Skocz do zawartości
Między 26 a 29 lipca w LIPINACH odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy do zgłaszania się!
TEMAT ZLOTOWY

Ralf

Użytkownik
  • Zawartość

    2904
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

317 Bardzo lubiany

O Ralf

  • Tytuł
    Kapitan drużyny

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Ralf

    GRUPA H - POLSKA, KOLUMBIA, SENEGAL, JAPONIA

    Skoro monsieur zOnk uruchomił zegar, a grupa H rozegrała swoje ostatnie mecze, to sądzę, że teraz mogę i ja przelać swoje myśli na słowo pisane. Uprzedzam tylko, że, znając swoje procesy myślowe, prawdopodobnie wyjdzie mi bardzo długi, wieloakapitowy tekst. Zobaczymy, co się z tego urodzi W zasadzie mam wrażenie, że można tutaj spokojnie skopiować tytuły prasowe z 2002, 2006, 2008 i może 2012 roku. Frazy pokroju "Nie tak miało być" są wręcz nieśmiertelne i wiecznie aktualne w przypadku mundiali w XXI wieku. Dwa lata temu na Euro nie mogłem uwierzyć, że naprawdę dożyłem czasu, gdy reprezentacja Polski wychodzi z grupy i awansuje do fazy pucharowej, nie tracąc przy tym ani jednej bramki, a później kończy turniej "dopiero" w ćwierćfinale. Do tamtego turnieju podchodziłem na zasadzie głębokiej rezerwy, bo już niejeden raz przechodziliśmy pomyślnie eliminacje, by jechać na turniej z napompowanym balonem i wrócić po trzech meczach z bagażem żalu i zrezygnowania. Dwa lata temu nic sobie nie obiecywałem, niczego sobie nie wyobrażałem; spodziewałem się, że na Euro obejrzę po prostu trzy mecze Biało-czerwonych, a potem pozostanie emocjonować się walką potentatów o dotarcie do finału. A jednak wtedy skończyło się pięknie. Niekoniecznie piękną grą, ale z pewnością pięknym wynikiem. Niech sobie mówi, kto tylko chce, że wtedy mieliśmy "łatwą drabinkę", że "mieliśmy szczęście", że "mieliśmy beznadziejnych rywali". Jeśli nawet, to czyż nie było wspaniałym uczuciem zobaczyć naszą reprezentację w fazie pucharowej? Po raz pierwszy w historii emocjonować się konkursem rzutów karnych z udziałem reprezentacji Polski na wielkiej imprezie? Pomijając fakt, że już niejednokrotnie zdarzało nam się przegrywać z drużynami podobnej klasy, co Irlandia Północna, Ukraina, czy choćby Szwajcaria. Wówczas, w 2016 roku, w tamtych pięciu meczach obejrzałem Polskę, na którą dało się patrzeć. Szczelna, żelazna obrona, waleczny środek pola; cały czas czułem, że bramka może paść w każdej chwili. Kiedy po pierwszym gwizdku w meczu z Portugalią nie zdążyłem nawet dobrze usiąść, a piłka już trzepotała w Portugalskiej bramce, nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Tamta drużyna nie grała na miękkich nogach. Nie bała się. Walczyła. Teraz tego wszystkiego nie było. Dawno nie widziałem tak niepoukładanej reprezentacji, tak słabej i bez pomysłu na grę, jak w meczach z Senegalem i Kolumbią. Po raz ostatni chyba przy haniebnym 0:4 w Kopenhadze, a jeszcze wcześniej chyba dopiero za późnego Fornalika. Mecze towarzyskie przed turniejem nie wyglądały oszałamiająco, szczególnie tracone dwubramkowe przewagi z Koreą Południową i Chile, ale uważałem, że to paradoksalnie może być dobry znak, bo zbyt dobre wyniki mogłyby niepotrzebnie zbudować przesadną pewność siebie, a ta akurat jakoś szczególnie lubi się u nas mścić. Najlepiej było to widoczne w 2002 roku, kiedy Jerzy Engel zapowiadał import koreańskiego złota do kraju, i w 2008 roku, kiedy tym razem to media apelowały, byśmy przywieźli z Austrii i Szwajcarii medal, najlepiej złoty. Teraz miałem nadzieję, że "takie sobie" wyniki sparingów przypomną, że trzeba wspiąć się na wyżyny, ale się na tej nadziei przejechałem. Na przestrzeni minionego pół roku miałem dwa szczególne momenty z przeczuciami. Pierwsze miałem w dniu losowania. W południe tamtego dnia wybierałem się na zakupy ze świętą misją nabycia 0,7 Jack Danielsa na losowanie, bo zaprosiłem wtedy przyjaciela i kuzyna (ostatecznie się pomyliłem i zamiast 0,7 