Skocz do zawartości

Ralf

Użytkownik
  • Zawartość

    2911
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

324 Bardzo lubiany

O Ralf

  • Tytuł
    Kapitan drużyny

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    @zOnk, Również bardzo rzadko decyduję się na taki krok, jak zwolnienie, ale w tym przypadku kilku zawodników w drużynie miało w swoim profilu status, że Marco "działa im na nerwy" i uważało, że "Marco nie powinien być tak zapatrzony w siebie". Uznałem, że być może w tym leży też problem, a ja nie zamierzam tracić kolejnego sezonu na walkę o utrzymanie. Wraz z rozwiązaniem z nim kontraktu owe statusy poznikały z profili tych wszystkich piłkarzy, więc w tej chwili wszyscy się lubią - oby przełożyło się to na lepszą grę zespołu. @Makk, Poważnie w tylu save'ach i tylu opkach nie trafił Ci się żaden zawodnik, który konfliktował się z kolegami z drużyny i rozwalał atmosferę w szatni?
  2. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Bardzo szybko znaleźliśmy się obaj u naszej klubowej sekretarki, która zajmowała się odbieraniem faksów i wysyłania tychże oficjalnych. W koszyku na jej biurku nie zauważyłem żadnych nowych papierów, ale zignorowałem ten fakt. – Petra, są jakieś nowe oferty względem zawodników z listy transferowej? – spytałem, a Moriente przystanął obok mnie, opierając się rękami o krawędź biurka. – Nie, nie było nic nowego – odpowiedziała – ale niedawno dzwonili z duńskiej federacji piłkarskiej i pytali o pana, bo przesłali panu rano wiadomość na osobisty faks i nie mogą się doczekać odpowiedzi. – W porządku, dzięki, ale prosiłem niedawno, byś przestała się do mnie zwracać na "pan", tylko mówiła po imieniu lub po prostu meister. – Entschuldigung, jakoś nie mogę się przyzwyczaić – uśmiechnęła się. – W każdym razie niestety nie mam dla ciebie nic nowego z dzisiaj. – O, tak brzmi dużo lepiej, dzięki – odpowiedziałem, puszczając przy tym oczko. Poszliśmy z Moriente do gabinetu, gdzie istotnie coś na mnie czekało w faksie. Oczywiście była to kolejna propozycja, bym przejął stery selekcjonera reprezentacji Danii, która oczywiście w najmniejszym stopniu mnie nie interesowała. Niemniej położyłem jednak dokument na biurku i zamierzałem odesłać negatywną odpowiedź później, bo teraz miałem coś ważniejszego do zrobienia. Wezwałem do gabinetu Marco, który poprzedniego dnia wrócił na czas z urlopu wraz z resztą drużyny. Brazylijczyk był w klubie ostatnim zawodnikiem o trudnym charakterze, który ujawnił dopiero po swoim przejściu do RWE, a do którego paru zawodników pałało jawną niechęcią, a najbardziej działał na nerwy Brahimie Kanté, między którymi wielokrotnie dochodziło do słownych spięć w szatni. Od zakończenia ubiegłego sezonu usilnie próbowałem się Marco pozbyć, ale absolutnie nikt nie był zainteresowany jego usługami, co mnie w sumie nie dziwiło. Nie zamierzałem czekać, aż znowu zacznie robić ferment w nowym sezonie, więc przedstawiłem mu propozycję obustronnego rozwiązania kontraktu za porozumieniem stron. Oczywiście Brazylijczyk od razu zaczął się pieklić, w dość niewybrednych słowach odrzucając moją propozycję. Gdy zaczął się mocniej nakręcać, siedzący obok Moriente chrząknął ostrzegawczo, przypominając Marco, że bynajmniej nie jest ze mną sam na sam. – W takim razie zabieraj swoje rzeczy i znikaj – powiedziałem Brazylijczykowi oschle. – Mam nadzieję, że zapisane w kontrakcie 150 000€ rekompensaty za zerwanie umowy ci wystarczy. Żegnam. W ten oto bezceremonialny sposób pozbyłem się ostatniej czarnej owcy i pozostało mi mieć nadzieję, że dzięki temu w drużynie zapanuje większa konsolidacja, która wpłynie na osiągane przez nas wyniki.
  3. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Moriente zaproponował wyjście na piwo lub rozpracowanie jakiejś flaszki w czterech ścianach. Odmówiłem. Wcześniej zdążyłem się nasycić browarami rzemieślniczymi, a odkąd postanowiłem zacisnąć zęby i przynajmniej spróbować wrócić do siebie, przez te kilka dni nie miałem w ustach ani kropli niczego procentowego. Czułem, że gdybym napił się z amigo teraz, miałbym wyrzuty sumienia z powodu wyzerowania licznika dni bez alkoholu. Nie odmówiłem natomiast rozmowy w cztery oczy. – Nie wiem, co się ze mną stało, Javier – rzadko zwracałem się do niego po imieniu, nic więc dziwnego, że odstawił szklankę z zieloną herbatą, ściągnął brwi i zaczął uważniej słuchać. – Od kilkunastu dni gnębi mnie silne poczucie, że czegoś mi brakuje, ale nie jestem w stanie określić, czego dokładnie. Moriente skinął ze zrozumieniem głową. – Cóż, muchacho, już po ostatnim Chorzowie widziałem, że coś z tobą nie tak i martwiło mnie to – stwierdził. – Zawsze się dobrze rozumieliśmy, a ty byłeś pełen pozytywnej energii i dobrego humoru. Nawet kiedy byłeś trochę molesto