Skocz do zawartości

Ralf

Użytkownik
  • Zawartość

    2991
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

336 Bardzo lubiany

O Ralf

  • Tytuł
    Kapitan drużyny

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Ralf

    Highway to heaven

    Skąd ja znam takie mecze - nasi podopieczni bombardują wątrobę bramkarza, obijają poprzeczki i straszą kibiców za bramką, podczas gdy zawodnicy rywala dziwnym trafem takich problemów nie mają
  2. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Po końcowym gwizdku sędziego moi piłkarze jeszcze na murawie zeszli się w grupie i przez chwilę intensywnie nad czymś debatowali, by następnie ruszyć do tunelu, w którym zniknęli razem z prezesem Hempelmannem, który zszedł z trybuny i został wpuszczony przez ochroniarza, któremu okazał odpowiedni identyfikator. W szatni pojawiłem się kilka minut później, gdy wymieniłem uściski z naszym sztabem szkoleniowym i odebrałem kilka gratulacji osiągniętego rezultatu w lidze od oficjeli obecnych na meczu. Wszedłem do środka, gdzie w milczeniu oczekiwali moi podopieczni, podszedłem do stolika i sięgnąłem po leżąca na nim aktówkę. W tej chwili usłyszałem zdecydowane klapnięcie zamykanych drzwi. Obróciłem się z aktówką w ręku i zobaczyłem, jak Markus Rose, Gabriele Olivieri, Seba Franz i Mikkel Andreasen, zagrodzili wyjście na korytarz, a chwilę później sukcesywnie zaczęła dołączać do nich reszta drużyny. – Meister, pamiętamy, co powiedziałeś w sierpniu – zabrał głos Rose. – Wszyscy zgodnie uważamy, że tylko raz w życiu zdarza się grać dla takiego człowieka, jak ty, więc jako kapitan Rot-Weiss Essen, naszej wspólnej małej ojczyzny, oświadczam, że nie wypuścimy cię stąd, dopóki Meister nie cofnie swojej decyzji i nie powie, że zostanie z nami na kolejny sezon. Stojący obok Rolf Hempelmann patrzał na mnie błagalnym wzrokiem, z którego mimiki bez trudu mogłem wyczytać desperackie "bitte". Spojrzałem raz jeszcze na aktówkę, którą ściskałem w rękach. Zapadała absolutna cisza, a po moich zawodnikach widziałem, że nie żartują i oddaliby wszystko za jeszcze jeden sezon pod moimi skrzydłami. I co ja teraz mam zrobić?
  3. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W rozgrywanym na De Kuip w Rotterdamie finale Ligi Mistrzów HSV jednak nie dało rady Chelsea, przegrywając z mistrzem Anglii 1:2 i marzenia o najważniejszym trofeum Starego Kontynentu musząc odłożyć na przyszły rok. 16 maja przyszła pora na wyczekiwane przez wszystkich w napięciu zakończenie sezonu. Na wyjazd do Monachium, na który nie pojechał obrażony na moją krytykę Pittet, zabrałem swoją wierną aktówkę, w której od dwudziestu lat nosiłem ze sobą przy różnych okazjach ważne dokumenty, takie jak propozycje kontraktów dla zawodników i członków sztabu. Z tej samej aktówki wyciągałem też zawsze swoje rezygnacje z funkcji menedżera, jakie składałem prezesom Gratkorn, Avellino i Osnabrücku. Na przedmeczowej odprawie w szatni położyłem ją w widocznym miejscu na stoliku, nie poruszając jej tematu ani słowem, choć patrzało na mnie wiele pytających spojrzeń. Dobrze, że ten sezon już się kończył; postawa zespołu w ostatnich czterech spotkaniach nie była godna trzeciego zespołu Niemiec, a pasowała bardziej do drużyny środka tabeli lub wręcz górnych części jej dolnej połowy. Nie inaczej było na Allianz-Arenie, gdzie po raz kolejny już zagraliśmy słabiutko, tak że piłkarze TSV momentami wręcz nas tłamsili, a w środku pola hulali niczym wiatr w ogromnej dziurze, jaka ziała między naszą obroną a drugą linią. Paradoksalnie to my mieliśmy więcej z gry i w 19. minucie Hildebrandt na prawym skrzydle rozpoczął naszą kontrę, po której Topolski zagrał w uliczkę do Waltera, a Klaus pewnie pokonał Herbsta. Po raz pierwszy od dawna objęliśmy prowadzenie w meczu. Po przerwie było już gorzej. Walter z rezerwowym Wolfem założyli się między sobą o to, kto więcej razy upoluje bramkarza TSV Hebrsta, czym wykreowali go na gracza spotkania, a na tyłach gubiliśmy się momentami jak dzieci we mgle. W końcu w 57. minucie Edmílson zdołał zaskoczyć Olivieriego pięknym strzałem z dystansu, wyrównując na 1:1. Od tej pory istnieć przestał również nasz przód, tak że o cud zakrawało, że skończyło się na zaledwie jednym trafieniu dla Monachium, choć gdybyśmy przegrali np. 1:4, wynik byłby sprawiedliwy. Tak czy owak sezon zakończyliśmy w marnym stylu, mimo że wywalczone wspaniałe trzecie miejsce, za które otrzymaliśmy od federacji 3 500 000€, było dopiero drugim podium RWE w historii Bundesligi, a pierwszym od... 1955 roku. Oczy piłkarskich Niemiec zwrócone były wyłącznie na stadiony w Karlsruhe i Kolonii, gdzie grały odpowiednio Werder i HSV. Obydwa zespoły się nie popisały; HSV jedynie zremisowało bezbramkowo z 1.FC Köln, ale Werder popisał się jeszcze bardziej, przegrał 1:2 z Karlsruhe, co bremeńczyków kosztowało tytuł, który na kolejny rok pozostał w Hamburgu. Tak zakończył się sezon 2025/2026, który zaczęliśmy beznadziejnie, zakończyliśmy równie słabo, ale dzięki świetnej postawie na wiosnę zostaliśmy uznani objawieniem sezonu. A gdybyśmy nie zaczęli gubić punktów w maju, gdy mieliśmy przewagę prawie dziesięciu punktów na Stuttgartem, wmieszalibyśmy się jeszcze do walki o mistrzostwo. Bundesliga, sezon 2025/2026: Poz.