejąłeś Smiltene. To było podyktowane tylko pobudkami zdrowotnymi. Wiem, że czas się cofa. Wiem, że jesteś oprócz mnie jedynym, który tego doświadcza. Mnie uchronił las, a dokładniej jakaś dziwna aura która panowała tam w momencie gdy klątwa zaczęła działać. Dobrze wiesz, że dawni Bałtowie żyli w harmonii z naturą. Teraz natura się odwdzięczyła. Jedyne co mogę Ci powiedzieć, to żebyś dbał o to co kochasz, i że na stanowisku trenera Smiltene jeszcze trochę będziesz. Nie zmarnuj tego czasu. - powiedział i uciekł jak oparzony ogniem, o mało co nie wywracając się na śliskim chodniku. Zostałem sam na ulicy, a płatki śniegu zaczęły przykrywać mój płaszcz i czapkę. Wróciłem do domu bogatszy chociaż o taki strzępek wiedzy. Rok 2011. Wszystko jak zwykle. Trzeciego stycznia obudziłem się z kompletną wyrwą w pamięci. No tak, mojej dziewczyny już nie ma, jestem sam. Poryczałem się jak bóbr. Poszedłem na zakupy: 3,5 litra wódki, chleb, pizza mrożona, kilogramowa paczka makaronu typu "świderki", konserwy i zgrzewka coli. Do tego naprędce złapany komiks "Kaczor Donald" i kalendarz na 2011 rok z ponurym maltańczykiem. Nie wiem kto do cholery odpowiadał za zdjęcia tych sierściuchów, ale chyba celowo wywoływał u nich ponury wyraz twarzy. Wydzwaniałem do swojej byłej dziewczyny i żony, pisałem sms-y, maile, nic. Zero kontaktu. Uchlałem się jak najgorszy śmieć. Piłem sam, do lustra. Nie miałem do siebie po tej akcji zero szacunku. We własnych rzygach zasnąłem na podłodze nie mając kontaktu z rzeczywistością. To było już absolutne dno, dno do którego prowadzi alkohol i problemy ze sobą. Na następy dzień obudziłem się na mega kacu. Ledwo się ruszałem. Leniwie podniosłem telefon z podłogi: 4 nieodebrane i sms! "Będę za 3 dni kołku, pokutuj". Od dziewczyny! Szok. Zerwałem się szybko z podłogi w kierunku wieszaka, na którym wisiała marynarka. To był błąd. Zrzygałem się po kilkunastu sekundach, tym razem tam gdzie trzeba. Po ogarnięciu się zajrzałem do kieszeni marynarki, tej która układa się na sercu. Tak! Medal za wygranie 1. Ligi, zdjęcie z żoną z Kenii, obrączka i wydruk tabeli z 2018 roku! To wszystko tam było! Wszystko poza banknotem 50-łatowym, który kiedyś tam schowałem. Wyparował. Nie wiedziałem czemu. Zerknąłem w inne miejsce na swoje oszczędności odłożone na czas, gdy cofnę się do bycia dzieckiem i nie będę miał zdolności do zarabiania pieniędzy. Wszystko się zgadzało. Ekstra. Tuż przed powrotem swojej dziewczyny zebrałem zespół na specjalnym treningu. Postanowiłem wziąć sobie do serca radę Krelovsa i zadbać o to co kocham. Dziewczyna jeszcze nie wróciła, ale klub miałem pod ręką. Postanowiłem wkładać w treningi całe swoje serce, być na maxa zaangażowanym, aby dać FK Smiltene 100% siebie na ostatnie lata istnienia. Ostatecznie potem zajęliśmy 3 miejsce w lidze. Następnego dnia wróciła moja dziewczyna. Poryczałem się jak bóbr, gdyż nie wierzyłem w to co się dzieje. Myślałem, że jestem sam i ona zniknęła zgodnie z prawem czasu. Ale ona wróciła! Jest tu ze mną. - Nie pamiętasz? Pokłóciliśmy się na sylwestrze i wyjechałam z rodzicami aby Ci zrobić na złość. Co z Tobą?! - powiedziała Ale gdy tylko zobaczyła moją niesamowitą radość, cała złość jej przeszła. Ryczałem jak małe dziecko i przytulałem się mimo, że teoretycznie powinna być tylko moją koleżanką. Nagle wyjęła jakiś przedmiot z kieszeni. Nie dowierzałem. Pierścionek!!! - Znalazłam to w lewej, wewnętrznej kieszeni mojej kurtki. Spójrz na grawer w środku: nasze imiona i data 3. październik 2017! Nie wiem co to znaczy, ale to dla mnie dowód, że jesteśmy sobie przeznaczeni na zawsze! - mówiąc to rzuciła mi się w ramiona. Byłem najszczęśliwszym facetem na świecie. Ale tylko na chwilę. Za rok i tak o tym zapomni. Jak trzeci styczeń to tylko do Rimiego, Rimiego, Rimiego! Tym razem nie kupowałem ani buteleczki wódy! Byłem szczęśliwy! Miałem swoją dziewczynę przy sobie! Jakimś magicznym cudem pierścionek przywracał jej pamięć co do faktu, że jesteśmy i będziemy razem! Brałem po kolei: słodkie ciasteczka, rękawiczki (spruły mi się), 500 gram piersi z kurczaka, butelkę wina, pudełko ryżu i 5-litrowy baniak wody marki własnej RIMI. Życie jest piękne! Kolejnego dnia przywitał mnie piękny, zimowy poranek. Bałem się tylko co ze Smiltene. Nie powinno już istnieć. Powinien wrócić Abuls. W popłochu wracając zajrzałem pod łóżko w poszukiwaniu flagi FC Varšava, która nie miała już prawa istnieć. Patrzę... JEST! Ta flaga dalej jest pod łóżkiem. Wchodzę na swoją skrzynkę mailową a tam mail od LFF ze składem na 2. Ligę rejon Vidzeme rok 2010. Nie dowierzam, na liście drużyn widnieje... FK SMILTENE! FK Smiltene, które ma istnieć dopiero od lipca! Żadnego Abulsa! FK Smiltene, które powstało dopiero w lipcu 2010 roku! Istnieje dalej! Byłem najszczęśliwszy! Kolejne lata upływały na tym samym: radość z życia z żoną, nasze odmładzanie, lata cofały się. FK Smiltene grało cały czas w 2. Lidze, zajmując pozycje 3-6 zależało od lat i składu ligi. Mundial 2010, Euro 2008, Mundial 2006, przeżywałem to wszystko na nowo. Aż wreszcie nadszedł rok 2005... - To już czas Rafał... - rzekł do mnie Krelovs, łapiąc mnie pod stadionem. - Rozumiem... - odrzekłem ze łzami w oczach - Jesteś za młody, w klubie to nie przejdzie. Nie dadzą szczeniakowi prowadzić drużyny. - Drużyny, której nie powinno nawet być... - Rafał... Wiesz kiedy zacząłem pracę w Smiltene? - spytał Krelovs - Nie wiem. Długo tu byłeś. Pracowałeś wcześniej w Abulsie, ale nie wiem od kiedy. - Od 2005 roku... Oddałem Ci wszystkie moje lata. To tyle co mogłem dla Ciebie zrobić... Trzymaj się! - powiedział Krelovs - Ivans, ja... Ja dziękuję za wszystko! Ale nie rozumiem czemu... - nie mogłem dokończyć. Jakaś dziwna fioletowa fala światła z powietrza zabrała Krelovsa, który zdołał tylko wysłuchać moich podziękowań i pokazać uniesiony kciuk w górę. Przyśnił mi się tej samej nocy. Płakałem jak bóbr. W moim śnie mówił, że nie muszę nic rozumieć. Najważniejsze, że dał mi trwać przy tym, co naprawdę kocham. Przebudziłem się zlany potem. Spojrzałem na swoją dziewczynę i przytuliłem ją. Kochany Ivans. Oddał swoje życie dla mnie. Tym bardziej czułem się z tym jeszcze gorzej. Rok 2004. Nie sprzedają mi już alkoholu. Łotwa gra pierwszy raz na Euro, i jedyny póki co. Piękne czasy, piłka nożna otrzymała swoją wielką szansę na wzrost popularności na Łotwie, niewykorzystaną jak się później okazało. Byłem smutny, bo Smiltene objął kto inny, jakiś nieznany w środowisku piłkarskim Łotysz. Wylądowałem znowu na trybunach z wierną, wysłużoną flagą FC Varšava. Chciałem być blisko swojego ukochanego klubu. Dziewczyna młodniała razem ze mną każdego roku, i gdyby nie pieniądze które przez lata odkładałem to nie wiem jakby było. Tak to starczało. Chociaż sąsiedzi patrzyli dziwnie, że dwójka tak młodych ludzi żyje sama. "Gdzie rodzice?" pytali czasem. Kolejne lata mijały, a ja byłem coraz młodszy, dziewczyna tak samo. Bałem się. W końcu wybił rok moich narodzin. Byłem zamknięty w ciele dzieciaka ze świadomością dorosłego, dojrzałego człowieka. Cały czas kontrolowałem zawartość kieszonki płaszcza, nic nie ginęło. Flaga FC Varšava cały czas była ze mną. Nie potrafiłem wyjaśnić fenomenu tego zjawiska. Moja dziewczyna i te wszystkie przedmioty dalej istniały. Klub FK Smiltene także. Zbliżaliśmy się do okresu, w którym za kilka lat odnowi się ZSRR. Bałem się dnia moich urodzin bo nie wiedziałem co się wtedy stanie. Moja dziewczyna urodziła się 13. lutego. Nie zniknęła. Zastanawiałem się co będzie ze mną. Bałem się. Ósmy czerwca. Dzień przed moimi urodzinami. Wracałem z meczu FK Smiltene w ramach 2. Ligi. Utknęli tam, ale na całe szczęście klub istniał! Na noc zasłoniłem rolety, w pokoju było ciemno. Budzę się. Dziewczyna dalej jest, przedmioty z marynarki też. Kiedy ja się urodziłem? A tak, 21:43. Zbliżał się czas moich urodzin. Leżałem w łóżku. Obok mnie, moje włosy gładziła mi dziewczyna. Miałem przy sobie najważniejsze przedmioty: medal za wygraną 1. Ligi z odległego, 2018 roku. Wydruk tabeli z tego okresu. Swoją obrączkę. Zdjęcie z Kenii. Flagę FK Smiltene FC Varšava. Czekałem na ten czas. Przytuliłem się do dziewczyny. 21:42. Zamykam oczy. Widzę gniewnego szamana z Kenii a obok Ivansa Krelovsa. Krelovs jest smutny. Szaman! Wszystko zrozumiałem! Ten cholerny szaman! To on stał za tą całą klątwą, która sprowadziła mnie do małego dzieciaka i zabrała prawie wszystko z mojego życia! No własnie prawie, bo moja dziewczyna i FK Smiltene zostały. Otworzyłem oczy. 21:43. Ten sukinsyn za pomocą tego owada zaaplikował wtedy klątwę, która cofała czas! Cofała mnie do dzieciństwa. Po co?! Spojrzałem na ścianę, widniał na niej czerwony napis "MASZ TO, CZEGO CHCIAŁEŚ". Cholera, przypomniały mi się moje własne słowa! "Ja to bym się nachętniej do dzieciństwa cofnął, bo wtedy człowiek nie miał tylu trosk i problemów a największym zmartwieniem był zepsuty samochodzik." Zamknąłem oczy. Wiedziałem, że jak teraz zasnę, to zasnę na zawsze i zniknę. Ale dlaczego mimo całej tej klątwy moja dziewczyna pozostała moją dziewczyną, a FK Smiltene dalej istniało? Dlaczego rzeczy, które nosiłem w kieszeni marynarki, która układała się na sercu, nie zniknęły? Resztkami sił dałem buziaka w usta swojej ukochanej i zasnąłem. Na zawsze. Tak właśnie opowiedziałem Wam moją historię i karierę trenerską, od tyłu. Rzeczy i osoby, które nosisz głęboko w sercu, są odporne na wpływ czasu.