porażkami w lidze. Ale entiendo, bo parę lat temu miałem coś podobnego. Opowiedział mi, przerywając co jakiś czas na kilka łyków herbaty, jak kilka lat temu, gdy jeszcze się z nim nie znałem, rozwiódł się ze swoją ówczesną esposa, a później przez jakiś czas nie mógł sobie poradzić sam ze sobą. Faktycznie, w jego opowieści dostrzegłem dużo siebie obecnie. Tyle, że ja się z nikim nie rozwiodłem. – Osiągnąłem rzeczy, o których się nikomu nie śniło – kontynuowałem swój monolog. – Dwa razy zdobyłem mistrzostwo świata, do tego z Polską, moją ojczyzną, którą w piłce wyprowadziłem do takiej pozycji, że kibice w kraju przestali się śmiać z kadry, a zaczęli ją kochać i podziwiać. Jestem selekcjonerem trzeciej drużyny, która obroniła złoto na mundialu. Do tego jestem jednym z dwóch menedżerów w historii, którzy wygrali dwa mundiale z rzędu, w tym jedynym żyjącym. Tylko ja, Vittorio Pozzo, i nikt więcej. Na "Wikipedii" strona o mnie otrzymała niedawno nagrodę "artykułu na medal"... – Bo jest obszerna, szczegółowa i nie mówi o byle kim – wtrącił Moriente. Nie odniosłem się do tego, a mówiłem dalej. – Ktoś mógłby powiedzieć, że spełniły mi się marzenia dziesiątek, setek, a może nawet tysięcy ludzi z całego świata. Któż nie chciałby być kimś powszechnie znanym na całym świecie? Ale... – westchnąłem. – Ale ostatnio zdałem sobie sprawę, że poza tym nie mam... nic. Wszyscy widzą tylko menedżera, którego uwielbiają tłumy, ale niewielu zauważa, że poza tym jestem takim samym człowiekiem, jak i oni. Mam przecież mózg, płuca, wątrobę, żołądek, trzustkę, a także uczucia i rzeczy, które mnie cieszą, tak samo, jak te, które i smucą. Javier, mam już prawie pięćdziesiąt lat, piąty krzyżyk wskoczy mi trzeciego sierpnia, a jestem w zasadzie sam jak palec. – Muchachoooo, holaaaa! – pomachał do mnie. – A ja to co? Nie tylko ja, ale i ludzie w klubie, piłkarze... – Tak, doceniam to, ale też nie do końca o to chodzi. Z Polski wyjechałem do Austrii jako piłkarz dopiero kończący wiek juniorski i zaczynający seniorską karierę, która i tak nie miała trwać zbyt długo. Wszyscy ci, których znałem w swoich rodzinnych stronach, już dawno rozjechali się w swoje strony i nic mnie z nimi nie łączy. Nie mam też teraz rodziny, bo mimo że odwiedzam rodziców zawsze, gdy mamy zgrupowanie w Chorzowie, to jednak moja ostatnia kobieta zwiała ode mnie jeszcze zanim zostałem menedżerem, bo nie była na tyle odważna, by pomóc mi w okresie załamania po wypadku, który ukatrupił mnie jako piłkarza. Później żyłem tylko piłką, a teraz jestem już chyba za stary na... – Entiendo – powiedział ostrożnie Moriente i dopił herbatę do końca. – To brzmi jak najczystsza postać crisis de la mediana edad. Ale i z tym będzie się dało coś zrobić. Zawsze jest jakieś wyjście i pole do działania. Pamiętaj, muchacho, że el Moriente ma to – postukał się palcem w skroń – i otwarty umysł, więc cierpliwie wykopiemy francę w cholerę. Uśmiechnął się, poklepał mnie dziarsko po ramieniu i dodał: – A masz jeszcze jakieś pomysły przed nadchodzącym sezonem? Zastanowiłem się głęboko, mrużąc oczy. – Tak, żebyś wiedział, że mam – odpowiedziałem w końcu stanowczo. – Muszę doprowadzić uzdrawianie naszej szatni do końca, a w tym celu muszę podjąć jedną konkretną decyzję. Idziemy, wstawaj!
  4. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Kiedy tylko zniknął Człowiek Lasu, którego widziałem w lustrze, pojechałem zmaterializować się w klubie, ale nie uprzedzałem nikogo o moim powtórnym przyjściu po okresie, w którym nie sposób było mnie jakkolwiek namierzyć. Ktokolwiek wymyślił autosugestię, powinien zostać beatyfikowany; do budynku klubowego wszedłem pewnym krokiem, z niewzruszoną, spokojną miną. Co zastałem? Dowód na to, że Moriente bynajmniej nie przesadzał mówiąc o "bajzlu jak hijo de puta"; nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak funkcjonowałoby RWE, gdyby zabrakło mnie tutaj definitywnie. Wasoski odchodzący od zmysłów, trenerzy jakby zapomnieli, co mają robić, cała reszta zamartwiająca się nadchodzącym okresem przygotowawczym. Strach pomyśleć, co by się tutaj działo, gdyby do tego reszta piłkarzy powracała z urlopów. Gdy tylko stanąłem na środku głównego hallu, wszystkie spojrzenia, które na siebie ściągnąłem, niemalże wykrzykiwały "oto przyszło zbawienie". Miało to niewątpliwie swoje plusy, bo kiedy wszyscy przekonali się, jak to jest bez Herr Ralfa, który trzyma sprawy w ryzach, być może będą bardziej doceniać moją obecność. Minusem z kolei była konieczność wysłuchiwania dziesiątek tych samych pytań... Pierwszy dorwał mnie Moriente. – Gdzie ty byłeś przez ten cały czas, puta de miseria? – zapytał półgłosem, ale z wytrzeszczem, który zdradzał siedzące w nim zdenerwowanie. – Gdzieś ty był?! – Uspokój się, pogadamy później – odpowiedziałem. – "Pogadamy później"? Predonar, muchacho, ale chyba sobie jaja robisz. Wytłumacz się jakoś. – Powiedziałem, że nie teraz. Najpierw muszę ogarnąć tych wszystkich ludzi, bo widzę, że zaraz zaczną biegać po ścianach. Idź do gabinetu, a ja tam niedługo przyjdę. Moriente pokręcił głową, ale w końcu dał za wygraną, obrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami naszej kanciapy. Odszukałem we wszechobecnym chaosie Wasoskiego, który miał już dosyć. Podszedłem do niego, ale nie zdążyłem się nawet z nim przywitać, ponieważ... – Jasny szlag, wreszcie cię widzę! – wykrzyknął. – Gdzieś ty się podziewał, meister? – Ta, pierwszy raz to dziś słyszałem i na pewno ostatni. – Absolutnie wszystko na mojej głowie, a niedługo zaczynają się przygotowania do Bundesligi. – Miałem do załatwienia parę pilnych spraw – odpowiedziałem cokolwiek dla świętego spokoju. – Olo, nie mamy teraz czasu na pierdoły. Co ze sparingami? – No... trochę tak średnio. – Dlaczego? – No kurde, sam przecież dobrze wiesz! – odpowiedział ostentacyjnie. Westchnąłem, powiedziałem mu, że się tym zajmę i poszedłem dalej. Zapisałem sobie, by na przyszłość powierzyć mu obowiązek organizacji sparingów. Okazało się, że do tej pory mamy zaplanowane zaledwie dwa sparingi, z czego na obydwa zostaliśmy zaproszeni, a nie były inicjatywą Wasoskiego. Pierwszy miał być 15 lipca z Wilhelmshaven, oczywiście na wyjeździe, a cztery dni później czekał nas wyjazd do Włoch i sprawdzian z tamtejszym Napoli; obydwa mecze towarzyskie postanowiłem pozostawić tak, jak były. Późna pora sprawiła, że nie sposób było znaleźć chętną drużynę do przyjazdu do Essen, więc dwóch kolejnych sparingpartnerów udało mi się znaleźć w sąsiedniej Holandii w postaci zespołów Go Ahead Eagles i NAC Breda. Po trzech godzinach osobistego telefonowania czekała na mnie kolejna mozolna robota, czyli zatwierdzanie transferów nowo przybyłych piłkarzy, jak również tych, którzy byli na wylocie i z dniem 1 lipca zmienili pracodawcę. Tak oto ostatecznie podpisałem umowy dziewięciu nowych piłkarzy, w tym czterech, którzy w nadchodzącym sezonie meli podnieść naszą jakość piłkarską i pomóc w przeskoczeniu na wyższy poziom, na którym nie będziemy musieli drżeć o utrzymanie w ekstraklasie. Wszyscy dołączyli do RWE na prawie Bosmana, a byli to napastnik Daniel Wolf (31 l., OP/N Ś, Austria; 4/2) ze Sportingu Lizbona, porządny bramkarz Gabriele Olivieri (26 l., BR, Francja) z AS Monaco, środkowy obrońca Lars Hofmann (26 l., O Ś, Niemcy; U-19) z Borussii Mönchengladbach i skrzydłowy Wellington (30 l., OP P, N, Austria; 6/0) z Austrii Wiedeń. Do rezerw trafili z kolei Dennis Lippert (17 l., BR, Niemcy) z Hansy Rostock, Jörg Eckstein (18 l., OP Ś, Niemcy) z Fortuny Düsseldorf, obiecujący Sebastian Rose (17 l., P Ś, Niemcy) z Hannoveru, Andreas Beer (17 l., N, Niemcy) z trzecioligowego Regensburga i Sven Schmidt (19 l., BR, Niemcy; U-19) z 1.FC Nürnberg. W następnej kolejności miałem zamiar przeanalizować nasz obecny skład, by określić, czy potrzeba nam jeszcze wzmocnień, a jeśli tak, to na których pozycjach. Trochę więcej graczy opuściło klub, bo jedenastu. Moja "chwilowa nieobecność" miała dodatkową zaletę, że nie musiałem oglądać wrednego zdrajcy Andreasa Schachnera, jak opróżniał swoją szafkę i z walizkami w rękach pobiegł kolaborować z Karlsruhe. Miałem nadzieję, że treningi w drużynie U-19 odpowiednio przygotowały go do podboju Bundesligi w barwach jednego z naszych rywali w ekstraklasie. Zarobiliśmy natomiast łącznie 3,4 miliona euro na transferze dwóch zawodników; za lwią część tej kwoty, bo całe 3 300 000€ do Charltonu sprzedany został roszczeniowy Nuno, który na boisku niewiele dawał zespołowi, a pierwszy był do narzekania i upierdliwego domagania się kluczowej roli w zespole, z kolei za symboliczne 100 000€ do leżącej w Belgii Gandawy przeniósł się nasz bramkarz Goran Kostić, który od nowego sezonu będzie reprezentował tam barwy AA Gent. Na wolny transfer odeszli zaś tacy zawodnicy, jak Dirk Reichel i zasłużeni dla klubu w niższych ligach Daniel Weller, Thomas Ebner, Murilo, kapitalni swojego czasu Marco Block i Ronald Guyt, który miał ogromny wkład w grę zespołu w Regionallidze i 2.Bundeslidze, a także Maxime Delbaere, który był już za stary na grę na wysokim poziomie, a wolał siedzieć na bezrobociu, niż przejść na sportową emeryturę rok wcześniej. W każdym razie i jemu życzyłem wszystkiego dobrego. Do domu wróciłem około 22, bo całym dniu intensywnej roboty organizacyjno-papierkowej, dzięki której Rot-Weiss Essen z powrotem zaczęło przypominać ułożony klub, a nie dom wariatów. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie czułem ochoty na weizena, ani na pięć weizenów. Dzień ten sponsorowały słowa: gdzieś, ty, się, podziewał.
  5. Ralf