| Inf. | Zespół | M | Z | R | P | G+ | G- | R.B. | Pkt. | ------------------------------------------------------------------------------------------ 1. | M | HSV Hamburg | 34 | 20 | 10 | 4 | 60 | 27 | +33 | 70 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 2. | | Werder Brema | 34 | 20 | 9 | 5 | 63 | 27 | +36 | 69 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 3. | | Rot-Weiss Essen | 34 | 18 | 8 | 8 | 80 | 57 | +23 | 62 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 4. | | VfB Stuttgart | 34 | 17 | 9 | 8 | 62 | 39 | +23 | 60 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 5. | | TSV 1860 Monachium | 34 | 15 | 9 | 10 | 55 | 44 | +11 | 54 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 6. | | Schalke 04 | 34 | 14 | 10 | 10 | 60 | 50 | +10 | 52 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 7. | | Borussia Gladbach | 34 | 13 | 11 | 10 | 42 | 45 | -3 | 50 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 8. | | VfL Wolfsburg | 34 | 12 | 12 | 10 | 53 | 43 | +10 | 48 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 9. | | Borussia Dortmund | 34 | 13 | 9 | 12 | 57 | 48 | +9 | 48 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 10. | | Karlsruher SC | 34 | 10 | 14 | 10 | 51 | 44 | +7 | 44 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 11. | | VfL Osnabrück | 34 | 12 | 7 | 15 | 42 | 54 | -12 | 43 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 12. | | 1.Fc Köln | 34 | 12 | 6 | 16 | 50 | 62 | -12 | 42 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 13. | | Eintracht Brunszwik | 34 | 11 | 8 | 15 | 47 | 59 | -12 | 41 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 14. | | Bayern Monachium | 34 | 10 | 6 | 18 | 47 | 69 | -22 | 36 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 15. | | VfL Bochum | 34 | 8 | 10 | 16 | 41 | 67 | -26 | 34 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 16. | S | Alemannia Aachen | 34 | 7 | 8 | 19 | 32 | 63 | -31 | 29 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 17. | S | Bayer 04 Leverkusen | 34 | 7 | 6 | 21 | 39 | 65 | -26 | 27 | ------------------------------------------------------------------------------------------ 18. | S | SC Freiburg | 34 | 4 | 14 | 16 | 46 | 64 | -18 | 26 |
  4. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W finale Pucharu UEFA na Stade Vélodrome iberyjski pojedynek między Deportivo a FC Porto zakończył się spokojnym zwycięstwem 2:0 Hiszpanów po golach De la Fuente i Innocentiego. Zakończenie sezonu zbliżało się wielkimi krokami, za tydzień kurz bitwy miał już opaść, więc niektórzy ludzie z klubu z wolna zaczęli z poważnymi obawami pytać, czy w sierpniu na pewno mówiłem poważnie, gdy ogłaszałem, że wraz z końcem rozgrywek odchodzę z piłki klubowej. Póki co miałem ważniejsze rzeczy na głowie, więc odpowiadałem, że zajmę się tym tematem we właściwym momencie. Bundesligę A.D. 2025/2026 kończyliśmy dwoma wyjazdami, z czego przy okazji pierwszego z nich odwiedziliśmy Mönchengladbach, gdzie od jakiegoś czasu swoje rządu uskuteczniał niejaki Frank Leicht, mój wielki osobisty rywal sprzed kilku ładnych lat. Tym razem, choć niektórzy z powodu rozczarowującej obniżki formy kwalifikowali się do degradacji na ławkę, postanowiłem, że zagramy dla odmiany niezmienioną jedenastką, którą omal nie pokonaliśmy po raz drugi HSV. Niestety odniosłem wrażenie, jakby co poniektórzy chcieli rozwiać moje wątpliwości odnośnie mojej sierpniowej deklaracji. Inaczej po prostu nie mogłem znaleźć uzasadnienia tego, jak w 10. minucie Gruszka na lewej flance podbił głową piłkę i odsunął się na bok, zwyczajnie zostawiając ją Gilbertowi, który następnie dziecinnie łatwo przelobował wybiegającego rozpaczliwie pod linię boczną Olivieriego. Co gorsza, otrzymanej ode mnie szansy nie wykorzystał Pittet, który w drugim meczu z rzędu grał tragicznie, i ponownie został przeze mnie zdjęty z boiska jeszcze w pierwszej połowie. Ciągle graliśmy niemrawo, wiecznie o pół kroku za rywalami w walce o piłki, więc swojego rodzaju niespodzianką było to, gdy w 21. minucie Andreasen wygrał pojedynek główkowy z Kleinem, a Walter uciekł Coście i wyrównał na 1:1. Mimo to jednak do przerwy i tak przegrywaliśmy, bowiem w ostatniej minucie podstawowego czasu najlepszy na boisku Alberto Rosa wykorzystał fatalną postawę naszej defensywy, by przywrócić Borussii prowadzenie. W szatni po raz czwarty z rzędu wygłosiłem więc cierpką przemowę, i wpuściwszy Wolfa za obniżającego loty Topolskiego posłałem zespół na drugą połowę. Nadal próżno było wypatrywać na boisku zespołu sprzed meczu z Freiburgiem, nasza gra przypominała raczej ten fatalny zespół z początku sezonu. A jednak w 58. minucie dzięki sprytnemu rozegraniu rzutu wolnego Gruszka dośrodkował wzdłuż linii końcowej, Klein niepotrzebnie musnął piłkę głową, strącając ją tuż przed linię bramkową, a mający metr do pustej bramki Wolf po prostu nie miał prawa chybić. To niestety wszystko, na co było nas dziś stać, więc pomimo faktu, że zapewniliśmy sobie fantastyczne trzecie miejsce w lidze na koniec sezonu, coraz bardziej irytowała mnie fatalna dyspozycja drużyny w ostatnim czasie. Po tej kolejce poznaliśmy już komplet spadkowiczów, jakimi bez większego zaskoczenia została trójka Bayer Leverkusen, Alemannia Aachen i ku mojemu zadowoleniu Freiburg, Bayern Monachium uratował swój ligowy byt, zaś do ostatniej kolejki z równą liczbą punktów przystępować będzie liderujący Werder i depczące mu po piętach HSV. Ostateczna walka o mistrzostwo Niemiec zapowiadała się na ekscytującą.