  3. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Przez cały trening zacząłem się zastanawiać jaką rolę w tym wszystkim pełni Ivans Krelovs. Ostatnim rokiem, w którym prowadził zespół był 2015, potem lekarz zalecił mu więcej odpoczynku a mniej stresów i słuch po nim zaginął. FK Smiltene przeszło pod moje dowodzenie, a mój poprzednik nie pojawił się więcej w mieście. Chodziły plotki że wyjechał w stronę wybrzeża ale tak naprawdę oficjalnie nikt nigdy tego nie potwierdził. Teraz, gdy cofnąłem się znowu do 2015, Krelovs powrócił. Powinien on szkolić drużynę a ja być tylko asystentem, ale z jakiegoś powodu mam dalej szkolić Smiltene. Próbowałem go parę razy pociągnąć za język i spytać czy wie o tym, że czas się cofa. Każdorazowo odpowiadał mi coś na zasadzie abym już bardziej nie komplikował tego co jest, i nawet nie mówił o tym na głos. Byłem wkurzony ale przecież nie będę katował ponad 60-letniego faceta tylko po to, aby wyciągnąć od niego jakąś informację. Miałem wystarczająco dużo swoich problemów. Wiedziałem, że jak bardzo bym nie próbował wnikać w temat klątwy to i tak się nic nie dowiem. To było świetnie zorganizowane i zaplanowane ale jednak z małymi niedociągnięciami. Nie odmładzałem się w stosunku 1:1 do cofających się lat, na świadomość Krelovsa ta klątwa jakoś nie zadziałała, a przedmioty trzymane w mojej marynarce (W tej kieszeni co układa się na sercu) nie znikały, mimo tego że nie miały prawa jeszcze istnieć i być w moim posiadaniu. W roku 2015 wyniki powtarzały się dokładnie w myśl tego gdy byłem jedynie asystentem. Obecnie role się odwróciły - trener Krelovs był tylko asytentem a ja zachowałem ciągłość pracy trenerskiej. Starałem się cieszyć jeszcze tymi chwilami kiedy miałem swoją narzeczoną przy sobie oraz byłem jeszcze kimś w klubie. Paradoksem, kompletnym paradoksem był fakt, że podczas wizyty w jednej ze szkół widziałem Antonsa Jurkovskisa. Nasz przyszły młody talent! Chłopak w momencie wizytacji drużyny nie miał skończonych nawet 15 lat i nie trenował nawet w zespole U19. Chciałem go energicznie złapać za ramię i powiedzieć mu wszystko o jego karierze ale gdy jesteś dorosłym facetem i zaczepiasz nieznajome wtedy jeszcze dzieci to jednak może to zostać źle odebrane. Tak będą wyglądały kiedyś jego początki w klubie. A raczej wyglądały i już nigdy nie wrócą. Ja za to cieszyłem się ciągle Tottim w telewizorze, zaś na ten rok koniec swoich karier ogłaszali m.in. Trezeguet, Raul, Riquelme czy nawet Sergei Pareiko. Wam zostały już tylko archiwalne nagrania i gry komputerowe, ja mogę się tym cieszyć cały czas, z każdym rokiem coraz bardziej. Rok 2015 był dramatem piłkarskim ale też wielką ulgą. Zakończyliśmy rozgrywki na 15. miejscu w tabeli ale ja już nie miałem na to wpływu. Prawo niezmienności tego co było, stanowiło silniejszy argument wobec moich ustawień, formacji i poleceń na boisku. Od spadku dzieliły nas 4 punkty ale ostatecznie Preilu, które zajęło ostatnie miejsce zachowało prawo do występów w 2016 roku w 1. lidze, bo federacja zdyskwalifikowała 12. wtedy Salaspils za jakieś wałki. Tak czy siak pod koniec sezonu tego nie wiedział nikt i było nerwowo. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Kolejny sezon przeleciał. Ponownie miałem mętlik w głowie. Będzie po sylwestrze rok 2014? Dalej będę trenować FK Smiltene? Czy trener który coś wie raczy puścić parę z ust? Jak zwykle przed sylwestrem sprawdzałem po raz enty zawartość kieszeni od marynarki aby po nowym roku skontrolować czy niczego nie ubyło. Stała praktyka czyli powrót z Polski na Łotwę, i zakupy. Chleb, 2 soki, 2 litry wódki, czekolada, skrzydełka i sos pomidorowo-czosnkowy. Przy kasie tradycji stało się zadość. Tym razem na okładkę kalendarza z psami wrzucono masywnego bernardyna z tą beczuszką rumu a na niej czerwony krzyż. Nad dumnym acz złowrogim obliczem dumnie widniał kolorowy napis 2014. Taaa... W tym momencie już się z tym pogodziłem na stałe. Wiedziałem, że ile bym nie ciągnął Krelovsa za język to niczego się nie dowiem a czas nigdy się nie cofnie. Gdyby nie fakt, że przed objęciem posady trenera w Smiltene długo byłem przy klubie, to nawet nie znałbym swojej drużyny i chłopaków w niej grających. Co roku skład zmieniał mi się w większy lub mniejszy sposób, a część piłkarzy których poznałem w tym prawdziwym 2019 roku nie gra nawet w juniorskich drużynach w piłkę. Ciekawe doświadczenie ale siadało na psychice. Powinniśmy normalnie mieć 2025 rok i szykować się na Mundial 2026 w Kanadzie, Meksyku i USA, a ja będę ekscytować się na nowo Mistrzostwami Świata 2014 w Brazylii... Rok 2014 również nie był jakiś mega owocny. W sezonie 2015 zajęliśmy przedostatnie, 15. miejsce wygrywając zaledwie 6 z 30 meczów. W 2014 wygraliśmy o jeden mecz ale paradoksalnie pozwoliło to na osiągnięcie lepszego wyniku w tabeli! Na 16 miejsc zajęliśmy 14. wyprzedzając Salaspils i Plavinas, które spadały. Ten sezon też był taki sobie ale utrzymanie wywalczyliśmy bez stresu. Co ciekawe 16. Plavinas wywalczyło 2 punkty i straciło 228 bramek zdobywając zaledwie 10! Nie mam w sumie na co narzekać. - Ivans, doskonale wiesz jak jest. Po tym sezonie powinienem być zwykłym kibicem. Nie będzie mnie już w sztabie. - zagadnąłem trenera Krelovsa po raz kolejny próbując się czegoś dowiedzieć - Nie. Ty zostaniesz. Jeszcze będziesz trenerem. To jeszcze nie czas. - odpowiedział tajemniczo - Jak nie czas?! Nie czas na co? Ivans, błagam powiedz o co tu chodzi! To jest okrutna gra z moją psychiką! - Jeśli liczysz, że coś Ci powiem to nic z tego. To nie tak łatwo jak myślisz. - Łatwo?! Ł-Łatwo?! Gadaj co Ty żeś robił na wybrzeżu! Zniknąłeś bez śladu! Ty coś wiesz! Wiesz czemu niedługo stracę narzeczoną i wszystko co mi bliskie! Gadaj no! - Gadaj... Ty myślisz, że wszystko będzie jak chcesz? Na pewne rzeczy nikt nie ma wpływu. - Jak ja chcę?! Od tego 2019 roku moje życie to piekło, horror! Co jak ja chcę? - Rafał, jest dokładnie tak jak chcesz. Wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku 2013! - mówiąc to Krelovs oddalił się. Co za typ, oszołom jakiś! Jak ja chcę? Ja sobie zażyczyłem takiego okrutnego losu, który mi wszystko zabrał?! Bzdury, duby smalone. Czuł, że zaczynam węszyć i kwestią czasu jest to aż się dowiem o co tu naprawdę chodzi. Święta i sylwester spędzone zostały w Smiltene a ja straciłem status narzeczonego. Byłem już jedynie chłopakiem a za 2 lata mojej dziewczyny tu już nie będzie bo wróci do Polski zgodnie z tym jak kiedyś było. Świetnie po prostu. Z obojętną miną poszedłem bo zakupy. Kajzerek na Łotwie nie znają, więc wziąłem jakieś bułki, 2,5 litra wódki, sok, kiełbasę, twaróg i pół kilo ziemniaków do mięsa. Na rok 2013 przewidziano złowrogo patrzącego jak poprzednicy owczarka niemieckiego. W roku 2013 gdy byłem tylko kibicem ze swoją flagą FC Varšava Smiltene grało na 3 poziomie rozgrywkowym. Za 3 lata miało całkowicie przestać istnieć, bowiem do 20. lipca miasto Smiltene reprezenotwał klub Abuls (nazywa się jak rzeka przepływająca przez miasto). Był to twór o osobnym statusie prawnym, osobnym kierownictwie itd. Nie miało to nic wspólnego z MOIM FK Smiltene. Nie wiedziałem czy się podniosę po takim ciosie. Za 2 lata zostanę sam jak palec, a za 3 zostanę sam jak palec bez żadnego, już nawet najmniejszego powodu do siedzenia i zycia w tym mieście. Poza tym stawałem się młodszy, jak nastolatek. Przecież kwestią czasu jest aż zostanę dzieckiem, przestaną mi sprzedawać wódkę i odsuną od klubu co najwyżej na trybuny. Z czego opłacę rachunki, zakupy? Postanowiłem odkładać pieniądze. Nie miały prawa się zdematerializować! Istniały wtedy, tylko były u kogo innego. Na próbę schowałem też 50 łatów do marynarki. Rok 2014 był ostatnim kiedy było jeszcze euro. Rozgrywki 2. ligi były bardzo krótkie, więc miałem bardzo dużo czasu na spędzanie swoich ostatnich 2 lat z dziewczyną. Łzy co noc napływały mi do oczu a rozwiązania swoich problemów szukałem w kieliszku. Teraz miałem mnóstwo okazji na picie...