    Highway to heaven

    Rezerwowi nie narzekają na pomijanie przy ustalaniu składu, muchacho?
  6. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Dawno nie miałem telefonu przy uchu. Od dłuższego czasu nie miałem go nawet w kieszeni, a w liczbie nieodebranych połączeń straciłem rachubę. Snucie się po Essen i bycie zaczepianym średnio raz na kilkaset metrów przez kolejnych kibiców RWE szybko stało się męczące, więc w pewnym momencie zwyczajnie zaszyłem się u siebie i zająłem pochłanianiem jednego rauchbiera za drugim, przetykając co jakiś czas jakimś dobrym weizenem. Kumulacje wypijanych trunków miewałem zwykle popołudniami, obserwując oranżowe, wprost melancholijne zachody słońca z okna skromnego pokoju na piętrze. W końcu jednak nawet to mnie znudziło i po raz pierwszy od dawna sięgnąłem po komórkę. Dobrze się trzymała, mimo długotrwałego braku ładowania nadal pokazywała 26 procent baterii. Spojrzałem na wyświetlacz. Nieodebrane połączenia osiągnęły wartość dwucyfrową. Z nudów postanowiłem wysłuchać jakiegokolwiek nagrania na sekretarce; oddzwanianie uznałem za zbyt czasochłonne, ponadto słuchając nagrania jest się chronionym przed pytaniami i ciągnięciem za język. Oczywiście wybrałem najnowszą wiadomość. Była z dzisiaj. W słuchawce rozległ się dźwięczny, acz stanowczy głos Hiszpana koło pięćdziesiątki. To był Moriente. – Gdzie ty się podziewasz, mi amigo?! Wszyscy tu pytają o ciebie i czekają, aż się wreszcie pojawisz, puta de madre. Przyjechali nowi zawodnicy, Wasoski jest zabiegany, a mi już brakuje pomysłów, co im wszystkim mówić. Mam nadzieję, że ruszysz w końcu dupę i się tu pojawisz, bo powoli robi się bajzel jak hijo de puta – zakończył i rozległo się piknięcie oznaczające koniec wiadomości. Następnych nie odtwarzałem. Wstałem i przyjrzałem się w lustrze swojej pokrytej kilkudniowym zarostem, już blisko pięćdziesięcioletniej twarzy. Przeczesałem dłonią włosy z coraz wyraźniejszymi oznakami rozwijającej skrzydła siwizny i pokręciłem lekko głową. Chwilę później spojrzałem na datę widniejącą na wyświetlaczu smartfona. – Kurwa mać, już drugi lipca... – mruknąłem. – Chyba jednak i mnie łapie kryzys wieku średniego. Uznałem, że siedzenie na dupie w niczym mi nie pomoże i najwyższa pora jednak przypomnieć Essen oraz piłkarskiemu światkowi, że Herr Ralf nie zniknął, a nadal tu jest. Złapałem za maszynkę do golenia. Czerwiec 2025 Bilans (Rot-Weiss Essen): 0-0-0, 0:0 Bundesliga: – DFB-Pokal: – Finanse: 18,97 mln euro (+14,77 mln euro) Gole: – Asysty: – Bilans (Polska): 1-0-0, 5:2 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [+2 pkt nad Hiszpanią] Ranking FIFA: 3. [=] Ligi: Anglia: – Austria: – Francja: – Hiszpania: – Niemcy: – Polska: – Rosja: FK Moskwa [+2 pkt] Szwajcaria: – Włochy: – Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - 04.06, eliminacje MŚ 2026, Polska - San Marino, 5:2 Ranking FIFA: 1. Brazylia [1244], 2. Anglia [1157], 3. Polska [1122]
  7. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    @zOnk, Teoretycznie mógłbym pokazać, bo czemu i nie, ale czy nie lepiej, gdybym pokazał go za jakieś 2-3 sezony (jeśli sprawdzą się wizje Wasoskiego)? W tej chwili to junior jakich wielu, nie wyróżnia się jakoś szczególnie, jeśli chodzi o suche liczby w atrybutach. Jednocześnie chciałbym wystąpić z małym orędziem z uwagi na przedłużający się brak aktywności w opku. Na wstępie powiem, że NIE zamykam kariery, żeby było jasne i nikt się nie martwił (jeżeli ktoś jeszcze czyta i gorąco liczy na ciąg dalszy). Powiem krótko - ostatnie trzy miesiące w moim prywatnym lajfie to jeden wielki kryzys i pasmo beznadziejnych wydarzeń, ale jako że dotyczy to mojego prywatnego lajfu, szczegóły zachowam dla siebie. Jedynie powiem, że (chyba) wszystko ze mną w porządku i nic mi nie dolega. Przepraszam Was za ogromny przestój w "Cieniu wielkiej trybuny", ale naprawdę od dłuższego czasu z uwagi na osobiste problemy nie jestem w stanie wykrzesać z siebie chęci, żeby kliknąć dwukrotnie ikonkę "Football Manager 2006" na pulpicie i kliknąć parę razy "Kontynuuj" w sejwie, a co dopiero popchnąć dalej losy Mr. Ralfa w Niemczech choćby dwoma-trzema nowymi odcinkami. Ostatnio może ze dwa razy zmusiłem się, by odpalić grę i wczytać save, ale niestety tylko po to, by popatrzeć chwilę na ekran główny, skrzywić się i wyłączyć. Mam nadzieję, że w najbliższych tygodniach będzie u mnie tylko lepiej (bo gorzej chyba być nie może, a kiedy gorzej być nie może, to jedyna droga prowadzi w górę - jak to powiedział kiedyś pewien mędrzec, ale jego godność wyleciała mi z głowy) i "Cień wielkiej trybuny" znowu ruszy z kopyta, "jak dobrze napompowany parowóz" (to ostatnie akurat wyrecytował swojego czasu Titus u wielmożnego Kuby Wojewódzkiego).
  8. Ralf