  5. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Maj zaczynaliśmy racząc Bundesligę meczem na szczycie z liderującym HSV, które było kolejnym silnym klubem pragnącym odegrać się na nas za to, jak jesienią ograliśmy gości na ich terenie. Przed meczem do naszej bramki powrócił Olivieri, ponadto znów zdecydowałem się na kosmetykę wyjściowej jedenastki, sadzając na ławce pogrążonego w kryzysie formy Vinka, a jego miejsce na prawym skrzydle zajął Wellington. Na trybunach Georg-Melches-Stadion ponownie zasiadł komplet publiczności, ale nasi kibice długo nie mieli powodów do radości. W trzecim meczu z rzędu coś sprawiało, że w pierwszej połowie byliśmy jedynie tłem dla dobrze dysponowanych rywali, a jako że było to wielkie HSV, szykujące się do finału Ligi Mistrzów przeciwko Chelsea, do maksimum wykorzystało naszą postawę. Zaczął w 10. minucie Storck, który skorzystał na tym, że jak wkopany w ziemię stał Hofmann, spokojnie przyjął podanie Bartha i jeszcze spokojniej pokonał Olivieriego. Pięć minut później nie wytrzymałem i natychmiast kazałem rozgrzewać się Negro, ponieważ David Pittet najpierw dał się urwać Moorowi, a zaraz po tym za najlepszy sposób naprawy swojego błędu uznał wycięcie reprezentanta Anglii w polu karnym. Prezent z jedenastu metrów pewnie wykorzystał Barth, na boisku w miejsce Pitteta zameldował się Negro, a my po raz trzeci z rzędu przegrywaliśmy 0:2. Dopiero w okolicach półgodziny zaczęliśmy grać, w czym na pewno pomogło nam to, że HSV nauczone doświadczeniem nie zamierzało nas lekceważyć i zaczęło pilnować wyniku. Tak naprawdę jednak nic byśmy nie zdziałali, gdyby nie jeden zawodnik, który bez zbędnych ceregieli wziął ciężar gry na siebie. Mowa oczywiście o przeżywającym istną eksplozję formy naszym kapitanie Markusie Rosem, który rozgrywał kapitalny finisz sezonu. W 38. minucie wywalczyliśmy rzut rożny, po którym Baldini wypiąstkował piłkę przed pole karne, a tam już czaił się Rose, potężną bombą po słupku odsyłając futbolówkę do bramki. Po przerwie przewaga coraz bardziej przechodziła w nasze ręce, doping kibiców przybierał na sile, aż w 67. minucie centra Seby Franza z lewej flanki trafiła do Rosego, który bez zastanowienia odwinął z woleja, pakując piłkę do siatki wraz z Baldinim! Przez ostatnie dziesięć minut piłkarze HSV byli cali mokrzy ze stresu, gdyż nie wypuszczaliśmy ich z własnego pola karnego, lecz niestety strzały na wiwat w wykonaniu Waltera i Franza stanęły nam na drodze do dobicia rywali. Niemniej jednak zacząłem wierzyć, że nauczyłem w końcu moich piłkarzy sztuki comebacków, zaś tym wynikiem zepchnęliśmy HSV z pierwszego miejsca, które od tej pory piastował Werder Brema. Po końcowym gwizdku napotkałem spojrzeniem prezesa Hempelmanna, który z loży dla VIP-ów z promiennym uśmiechem pokazał mi gest ramionami, jakby wznosił nad głowę puchar; oznaczało to ni mniej, ni więcej, że właśnie zapewniliśmy sobie występ w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie.