nieopatrznie wziąłem litr, w czym zorientowałem się dopiero przy kasie - jedna z najfajniejszych pomyłek, jaka mi się przytrafiła). Przed wyjazdem z domu oglądałem jakieś powtórki ligowe na Eleven Sport i zobaczyłem na jednym z ujęć Carlosa Bakkę - wtedy niczym kopniak w klejnoty ścięło mnie silne przeczucie, że dostaniemy w grupie Kolumbię i będziemy mieli z nią problemy. No i dostaliśmy Kolumbię. Podczas losowania, podchmielony Jack Danielsem, uśmiechnąłem się tylko szyderczo do własnych przeczuć. Drugie przeczucie miałem tuż przed mundialem. Im bliżej było pierwszego meczu, tym silniejsze narastały we mnie obawy, że może się skończyć źle. W dniu meczu z Senegalem też się wybierałem na małe zakupy, tym razem po 0,7 czystej na mecz, bo zaprosiłem znajomego z jego drugą połówką (taką normalną, z tętnem), czyli jednocześnie i moją znajomą. No i po raz kolejny przeczucie okazało się trafione niczym solenizant pasem na osiemnastce, bo spotkanie okazało się w zasadzie wierną kopią meczu z Ekwadorem z 2006 roku, z tym tylko, że teraz mieliśmy "honorowego" gola Krychowiaka w końcówce, zamiast dwóch słupków autorstwa Brożka i Jelenia. Generalnie widziałem na boisku, że jesteśmy kompletnie nieprzygotowani do imprezy w zasadzie pod żadnym względem. Zarówno taktycznym (gra bez jakiegokolwiek pomysłu w dwóch pierwszych meczach), jak i mentalnym, co najlepiej było widać przeciwko Kolumbii, a już najbardziej po pierwszym golu. Nie rozumiem też eksperymentów z ustawieniem. Jak słusznie zauważył Jan Tomaszewski przy którejś z rozmów, mundial nie jest miejscem na eksperymenty taktyczne - tutaj powinno się grać ustawieniem sprawdzonym. Z takiego założenia wychodzę przecież nawet w Football Manager, kiedy MŚ i ME zaczynam tym samym ustawieniem, jakim grałem w eliminacjach. Mam wrażenie, że o słabej grze zaważył bardziej ten aspekt, aniżeli decyzje personalne co do wyjściowych jedenastek. Zwróćcie uwagę, że na Kolumbię Adam Nawałka przygotował zmiany w składzie, które ostatecznie nie zmieniły kompletnie nic. Następna rzecz, nie umiemy grać w meczach o wszystko. Teraz się to tylko potwierdziło. Jak tylko przychodzi silna presja pod tytułem "musimy wygrać to spotkanie, inaczej jest koniec", momentalnie mamy związane nogi, jest jakiś niewyjaśniony paraliż i dupa zimna. Odkąd tylko interesuję się piłką, jeszcze nigdy nie byłem świadkiem zwycięstwa w jakimkolwiek meczu o wszystko. I to nie tylko na turniejach. Przykładowo za późnego Beenhakkera mieliśmy w eliminacjach do MŚ 2010 chyba dwa mecze o wszystko (w Chorzowie z Irlandią Północną i później w Mariborze ze Słowenią). Nie wygraliśmy ani jednego. Zamiast zwycięstw było 1:1 w Chorzowie i 0:3 w Mariborze. A na turniejach? Na trzy mecze o wszystko na mundialach mamy bilans 0-0-3, 0:8, a uwzględniając wszystkie turnieje (w tym mecz z Czechami w 2012, który był co prawda trzeci, ale jednak teoretycznie o wszystko), robi się 0-1-4, 1:10. A co zrobiła Kolumbia, która też miała nóż na gardle? Wyszła na boisko i wdeptała nas w murawę. Gryzła glebę, żeby tylko wygrać. Wszystko kwestia podejścia i mentalności. Na Euro 2016 nie zostaliśmy okłamani, że reprezentacja Polski gra dobrze. Nie, to piłkarze udowodnili sami sobie i nam, kibicom, że jednak się da. Że Polska wcale nie musi kończyć turniejów po trzech meczach, tylko można zajść dużo dalej. Nie ma siły, cały problem musi leżeć w źle przeprowadzonych przygotowaniach, zagubionej gdzieś po drodze woli walki, której, cholera, nie było szczególnie widać nawet wczoraj przeciwko Japonii. Nie uwierzę po prostu, że drużyna, która na Euro doszła do ćwierćfinału i nie drżała przed nikim, teraz nagle straciła 70% swoich umiejętności. Teraz cały sztab reprezentacji powinien przeanalizować to wszystko, rozebrać na czynniki pierwsze, wyciągnąć poważne wnioski i sprawić, by te błędy nie zostały powielone ani za dwa lata, ani za cztery, ani już nigdy później.
  2. Ralf