    GRUPA H - POLSKA, KOLUMBIA, SENEGAL, JAPONIA

    Skoro monsieur zOnk uruchomił zegar, a grupa H rozegrała swoje ostatnie mecze, to sądzę, że teraz mogę i ja przelać swoje myśli na słowo pisane. Uprzedzam tylko, że, znając swoje procesy myślowe, prawdopodobnie wyjdzie mi bardzo długi, wieloakapitowy tekst. Zobaczymy, co się z tego urodzi W zasadzie mam wrażenie, że można tutaj spokojnie skopiować tytuły prasowe z 2002, 2006, 2008 i może 2012 roku. Frazy pokroju "Nie tak miało być" są wręcz nieśmiertelne i wiecznie aktualne w przypadku mundiali w XXI wieku. Dwa lata temu na Euro nie mogłem uwierzyć, że naprawdę dożyłem czasu, gdy reprezentacja Polski wychodzi z grupy i awansuje do fazy pucharowej, nie tracąc przy tym ani jednej bramki, a później kończy turniej "dopiero" w ćwierćfinale. Do tamtego turnieju podchodziłem na zasadzie głębokiej rezerwy, bo już niejeden raz przechodziliśmy pomyślnie eliminacje, by jechać na turniej z napompowanym balonem i wrócić po trzech meczach z bagażem żalu i zrezygnowania. Dwa lata temu nic sobie nie obiecywałem, niczego sobie nie wyobrażałem; spodziewałem się, że na Euro obejrzę po prostu trzy mecze Biało-czerwonych, a potem pozostanie emocjonować się walką potentatów o dotarcie do finału. A jednak wtedy skończyło się pięknie. Niekoniecznie piękną grą, ale z pewnością pięknym wynikiem. Niech sobie mówi, kto tylko chce, że wtedy mieliśmy "łatwą drabinkę", że "mieliśmy szczęście", że "mieliśmy beznadziejnych rywali". Jeśli nawet, to czyż nie było wspaniałym uczuciem zobaczyć naszą reprezentację w fazie pucharowej? Po raz pierwszy w historii emocjonować się konkursem rzutów karnych z udziałem reprezentacji Polski na wielkiej imprezie? Pomijając fakt, że już niejednokrotnie zdarzało nam się przegrywać z drużynami podobnej klasy, co Irlandia Północna, Ukraina, czy choćby Szwajcaria. Wówczas, w 2016 roku, w tamtych pięciu meczach obejrzałem Polskę, na którą dało się patrzeć. Szczelna, żelazna obrona, waleczny środek pola; cały czas czułem, że bramka może paść w każdej chwili. Kiedy po pierwszym gwizdku w meczu z Portugalią nie zdążyłem nawet dobrze usiąść, a piłka już trzepotała w Portugalskiej bramce, nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Tamta drużyna nie grała na miękkich nogach. Nie bała się. Walczyła. Teraz tego wszystkiego nie było. Dawno nie widziałem tak niepoukładanej reprezentacji, tak słabej i bez pomysłu na grę, jak w meczach z Senegalem i Kolumbią. Po raz ostatni chyba przy haniebnym 0:4 w Kopenhadze, a jeszcze wcześniej chyba dopiero za późnego Fornalika. Mecze towarzyskie przed turniejem nie wyglądały oszałamiająco, szczególnie tracone dwubramkowe przewagi z Koreą Południową i Chile, ale uważałem, że to paradoksalnie może być dobry znak, bo zbyt dobre wyniki mogłyby niepotrzebnie zbudować przesadną pewność siebie, a ta akurat jakoś szczególnie lubi się u nas mścić. Najlepiej było to widoczne w 2002 roku, kiedy Jerzy Engel zapowiadał import koreańskiego złota do kraju, i w 2008 roku, kiedy tym razem to media apelowały, byśmy przywieźli z Austrii i Szwajcarii medal, najlepiej złoty. Teraz miałem nadzieję, że "takie sobie" wyniki sparingów przypomną, że trzeba wspiąć się na wyżyny, ale się na tej nadziei przejechałem. Na przestrzeni minionego pół roku miałem dwa szczególne momenty z przeczuciami. Pierwsze miałem w dniu losowania. W południe tamtego dnia wybierałem się na zakupy ze świętą misją nabycia 0,7 Jack Danielsa na losowanie, bo zaprosiłem wtedy przyjaciela i kuzyna (ostatecznie się pomyliłem i zamiast 0,7 nieopatrznie wziąłem litr, w czym zorientowałem się dopiero przy kasie - jedna z najfajniejszych pomyłek, jaka mi się przytrafiła). Przed wyjazdem z domu oglądałem jakieś powtórki ligowe na Eleven Sport i zobaczyłem na jednym z ujęć Carlosa Bakkę - wtedy niczym kopniak w klejnoty ścięło mnie silne przeczucie, że dostaniemy w grupie Kolumbię i będziemy mieli z nią problemy. No i dostaliśmy Kolumbię. Podczas losowania, podchmielony Jack Danielsem, uśmiechnąłem się tylko szyderczo do własnych przeczuć. Drugie przeczucie miałem tuż przed mundialem. Im bliżej było pierwszego meczu, tym silniejsze narastały we mnie obawy, że może się skończyć źle. W dniu meczu z Senegalem też się wybierałem na małe zakupy, tym razem po 0,7 czystej na mecz, bo zaprosiłem znajomego z jego drugą połówką (taką normalną, z tętnem), czyli jednocześnie i moją znajomą. No i po raz kolejny przeczucie okazało się trafione niczym solenizant pasem na osiemnastce, bo spotkanie okazało się w zasadzie wierną kopią meczu z Ekwadorem z 2006 roku, z tym tylko, że teraz mieliśmy "honorowego" gola Krychowiaka w końcówce, zamiast dwóch słupków autorstwa Brożka i Jelenia. Generalnie widziałem na boisku, że jesteśmy kompletnie nieprzygotowani do imprezy w zasadzie pod żadnym względem. Zarówno taktycznym (gra bez jakiegokolwiek pomysłu w dwóch pierwszych meczach), jak i mentalnym, co najlepiej było widać przeciwko Kolumbii, a już najbardziej po pierwszym golu. Nie rozumiem też eksperymentów z ustawieniem. Jak słusznie zauważył Jan Tomaszewski przy którejś z rozmów, mundial nie jest miejscem na eksperymenty taktyczne - tutaj powinno się grać ustawieniem sprawdzonym. Z takiego założenia wychodzę przecież nawet w Football Manager, kiedy MŚ i ME zaczynam tym samym ustawieniem, jakim grałem w eliminacjach. Mam wrażenie, że o słabej grze zaważył bardziej ten aspekt, aniżeli decyzje personalne co do wyjściowych jedenastek. Zwróćcie uwagę, że na Kolumbię Adam Nawałka przygotował zmiany w składzie, które ostatecznie nie zmieniły kompletnie nic. Następna rzecz, nie umiemy grać w meczach o wszystko. Teraz się to tylko potwierdziło. Jak tylko przychodzi silna presja pod tytułem "musimy wygrać to spotkanie, inaczej jest koniec", momentalnie mamy związane nogi, jest jakiś niewyjaśniony paraliż i dupa zimna. Odkąd tylko interesuję się piłką, jeszcze nigdy nie byłem świadkiem zwycięstwa w jakimkolwiek meczu o wszystko. I to nie tylko na turniejach. Przykładowo za późnego Beenhakkera mieliśmy w eliminacjach do MŚ 2010 chyba dwa mecze o wszystko (w Chorzowie z Irlandią Północną i później w Mariborze ze Słowenią). Nie wygraliśmy ani jednego. Zamiast zwycięstw było 1:1 w Chorzowie i 0:3 w Mariborze. A na turniejach? Na trzy mecze o wszystko na mundialach mamy bilans 0-0-3, 0:8, a uwzględniając wszystkie turnieje (w tym mecz z Czechami w 2012, który był co prawda trzeci, ale jednak teoretycznie o wszystko), robi się 0-1-4, 1:10. A co zrobiła Kolumbia, która też miała nóż na gardle? Wyszła na boisko i wdeptała nas w murawę. Gryzła glebę, żeby tylko wygrać. Wszystko kwestia podejścia i mentalności. Na Euro 2016 nie zostaliśmy okłamani, że reprezentacja Polski gra dobrze. Nie, to piłkarze udowodnili sami sobie i nam, kibicom, że jednak się da. Że Polska wcale nie musi kończyć turniejów po trzech meczach, tylko można zajść dużo dalej. Nie ma siły, cały problem musi leżeć w źle przeprowadzonych przygotowaniach, zagubionej gdzieś po drodze woli walki, której, cholera, nie było szczególnie widać nawet wczoraj przeciwko Japonii. Nie uwierzę po prostu, że drużyna, która na Euro doszła do ćwierćfinału i nie drżała przed nikim, teraz nagle straciła 70% swoich umiejętności. Teraz cały sztab reprezentacji powinien przeanalizować to wszystko, rozebrać na czynniki pierwsze, wyciągnąć poważne wnioski i sprawić, by te błędy nie zostały powielone ani za dwa lata, ani za cztery, ani już nigdy później.
  9. Ralf