  4. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Sezon 2017 trwał w najlepsze. Po pierwszej jego znakomitej części, tempa nie zwolniliśmy także w drugiej. Zaczęła mnie jednak przerażać jedna rzecz, na którą nie zwróciłem kompletnie uwagi. 3. październik, ślub! Ślub z moją żoną. Nie miałem na palcu obrączki! Musiałem o niej pamiętać choćby nie wiem co aby nie utracić jej na zawsze. Chciałem aby bliskie mi rzeczy były odporne na upływ czasu. W lidze zaczęło iść nam w kratkę ale w mojej głowie była tylko organizacja wesela i ciągłe powtarzanie sobie w głowie formułki o schowaniu obrączki do kieszeni w której trzymam inne ważne dla mnie rzeczy. Pomiędzy meczami wydzwaniałem do sal weselnych, dekoratorów, na Łotwie z przyszłą żoną zapisaliśmy się na kurs tańca. Śłub ze względu na rodzinę i nasze pochodzenie nie mógłby się odbyć nigdzie indziej niż tylko w Polsce. Naturalnie na uroczystość zaproszeni zostali ludzie związani z klubem, łotewscy znajomi no i wszystkie ważne dla nas osoby z Polski. Przeklinałem los, ale jednocześnie byłem mu wdzięczny że za jego sprawą mogę na nowo przeżywać tak ważne i piękne momenty w swoim życiu. Moja żona, moja rodzina i moje FK Smiltene to najważniejsze elementy mojego życia. Wspaniała uroczystość, wzruszeni rodzice, balanga do białego rana i obrączka wsunięta na palec przez ukochaną osobę! To coś pięknego. Przez 3 dni związane z weselem nie miałem na głowie żadnych zmartwień. Stojąc gdzieś sam na papierosie uroniłem łzę wzruszenia ale dość szybko wsiąkła ona niezauważona w ziemię po podszedł do mnie najlepszy kumpel i zajął rozmową. Życie jest piękne mimo tej cholernej klątwy! To był kosmiczny sezon! Smiltene w drugim roku pod moim przewodnictwem zdobyło tytuł wicemistrzowski i liczyło się w barażach o najwyższą klasę rozgrywkową! Tam szybko na ziemię sprowadziło nas Skonto, ale takie osiągnięcie w drugim sezonie było niesamowite! No właśnie... mój drugi sezon. W przyszłym roku będzie 2016 i to będzie mój debiutancki rok. Potem znowu będę tylko asystentem, kibicem i wszystko szlag jasny trafi... Na pocieszenie zerknąłem jeszcze raz na tabelę aby nie uronić łzy. Znowu musiałem iść po wódkę. Ścisk w czołówce był niesamowity, tak naprawdę prawie do samego końca 5 drużyn biło się o awans. Piąta Metta straciła zaledwie 4 punkty do lidera. Nasze wicemistrzostwo do samego końca stało pod znakiem zapytania ale ostatecznie wyszliśmy z tej walki zwycięsko, kończąc sezon 2017 z najlepszym bilansem bramkowym i największą ilością strzelonych bramek. Z ligi poleciały Ogre i Jekabpils. Ironią losu jest to, że w rzeczywistości dokładnie w tym samym roku te drużyny też opuściły 1. Ligę. Degradacja była jednak karna z powodu ustawiania meczów, a tego FM póki co nie przewiduje. Jak się okazało to był jeden z ostatnich momentów szczęścia w moim życiu. Oczywiście nie chodzi tu o dramatyczną historię więźnia czasu użalającego się nad własnym losem robiącego z siebie ofiarę. To nie jest ten motyw gdzie pokrzywdzony ma pretensje do całego świata, że wszystkie planety ustawiają się przeciwko niemu. To nieuchronnie zmierzająca strata wszystkiego na czym Ci zależy, i wszystkiego co masz najcenniejszego. Moja żona ostatni raz jest dla mnie żoną. Potem będzie już tylko narzeczoną, dziewczyną, koleżanką, znajomą, aż w końcu przestanie mnie poznawać. W Smiltene za rok będę ostatni raz menadżerem, potem już tylko asystentem, kibicem, aż w końcu nie będę miał nawet świadomości, że taki klub istnieje. Nalałem sobie kieliszek wódki. Zbliżały się Święta i Sylwester. Okres, który ludzie kojarzą z rodzinnym ciepłem, super zabawą i pogodą ducha, dla mnie był wstępem do kolejnego koszmaru. Przestałem łudzić się, że lata przestaną się cofać. Mój najlepszy łotewski kumpel Raivis nadal był moim dobrym kolegą i w ten 2017 rok pamiętam, że sylwestra spędzaliśmy na Łotwie. Kolejną zmorą był kalendarz. Nawet będąc tutaj zapomniałem go kupować. To kalendarze z szyderczo szczerzącym się w moją stronę dalmatyńczykiem/husky czy innym beaglem były symbolem mojego nieszczęścia. 4 cyferki na nich pokazywały mi dobitnie jak bardzo przesrane miałem. Wielu oddałoby wszystko za eliksir młodości, ja oddałbym wszystko za eliksir postarzający mnie normalnym tempem rok w rok. Tak, znowu to samo. W tym samym cholernym Rimim te same cholerne zakupy. Znam je co rok na pamięć, choć nieco się różnią: mleko, masło, 2 butelki piwa, trochę wędliny, litr wódki, bułki i oto na horyzoncie linii kas pojawiają się one! Kalendarze na przecenie! Szukam swojego ulubionego z psami. Jest, rok 2016! Wiedziałem, że czas znowu cofnie się o rok. Tym razem wpieprzyli na okładkę jamnika, którego spojrzenie nie było ani trochę przyjemniejsze od poprzedników z przyszłości. Taki już mój parszywy fart. Ten rok był dla mnie najgorszy. Zastanawiało mnie tylko jedno: zaczynałem pić coraz więcej z frustracji i strachu. Nie był to poziom Dawida Janczyka ale czułem, że alkohol zaczyna brać nade mną górę. To całkowite przeciwieństwo tego co się działo w tym prawdziwym 2016 roku! Pomacałem szybko kieszeń swojej marynarki. Wydruk tabeli z 2018 roku, medal za wygraną 1. Ligi z tego okresu, zdjęcie z żoną w Kenii, i obrączka! To działa! Zerknąłem szybko pod łóżko. Flaga Smiltene FC Varšava spoczywała sobie w najlepsze, ale to nie był jeszcze jej czas na dematerializację. W debiutanckim sezonie byłem trenerskim żółtodziobem a o swoich zasługach i osiągnięciach pamiętałem tylko ja. Rozpoczynał się najgorszy rok jaki mogłem sobie wyobrazić. Moja żona już nie była moją żoną i dopóki ten pieprzony czas nie zacznie się normować to nigdy nie będzie. Moje własne urodziny będą moją śmiercią. Ot, paradoks. Moje Smiltene, któremu poświęcałem tyle serca nie będzie już przeze mnie trenowane. Koszmar, koszmar i jeszcze raz koszmar. Jak możecie się domyślić ten sezon leciał mi niesamowicie szybko. Coś wyczekanego jest zawsze odległe w czasie, zaś to czego nie chcemy zbliża się z prędkością światła. Piłem coraz więcej a moja już tylko narzeczona zaczęła bardzo się tym przejmować. Mnie zżerał czas. Zżerała mnie młodość. Wszystkie te cholerne wspomnienia... Tradycyjna inauguracja sezonu przygotowawczego z Kvarcem, Puchar Smiltene który zaaranżowałem wtedy po raz pierwszy, szalone 3-3 ze Skonto, które mogło być ich jedynym przegranym meczem w lidze ale zdołali nam strzelić gola w końcówce... Rok 2016 to też ostatni sezon 15-zespołowego formatu ligi, przez co spadała tylko 1 drużyna a nie 2. Poleciał Saldus, który potem został na chwilę moim klubem partnerskim. Miał być długo ale cholerna klątwa zabrała mi nawet to. Mój debiutancki sezon! 