    Zasady działu Opowiadania ver. 2.0

    Przeczytałem wasze wypowiedzi odnośnie dylematu, co zrobić z Opowiadaniami, i przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Być może nie zauważyłem jakiegoś szkopułu, ale mniejsza o to. Otóż uważam, że można skasować dział Opowiadania, a zamiast niego utworzyć inny o przykładowej nazwie "Wyzwania i ciekawostki" i przenieść do niego te wszystkie podpięte wątki z zasadami gry HC, "klubowymi osobliwościami", "upadłymi potęgami", i tak dalej. Wówczas można byłoby podpinać wyróżniające się opki bez bałaganu, jaki powodowałoby zlewanie się ich z wymienionymi wyżej tematami. Wątek "Zasady działu Kariery" powinien zostać przyklejony tam, gdzie jest, ale można go ująć w coś pokroju "[REGULAMIN] Zasady działu Kariery", żeby w jasny i czytelny sposób odróżniał się od przypiętych opków. Zaś co do kwestii nagród, powiem na swoim przykładzie i tylko za siebie. Co prawda ostatnio BARDZO rzadko piszę w swoim opku, ale wynika to po prostu z tego, że ostatnimi czasy mam spore problemy osobiste, ponadto od dwóch miesięcy często pracuję na popołudnie i nocki, więc czasu i szczerych chęci do gry mam zdecydowanie mniej (kiedy jestem w nie najlepszym nastroju, to klikanie w Football Managerze jest jedną z ostatnich rzeczy, na jakie mam ochotę). Otóż sam nigdy nie pisałem żadnego opka, w którym moim przewodnim założeniem było dostanie się do Opowiadań. Nigdy o tym nie myślałem ani zakładając nowy opek, ani prowadząc go już jakiś czas. Tak samo w tej chwili nie myślę też o Hall of Fame, bo szans na takie wyróżnienie raczej też zbyt wielkich nie mam. Kiedy moje dwa opki trafiały do Opowiadań, owszem, czułem olbrzymią satysfakcję (było to jeszcze w czasach, gdy Kariery tętniły życiem, więc prestiż był to dla mnie ogromny), duże spełnienie, ale to mogę porównać do gola strzelonego silnemu rywalowi - na początku jest euforia, ale po kilku minutach po wznowieniu gry przechodzi się z tym do porządku dziennego i trzeba walczyć o kolejnego gola i uniknięcie utraty bramki wyrównującej. Dlatego też sądzę, że usunięcie działu Opowiadania mogłoby z początku wywołać pewne poruszenie, ale za tydzień, dwa, za miesiąc po prostu przeszlibyśmy z tym do porządku dziennego. I po jakimś czasie, gdy autor opka po wejściu rano na forum zauważy, że jego opek został podpięty i wisi na samej górze strony, poczuje się tak samo doceniony, jak w dawnych czasach po przeniesieniu jego opka do Opowiadań.
  3. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Srebrzyste nożyczki z łatwością zagłębiły się w czerwonej wstędze, przecinając ją na dwie części. W ten sposób sędziwy Rolf Hempelmann dokonał uroczystego otwarcia naszego nowego, zmodernizowanego centrum szkoleniowego, wyposażonego w sprzęt najwyższej klasy i wszystko to, czego potrzeba zawodnikom do dbania o formę. Kiedy na początku lipca piłkarze wrócą z urlopów, zaczniemy przygotowania do nowego sezonu w warunkach, które wreszcie