  6. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W przeciągu kwietnia w Bundeslidze doszło do przetasowań trenerskich, wskutek których pracę w Bayernie Monachium mimo zauważalnej poprawy wyników i pozycji w tabeli stracił Ulf Kristen, nieustannie krytykowany przez kibiców monachijskiego potentata. Do jego gabinetu następnego dnia wprowadził się doświadczony Jürgen Kohler, który pod koniec miesiąca już prawie zapewnił Bawarczykom utrzymanie. Sam Kristen nie pozostawał długo bezrobotny, jako że zatrudniony został przez... VfL Wolfsburg, z którego odszedł Andreas Thom, by prowadzić hiszpański Betis. Kwiecień 2026 Bilans (Rot-Weiss Essen): 3-1-0, 16:7 Bundesliga: 3. [-4 pkt do Werderu, +8 pkt nad Stuttgartem] DFB-Pokal: – Finanse: 5,94 mln euro (-1,82 mln euro) Gole: Marek Topolski (19) Asysty: Klaus Walter i Sebastian Franz (po 8) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Mistrzostwa Świata 2026: Grupa C, vs. Australia, Kolumbia i Szwecja Eliminacje ME 2028: Grupa dziewiąta, vs. Liechtenstein, Szkocja, Czechy i Łotwa Ranking FIFA: 5. [=]  Ligi: Anglia: Chelsea Londyn [+0 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+3 pkt] Francja: Olympique Lyon [+2 pkt] Hiszpania: Atlético Madryt [M] Niemcy: HSV Hamburg [+2 pkt] Polska: Wisła Kraków [M] Rosja: Lokomotiw Moskwa [+2 pkt] Szwajcaria: FC Schaffhausen [+3 pkt] Włochy: Atalanta [+4 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Brazylia [1208], 2. Anglia [1192], 3. Argentyna [1113], ..., 5. Polska [1090]
  7. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Medycznego cudu nie było i przed wyjazdowym meczem z Wolfsburgiem nadal opuchniętą twarz miał Olivieri, więc w naszej bramce zagrać musiał Kanté, nasza wielka niewiadoma na tę chwilę. Przeanalizowałem też występ z Freiburgiem i na naszą złą postawę w pierwszej połowie zareagowałem posadzeniem na ławkę Hildebrandta, za którego posłałem do boju Albrechtsena, który wówczas dał świetną zmianę. Był to poważny błąd z mojej strony, który walnie przyczynił się do końcowego wyniku. Zaczęliśmy nawet dobrze, po rozpoczęciu od środka od raz strasząc gospodarzy szybką akcją, którą strzałem wprost w bramkarza niestety zepsuł Klaus Walter. Później zaczęliśmy robić to samo, co z fryburczykami, czyli oddawać inicjatywę Wolfsburgowi, na szczęście póki co bez konsekwencji, gdyż Brahima Kanté bronił nadzwyczaj pewnie. Ale czułem, że gra na stojąco na pewno nie ujdzie nam płazem, i się nie pomyliłem. W 36. minucie Anders Albrechtsen w ostatniej chwili zatrzymał się przed bezpańską piłką, pozwalając, by na spokojnie dopadł do niej Sommer, po którego centrze Hofmann nie upilnował Mesicia, i Wolfsburg wreszcie objął prowadzenie. Jakby tego było mało, sześć minut później strzał za pola karnego oddał Krutsch, stojący przed bramką Albrechtsen odsunął się piłce z drogi i na przerwę schodziliśmy znów przegrywając 0:2. Anders oczywiście został przeze mnie odesłany pod prysznic, jego śladem podążył niewidoczny Walter, do gry poleciłem szykować się Hildebrandtowi i Wolfowi, a resztę zespołu solidnie ochrzaniłem za brak wyciągniętych wniosków ze spotkania z Freiburgiem i zapowiedziałem, że po przerwie na boisku ma pojawić się RWE, które kibice oglądali w poprzednich tygodniach. I faktycznie tak się stało. W końcu postawiliśmy się Wolfsburgowi i w 52. minucie Kanté dalekim wybiciem rozpoczął naszą kontrę, po której Andreasen minął Herrerę, dograł do niepilnowanego Topolskiego, i piłka nareszcie ugrzęzła w siatce bramki Wilków. Nadal nie wszyscy grali jednak dobrze, więc niebawem przeprowadziłem ostatnią zmianę, wpuszczając na boisko Thomasa Franza za swojego imiennika. Po raz kolejny trafiłem z decyzją; w 70. minucie Topolski wygrał pojedynek główkowy z António, Markus Rose podał w tempo do wbiegającego Thomasa i w drugim meczu z rzędu odrobiliśmy dwubramkową stratę. Liczyłem na to, że teraz mecz ułoży się na naszą korzyść, ale zaledwie cztery minuty później nasza obrona potwierdziła swoją dzisiejszą słabość, kiedy najpierw Pittet pozwolił Mesiciowi na dośrodkowanie, a Hofmann nie tylko ani myślał kryć Galvão, ale też ustawił się tuż przy Kanté, po którego interwencji wpisał się na listę strzelców golem samobójczym. Na szczęście mieliśmy w składzie świetnego Markusa Rosego, który od razu po wznowieniu gry zabrał piłkę niefrasobliwemu Jahnowi i po solowym rajdzie wyrównał na 3:3, ratując nam jeden punkt. Żal było zmarnowanej szansy na zwycięstwo, gdyż HSV i Werder jedynie zremisowały swoje spotkania; gdyby nie to, mielibyśmy ledwie cztery punkty straty do lidera. Na pomeczowej konferencji skrytykowałem otwarcie fatalnie grającego Hansa Vinka, przez którego walczyliśmy dziś praktycznie w dziesięciu.