8. miejsce wbrew opiniom ekspertów i bukmacherów! Z drużyny wypełnionej słabymi newgenami zbudowałem solidny zespół, który stać było na niespodzianki. Szalone 5-4 z Valmierą to jeden z przykładów tego o czym mówię. Po zakończeniu sezonu pobiegłem do domu ze łzami w oczach. Wypiłem 3 drinki i zasnąłem w objęciach narzeczonej. Czułem się jak zbity kundel, jak pan nikt. Nie chciałem Świąt, nie chciałem sylwestra. Wracając z Polski po tych dwóch koszmarnych dla mnie wydarzeniach myślami byłem już w markecie Rimi. Bułki, zgrzewka wody, 1,5 litra wódki, gazeta, kilo łopatki wieprzowej, mleko i trochę wędliny. Przy linii kas promocyjne kalendarze. Drżącą ręką sięgnąłem po ten z psami. Kto tym razem? Cholera, chihuahua. Nie mogli dać przynajmniej sznaucera? Psy rasy chihuahua mimo swojego małego rozmiaru potrafią być zaczepne, i jeden z nich takim właśnie spojrzeniem z wyraźną złością gapił się na mnie. Wiedziałem już, że skoro w linii kalendarzy emitowanych przez gazetę ""Latvijas Avīze" jest inny pies na okładce, to i rok jest inny. Od przyszłego tylko kalendarze z Kaczorem Donaldem, ten chociaż ma przyjaźniejszy wzrok. Cyferki 2 0 1 5 bezlitośnie widniały nad małym, agresywnym chihuahua a mnie aż ścisnęło. Po zakupach prosto do domu i drink na uspokojenie. Nie miałem nawet zamiaru iść na pierwszy trening za kilkanaście dni ale narzeczona namówiła mnie, dodając że "nie wie co się ze mną dzieje ostatnio". Eh, nigdy byś nie zrozumiała, zawsze byłaś uparta jak nie wiem, więc tym bardziej nie przekonałbym Cię, że cofanie się czasu to prawda. Ze szklanymi oczami obudziłem się w dzień treningu. Żona wyszła do pracy a ja się poryczałem jak bóbr. Czaicie? Dorosły facet leży i płacze rzewnymi łzami. Idę i patrzę: Ivans Krelovs, mój poprzednik, jest już na płycie boiska wraz z zespołem. Ledwo się uspokoiłem przed wyjściem, więc teraz tym bardziej chciałem rozryczany pobiec gdzie pieprz rośnie. Krelovs zauważył, że idę jakbym połknął kij, pociągnął mnie za rękaw i zaprowadził na bok. Wtedy wypowiedział te słowa: - "Spokojnie, nigdzie się stąd nie ruszasz. Ja jestem tylko asystentem. To Twoja historia..."
  5. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Rok 2017 zaczął się jak zwykle. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że skoro w zeszłym sezonie 2018 wywalczyliśmy awans, to przez cofanie się czasu będziemy skazani na rozgrywki w których występowaliśmy faktycznie w 2017 przed tą okropną klątwą. Była to naturalnie 1. liga, czyli znowu drugi szczebel rozgrywkowy. Zacząłem zdawać sobie sprawę z coraz większej ilości rzeczy: w końcu nastanie taki rok, że przestanę prowadzić Smiltene i na swoje stanowisko wróci mój poprzednik Ivans Krelovs, który ustąpił ze stanowiska ze względu na problemy zdrowotne i znowu będę jego asystentem. Że ludzie dalej mają mnie za żółtodzioba, bo nikt nie pamięta o moich sukcesach. Ba, nie ma prawa pamiętać czegoś co z ich punktu widzenia wydarzy się dopiero w przyszłości. Byłem więźniem czasu. Zaczęło dochodzić do mnie też to, że nastąpi ten moment, że nie będę znał się jeszcze z moją aktualną żoną, że założone w 2006 roku FK Smiltene przestanie istnieć... Nieuchronnie miałem stracić wszystko co kochałem i na czym mi zależało. Nie wiem czym sobie zasłużyłem i komu podpadłem na tyle, aby tak okrutnie mnie karać. Rok 2017 był rokiem trudnym, bo odeszli wypożyczeni ze Skonto Vitkovskis oraz Mickevics z Rigi FC. Skład znowu mi się zmienił, na dopowiedni dla danego roku. Znowu pojawiali się kolejni piłkarze, którzy zakończyli już kariery, a w styczniu 2017 na nowo zaczęli ogłaszać swoje zamiary co do powieszenia butów na kołku. Tylko ja jakoś wolniej się starzałem. Niby widziałem jak te kilka zmarszczek ubyło ale miałem wrażenie, że to cały czas idzie jakoś wolniej mimo niezmiennej daty na dowodzie osobistym. W popłochu schowałem swoją flagę Smiltene FC Varšava pod łóżko i tam ją trzymałem. Upewniłem się, że dalej mam wydruk tabeli z historycznego sezonu 2018 oraz zdjęcie z żoną. Cały czas znajdowały się w wewnętrznej kieszeni marynarki po lewej stronie, idealnie układającej się na sercu. Uznałem, że to perfekcyjne miejsce na chowanie najważniejszych dla mnie rzeczy. Posępniałem i posmutniałem od poprzedniego, 2018 roku. Przeżyłem drugi raz najpiękniejszy czas w swoim życiu i chyba warto było znosić wszelkie demony tego fatum, dla tego cudownego roku. Mogłem czuć się podwójnie spełniony, mimo że znałem przebieg wydarzeń. Wszystkie wywiady dla telewizji sportacentrs, artykuły w gazetach... Wszystko to los dał mi przeżyć jeszcze raz na nowo. Nikt nie miał prawa mi zabrać wspomnień. Nagle zdębiałem... Medal za wygraną w 1. lidze! Na pewno się zdematerializował! Trzymałem go w szufladzie przy biurku, nie zdążyłem się na niego napatrzeć jeszcze przed sylwestrem 2018! W 2017 roku nie miało prawa go być. Z ogromną gulą w gardle i szklanymi oczami zacząłem podchodzić do szafki nocnej. Łapy trzęsły mi się jak rasowemu pijakowi. Szybki kipisz: portfel, jakieś bokserki, zegarek, pudełko z broszkami, obrączka, chusteczki, nie ma! Odgarniam jakąś tkaninę, sięgam na dno, macam jakiś okrągły kształ, wyjmuję... Jest! Medal! Piękna pamiątka! Mój wielki skarb, symbol szczęścia i nadziei! Pobiegłem rzucić się żonie w ramiona niemal becząc ze wzruszenia i pognałem jak wariat do klubu! Prezes spojrzał na mnie jednak nieco dziwnym wzrokiem i powiedział, że fajnie że medal z takim grawerem zrobiłem jako zapowiedź moich celów, ale mistrzostwo 1. ligi to jeszcze zbyt duży cel aby o nim mówić, nawet w kontekście przyszłego roku. Nie wiem na co liczyłem. Mimo wszystko szczęśliwy wróciłem do domu, ciesząc się jak dziecko. Medal wylądował w kieszeni marynarki, którą zakładałem na mecze. Dołączył do zdjęcia z żoną i wydruku tabelki. Pierwsze mecze przygotowawcze nie zapowiadały dobrego sezonu. Porażkę z grającym ligę wyżej Spartakiem Jurmala mogłem przeżyć i zrozumieć. Porażkę z trzecioligowym Plavinas już nie. Wstyd, hańba, kompromitacja. Patrząc na ten mecz oczy krwawiły jeszcze bardziej niż przeglądając kartę "na czasie" polskiego You Tube'a. Dramat. Nie pocieszyła mnie nawet wygrana w tradycyjnie organizowanym wtedy przez nas turnieju "Smiltenes Kauss" (z łot. Puchar Smiltene). Prowadziłem po tych rozgrywkach szereg rozmów z chłopakami. Estońska Valga i rosyjski Psków z którymi graliśmy to rywale silniejsi niż połowa stawki w naszej lidze. To miało dać nam kopniaka. No i dało, niesamowitego! Przez 10. kolejnych kolejek ani razu nie znaleźliśmy pogromcy! FK Smiltene było wtedy na ustach wszystkich związanych z 1. ligą! To były zaraz po awansie najpiękniejsze chwile w tym klubie. Zawsze na trybunach siedziała moja ukochana żona, mój ukochany klub pod moją wodzą wygrywał z każdym! Najpiękniejsza była wygrana 5-3 z jednym z głównych faworytów do awansu - Rezekne! Dopiero w 11. kolejce zatrzymała nas Jurmala ale natychmiast odbiliśmy to sobie w kolejnej kolejce gromiąc innego, obok Jurmali i Rezekne, kandydata do awansu czyli Gulbene! 5-1!!! To był dalej nasz czas. Potem znowu gra w kratkę czyli porażka 0-1 z zespołem który co rok gra o utrzymanie - Staiceles Bebri. "Bobry" jednak z jakiegoś powodu zawsze budziły we mnie sympatię, więc nawet się cieszyłem, że zdobywają cenne punkty w walce o utrzymanie. Puchar Łotwy także dobrze nam wyszedł, odpadliśmy dopiero po karnych z grającą szczebel wyżej Rigą FC a karne to zawsze loteria. I mimo naszej formy w kratkę, jak dziecko czekałem na drugą połowę sezonu. Znałem dalszy jego przebieg ale samo przeżywanie na nowo tych pięknych chwil dawało mi multum satysfakcji.