będą dorównywały poziomowi Bundesligi. Stałem obok wstęgi razem z działaczami z zarządu Rot-Weiss Essen, dumny z tego wydarzenia, bo to ja swojego czasu walczyłem o modernizację bazy treningowej, która porównaniu do innych drużyn ekstraklasy przedstawiała się dość mizernie i z całą pewnością trenowanie w warunkach niższego standardu miało swój wpływ na nasze ligowe problemy i ciężką walkę o utrzymanie. Na wprost bramy ośrodka zgromadzeni byli esseńscy dziennikarze, którzy uwieczniali wszystko obiektywami aparatów, a nazajutrz mieli opisać w lokalnej prasie. Wśród nich aparatem, bardziej prywatnie, pstrykał Moriente, z którym nadal wybieramy się na rejs jachtem dokoła Ibizy jak sójka za morze. Po krótkiej uroczystości pierwszoplanową postacią na scenie stałem się ja, witając w naszej drużynie U-19 nowych chłopaków, którzy właśnie dumnie opuścili szeregi naszej szkółki juniorskiej, będąc gotowymi do rozpoczęcia właściwego etapu szkolenia, który za rok lub dwa otworzy im wrota do naszej drużyny rezerw. Póki co największe nadzieje na potencjalny talent budził Gianluca Panico (15 l., P Ś, Włochy), młodzieniec o kruczoczarnych, zaczesanych do tyłu włosach i lekko haczykowatym nosie, przez co kojarzył mi się w linii prostej z typową aparycją bossa włoskiej mafii. Pozostałych młodziaków również nie warto było skreślać. Przy odpowiednio dużym nakładzie pracy i determinacji w dążeniu do celu mogli coś osiągnąć również Jan Stein (15 l., OP Ś, Niemcy) i Alessandro Andreotti (15 l., O L, Włochy). Pozostali, którym uścisnąłem dłonie, to Martin Haas (16 l., O PŚ, Niemcy), Ralf Ernst (15 l., OP P, Niemcy), wszechstronny Sascha Möller (16 l., O/DBP/OP P, N, Niemcy), Bernd Stuckmann (16 l., N, Niemcy), Guillaume Moulin (15 l., P P, Francja), Gennaro Martino (15 l., O Ś, Włochy) i Daniel Fanelli (15 l., OP LŚ, Włochy). Kierownictwo RWE było w tym lepszych humorach, że koszty modernizacji ośrodka treningowego bardzo szybko zostały zniwelowane ze sporą nadwyżką przez wpływ w postaci 11 500 000€, jakie przelało nam DFB za prawa do transmisji telewizyjnych. Później przedstawiciele Klubu Kibica przyznali swoją nagrodę dla Piłkarza Roku, która zasłużenie powędrowała w ręce Markusa Rosego. A jeżeli już o Markusie mowa, tuż przed zebraniem wpłynęła względem niego oferta z Borussii Mönchengladbach, a ja profilaktycznie zamiast ją odrzucić, zażyczyłem sobie kwoty odstępnego, która sprawiła, że potencjalni kupcy uciekli z krzykiem. Coraz bardziej jednak martwiłem się, że będzie to ostatni sezon Rosego w klubie. A zaczniemy go na dzień dobry ciężkim meczem z Bayernem Monachium, i to jeszcze na Allianz-Arenie. Szykowało się niezwykle udane otwarcie sezonu, nie ma co. Brakowałoby tylko, żeby w drugim spotkaniu przyjechał do nas Werder Brema, ale na szczęście zamiast tego czekać nas miały teoretycznie mniej wymagające mecze z 1.FC Köln i Bayerem Leverkusen. Pierwsze futery za płoty, jak to mawiał Moriente.
  4. Ralf