    Zasady działu Opowiadania ver. 2.0

    Przeczytałem wasze wypowiedzi odnośnie dylematu, co zrobić z Opowiadaniami, i przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Być może nie zauważyłem jakiegoś szkopułu, ale mniejsza o to. Otóż uważam, że można skasować dział Opowiadania, a zamiast niego utworzyć inny o przykładowej nazwie "Wyzwania i ciekawostki" i przenieść do niego te wszystkie podpięte wątki z zasadami gry HC, "klubowymi osobliwościami", "upadłymi potęgami", i tak dalej. Wówczas można byłoby podpinać wyróżniające się opki bez bałaganu, jaki powodowałoby zlewanie się ich z wymienionymi wyżej tematami. Wątek "Zasady działu Kariery" powinien zostać przyklejony tam, gdzie jest, ale można go ująć w coś pokroju "[REGULAMIN] Zasady działu Kariery", żeby w jasny i czytelny sposób odróżniał się od przypiętych opków. Zaś co do kwestii nagród, powiem na swoim przykładzie i tylko za siebie. Co prawda ostatnio BARDZO rzadko piszę w swoim opku, ale wynika to po prostu z tego, że ostatnimi czasy mam spore problemy osobiste, ponadto od dwóch miesięcy często pracuję na popołudnie i nocki, więc czasu i szczerych chęci do gry mam zdecydowanie mniej (kiedy jestem w nie najlepszym nastroju, to klikanie w Football Managerze jest jedną z ostatnich rzeczy, na jakie mam ochotę). Otóż sam nigdy nie pisałem żadnego opka, w którym moim przewodnim założeniem było dostanie się do Opowiadań. Nigdy o tym nie myślałem ani zakładając nowy opek, ani prowadząc go już jakiś czas. Tak samo w tej chwili nie myślę też o Hall of Fame, bo szans na takie wyróżnienie raczej też zbyt wielkich nie mam. Kiedy moje dwa opki trafiały do Opowiadań, owszem, czułem olbrzymią satysfakcję (było to jeszcze w czasach, gdy Kariery tętniły życiem, więc prestiż był to dla mnie ogromny), duże spełnienie, ale to mogę porównać do gola strzelonego silnemu rywalowi - na początku jest euforia, ale po kilku minutach po wznowieniu gry przechodzi się z tym do porządku dziennego i trzeba walczyć o kolejnego gola i uniknięcie utraty bramki wyrównującej. Dlatego też sądzę, że usunięcie działu Opowiadania mogłoby z początku wywołać pewne poruszenie, ale za tydzień, dwa, za miesiąc po prostu przeszlibyśmy z tym do porządku dziennego. I po jakimś czasie, gdy autor opka po wejściu rano na forum zauważy, że jego opek został podpięty i wisi na samej górze strony, poczuje się tak samo doceniony, jak w dawnych czasach po przeniesieniu jego opka do Opowiadań.
  10. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Srebrzyste nożyczki z łatwością zagłębiły się w czerwonej wstędze, przecinając ją na dwie części. W ten sposób sędziwy Rolf Hempelmann dokonał uroczystego otwarcia naszego nowego, zmodernizowanego centrum szkoleniowego, wyposażonego w sprzęt najwyższej klasy i wszystko to, czego potrzeba zawodnikom do dbania o formę. Kiedy na początku lipca piłkarze wrócą z urlopów, zaczniemy przygotowania do nowego sezonu w warunkach, które wreszcie będą dorównywały poziomowi Bundesligi. Stałem obok wstęgi razem z działaczami z zarządu Rot-Weiss Essen, dumny z tego wydarzenia, bo to ja swojego czasu walczyłem o modernizację bazy treningowej, która porównaniu do innych drużyn ekstraklasy przedstawiała się dość mizernie i z całą pewnością trenowanie w warunkach niższego standardu miało swój wpływ na nasze ligowe problemy i ciężką walkę o utrzymanie. Na wprost bramy ośrodka zgromadzeni byli esseńscy dziennikarze, którzy uwieczniali wszystko obiektywami aparatów, a nazajutrz mieli opisać w lokalnej prasie. Wśród nich aparatem, bardziej prywatnie, pstrykał Moriente, z którym nadal wybieramy się na rejs jachtem dokoła Ibizy jak sójka za morze. Po krótkiej uroczystości pierwszoplanową postacią na scenie stałem się ja, witając w naszej drużynie U-19 nowych chłopaków, którzy właśnie dumnie opuścili szeregi naszej szkółki juniorskiej, będąc gotowymi do rozpoczęcia właściwego etapu szkolenia, który za rok lub dwa otworzy im wrota do naszej drużyny rezerw. Póki co największe nadzieje na potencjalny talent budził Gianluca Panico (15 l., P Ś, Włochy), młodzieniec o kruczoczarnych, zaczesanych do tyłu włosach i lekko haczykowatym nosie, przez co kojarzył mi się w linii prostej z typową aparycją bossa włoskiej mafii. Pozostałych młodziaków również nie warto było skreślać. Przy odpowiednio dużym nakładzie pracy i determinacji w dążeniu do celu mogli coś osiągnąć również Jan Stein (15 l., OP Ś, Niemcy) i Alessandro Andreotti (15 l., O L, Włochy). Pozostali, którym uścisnąłem dłonie, to Martin Haas (16 l., O PŚ, Niemcy), Ralf Ernst (15 l., OP P, Niemcy), wszechstronny Sascha Möller (16 l., O/DBP/OP P, N, Niemcy), Bernd Stuckmann (16 l., N, Niemcy), Guillaume Moulin (15 l., P P, Francja), Gennaro Martino (15 l., O Ś, Włochy) i Daniel Fanelli (15 l., OP LŚ, Włochy). Kierownictwo RWE było w tym lepszych humorach, że koszty modernizacji ośrodka treningowego bardzo szybko zostały zniwelowane ze sporą nadwyżką przez wpływ w postaci 11 500 000€, jakie przelało nam DFB za prawa do transmisji telewizyjnych. Później przedstawiciele Klubu Kibica przyznali swoją nagrodę dla Piłkarza Roku, która zasłużenie powędrowała w ręce Markusa Rosego. A jeżeli już o Markusie mowa, tuż przed zebraniem wpłynęła względem niego oferta z Borussii Mönchengladbach, a ja profilaktycznie zamiast ją odrzucić, zażyczyłem sobie kwoty odstępnego, która sprawiła, że potencjalni kupcy uciekli z krzykiem. Coraz bardziej jednak martwiłem się, że będzie to ostatni sezon Rosego w klubie. A zaczniemy go na dzień dobry ciężkim meczem z Bayernem Monachium, i to jeszcze na Allianz-Arenie. Szykowało się niezwykle udane otwarcie sezonu, nie ma co. Brakowałoby tylko, żeby w drugim spotkaniu przyjechał do nas Werder Brema, ale na szczęście zamiast tego czekać nas miały teoretycznie mniej wymagające mecze z 1.FC Köln i Bayerem Leverkusen. Pierwsze futery za płoty, jak to mawiał Moriente.
  11. Ralf