  6. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Początek sezonu mieliśmy naprawdę z grubej rury. Z upływem czasu przypomniałem sobie nasze osiągnięcia, które powtórzyły się kubek w kubek! Sezon zaczęliśmy od wygranej, a poza 2-3 porażkami prawie cały czas zdobywaliśmy 3 oczka! Jedyną solą w oku była porażka z zespołem który walczy co rok o utrzymanie - Staiceles Bebri. Jakież to jednak miało znaczenie gdy byliśmy na ustach wszystkich? To gwiazdy Smiltene świeciły najjaśniej na ligowym firmamencie! Puchar Łotwy był za to cudownym ukoronowaniem naszej ciężkiej pracy. Pierwsza, druga runda poszły w miarę sprawnie, chociaż dogrywki z 3. ligowym Plavinas nie powinno być. Hit nastąpił za to w 3. rundzie kiedy to ograliśmy grający ligę wyżej Ventspils! 3. drużyna Łotwy i uczestnik europejskich pucharów obrywa od grającego ligę niżej kopciuszka! Bawiliśmy się do porannych godzin i trafiliśmy do działów sportowych jako sensacja dnia. Ćwierćfinały gra się dopiero w kolejnym roku. W 2019 ograliśmy BFC Daugavpils, to było już po awansie do Virsligi. Dopiero w półfinale zatrzymała nas Jelgava. Ten półfinał Łotwy 2018/2019 to największe moje osiągniecie z którego jestem dumny. Cieszyłem się życiem przez cały rok zapominając o pokrętnych wydarzeniach. Wszyscy sąsiedzi z uśmiechem odpowiadali mi na "dzień dobry", ja sam byłem rozpromieniony od stóp do głowy. Atmosfera w klubie była wtedy tak dobra jak chyba nigdy wcześniej. Cały czas gdzieś z tyłu głowy plątały mi myśli sytuacje typu pojawianie się piłkarzy, którzy kończyli swoje kariery lub cofające się drobne prace remontowe na stadionie. Obiecałem sobie jednak, że w tym roku nie dam się zwariować i będę gorąco liczył na powrót do normalności. Kiedyś przecież to cofanie w czasie musi się skończyć! Czas w atmosferze sielanki mijał mi dość szybko. Żyłem tak naprawdę od weekendu do weekendu czekając na mecz. Coraz lepsze wyniki skłaniały także do patrzenia w inny sposób na pewne sprawy. Zostałem któregoś razu w środku sierpnia zaproszony do prezesa: - Wierzyć się nie chce ale jesteśmy liderem ligi i trzeba sobie coś poukładać. Jakie są Twoje cele z drużyną? - Dalej zostanę przy górnej połowie tabeli. Nie chcę nic zmieniać. Idzie nam dobrze, ale to dopiero połowa sezonu. Pożyjemy, zobaczymy. Mimo, że wiedziałem to nie mogłem. I tak bym nie mógł, nie byłem w stanie zmienić przeszłości. Mogłem za to odnaleźć siebie na nowo. To było warte więcej niż wszystkie premie, banknoty i wyniki razem wzięte. Kochałem ten klub, swoją żonę i swoje życie. Tego nikt nie mógł mi zabrać. W drugiej połowie sezonu pogubiliśmy nieco punktów i to w dość głupi sposób. Gdybyśmy nie wyszarpali zwycięstwa z ligowym outsiderem Preilu (5-4) to zapewne nie pisałbym tych słów w ten sposób, tylko przeżywał jaki to los jest zły i niedobry. Chociaż w moim przypadku jest, bo kradnie mi moją przyszłość. Przyszłość, której nawet nie mogę przeżyć. Jestem więźniem przeszłości. W każdym razie przed ostatnią kolejką traciliśmy 3 punkty do zespołu Gulbene (z łot. Gulbe - łabądź). Jedyną nadzieją była dla nas wygrana z nieobliczalnym beniaminkiem - SFK United. Już raz im ulegliśmy 2-3, byliśmy po 3 meczach bez zwycięstwa i ewentualna wygrana w lidze nie zależała od nas, bo Gulbene musiało przegrać z solidną Jurmalą. My swoje zrobiliśmy, SFK dostało od nas 2 bramki, samemu nie zdobywając żadnej! W tej sytuacji czekaliśmy na wynik z Gulbene. W razie porażki decydowały wyniki bezpośrednich spotkań, czyli remisy 0-0 i 3-3 (FM nie kierował się bramkami na wyjeździe). W drugiej kolejności patrzono na wygrane spotkania. My po ostatniej kolejce mieliśmy ich 18, Gulbene w razie porażki z Jurmalą - 16. Czekaliśmy w wytchnieniu śledząc transmisję w telewizji sportacentrs, któryś z chłopaków odpalił na telefonie. Ich mecz zaczął się nieco później niż nasz. 93' koniec meczu, Gulbene przegrywa 1-2 z Jurmałą i zagra w barażach o awans a my notujemy bezpośredni awans do Virsligi!!! Huczna feta trwała do białego rana, a historyczny awans zapadłby wielu kibicom w pamięć na zawsze, gdyby nie ta cholerna klątwa. Tak wyglądały moje ostatnie dni najlepszego sezonu w życiu. Bajka! Kapitalne występy i pierwszy w historii klubu awans do ćwierćfinału Pucharu Łotwy oraz historyczny, premierowy awans do Virsligi! A potem znowu święta w Polsce i sylwester i nerwowe wyczekiwanie na to, co przyniesie nowy czy stary, a może i ten sam rok. Na piękne zakończenie 2018 zachowałem sobie wydruk tabeli z tego roku. Schowałem głęboko do kieszonki marynarki przy sercu, w której noszę zdjęcie z żoną z wakacji w Kenii. Gulbene ostatecznie poległo w barażu z Rezekne, Preilu w ostatniej kolejce przegrało utrzymanie w lidze, zaś Tukums zleciał z niej z hukiem. Przez ponad połowę sezonu byli jedynym zespołem, który nie umiał wygrać. Potem jakoś się przełamali, zanotowali także imponującą liczbę remisów, bo aż 12 (najwięcej w lidze). Największym dla mnie zaskoczeniem i niespodzianką był zespół Staiceles Bebri, rok w rok bijący się o utrzymanie w lidze. Rok 2018 zakończyli bezpiecznym, 9. miejscem co jest ich najlepszym osiągnięciem na tym pułapie ligowym. Kompletnie po dość niespodziewanym spadku z Virsligi pogubiła się Riga FC. Murowani faworyci do awansu z Olegsem Laizansem (grał kiedyś w Lechii i ŁKS-ie Łódź) zajęli dopiero 11. miejsce. Najpiękniej jednak wyglądał czub tabeli, po kapitalnej walce zdołaliśmy osiągnąć to co tak bardzo pragnęliśmy! Prezes mówił potem, że po cichu liczył na awans ale nie chciał nic mówić aby nie zapeszyć i aby ludzie go za wariata nie wzięli. Coś o tym wiem... Tradycyjnie już po powrocie z Polski poszedłem zrobić zakupy w Rimim gdy żona zajmowała się obiadem. 2 butelki piwa, pieczywo, trochę wędliny, gazeta, napoje, mleko i kalendarz na 2017 rok. Koniecznie z psami!