    Highway to heaven

    Brawo! Witam uroczyście w gronie dwukrotnych! Jakże dobrze mi się kojarzy stadion w Los Angeles (zaraz po San Siro)
  5. Ralf

    Highway to heaven

    Polska? Finałuuuu!
  6. Ralf

    Highway to heaven

    Świetna robota z wyrzuceniem Niemiec za burtę, brawo! 😎 Uwielbiam oglądać takie wyniki
  7. Ralf

    Highway to heaven

    @z0nk, W kwestii ochrony save'ów, jeżeli mogę coś doradzić, to co jakiś czas (np. raz na eFeMowy miesiąc) kopiuj sobie plik z aktualnym zapisem do jakiegoś innego folderu (ja na przykład mam na pulpicie folder z różnymi pierdołami, do którego kopiuję co jakiś czas save z folderu z zapisami z FM) lub wręcz na pendrive'a lub chmurę. Niestety z doświadczeń wielu graczy, moich również, wynika, że nawet jeżeli masz ustawione zapisywanie do trzech plików, to gdy przychodzi crash, wręcz uwielbiają kłaść się wszystkie trzy pliki. Sam już miałem chyba nawet trzy przypadki w trakcie "Cienia wielkiej trybuny", gdy coś mi się chrzaniło z pecetem (samoistnie przy starcie systemu włączało się skanowanie plików), po czym w folderze z zapisami zastawałem scrashowany save (0 bajtów), podczas gdy jego kopia w folderze na pulpicie była cała i zdrowa. Przezorny zawsze ubezpieczony - lepiej być w plecy eFeMowy miesiąc i mieć do rozegrania od nowa np. 10 meczów, niż mieć stracony cały save i być zmuszonym przedwcześnie kończyć opka
  8. Moja mundialowa historia, w porównaniu do przedmówców, jest o wiele krótsza Niektórzy wspominają widziany na własne oczy 1982, tudzież 1998. W moim przypadku wygląda to tak, że do mniej więcej 2003 roku wręcz... nie cierpiałem piłki nożnej, co dziś wydaje mi się wręcz niemożliwie, nie do uwierzenia Zawsze byłem fanem sportów motorowych (wyścigi samochodowe, w szczególności Formuła 1 i 24h Le Mans) i jestem nim do dzisiaj, ale dopiero jakoś po 2003 roku zaczęło we mnie kiełkować zainteresowanie piłką, które z czasem przerodziło się w miłość Pamiętam nawet, że miałem opór przyznać, że polubiłem futbol W końcu jednak się przyznałem sam przed sobą, widziałem kawałek Euro 2004, choć nie pamiętam zbyt wiele poza rajdami Baroša, wzrostem Kollera i urywków rzutów karnych w meczu Holandia - Szwecja, a ostatecznie piłką zainteresowałem się po finale Ligi Mistrzów 2005. Z tego powodu moimi pierwszymi i jak na razie najlepszymi mistrzostwami świata, jakie obejrzałem na poważnie, był... Mundial 2006 w Niemczech. Pierwszy raz miałem w pełni świadomie i ze szczerych chęci oglądać mundial. Wtedy piłka zdążyła wciągnąć mnie na dobre, więc na mecz otwarcia Niemcy - Kostaryka czekałem z niecierpliwością. Cały czas pamiętam, jak komentatorzy podkreślali fakt, że w drużynie niemieckiej grają Klose i Podolski, którzy mogli grać dla reprezentacji Polski, i tak dalej, i tak dalej Już od pierwszych minut bardzo spodobała mi się ta magiczna atmosfera, jaka wręcz przelewała się na mnie z ekranu telewizora. Na sam początek kapitalna bramka Lahma, którą dziś mogę uznać za ówczesną zapowiedź świetnej imprezy. Kostarykanie odpowiedzieli, potem na scenę wkroczył tak często wymieniany w różnych wypowiedziach Klose. Nie zdołałem obejrzeć absolutnie wszystkich spotkań, i do dziś na żadnym innym turnieju mi się to nie udało (wiadomo, wtedy szkoła, teraz praca, związek i podróże), ale starałem się obejrzeć tyle, ile tylko będę miał możliwość. Zanim dam się ponieść klawiaturze, przystanę na chwilę i zaznaczę, że wprowadzę swój podział "naj" 1. Najlepszy mecz: półfinał, Niemcy - Włochy 0:2 po dogrywce. Odkąd tylko interesuję się piłką, bardzo nie lubię reprezentacji Niemiec. To chyba jedyna reprezentacja, której wręcz nie znoszę. Na tym mundialu z kolei z meczu na mecz coraz bardziej kupowali mnie Włosi swoją grą - byli po prostu szybcy i skuteczni, odczuwałem autentyczną przyjemność obserwując ich poczynania, więc z biegiem czasu zacząłem ściskać za nich kciuki. W półfinale wszystko idealnie się zgrało - nielubiani przeze