    Highway to heaven

    Brawo! Witam uroczyście w gronie dwukrotnych! Jakże dobrze mi się kojarzy stadion w Los Angeles (zaraz po San Siro)
  12. Ralf

    Highway to heaven

    Polska? Finałuuuu!
  13. Ralf

    Highway to heaven

    Świetna robota z wyrzuceniem Niemiec za burtę, brawo! 😎 Uwielbiam oglądać takie wyniki
  14. Ralf

    Highway to heaven

    @z0nk, W kwestii ochrony save'ów, jeżeli mogę coś doradzić, to co jakiś czas (np. raz na eFeMowy miesiąc) kopiuj sobie plik z aktualnym zapisem do jakiegoś innego folderu (ja na przykład mam na pulpicie folder z różnymi pierdołami, do którego kopiuję co jakiś czas save z folderu z zapisami z FM) lub wręcz na pendrive'a lub chmurę. Niestety z doświadczeń wielu graczy, moich również, wynika, że nawet jeżeli masz ustawione zapisywanie do trzech plików, to gdy przychodzi crash, wręcz uwielbiają kłaść się wszystkie trzy pliki. Sam już miałem chyba nawet trzy przypadki w trakcie "Cienia wielkiej trybuny", gdy coś mi się chrzaniło z pecetem (samoistnie przy starcie systemu włączało się skanowanie plików), po czym w folderze z zapisami zastawałem scrashowany save (0 bajtów), podczas gdy jego kopia w folderze na pulpicie była cała i zdrowa. Przezorny zawsze ubezpieczony - lepiej być w plecy eFeMowy miesiąc i mieć do rozegrania od nowa np. 10 meczów, niż mieć stracony cały save i być zmuszonym przedwcześnie kończyć opka
  15. Moja mundialowa historia, w porównaniu do przedmówców, jest o wiele krótsza Niektórzy wspominają widziany na własne oczy 1982, tudzież 1998. W moim przypadku wygląda to tak, że do mniej więcej 2003 roku wręcz... nie cierpiałem piłki nożnej, co dziś wydaje mi się wręcz niemożliwie, nie do uwierzenia Zawsze byłem fanem sportów motorowych (wyścigi samochodowe, w szczególności Formuła 1 i 24h Le Mans) i jestem nim do dzisiaj, ale dopiero jakoś po 2003 roku zaczęło we mnie kiełkować zainteresowanie piłką, które z czasem przerodziło się w miłość Pamiętam nawet, że miałem opór przyznać, że polubiłem futbol W końcu jednak się przyznałem sam przed sobą, widziałem kawałek Euro 2004, choć nie pamiętam zbyt wiele poza rajdami Baroša, wzrostem Kollera i urywków rzutów karnych w meczu Holandia - Szwecja, a ostatecznie piłką zainteresowałem się po finale Ligi Mistrzów 2005. Z tego powodu moimi pierwszymi i jak na razie najlepszymi mistrzostwami świata, jakie obejrzałem na poważnie, był... Mundial 2006 w Niemczech. Pierwszy raz miałem w pełni świadomie i ze szczerych chęci oglądać mundial. Wtedy piłka zdążyła wciągnąć mnie na dobre, więc na mecz otwarcia Niemcy - Kostaryka czekałem z niecierpliwością. Cały czas pamiętam, jak komentatorzy podkreślali fakt, że w drużynie niemieckiej grają Klose i Podolski, którzy mogli grać dla reprezentacji Polski, i tak dalej, i tak dalej Już od pierwszych minut bardzo spodobała mi się ta magiczna atmosfera, jaka wręcz przelewała się na mnie z ekranu telewizora. Na sam początek kapitalna bramka Lahma, którą dziś mogę uznać za ówczesną zapowiedź świetnej imprezy. Kostarykanie odpowiedzieli, potem na scenę wkroczył tak często wymieniany w różnych wypowiedziach Klose. Nie zdołałem obejrzeć absolutnie wszystkich spotkań, i do dziś na żadnym innym turnieju mi się to nie udało (wiadomo, wtedy szkoła, teraz praca, związek i podróże), ale starałem się obejrzeć tyle, ile tylko będę miał możliwość. Zanim dam się ponieść klawiaturze, przystanę na chwilę i zaznaczę, że wprowadzę swój podział "naj" 1. Najlepszy mecz: półfinał, Niemcy - Włochy 0:2 po dogrywce. Odkąd tylko interesuję się piłką, bardzo nie lubię reprezentacji Niemiec. To chyba jedyna reprezentacja, której wręcz nie znoszę. Na tym mundialu z kolei z meczu na mecz coraz bardziej kupowali mnie Włosi swoją grą - byli po prostu szybcy i skuteczni, odczuwałem autentyczną przyjemność obserwując ich poczynania, więc z biegiem czasu zacząłem ściskać za nich kciuki. W półfinale wszystko idealnie się zgrało - nielubiani przeze mnie Niemcy, lubiani przeze mnie Włosi i stadion w Dortmundzie, w którym Niemcy wsadzili nam zwycięskiego gola w doliczonym czasie w fazie grupowej. Siedziałem wtedy z ojcem przed TV i z pełnym zaangażowaniem dopingowaliśmy Italię - nie zapomnę tego wieczoru, ależ było głośno w pokoju! Mimo że w regulaminowym czasie nie padła ani jedna bramka, to zapamiętałem ten mecz jako mecz walki, w którym zasadniczo nikt nie odstawiał nogi, a Lehmann z Buffonem, dwie legendy, prześcigali się w interwencjach przy różnych groźnych strzałach. Później przyszła dogrywka... Martwiłem się, że jeżeli dojdzie do karnych, Niemcy pewnie przejdą. A na konkurs rzutów karnych się właśnie zanosiło. Nie pamiętam, co myślałem, gdy pod koniec dogrywki Włosi wywalczyli rzut rożny, ani kiedy Pirlo przed polem karnym ociągał się z oddaniem strzału. Pamiętam natomiast, że gdy Grosso wkręcił patetycznego rogala przy dalszym słupku, wyskoczyłem ze szczęścia pod sufit, zupełnie jakby zamiast Italii grała Polska. Niemcy błyskawicznie znaleźli się pod polem karnym Włochów, Cannavaro przerwał akcję, Gilardino przytrzymał kontrę i odegrał do wbiegającego Del Piero - i tutaj gardłowy ryk Szpakowskiego: "aaaaa i będzie Del Pierooooo!!! Dwa! Dwa! Nokautujące uderzenie!" Nie posiadałem się z radości - Włosi, których tak polubiłem, w