  7. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Wrogiem nr 2 każdego człowieka jest samotność, zaś wrogiem nr 1 - niezrozumienie. Przez to pojawia się w rodzinach krzyk, awantury, alkohol, nawet pies merda ogonem jakby mniej żwawo. Samotność i niezrozumienie w rodzinie? Tak, to możliwe. Wychodzi na to, że lata się cofają a Ty jeden jedyny wiesz, że powinien być rok 2021 a nie 2018. Rok 2018 FK Smiltene spędziło w 1. lidze, czyli na drugim szczeblu rozgrywkowym. Na nic poszła heroiczna walka w Virslidze, na nic poszły wszelkie starania na polu infrastruktury, struktury klubu etc. Gdy trzecioligowy Saldus podpisywał z nami w 2019 roku umowę o współpracę, to miała ona mieć charakter długofalowy. Nawet nie wiedziałem jak szybko ona minie z powodu tego fatum, które cofało lata do tyłu. Tak jeszcze kilka lat temu wyglądał Tepera Stadions, na którym piłkarze Smiltene rozgrywają mecze. Sama murawa zawsze była okej, ale otoczenie... porażka. Cała rozbudowa obiektu, która przyniosła nowy budynek klubowy, wybudowaną trybunę, pomarańczową bieżnię... Wszystko na nic, bo wracamy powoli do wałów i asfaltowego czegoś wokół boiska. Idealne warunki na tor żużlowy. Gdy ludzie z ZPN-u przesłali potwierdzenie uzyskania licencji na 1. Ligę to nie miałem wątpliwości. Byłem wściekły ale i pełny wiary zarazem. Przecież w 2018 roku wywalczyliśmy awans! Historyczny, premierowy awans! Może proces cofania czasu zatrzyma się? Z jednej strony to było spoko bo tu ubyło kilka zmarszczek, tam kilka kilogramów, plecy jakby mniej bolały. 2018 rok to był złoty okres nie tylko dla Smiltene, ale i dla mnie. Wszystko wychodziło, stoczyliśmy pasjonującą walkę do ostatniej kolejki po to aby w pięknym stylu awansować. Z żoną byliśmy rok po ślubie, wszystko było jak w pięknym śnie. Sen, który brutalnie został przerwany jakąś podłą klątwą. Wszyscy żyją normalnie, tylko nie ja. To podłe. Jak wspominałem wcześniej, na treningu zjawiła się w komplecie właściwa dla tamtego sezonu kadra. Dalej miałem w składzie Vitkovskisa czy Mickevicsa (ich profile wyżej, w poprzedniej części) bo przedłużałem ich wypożyczenia także na sezon 2019. Wyszło na to, że zamiast spędzić 2 sezony w klubie (2018,2019) spędzą ich aż 4. To mi akurat było na rękę bo to świetni piłkarze, a ja za ich wypożyczenie nie płaciłem ani eurocenta. Postanowiłem póki co się niczym nie przejmować, i jeszcze raz na nowo przeżyć najwspanialszy okres w mojej karierze trenerskiej. Czasami jeszcze tylko się zapominałem i przy kimś chlapnąłem a to coś o awansie, a to coś o jakimś losowym wydarzeniu które będzie mieć miejsce. Co ważne, w tym roku mimo 2. miejsca w edycji 2017 faworytami do awansu nie byliśmy. Prognozowano nam 5. miejsce w stawce, a faworytami były silniejsze ekipy takie jak Gulbene, Jurmala, Metta/LU czy sensacyjny spadkowicz Riga FC. Ci ostatni w rzeczywistości wraz z Kamilem Bilińskim w składzie celują w mistrza Łotwy 2018. Jak widać FM dla stołecznego klubu miał inne plany na ten rok. fot. Smiltenes novada W klubie o awansie też nikt głośno nie mówił. Starałem się kryć z tym, że ja wiem jak będzie. Zresztą, kto by mi w to uwierzył? Miałem też jednak obawy - co jeśli teraz wyniki nie będą identyczne? Co jeżeli to załamanie czasowe znajdzie swój koniec w trakcie sezonu? Czy piłkarze którzy kończyli swoje kariery i teraz jest na nowo ich teoretycznie ostatni sezon za rok będą młodsi? Czy zdążę przed 22 po flaszkę? Na te i inne pytania odpowiedź mógł przynieść jedynie czas. Powiedziałem sobie jednak, że nie zamierzam przejmować się niczym, i oddam się w ręce losu. Na razie wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wszystkie wyniki będą takie jak kiedyś w prawdziwym roku 2018. Znając finał tym bardziej nie przerywałem sobie frajdy przeżywania tego wszystkiego raz jeszcze. Piękne dni się przede mną szykowały. Z tego co pamiętałem to od początku dobrze nam szło. Morale piłkarzy było wysokie, wyniki czasami też, nie gubiliśmy frajersko punktów a piłka w sytuacji gdzie zwykle odbijała się od słupka, nam wpadała do bramki rywala. Po kilku meczach pokazaliśmy, że wicemistrzostwo z poprzedniego sezonu to nie był przypadek. Świetne występy dalej jednak nie przekonywały bukmacherów, którzy niewzruszonym wzrokiem zerkali na nas i nie traktowali jako faworytów przeciwko mocniejszym rywalom, którzy pogubili gdzieś swoją formę. To miało jeszcze lepszy smak. Także i moje życie osobiste nabrało kształtów. Żyłem chwilą, dniem. Nie zdarzało mi się już przy żonie ani znajomych chlapać ozorem, ba, małżonka była pod wrażeniem mojej pogody ducha. Oczywiście nie pamiętała trefnych wakacji w Kenii, mojego załamania nerwowego gdy ponownie mieliśmy rok 2019. Poza tym gdybym miał tłumaczyć co rok to samo, to chyba bym nie dał rady. Już samo wytłumaczenie kobiecie słuszności swoich racji graniczy z cudem, bo jej racje zazwyczaj są inne. Baby jak zwykle lepiej wiedzą. W tym wypadku jednak nie miałem zbyt dużo argumentów po swojej stronie. Wszystkie zdjęcia z Kenii, z tego 2019 roku poznikały z telefonów, albumów. Ostało się, nie wiem jakim cudem, jedno jedyne zdjęcie, które mam głęboko ukryte. Pamiątkowe zdjęcie z żoną w wiosce plemienia z Kenii...
  8. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Sezon w naszym wykonaniu zaczął się niemrawo, kilka remisów, porażki, jedno zwycięstwo. Dalej spokoju nie dawało mi zamieszanie związane z brakiem przeskoku roku 2019 na rok 2020. Czas zatrzymał się w miejscu a rzeczy powtarzały się na nowo: ta sama promocja na ziemniaki w Rimim, te same decyzje podejmowane w klubie, te same okoliczności co wcześniej. Ludzie traktowali mnie jak czuba a ja próbowałem się do tego wszystkiego przystosować. Niepokoiło mnie jedno - w 2019 roku zdołaliśmy się utrzymać po barażach, więc i w tym roku powinno być tak samo. Zimowy Puchar Virsligi odbył się dokładnie w ten sam sposób co wcześniej. Ten sam wynik, ci sami rywale, te same rezultaty. Jednak ja znałem przebieg tych wydarzeń. Wiedziałem, że te zimowe rozgrywki przed sezonem wygra Skonto. Bo wygrało je również rok temu. Oczywiście były komentarze, że czemu Skonto, są inne drużyny. Naturalnie wszystko się sprawdzało. W czerwcu klub opuścił Nils Purins, któremu skończył się okres wypożyczenia z Dinamo St Petersburg. Przeżywałem dokładnie to samo co rok temu, wszystko! Pikowaliśmy regularnie w dół, utrzymanie nie było takie pewne jak mi się wydawało. Pozornie sądziłem, że ogarnąłem całą sytuację ale gdy miałem już to złudne wrażenie, to zawsze przydarzało się coś co szybko mnie cuciło i dalej miałem mętlik w głowie. Mój kumpel Raivis wraz żoną delikatnie sugerowali jakąś terapię czy coś. Zaczynałem przez to pić coraz więcej szukając jakiegoś rozwiązania. Naturalnie nic nie przychodziło mi do głowy, zacząłem mieć jakieś lęki, spałem niespokojnie. Doszło do tego że musiałem z żoną jechać na nocny dyżur bo któregoś razu tak mną rzucało przez sen, że łokciem załatwiłem jej łuk brwiowy. Tego było już za wiele, zwłaszcza że sąsiedzi zaczęli dziwnie patrzeć i szeptać. Brakowało mi tylko policji w domu. Wszystkie wyniki osiągaliśmy identyczne. Na koniec nowego-starego sezonu graliśmy z Mettą/LU o utrzymanie. Wygraliśmy dwumecz, Rezekne znowu miało zlecieć z ligi, drugi szczebel wygrała ta sama drużyna co rok wcześniej - FK Gulbene. Wszystko tak samo, kubek w kubek. Miałem dosyć tej farsy, byłem zmęczony psychicznie. Miałem nadzieję, że ten pieprzony czas zatrzymał się tylko na jeden rok. Dalej nie znałem przyczyny. To wszystko było ponad moje siły. Potrzebowałem wakacji. "Trzeba tylko pomyśleć o jakimś cieplejszym miejscu bo Łotwa gra systemem wiosna-jesień, więc w listopadzie pogoda nie rozpieszczała." - Skarbie może Kenia? Nigdy nie byliśmy w Afryce. Znalazłam fajną ofertę - powiedziała żona - Przecież byliśmy tam rok temu! - Krzyknąłem przerażony - Rafał, nie mam już sił do Ciebie. Od nowego roku jesteś cieniem siebie. Co się z Tobą dzieje?! Tobie naprawdę przyda się wypoczynek. Zarezerwuję nam tą wycieczkę. No tak, nie miałem wpływu na przeszłość. Nawet w komiksach Kaczora Donalda, które kochałem czytać za dzieciaka (no dobra, później też), każda podróż w czasie kończyła się dokonywaniem tych samych wyborów, popełnianiem tych samych błędów itd. Nawet dziecko wiedziało, że nie można zmieniać przeszłości. To było jak fatum. W Kenii próbowałem wypoczywać za wszelką cenę ale nie dało się. Żona namówiła mnie na tą samą wycieczkę do wioski plemienia. Bingo! To był może cały klucz do sprawy! Ten obłąkany szaman, dziwny owad i zaklęcie. To on za to odpowiadał! Zgodziłem się ochoczo na propozycję małżonki mając nadzieję rozmówić się z tym szarlatanem. Ten sam grubas John oprowadzał nas po wiosce, śmiejąc się tym samym śmiechem, wygłaszając te same formułki. Przez przypadek wypaliłem że się przecież rok temu poznaliśmy ale naturalnie jedyne co mogłem usłyszeć w odpowiedzi to stwierdzenie, że "to niemożliwe". Nie wiem na co liczyłem, udałem się prosto do chaty szamana. Tam musiał być klucz do zakończenia tego terroru psychicznego. Wchodzę a tam... ani żywej duszy. Rozglądam się, strąciłem tą samą fiolkę w identyczny sposób ale szamana ani śladu. Pytam przewodnika gdzie się podział ten szarlatan ale ten o niczym nie wie, tak samo jak reszta w wiosce. "Może wyszedł się przejść, jak wróci to wróci, jak nie to nie będziemy czekać. Za każde opóźnienie są kary a my zbieramy ładne prowi..." - "...zje za przywożenie turystów tu." Wiem. - wtrąciłem się zaskoczonemu Johnowi. Paranoja, źródło i rozwiązanie moich problemów zarazem wyparowało! Gorzej być nie mogło... Wracałem do klubu przeżywając te same utrapienia. Te same święta, ten sam sylwester, te same osoby padły przed 22. Nic mnie nie zaskoczyło. Pilnowałem się tylko aby niczego nie chlapnąć, nie miałem ochoty ponownie znosić traktowania mnie jak wariata. To było ponad moje siły. Święta, sylwek i wreszcie jazda na Łotwę. Żona zasnęła w tym samym miejscu a ja przekraczając granicę litewsko-łotewską pomyślałem: "Kurwa, kalendarz!"