  8. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Wciąż czkawką odbijały nam się żółte kartki, bowiem mimo powrotu Markusa Rosego tym razem pauzować musiał Thomas Franz. Mogło nam go brakować, ponieważ do Essen przyjechał SC Freiburg, który nie tylko jesienią zgromił nas aż 0:5, ale też obecnie zajmował 17. miejsce w lidze, a w tym sezonie z zespołami z tej lokaty grać po prostu nie umieliśmy, czego najlepszą ilustracją mogła być kompromitacja z Bochum. I to prawo znów znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości, przez co zaproszony przeze mnie na ławkę Moriente w pewnym momencie już miał lecieć po leki nasercowe dla mnie. Tuż przed przyjazdem fryburczyków podjąłem jeszcze decyzję, że bezbarwnego Wolfa u boku Topolskiego zastąpi Klaus Walter. Ku mojemu rozczarowaniu w zasadzie od samego początku pozwoliliśmy gościom przejąć inicjatywę i zachowywaliśmy się wobec nich bardzo delikatnie, na efekty czego nie trzeba było długo czekać, bo już w 9. minucie Sager przy biernej postawie naszej defensywy z najbliższej odległości skierował do bramki centrę Vitalego. Co gorsza, mimo straty gola wciąż graliśmy na stojąco, bez zaangażowania, aż po pół godzinie Freiburg chyba przez minutę klepał piłkę w środku pola nie niepokojony przez nas, po czym Dittrich dośrodkował z połowy boiska, a Sager ośmieszył trzymających go w kleszczach Hofmanna z Hildebrandtem i główką z aż dwunastu metrów pokonał Olivieriego, przez co przegrywaliśmy już 0:2. – Kurwa! – krzyknąłem po polsku, wymachując ręką. – Puta! – wrzasnął Moriente po hiszpańsku, waląc otwartą dłonią o kolano. – Курва! – ryknął Olek Wasoski po macedońsku, tarmosząc w dłoniach swój sfatygowany notatnik. Natychmiast zdjąłem beznadziejnie grającego Hildebrandta, za którego wszedł wracający po drobnych problemach zdrowotnych Albrechtsen. Na szczęście tym razem nie poddaliśmy się jak z Bochum, tylko ruszyliśmy do ataku. Początkowo było wśród nas jeszcze sporo niedokładności, ale wreszcie w 43. minucie Albrechtsen odwdzięczył mi się za zaufanie dalekim podaniem do Waltera, który następnie zagrał za linię obrony do Topolskiego, a Marek nareszcie się obudził i zdobył kontaktowego gola. Gnietliśmy Freiburg dalej, dzięki czemu w ostatniej akcji pierwszej połowy po faulu Rohrbacha na Walterze precyzyjnym rogalem z rzutu wolnego na 2:2 wyrównał Seba Franz! Mimo odrobienia dwubramkowej straty postanowiłem wygłosić w przerwie poważną przemowę, by moi podopieczni nie zadowalili się wyjściem na 2:2; potrzebowaliśmy iść za ciosem. Dwie bramki do szatni i utracone prowadzenie trochę podłamało Freiburg, dzięki czemu w 61. minucie Richter z Rohrbachem przeszkodzili sobie przed własnym polem karnym, dzięki czemu Andreasen przechwycił piłkę i strzałem między nogami Tamburiniego wysunął nas na prowadzenie! Bramka Mikkela była o tyle ważniejsza, że aż do końca spotkania grało nam się jak po grudzie, tak więc po końcowym gwizdku wszyscy odetchnęliśmy z ulgą – Freiburg spadł na ostatnie miejsce w tabeli, a my w końcu pokazaliśmy charakter, wychodząc z beznadziejnej sytuacji. Martwiła mnie tylko stłuczona szczęka Olivieriego, przez co oszczędzałem ostatnią zmianę, a Gabriele nie będzie mógł zagrać przeciw Wolfsburgowi.
  9. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Nasz scout wypatrzył we włoskim Treviso utalentowanego defensywnego pomocnika Alessandro Gattiego (17 l., DP, Włochy), któremu akurat mogłem zaproponować kontrakt z RWE na prawie Bosmana bez konieczności płacenia Treviso rekompensaty, a takiej okazji marnować nie zamierzałem. Innymi słowy, kolejny obiecujący junior po sezonie miał zasilić nasze rezerwy. Następnie czekał nas wyjazd do Akwizgranu, gdzie transmitowani na żywo w telewizji zmierzyć mieliśmy się z zamykającą tabelę, słabiutką Alemannią. Po ostatnim spotkaniu wypadł mi kontuzjowany Albrechtsen, a także zawieszony za kartki był nasz kapitan Rose, co mnie nie ucieszyło, za to do składu powrócili po kontuzjach Wolf i Walter. W tych okolicznościach zdecydowałem się na trochę więcej zmian, w ataku zestawiając Wolfa z będącym na fali Topolskim, lukę w środku pola wypełnił Seba Franz, na prawej obronie znalazł się Hildebrandt, a zamiast kiepskiego Bernardiniego na murawie Tivoli pojawił się świetny tydzień temu David Pittet. Po naszej małej zadyszce w ostatnich tygodniach nie było już śladu; wystarczyło nam zaledwie sześć minut, by rozstrzygnąć spotkanie na naszą korzyść, kiedy najpierw w 2. minucie Topolski przyjął prostopadłe zagranie od Seby Franza, ośmieszył Wernera i pewnie pokonał Stadlera, a chwilę później Andreasen zakręcił kosmiczną centrę z prawie połowy boiska, która dzięki temu, że Thomas Franz przyblokował Stadlera, zatrzymała się dopiero w bramce Alemannii. Gdy w 22. Seba Franz po raz drugi precyzyjnie zagrał obok zagubionego Wernera do Topolskiego, który podwyższył na 3:0, Tivoli przed całkowitą ciszą uratowała tylko nasza wyjazdowa ekipa kibiców. Kilka minut później i gospodarze mieli swoją szczęśliwą chwilę, kiedy Zimmermann wygrał z Hildebrandtem i Hofmannem walkę o górną piłkę i zdobył bramkę na otarcie łez, ale jedynie nas to rozjuszyło. W efekcie w ostatniej akcji przed przerwą było już 4:1 dla RWE, kiedy Seba Franz popisał się pięknym dograniem do swojego imiennika Thomasa, który nieatakowany przez nikogo strzałem w krótki róg zaskoczył Stadlera. Po przerwie nadal walec toczył się przez Tivoli. Po godzinie gry świetny dziś Franz zagrał w uliczkę do Topolskiego, który strzałem po ziemi skompletował hat-tricka i stał się od tej chwili najlepszym strzelcem RWE w tym sezonie. Później trybuny sukcesywnie się przerzedzały, tak że ostatnie dwa ciosy z naszej strony oglądało już chyba mniej niż dziesięć tysięcy widzów. Na ostatnie dziesięć minut zamknęliśmy Alemannię na własnej połowie, i najpierw w 84. minucie do dośrodkowania Hildebrandta niepostrzeżenie dopadł rezerwowy Bruns i podwyższył na 6:1, a po chwili wynik bombą z dystansu ustalił, podobnie jak z Werderem, Thomas Franz. Patrząc na postawę gospodarzy wiedziałem, że najprawdopodobniej graliśmy dziś z przyszłym drugoligowcem, ale darowałem sobie dzielenie się tymi spostrzeżeniami na konferencji.