mnie Niemcy, lubiani przeze mnie Włosi i stadion w Dortmundzie, w którym Niemcy wsadzili nam zwycięskiego gola w doliczonym czasie w fazie grupowej. Siedziałem wtedy z ojcem przed TV i z pełnym zaangażowaniem dopingowaliśmy Italię - nie zapomnę tego wieczoru, ależ było głośno w pokoju! Mimo że w regulaminowym czasie nie padła ani jedna bramka, to zapamiętałem ten mecz jako mecz walki, w którym zasadniczo nikt nie odstawiał nogi, a Lehmann z Buffonem, dwie legendy, prześcigali się w interwencjach przy różnych groźnych strzałach. Później przyszła dogrywka... Martwiłem się, że jeżeli dojdzie do karnych, Niemcy pewnie przejdą. A na konkurs rzutów karnych się właśnie zanosiło. Nie pamiętam, co myślałem, gdy pod koniec dogrywki Włosi wywalczyli rzut rożny, ani kiedy Pirlo przed polem karnym ociągał się z oddaniem strzału. Pamiętam natomiast, że gdy Grosso wkręcił patetycznego rogala przy dalszym słupku, wyskoczyłem ze szczęścia pod sufit, zupełnie jakby zamiast Italii grała Polska. Niemcy błyskawicznie znaleźli się pod polem karnym Włochów, Cannavaro przerwał akcję, Gilardino przytrzymał kontrę i odegrał do wbiegającego Del Piero - i tutaj gardłowy ryk Szpakowskiego: "aaaaa i będzie Del Pierooooo!!! Dwa! Dwa! Nokautujące uderzenie!" Nie posiadałem się z radości - Włosi, których tak polubiłem, w finale, a Niemcy w końcu zamiast strzelić, to stracili gola w ścisłej końcówce, i to od razu dwa No i na tym samym stadionie, na którym zrobili to nam Wszystko w końcu wraca 2. Najbardziej frustrujący mecz: faza grupowa, Polska - Ekwador 0:2. Jakiż inny mógłbym wybrać? Był to drugi z czteroodcinkowego, koreańsko-niemiecko-austriacko-polskiego serialu pod tytułem "Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze" Oczekiwania były ogromne, co pisali też powyżej przedmówcy, cały naród odliczał godziny do meczu. Z samego początku jeszcze nie było widać, że coś jest nie tak. A przynajmniej ja niczego nie zauważałem. Owszem, Ekwador coś tam straszył, ale i Biało-czerwoni coś grali. W końcu uśmiech z mojej twarzy zmył gol Tenorio, który, jak wtedy mi się wydawało, wziął się znikąd. Ot, zwyczajny wrzut z autu w pole karne - wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że z czegoś takiego można stworzyć realne zagrożenie pod bramką. Ta wiedza przyszła do mnie dopiero później. Wściekłem się, ale starałem się zachowywać spokój. Spokojnie, na pewno niedługo wyrównamy, myślałem. Jasne. Z biegiem czasu narastała we mnie frustracja, że na ekranie nadal widnieje wynik 0:1, a my nie jesteśmy nawet bliscy zdobycia wyrównującej bramki. No i na dziesięć minut przed końcem nagle dwójka Ekwadorczyków wychodzi we dwóch na samego Boruca... Byłem po prostu zły, sfrustrowany. Nie potrafiłem zrozumieć, jak można było przegrać z Ekwadorem już na dzień dobry - cóż, nie pamiętałem mundialu 2002 i nie wiedziałem, że oglądam właśnie powtórkę z rozrywki. Była tylko frustracja. Smutek miał przyjść dopiero w przyszłym tygodniu. 3. Najbardziej bolesny mecz: faza grupowa, Niemcy - Polska 1:0. Jedyny przypadek, kiedy w trakcie meczu na mistrzostwach świata w moich oczach zakręciły się łzy. Tak, to w sumie nawet mój jedyny mecz, w którym spociły mi się oczy; nigdy wcześniej, ani nigdy później aż do dziś mi się to nie zdarzyło. Wiedziałem już, że Niemcy są drużyną ze światowego topu, a teraz trzeba było z nimi wygrać, a już na pewno nie wolno było przegrać. Pamiętam, jak nowością był dla mnie występ Polaków w jednolicie czerwonych trykotach, podczas gdy w eliminacjach drugim kompletem strojów były czerwone koszulki, białe spodenki i czerwone getry. Sama gra diametralnie różniła się od tej z Ekwadorem. Owszem, teraz, po latach, zauważam, że głównie się broniliśmy, a cuda w bramce wyczyniał Boruc, ale pamiętam też, że było kilka momentów zrywu i obiecujących akcji, a szarpali głównie Smolarek z Jeleniem. W dwóch lub trzech momentach aż poderwałem się wtedy z miejsca, jak było o krok od zdobycia