... Tym razem nie czekałem, do sklepu pognałem od razu po rozpakowaniu gratów. Żona zaczęła przygotowywać obiad, więc akurat miałem okazję. Szybka rundka między sklepowymi półkami, wycieczka pod kasy i są! Oto one, kalendarze! Kwiatki nie, pejzaże też nie, koty odpadają. Jest! Kalendarz z psami. O kurwa nie. - TO JEST NIEMOŻLIWE! - wydarłem się. Obudziłem się na sklepowym parkingu, nade mną stało 2 sanitariuszy z karetki a za nimi tradycyjnie przy takich okazjach tłum gapiów. Podobno zemdlałem i szybko wyniesiono mnie na zewnątrz ale nikt nie mógł mnie ocucić. Udało się to dopiero załodze ambulansu. Roześmiani mówili że cały czas trzymałem kalendarz i nie dałem go sobie wyjąć z ręki. Szybki rzut oka na prawą dłoń - cholerny kalendarz na 2018 rok! Roześmiany pysk dalmatyńczyka patrzył mi się prosto w twarz a ja zemdlałem znowu. Obudziłem się w karetce jadąc do szpitala. - Panie, co dziś za dzień? - spytałem w popłochu sanitariusza - 3 stycznia - odparł - Rok! Jaki rok?! - 2018 - odparł patrząc na mnie jak na wariata. W szpitalu badania oczywiście nie wykazały nic poważnego poza przemęczeniem psychiki. Chyba wiedziałem co się stało. Zbieram chłopaków z FK Smiltene dzień później na nadzwyczajne spotkanie. Miałem wydrukowany skład z 2019 roku. Zrobiłem listę obecności. Kilku piłkarzy i już coś się nie zgadza. Regza! Gdzie jest Marko Regza?! W odpowiedzi słyszę, że w RFS-ie Ryga. Skład z 2019 roku się nie zgadzał. Miałem też ten z 2018. Tam wszystko co do joty się zgadzało. Czas nie stanął w miejscu. On się zaczął cofać! Zdąży, zdąży
  9. rafal9595

    Krzysztof Ibisz

    Święta i sylwester minęły dość przyjemnie w gronie rodziny i znajomych. Brakowało mi polskiej kuchni, polskich zwyczajów, polskich piekielności i starć politycznych przy świątecznym stole. Bez takich dyskusji to dupa a nie święta. Naturalnie w Wigilię nie spadł ani jeden płatek śniegu, a w sylwestrową noc północy nie doczekał ładny procent balujących. No nic, ja swoje wypiłem, poza klubem mogłem sobie na to pozwolić. Jadąc autem w kierunku Smiltene czułem się wypoczęty przed nowym sezonem, którego wstępem miał być Zimowy Puchar Virsligi. Przekraczałem właśnie granicę litewsko-łotewską, żona spała na fotelu pasażera a ja skojarzyłem, że nie kupiłem w Polsce kalendarza na 2020 rok. No nic, nadrobię to w Smiltene. 7. stycznia zebraliśmy się wszyscy na treningu, pierwszym po świątecznej przerwie. Najwyższa liga łotewska to już niby profeska, ale dałem chłopakom tydzień urlopu noworocznego. Nagle... zdębiałem. Na treningu w komplecie stawili się odpowiednio: napastnik Dmitrijs Zelenkovs wypożyczony z Empoli, bramkarz Nils Purins z Dinamo St Petersburg, lewy obrońca Andrejs Vitkovskis (Skonto) i dwaj środkowi defensorzy: Vjaceslav Straume (Spartaks Jurmała) oraz Pavels Mickevics (Ryga FK). Co ich wszystkich łączy? Przyszli do klubu na początku 2019 roku a ich wypożyczenia miały wygasnąć wraz z końcem roku, zaś Purinsa nie było w klubie już od czerwca 2019! Poniżej dowód jeszcze z czasów trwania wypożyczeń. Pytam się każdego z nich dlaczego nie wrócili do swoich macierzystych klubów i co jeszcze robią w Smiltene. Odpowiedziało mi 5 dziwnych spojrzeń, co najmniej jakby na moim miejscu stał Bonus BGC kręcący swoją zapowiedź przed walką MMA. Stwierdzili, że przecież dopiero co zostali wypożyczeni do Smiltene i czy czymś podpadli, że muszą się już wynosić. Stwierdziłem, że w ten sposób nic nie wskóram i wykonałem szybki telefon do kierownictwa Skonto Ryga. Zapytałem czemu po upłynięciu okresu wypożyczenia ich dwóch graczy dalej jest u mnie? W odpowiedzi usłyszałem, że oni różne rzeczy już widzieli, ale żeby kogoś kac tydzień trzymał to jeszcze nie. Odpowiedziałem, że jestem trzeźwy i nic z tego nie rozumiem. Przez bite kilka minut tłumaczono mi, że klub dopiero co oddał ich na wypożyczenie do nas a ja chcę ich już zwracać? Stwierdziłem, że pod moją nieobecność musiał maczać palce w tym asystent i jak tylko odłożyłem słuchawkę to pognałem do niego w te pędy. On jednak odpowiedział, że przecież sam to załatwiałem i że może powinienem jeszcze odpocząć. Z głową pełną wątpliwości przeprowadziłem trening. Potem wróciłem do domu ale żony jeszcze nie było. Poszedłem na zakupy. Jak wspominałem Smiltene to małe miasto ale market Rimi musiał być. Powiedzmy, że jest to taki bałtycki odpowiednik "Biedronki" ale z większym asortymentem. Razem z drugą siecią supermarketów Maxima stanowią większość na łotewskim rynku. Bułki, piwo, trochę wędliny, 2 niebieskie długopisy, litr mleka, zgrzewka wody, gazeta "Latvijas Avīze" i byłem już przy kasie. A co stało tuż obok? Kalendarze na przecenie! Wybrałem sobie taki uroczy z pieskami ale coś mi tu nie gra. Patrzę, rok 2019 a nie 2020. Ze zdziwieniem pytam się czy nie mają aktualnych i na co komu zeszłoroczny kalendarz? W odpowiedzi dostałem jeszcze bardziej dziwne niż moje spojrzenie i tekst: - Bardzo pan dowcipny, jak pan chcesz kalendarz na kolejny rok jak ten się ledwo zaczął, to dzwoń pan do jakiejś drukarni a mi daj spokój! Zaczynam chyba powoli układać sobie to w całość, chociaż jest to dla mnie niepojęte. Ta sama kadra co na rok 2019, każdy z zawodników których przed świętami chciałem ściągnąć, odmawia mi... Paranoja. Brak kalendarzy na rok 2020, wszyscy normalnie żyją tylko nie ja. Co u licha? Idę odwiedzić kumpla, Raivisa. Wita mnie, siadam, patrzę na stolik a tam... kalendarz na rok 2020! Oczom nie wierzę bo nie zdążyłem koledze opowiedzieć tak naprawdę o wszystkim a tu taki znak! Zaczynam naprędce tłumaczyć sytuację, Raivis polewa szklankę soku, ja tłumaczę dalej. Kumpel podrapał się po głowie mówiąc że niewiele z tego zrozumiał ale jeśli chodzi o kalendarz to on dzwonił i zamawiał w jakiejś drukarni aby mieć na zapas bo teraz cena tańsza niż pod koniec roku. Wyszedłem nie dopijając nawet swojego soku grapefruitowego. Mój ulubiony. W domu to samo, żona nie rozumie o co mi chodzi i zaparza melisy. Nie chcę żadnej cholernej herbatki! Dzwonię do ruskich, tych od bramkarza Purinsa. Co słyszę w zamian? Zmęczony głos, który wskazywał na stan spożycia alkoholu ale moje pytanie w mig otrzeźwiło rozmówcę. Stwierdził że on to wprawdzie jest już po 0,5 ale ja to chyba litra solo musiałem w pół godziny zrobić. Tak, Nils zostaje do 16.06.2019 a ja przecież tydzień temu dopinałem jego pobyt w Smiltene. Gdy osiągnąłem drugi raz identyczny wynik w Zimowym Pucharze Virsligi jak rok wcześniej - nie miałem wątpliwości. Nie ma roku 2020! Jest ponownie 2019! - Przynajmniej utrzymanie mamy zapewnione - stwierdziłem posępnie Tylko co z naszym pokonaniem Metty w barażach o Virsligę? Co z historycznym utrzymaniem się? Gdy o tym mówiłem w klubie to każdy twierdził, że fajnie by było ale trzeba pamiętać, że jesteśmy beniaminkiem i trzeba twardo stąpać po gruncie. Beniaminkiem! Przecież to miał być drugi sezon w Virslidze! A zaczynamy dokładnie tak samo - w barażu o 5. miejsce ulegamy Liepaji po zajęciu wcześniej 3. miejsca w swojej grupie (2 grupy po 4 drużyny, dwie ostatnie grają dogrywkę, drużyny z 3. miejsc grają o 5. lokatę, wiceliderzy grup grają o 3. miejsce a zwycięscy grup grają finał). Czas stanął w miejscu! W Virslidze ponownie grał pierwotny spadkowicz FK Rezekne a awansu nie wywalczył Mistrz 1. Ligi - Gulbene. Wszystko to przerastało moje możliwości. O 21 urwałem się do Rimiego bo po 22 na Łotwie nie kupi się nigdzie alkoholu, nie pomoże nawet stacja benzynowa. Kupiłem naprędce 0,7 i próbowałem jakoś przez ten pryzmat spojrzeć na rzeczywistość jaka mnie otaczała. Czas mijał, my wchodziliśmy do nowego sezonu podzieleni na dwie grupy. W pierwszej byli piłkarze, członkowie sztabu szkoleniowego i pozostali pracownicy klubu. W drugiej byłem ja. Wszyscy z pierwszej grupy patrzyli się dziwnie na tego z drugiej grupy. Ześwirowałem, serio.