  10. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Początek kwietnia oznaczał dla nas mecz na szczycie z Werderem Brema, jesienią upokorzony przez nas na swoim własnym boisku, teraz zaś pałający żądzą srogiego rewanżu na naszym obiekcie. Pieczołowicie przygotowywałem zespół do tego spotkania, a na rozczarowującą postawę kolejnych napastników zastępujących kontuzjowanych Waltera i Wolfa postanowiłem zareagować radykalnie, wyciągając z rezerw świetnie spisującego się tam Andreasa Beera, który zasilił ławkę rezerwowych. W samej wyjściowej jedenastce zaszła tylko jedna zmiana, za to znacząca, ponieważ za żółte kartki zawieszony był Negro, a ja postanowiłem, że zagra za niego Bernardini. Tego wieczoru na trybunach nie było gdzie szpilki włożyć, tak że nie tylko cieszyliśmy się wspaniałym dopingiem, ale i od razu było wiadomym, że w stadionowych kasach kibice zostawić musieli rekordowy przychód z biletów. Choć po naszej ostatniej zniżce formy obawiałem się tego meczu, to jednak od samego początku byliśmy bardzo waleczni w drugiej linii, nie dając rozkręcić się piłkarzom Werderu, a w 10. minucie Beckmann sfaulował Andreasena w polu karnym, po czym Topolski z jedenastu metrów wzniecił wrzawę radości na Georg-Melches-Stadion. Prowadzenie utrzymaliśmy jednak tylko osiem minut, po których Fischer bez najmniejszych problemów kiwnął niezawodnego, stojącego jak żelbetonowy kloc Bernardiniego, po czym stanął oko w oko z Olivierim i wyrównał na 1:1. Gianfranco momentalnie powędrował do szatni, gdyż nie zamierzałem czekać, aż całkowicie zrujnuje nam ten mecz, a w jego miejsce na boisku zameldował się Pittet, który uspokoił naszą grę defensywną i na najbliższy mecz wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Już do przerwy prowadziliśmy bezpardonową wymianę piłkarskich ciosów, a ja po coraz bardziej niespokojnej postawie Jürgena Klinsmanna widziałem, jak sukcesywnie dociera do niego, że nie ma co liczyć na wzięcie na nas zemsty za 0:3 z jesieni. W przerwie zdjąłem niewidocznego Wellingtona, którego z pierwszej połowy zapamiętałem tylko z otrzymanej żółtej kartki, a na boisko posłałem debiutanta Beera. I był to strzał w dziesiątkę, gdyż to właśnie 18-letni Andreas w 59. minucie zaliczył bardzo ważną asystę, gdy otrzymał świetne podanie od Andreasena na wolne pole i ze stoickim spokojem dograł do Topolskiego, który kiwnął Simonettiego i bombą poza zasięgiem rąk Donato dał nam prowadzenie! Zanim dopadli mnie szczęśliwi współpracownicy z ławki trenerskiej zobaczyłem, jak pięść Jürgena Klinsmanna wściekle zadzwoniła o zadaszenie boksu przyjezdnych. Piłkarze wielkiego Werderu zaczęli wpadać w zakłopotanie, ale też starali się zintensyfikować swoje ataki, które jednak skutecznie rozbijaliśmy, w czym imponował mi zwłaszcza Lars Hofmann, który wraz z Davidem Pittetem utworzył dziś świetną parę stoperów. A w 86. minucie Simonetti sfaulował wychodzącego na czystą pozycję Markusa Rosego, za co wyleciał z boiska, ostatecznie pogrążając Werder; wystarczyły teraz tylko dwie minuty, by Thomas Franz bombą w okienko zza pola karnego przypieczętował nasze drugie w sezonie klasowe zwycięstwo nad faworytem z Bremy, czym wydatnie utrudniliśmy gościom pogoń za liderującym HSV. Dla nas coraz realniejsza była zaś kwalifikacja do europejskich pucharów, a Andreas Beer miał zagościć w pierwszym zespole już do końca sezonu.