gola, szczególnie w przypadku, gdy Jeleń strzelał tuż zza pola karnego, ale niestety wprost w ręce Lehmanna. Później przyszedł cios obuchem w głowę, gdy za drugą żółtą kartkę wyleciał Sobolewski i zrobiło się nieciekawie. Do końca wierzyłem, że skoro na zwycięstwo szansy raczej już nie ma, to przynajmniej uda się dowieźć dobre w tych okolicznościach 0:0. Niestety, Dariusz Dudka, David Odonkor, pusty środek przy dośrodkowaniu, Neville, który akurat w tym momencie znalazł się w tym konkretnym miejscu, i po zawodach. Miałem wtedy na głowie taką kibicowską czapę a'la Stańczyk. Gdy Neville przejechał przez piątkę na wślizgu, a piłka zatrzepotała w siatce obok padającego na murawę Boruca, zdjąłem ją i cisnąłem w grzejnik pod oknem. I właśnie wtedy spociły mi się oczy. Co poza tym? Naturalnie to nie są jedyne mecze, które zapadły mi w pamięć. Oczywiście jest też spotkanie Kostaryka - Polska, jedyne zwycięskie; przynajmniej w tym mogłem cieszyć się golami zdobywanymi przez naszą drużynę. Chociaż ten mecz miał być przedbiegiem walki w 1/8 finału, okazał się przedwczesnym zwieńczeniem nieudanych dla Biało-czerwonych mistrzostw. Mimo to pamiętam, że oglądałem go z przyjemnością. Emocjonujący był dla mnie przebieg konkursu rzutów karnych w ćwierćfinale Anglia - Portugalia, w którym trzymałem kciuki za Portugalczyków. Oglądaliśmy to w kilka osób na przestronnym telewizorze w salonie u mojego wujostwa. Ależ się wtedy działo! 😎 Spory ciężar gatunkowy nosił też inny ćwierćfinał, w którym Niemcy grały z Argentyną. Pamiętam, że przed spotkaniem Carlos Tevez dolał oliwy do ognia, mówiąc coś pokroju, że strzelając będzie celował w głowę Lehmanna, co oczywiście wywołało burzę. Potem gol Ayali, wyrównanie Klosego, uraz Abbondanzieriego, nadzieja, że Argentyna wyeliminuje Niemcy, no i rozczarowanie w rzutach karnych Nie zapomnę też na baaardzo długo finału Francja - Włochy. Zamroczony Thierry Henry, który nagle ożywił się, gdy ktoś ze sztabu podsunął mu pod nos fiolkę, potem gol Zidane'a z rzutu karnego, w którym był o włos od pudła. Mimo to nie traciłem wiary we Włochów, co zostało nagrodzone wyrównaniem Materazziego. Ten sam Materazzi w dogrywce pomógł Zidane'owi przedwcześnie zejść z boiska, a cała afera o to, co się wtedy stało pomiędzy nimi, gdy opuszczali pole karne Włoch, dopiero miała się rozkręcić. Potem rzuty karne i mogłem się cieszyć, że puchar wzniosła drużyna, za którą w trakcie turnieju zacząłem trzymać kciuki I tamtą Italię wspominam dziś z nostalgią Podobnie jak cały mundial A.D. 2006, który był dla mnie jedyny w swoim rodzaju, a czempionatom w 2010 i 2014 roku nie udało się mu dorównać
  9. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Tak, jesienią. Albo przedostatni, albo ostatni mecz eliminacji, nie pamiętam dokładnie.
  10. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Na mecz z San Marino przygotowałem drobne zmiany w wyjściowej jedenastce, w myśl których od pierwszej minuty na Stadionie Śląskim zagrać miał na prawym skrzydle Michał Koźmiński, na lewej obronie dałem szansę debiutu Grześkowi Wilkowi, co oznaczało, że cała lewa strona miała należeć do Wilków, na środku pomocy Lewandowskiego zmienił Konieczny, a w bramce zagrał Piętka. Około godziny 21:15 miałem już pewną informację zwrotną co do tego, co mieli do zaoferowania niektórzy z tych zawodników. Chociaż od pierwszych minut byliśmy wyraźnie lepsi od San Marino, to jednak nie błyszczeliśmy już aż tak, jak cztery dni temu z Irlandią; długo był to pokaz koszmarnych pudeł i słupków w naszym wykonaniu, aż nie mogłem uwierzyć, że tak męczymy się z San Marino. Najgorsze przyszło jednak w 24. minucie. Wtedy wzorem początku drugiej połowy z Irlandią po raz kolejny pozwoliliśmy Sanmaryńczykom podejść pod nasze pole karne, przy czym fatalnie zachował się doświadczony niby Szymański, który sfaulował Ghiottiego na 25. metrze, a Gasperoni bezpośrednim strzałem z rzutu wolnego pokonał marnie