  10. Mamy rok 2019. Jestem dorosłym, poukładanym człowiekiem, który ma dom, rodzinę, nawet psa. Przede wszystkim mam pracę swoich marzeń ale wszystko po kolei. Żyję i mieszkam na Łotwie, w mieście Smiltene położonym ok. 120 kilometrów na północny wschód od Rygi. Zresztą, jakie to miasto? Nieco ponad 5 tysięcy mieszkańców, w Polsce na coś takiego powiedzielibyśmy "mieścina" z aspiracjami do "miasteczka". Trafiłem tutaj w wyniku kompletnego przypadku, które często zsyła nam w życiu los. Klubem z mojego miasta - FK Smiltene - zauroczyłem się znajdując go w jakiejś piłkarskiej grze na telefon. Przyjemna nazwa, poziom drugiej ligi łotewskiej, nawet w herbie jest niebieski kolor za którym od małego przepadałem. Potem zaczynałem coraz więcej czytać, dowiadywać się, wkręcałem się coraz bardziej. Wymyśliłem sobie jednoosobowy Fan Club Warszawa, który miał vlepki i swoją flagę. Przyjechałem z nią raz na mecz, potem drugi i trzeci. Gdy w mieście pojawiła się oferta pracy, postanowiłem zaaplikować. Jeden z lokali gastronomicznych szukał kogoś do obsługi gości. Angielski w miarę znałem, łotewskiego się uczyłem, jedyny minus to brak znajomości rosyjskiego ale w ostatecznym rozrachunku przyjęli mnie! Oczywiście nie brakło pytań czego szuka Polak w miejscu takim jak to. Tłumaczyłem się pasją do klubu, w zamian otrzymałem jedynie spojrzenie pełne zdziwienia. Zrozumiałe. Na stadion FK Smiltene miałem zatem okazję chodzić regularnie. Poznałem kibiców, osoby związane z klubem, wszystko kręciło się w dość małym, lokalnym środowisku. Po jakimś czasie postanowiłem spróbować sił jako piłkarz. Poziom drugiej ligi łotewskiej nie jest zbyt wysoki, ale okazał się zbyt wysoki dla mnie. Smiltene gra tylko wychowankami, ludźmi którzy od dzieciństwa chowali się w tym klubie i znali go od poszewki. Średnia wieku w zespole to niespełna 19 lat, graczy powyżej 23 lat policzysz na palcach jednej ręki. Kilka meczów zagrałem, mierzyłem się z różnymi zawodnikami ale w ostatecznym rozrachunku uznałem, że to nie dla mnie. Wróciłem na trybuny jako kibic, z wysłużoną flagą FC Varšava. Tak pewnie ciągnęłoby się to dalej gdyby nie pewien konkurs urządzony z okazji dnia klubu czy czegoś w tym stylu. Zorganizowano coś na wzór festynu z zawodami polegającymi na tym, kto więcej razy podbije piłkę głową. Bylo o co walczyć bo nagroda to pokierowanie drużyną w meczu towarzyskim, nie pamiętam nawet przeciwko komu. Wprawę w główkowaniu miałem, więc jak możecie się domyślić rywalizację wygrałem. Sam mecz w którym prowadziłem zespół pamiętam jak przez palce. Dziwnym uczuciem było dyrygowanie kolegami z którymi jeszcze nie tak dawno sam biegałem po murawie. Głupio mi było więc też rozliczać kogoś z jakichś błędów czy złych zagrań. Ponoć cały mecz stałem przy linii bocznej i angażowałem się w przebieg gry, mimo że bylo to spotkanie "o pietruszkę". Trener zwrócił jednak uwagę na mnie i po tym meczu stwierdził "chcę go mieć na meczach obok siebie". I tak mimo braku większych kwalifikacji zasiadałem na ławce Smiltene zdobywając swoje pierwsze doświadczenia z trenerką. Patrzyłem uważnie, robiłem notatki, analizowałem wszystko w głowie. W końcu po roku klub wysłał mnie do Rygi na kurs trenerski i zaproponował pracę. W ten sposób pożegnałem się z rozstawianiem krzeseł w restauracji, a przywitałem z rozstawianiem piłkarzy na boisku, wszystko w ramach asystenta. Po kolejnym roku mój mentor i lektor, czyli trener Ivans Krelovs zaczął mieć problemy zdrowotne. Nie groziły one śmiercią ale musiał ograniczyć stres, wysiłek i zacząć prowadzić nieco spokojniejszy tryb życia. Tu pojawiła się szansa dla mnie. Zarząd wolał na miejscu trenera kogoś z Łotwy, ale porozmawiali też ze mną. Przeszedłem egzamin z łotewskiego, przekonałem prezesa, i tak pierwszy w historii Polak na ławce trenerskiej w drugiej lidze łotewskiej stał się faktem. Zaważyło to, że świetnie znam klub i osoby z nim związane. To wszystko działo się kilka ładnych lat temu. Dziś mamy za sobą pierwszy, debiutancki sezon w Virslidze (najwyższa klasa rozgrywkowa). Utrzymaliśmy się. Nie było łatwo lecz daliśmy radę, zajęliśmy 7. na 8 miejsc, i po barażu o utrzymanie ograliśmy wicemistrza drugiej ligi, Mettę/LU (2-0, 1-1). Czas na zasłużone wakacje, trzeba tylko pomyśleć o jakimś cieplejszym miejscu bo Łotwa gra systemem wiosna-jesień, więc w listopadzie pogoda nie rozpieszczała. Padlo na dziką Afrykę bo nigdy z żoną nie byliśmy. Polecieliśmy do Kenii z biurem podróży, które oferowało także wycieczki fakultatywne. Jedną z nich była wyprawa do wioski ponoć "prawdziwego plemienia żyjącego w tych stronach". Domyślałem się, że to plemię to reżyserowana szopka dla turystów, ale żona się nakręciła, więc nie miałem wyboru. Pojechaliśmy tam dosyć wcześnie bo od hotelu to jakaś godzina drogi po średniej jakości asfalcie przemieszanym z szutrem. Słabe uczucie ale czego się nie robi aby żona była zadowolona. Zajeżdżamy tam, wioska niewielka lecz ktoś się postarał aby wszystko wyglądało wiarygodnie. Gruby czarnoskóry mężczyzna imieniem John śmiejąc się oprowadzał wszystkich i donośnym głosem opowiadał co się gdzie znajduje: tu chatka wodza, tam spiżarnia, po lewej szałas szamana, z tyłu wychodek... Właśnie, szałas szamana. Zaintrygował mnie od samego początku. Wszedłem tam i ujrzałem starszawego człowieka w masce, jakieś eliksiry, posłanie, ozdoby i talizmany. Przez nieuwagę trąciłem jedną z fiolek i zielony płyn który stanowił zawartość wsiąkł w niewielki dywanik. Przeprosiłem szamana, na co on ze stoickim spokojem odparł, że to i tak był stary płyn, że los mnie tu sprowadził, codziennie zdobywamy nowe doświadczenia i kroczymy ścieżką nowych odkryć. Zmieszany nieco stałem mówiąc, że póki co nie spieszy mi się do nowych doświadczeń i mam nadzieję, że naprawdę to nie problem z tą fiolką. To ten dalej gadał, że to "błąd synu", wszyscy podążamy w kierunku jednego końca niezależnie od tego w co i w kogo wierzymy, i podążanie w przyszłość to dar od bogów. Odparłem na to, że ja to bym się nachętniej do dzieciństwa cofnął, bo wtedy człowiek nie miał tylu trosk i problemów a największym zmartwieniem był zepsuty samochodzik. Ten szaman nieco się wkurzył i powiedział, że myślę prymitywnie i taka droga doprowadziłaby do wyginięcia ludzkości. Złapał nagle z zewnątrz jakiegoś owada sporej wielkości, rzucił na niego jakiś urok (tak mi się wydawało bo zaczął śpiewać jakieś pieśni i dziwne gesty robić), a następnie wypuścił go na mnie i poczułem ukąszenie. Powiedział że to odmieni moje zgubne myślenie. Wrzasnąłem z pretensjami czy ma coś nie tak z głową (oczywiście brzydziej, ale nie będę tutaj używał słownictwa spod rynsztoka) i już miało dojść do rękoczynów, gdy złapali mnie żona i John, których moje krzyki, razem z resztą wycieczki, zwabiły do szałasu. Wyjaśniłem o co chodzi ale John powiedział żebym był ciszej, bo oni to ładne prowizje zbierają za przywożenie turystów tu i ktoś musi się poświęcić dla dobra większości a jak nie przestanę się drzeć to on straci pracę i zostanę z wyrzutami sumienia do końca życia. Zażądałem tylko szybkiej wizyty w szpitalu celem diagnozy czy ten oszołom mi żadnej choroby nie sprzedał. Badania nic nie wykazały. Reszta urlopu upłynęła już bez niemiłych incydentów i mogłem w spokoju wracać do klubu. Zacząłem opracowywać haronogram przygotowań na 2020 rok, myśleć nad wzmocnieniami i w sumie to tyle. Myślami byłem już w Polsce na Święta, a potem gdzieś jakiś wypad ze znajomymi na sylwestra. Wydałem jeszcze scoutowi dyspozycję co to przejrzenia krajowych zawodników. Wszyscy odwalili kawał roboty w sezonie 2019 i byłem z nich szczerze zadowolony. Z obiecującym nastrojem miałem wejść w 2020 rok. Kariera w FM-ie 2017.
×