  11. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Marzec 2026 Bilans (Rot-Weiss Essen): 3-1-1, 12:5 Bundesliga: 3. [-7 pkt do Werderu, +5 pkt nad Stuttgartem] DFB-Pokal: – Finanse: 7,77 mln euro (-555 tys. euro) Gole: Klaus Walter i Daniel Wolf (po 16) Asysty: Daniel Wolf (7) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Mistrzostwa Świata 2026: Grupa C, vs. Australia, Kolumbia i Szwecja Eliminacje ME 2028: Grupa dziewiąta, vs. Liechtenstein, Szkocja, Czechy i Łotwa Ranking FIFA: 5. [-2]  Ligi: Anglia: Chelsea Londyn [+0 pkt] Austria: Admira Wacker [+2 pkt] Francja: Olympique Lyon [+3 pkt] Hiszpania: Atlético Madryt [+2 pkt] Niemcy: HSV Hamburg [+4 pkt] Polska: Wisła Kraków [+6 pkt] Rosja: Lokomotiw Moskwa [+1 pkt] Szwajcaria: FC Schaffhausen [+8 pkt] Włochy: Atalanta [+2 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Brazylia [1228], 2. Anglia [1211], 3. Argentyna [1103], ..., 5. Polska [1100]
  12. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Mecz w Stuttgarcie z naszymi sąsiadami w ligowej tabeli miał dać mi odpowiedź na pytanie, czy słaba druga połowa z Borussią i całkowity blamaż z Bochum to były tylko wypadki przy pracy, czy też początek kryzysu w zespole. Niestety wszystko wskazywało na drugą opcję, ponieważ na Gottlieb-Daimler-Stadion byliśmy drużyną wyraźnie słabszą, linia pomocy w zasadzie nie istniała, a piłek pozbywaliśmy się szybciej, niż początkujący enkawudzista człowieczeństwa. W efekcie od samego początku wiedziałem, że gol dla Stuttgartu jest jedynie kwestią czasu, aż po kwadransie okazało się, że miałem rację, gdy Ettori pokonał Olivieriego strzałem z dystansu, choć wyciągnięty jak struna Gabriele miał go już prawie na rękawicach. Ogólnie mieliśmy cały czas pod górkę, w 24. minucie z boiska z rozciętą ręką zszedł Wolf, a wraz z nim do szatni odesłałem rekonwalescenta Vinka, który fatalną grą sprawiał, że graliśmy praktycznie w dziesięciu. W ataku miejsce Daniela zajął Darko Barisić, ale Chorwat tradycyjnie pokazał już taki piach, że w przerwie po raz drugi w tym sezonie zdjąłem zawodnika, którego uprzednio wprowadziłem do gry, a dla Barisicia był to prawdopodobnie ostatni występ w barwach RWE. Na drugą połowę na skrzydle pojawił się więc Lars Hildebrandt, a do ataku przesunąłem Wellingtona, i ta decyzja pomogła nam uratować jeden punkt; w 54. minucie obudził się Thomas Franz, wyłuskał piłkę w środku pola i z Huberem na plecach dograł do Wellingtona, który minął Rocchiego i mocnym strzałem przełamał ręce Salerno. Liczyłem na to, że ten zryw zmotywuje nas do walki, ale był to tylko krótki przerywnik w naszym wykonaniu, po którym Stuttgart z powrotem zepchnął nas do defensywy. I teraz właśnie swoją pozycję w wyjściowej jedenastce umocnił Olivieri, broniąc łącznie aż 12 strzałów w światło bramki, w pojedynkę zatrzymując VfB Stuttgart. Miałem jednak przed sobą trudne wyzwanie – jak przywrócić drużynę do formy sprzed meczu z Borussią.
  13. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Skoro w ostatnich tygodniach kopaliśmy w Bundeslidze absolutnie wszystkich bez względu na to, jak się nazywali i jakie miejsca w tabeli zajmowali, oczywistym było, że oczekiwałem pewnego zwycięstwa z typowanym do spadku VfL Bochum, które podejmowaliśmy pierwszego dnia wiosny. Niestety, doznałem tego wieczoru klasycznego flashbacku z jesieni w skali 1:1. Zaprezentowaliśmy dzisiaj gówniany futbol, jeszcze gorszy, niż przeciwko Borussii w drugiej połowie, odniosłem wrażenie, że nikomu nie chciało się grać, a napastnicy wręcz unikali piłek, podczas gdy tkwiące w strefie spadkowej Bochum spokojnie nas ogrywało. Od początku gra toczyła się głównie na naszej połowie, ale dopiero w 38. minucie Hildebrandt odpuścił krycie Krausego, któremu strzałem z ostrego kąta ku mojemu rozczarowaniu dał się zaskoczyć Olivieri, i goście objęli zasłużone prowadzenie. W przerwie pierwszy raz od dawna solidnie wrzasnąłem, ale dziś moich zawodników nic nie zmotywowałoby do twardszej, ambitniejszej gry. Wobec tego po kilku minutach drugiej połowy Hofmann jak za dawnych czasów zrobił miejsce Krausemu, który wyszedł sam na sam z Olivierim i podwyższył na 0:2. W tym momencie wyczerpałem limit zmian, więc już do końca spotkania pozostało mi jedynie bluzgać w najlepsze, a w samej końcówce nasz blamaż trzecim golem dla Bochum podsumował Meyer. Po meczu zespół oczywiście czekała druga zjebka, beznadziejni Wolf, Topolski i Hildebrandt usłyszeli ode mnie szczere do bólu podsumowanie ich postawy, a dziennikarze sportowi mogli już przestać sugerować, że możemy wmieszać się w walkę o mistrzostwo.