finale, a Niemcy w końcu zamiast strzelić, to stracili gola w ścisłej końcówce, i to od razu dwa No i na tym samym stadionie, na którym zrobili to nam Wszystko w końcu wraca 2. Najbardziej frustrujący mecz: faza grupowa, Polska - Ekwador 0:2. Jakiż inny mógłbym wybrać? Był to drugi z czteroodcinkowego, koreańsko-niemiecko-austriacko-polskiego serialu pod tytułem "Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze" Oczekiwania były ogromne, co pisali też powyżej przedmówcy, cały naród odliczał godziny do meczu. Z samego początku jeszcze nie było widać, że coś jest nie tak. A przynajmniej ja niczego nie zauważałem. Owszem, Ekwador coś tam straszył, ale i Biało-czerwoni coś grali. W końcu uśmiech z mojej twarzy zmył gol Tenorio, który, jak wtedy mi się wydawało, wziął się znikąd. Ot, zwyczajny wrzut z autu w pole karne - wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że z czegoś takiego można stworzyć realne zagrożenie pod bramką. Ta wiedza przyszła do mnie dopiero później. Wściekłem się, ale starałem się zachowywać spokój. Spokojnie, na pewno niedługo wyrównamy, myślałem. Jasne. Z biegiem czasu narastała we mnie frustracja, że na ekranie nadal widnieje wynik 0:1, a my nie jesteśmy nawet bliscy zdobycia wyrównującej bramki. No i na dziesięć minut przed końcem nagle dwójka Ekwadorczyków wychodzi we dwóch na samego Boruca... Byłem po prostu zły, sfrustrowany. Nie potrafiłem zrozumieć, jak można było przegrać z Ekwadorem już na dzień dobry - cóż, nie pamiętałem mundialu 2002 i nie wiedziałem, że oglądam właśnie powtórkę z rozrywki. Była tylko frustracja. Smutek miał przyjść dopiero w przyszłym tygodniu. 3. Najbardziej bolesny mecz: faza grupowa, Niemcy - Polska 1:0. Jedyny przypadek, kiedy w trakcie meczu na mistrzostwach świata w moich oczach zakręciły się łzy. Tak, to w sumie nawet mój jedyny mecz, w którym spociły mi się oczy; nigdy wcześniej, ani nigdy później aż do dziś mi się to nie zdarzyło. Wiedziałem już, że Niemcy są drużyną ze światowego topu, a teraz trzeba było z nimi wygrać, a już na pewno nie wolno było przegrać. Pamiętam, jak nowością był dla mnie występ Polaków w jednolicie czerwonych trykotach, podczas gdy w eliminacjach drugim kompletem strojów były czerwone koszulki, białe spodenki i czerwone getry. Sama gra diametralnie różniła się od tej z Ekwadorem. Owszem, teraz, po latach, zauważam, że głównie się broniliśmy, a cuda w bramce wyczyniał Boruc, ale pamiętam też, że było kilka momentów zrywu i obiecujących akcji, a szarpali głównie Smolarek z Jeleniem. W dwóch lub trzech momentach aż poderwałem się wtedy z miejsca, jak było o krok od zdobycia gola, szczególnie w przypadku, gdy Jeleń strzelał tuż zza pola karnego, ale niestety wprost w ręce Lehmanna. Później przyszedł cios obuchem w głowę, gdy za drugą żółtą kartkę wyleciał Sobolewski i zrobiło się nieciekawie. Do końca wierzyłem, że skoro na zwycięstwo szansy raczej już nie ma, to przynajmniej uda się dowieźć dobre w tych okolicznościach 0:0. Niestety, Dariusz Dudka, David Odonkor, pusty środek przy dośrodkowaniu, Neville, który akurat w tym momencie znalazł się w tym konkretnym miejscu, i po zawodach. Miałem wtedy na głowie taką kibicowską czapę a'la Stańczyk. Gdy Neville przejechał przez piątkę na wślizgu, a piłka zatrzepotała w siatce obok padającego na murawę Boruca, zdjąłem ją i cisnąłem w grzejnik pod oknem. I właśnie wtedy spociły mi się oczy. Co poza tym? Naturalnie to nie są jedyne mecze, które zapadły mi w pamięć. Oczywiście jest też spotkanie Kostaryka - Polska, jedyne zwycięskie; przynajmniej w tym mogłem cieszyć się golami zdobywanymi przez naszą drużynę. Chociaż ten mecz miał być przedbiegiem walki w 1/8 finału, okazał się przedwczesnym zwieńczeniem nieudanych dla Biało-czerwonych mistrzostw. Mimo to pamiętam, że oglądałem go z przyjemnością. Emocjonujący był dla mnie przebieg konkursu rzutów karnych w ćwierćfinale Anglia - Portugalia, w którym trzymałem kciuki za Portugalczyków. Oglądaliśmy to w kilka osób na przestronnym telewizorze w salonie u mojego wujostwa. Ależ się wtedy działo! 😎 Spory ciężar gatunkowy nosił też inny ćwierćfinał, w którym Niemcy grały z Argentyną. Pamiętam, że przed spotkaniem Carlos Tevez dolał oliwy do ognia, mówiąc coś pokroju, że strzelając będzie celował w głowę Lehmanna, co oczywiście wywołało burzę. Potem gol Ayali, wyrównanie Klosego, uraz Abbondanzieriego, nadzieja, że Argentyna wyeliminuje Niemcy, no i rozczarowanie w rzutach karnych Nie zapomnę też na baaardzo długo finału Francja - Włochy. Zamroczony Thierry Henry, który nagle ożywił się, gdy ktoś ze sztabu podsunął mu pod nos fiolkę, potem gol Zidane'a z rzutu karnego, w którym był o włos od pudła. Mimo to nie traciłem wiary we Włochów, co zostało nagrodzone wyrównaniem Materazziego. Ten sam Materazzi w dogrywce pomógł Zidane'owi przedwcześnie zejść z boiska, a cała afera o to, co się wtedy stało pomiędzy nimi, gdy opuszczali pole karne Włoch, dopiero miała się rozkręcić. Potem rzuty karne i mogłem się cieszyć, że puchar wzniosła drużyna, za którą w trakcie turnieju zacząłem trzymać kciuki I tamtą Italię wspominam dziś z nostalgią Podobnie jak cały mundial A.D. 2006, który był dla mnie jedyny w swoim rodzaju, a czempionatom w 2010 i 2014 roku nie udało się mu dorównać
×