  14. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Aktywność we Włoszech wzmógł jeden z naszych scoutów Raffaele Rosetti, który wypatrzył tam w Brescii solidnego jego zdaniem obrońcę Diego Salerno (31 l., O Ś, Włochy). Uznałem, że potencjalnych wzmocnień defensywy nigdy za wiele, więc już po kilku dniach dopinałem szczegóły z działaczami Brescii, zatwierdzając na lato transfer Salerno do RWE. Gdy stopniały już resztki śnieżnych zasp po przemijającej właśnie zimie, w środowy wieczór 18 marca Georg-Melches-Stadion wypełnił się po brzegi przed trzecimi w tym sezonie derbami przeciwko Borussii Dortmund. Miejsce kontuzjowanego Vinka postanowiłem uzupełnić Larsem Hildebrandtem, który w sobotę spisał się świetnie na Osnatel-Arenie, szkoda więc, że nie wytrzymał kondycyjnie całego spotkania. W meczu z pragnącą zemsty za jesień Borussią początkowo mieliśmy obiecującą przewagę, która nie przynosiła nam jednak wymiernych korzyści aż do 17. minuty, w której Franz zdecydował się na próbę prostopadłego podania w pole karne, przy którym Topolski zgubił Celso i na wślizgu posłał piłkę do siatki między nogami interweniującego Frołowa. Mimo tego, że Marek znalazł na niego receptę, rosyjski bramkarz wziął się w garść i bronił tak, jak gdyby wziąć Arnolda Schwarzennegera, Sylvestra Stallone'a i Jean-Claude Van Damme'a, wrzucić ich do garnka i wymieszać blenderem. Mimo naszych usilnych starań Frołow nie dał się już ani razu pokonać, ratując BVB przed pogromem w pierwszej połowie, a przed utratą decydującej bramki w drugiej. Po przerwie spodziewałem się dalszego ciągu naszej dobrej gry, ale tym razem przeżyłem potwornie długie 45 minut, w trakcie których chyba postarzałem się o dziesięć lat. Najzwyczajniej w świecie przestaliśmy grać, z każdą minutą rozsypując się coraz bardziej, tak że momentami na boisku istniała tylko Borussia. Do tego bezproduktywnie grał Wolf, którego zastąpiłem Barisiciem, ale Chorwat był na boisku jednym wielkim nieporozumieniem i w zasadzie skazał się na odstrzał po sezonie. Przez całą drugą połowę niemal bez przerwy łapałem się za głowę tak przy strzałach moich zawodników we Frołowa, jak i przy marnowanych setkach napastników BVB, zaś w doliczonym czasie kląłem jak szewc, gdy sędzia Kern złośliwie przedłużał spotkanie. Ale gdy w końcu arbiter dał za wygraną i zakończył zmagania, cały stadion świętował trzecie zwycięstwo nad Borussią Dortmund w tym sezonie. Podczas gdy ostro poobijany piłką Aleksiej Frołow odbierał nagrodę dla gracza meczu, ja nie mogłem zrozumieć, jakim cudem zdołaliśmy wygrać ten mecz 1:0, przez całą drugą połowę notorycznie prosząc się o stratę bramki. Niemniej jednak umocniliśmy się na trzecim miejscu w tabeli, tracąc cztery punkty do drugiego Werderu.
  15. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Tydzień później czekał nas wyjazd, na który miałem chrapkę w zasadzie aż od zeszłego sezonu – dopiero po raz drugi od mojego powrotu do Bundesligi wraz z Rot-Weiss Essen gościłem na Osnatel-Arenie, gdzie zmierzyć mieliśmy się z broniącym się oczywiście przed spadkiem VfL Osnabrück. Nie mogłem zabrać na ławkę Seby Franza, który doznał kolejnej kontuzji, więc jego miejsce zajął Andrade; poza tym na dobrze znanym mi stadionie pojawiła się niezmieniona jedenastka. Oliver Kahn postanowił przygotować swoich podopiecznych do maksymalnego zagęszczenia środka pola, więc Fiołki wyszły ustawieniem 3-5-2, z zaledwie trójką obrońców, ale aż pięcioma pomocnikami. Jak zwykle odpowiedziałem na to nakazując moim zawodnikom częstą grę długimi piłkami, by omijać tłok na środku boiska, ale przez pierwsze dwadzieścia minut kompletnie się to nie sprawdzało i nasze akcje grzęzły, zanim na dobre je rozpoczynaliśmy. Wtedy właśnie dopiero po dwudziestu latach spędzonych w fachu doznałem olśnienia, które zamieniło ten wieczór w potężną kanonadę i potraktowanie Fiołków kosą spalinową. Krótko mówiąc, odpowiednim szyfrem i gestami przekazałem moim podopiecznym, że od tej pory kierujemy piłki na skrzydła. Momentalnie usiedliśmy na Osnabrücku, a Vink z Andreasenem po przeciwległej stronie boiska regularnie przechytrzali drugą linię gospodarzy, czyniąc ich trójkę zawodników w środku bezużytecznymi. Wreszcie w 30. minucie Hans przeskoczył Júniora na prawym skrzydle i głową zagrał za plecy obrony, skąd wypadł Wolf i w sytuacji sam na sam pewnie pokonał Masiniego. Dla naszego holenderskiego skrzydłowego niestety były to ostatnie chwile na boisku, bowiem parę minut później został z niego zniesiony z potłuczoną głową, ale za to w ostatniej akcji regulaminowego czasu Topolski dośrodkował z rzutu wolnego ze skrzydła, Andreasen mocno strzelił z główki, a Masini sparował piłkę wprost na nogę Negro, który wpakował ją do bramki. Największa udręka z naszych rąk czekała na Osnabrück w drugiej połowie. Już po pięciu minutach oczywiście prawym skrzydłem przedarł się Hildebrandt, którego centrę na swoją drugą bramkę zamienił Wolf, wygrywając walkę o piłkę z beznadziejnym Júniorem. W 63. minucie Célio podjął się fatalnej próby odegrania piłki do własnego bramkarza, po czym Topolski zgarnął futbolówkę, objechał Masiniego i posłał ją do siatki. Publika na Osnatel-Arenie sukcesywnie się przerzedzała, a tymczasem na kwadrans przed końcem najpierw korner w wykonaniu Hildebrandta wywołał takie zamieszanie w polu bramkowym, że Bloß pokonał własnego bramkarza, a tuż po wznowieniu od środka Wolf piękną centrą znalazł niepilnowanego Wellingtona, który ustalił wynik na efektowne 6:0. Mój były klub przekonał się boleśnie, co stracił, gdy swoim brakiem ambicji niejako zmusił mnie do odejścia na koniec 2020 roku.
×