interweniującego Piętkę. Przegrywaliśmy. Z San Marino. Po pierwszym strzale rywali w tym spotkaniu. To pierwszy stracony przez nas gol z San Marino. Goście cieszyli się z sensacyjnego prowadzenia tylko przez siedem minut, choć dla nich to pewnie i tak było długo, bo w tym czasie kilkukrotnie słabo grający dotąd Pawlak i Adamczyk ratowali ich z opresji, strzelając w trybuny. W 31. minucie Szymański przerzucił grę na prawą stronę do Kiszki, ten w polu karnym wyłożył na środek, a Robert Koźmiński w końcu przełamał nasz żenujący impas strzelecki. Sanmaryńczycy wznowili od środka, Szymański szybciutko wyłuskał piłkę, Rob Koźmiński następnie podał do Adamczyka, ten przedłużył ją do wbiegającego Michała Koźmińskiego, a ten strzałem po ziemi na dalszy słupek uczynił wynik noszącym przynajmniej ślady resztek rozsądku. Niedługo później boisko ze stłuczonymi żebrami opuścił Konieczny, który pojechał do szpitala w Katowicach, by wykluczyć pęknięcie, a wszedł za niego Zbyszek Lewandowski. I wyszło na dobre, bo tuż przed przerwą Bollini sfaulował Pawlaka pod własną bramką, więc Lewandowski udowodnił, że słusznie mianowałem go głównym egzekutorem jedenastek. W przerwie nie kryłem rozczarowania po pierwsze naszą dyspozycją strzelecką, a po drugie tym, że stanowczo na zbyt wiele pozwalaliśmy dziś gościom. Swoją szansę na lewej obronie zmarnował też Grzegorz Wilk, zmieniony przez Machnikowskiego. Obrót spraw chyba najbardziej wkurzył Pawlaka, gdyż dziesięć minut po przerwie dostał dobrą piłkę na wolne pole od Mateusza i sprytnym uderzeniem pod ręką Della Vallego podwyższył na 4:1. Kolejną chwilę później po następnej szybkiej akcji Pawlak po raz drugi z rzędu popisał się nieziemskim golem, tym razem lobując sanmaryńskiego bramkarza z bardzo ostrego kąta, a piłka wpadła do bramki odbijając się od słupka. Liczyłem na to, że zdobędziemy jeszcze z trzy lub cztery gole, w końcu czasu było dużo, ale nic z tego. Mało tego, na kwadrans przed końcem kolejna niezrozumiała dezintegracja i seria haniebnych błędów skończyła się drugim golem dla San Marino, kiedy Lewandowski w drugim meczu z rzędu zawalił krycie przy dośrodkowaniu i Ghiotti pokonał przeciętnego do bólu Piętkę. Chociaż zdobyliśmy pięć bramek, to więcej okazji zmarnowaliśmy, aniżeli wykorzystaliśmy. Sam fakt, że pozwoliliśmy słabiutkiemu San Marino wcisnąć sobie aż dwa gole (tyle samo, ile Hiszpanii w marcu!), stanowił wystarczający powód do wstydu. Tacy zawodnicy, jak Grzegorz Wilk i Tomek Konieczny raczej nie musieli się martwić, że za rok każę im jechać z nami do Kanady, bo skoro grają kiepsko z tak słabym rywalem, to tym bardziej nie poradzą sobie przeciwko silnym ekipom na mundialu. O ile Lewandowski świetnie egzekwuje rzuty karne, o tyle będę obserwował jego zachowania przy pojedynkach główkowych, z kolei Piętka na tę chwilę nawet nie ma co marzyć o wygryzieniu Górki z bramki, bo oba strzały Sanmaryńczyków, które skończyły się dziś straconymi golami, były do wybronienia, i to przez średniej klasy bramkarza. Łotwa tym razem pokonała u siebie Maltę 2:1, dzięki czemu uciekła z ostatniego miejsca w grupie, spychając na nie San Marino. Z kolei świetnie informacje doszły do nas z Albacete, gdzie Hiszpania nieoczekiwanie zaledwie zremisowała bezbramkowo z Irlandią. Dzięki temu wreszcie odkleiliśmy się od Hiszpanów i zostaliśmy samodzielnym liderem grupy trzeciej, co było w zasadzie jedyną naprawdę dobrą wiadomością tego wieczoru. Grupa trzecia: 1. Polska – 16 pkt – 30:5 2. Hiszpania – 14 pkt – 16:3 3. Malta – 6 pkt – 8:14 4. Irlandia – 5 pkt – 10:15 5. Łotwa – 5 pkt – 6:13 6. San Marino – 4 pkt – 5:25
  11. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W czasie odpoczynku po spotkaniu z Irlandią i przygotowań do meczu z San Marino zadzwonił do mnie Olek Wasoski, od którego dowiedziałem się, że nasz dotychczasowy rezerwowy bramkarz Heinz Kruse postanowił nie przedłużać kontraktu z RWE i na prawie Bosmana przejść do drużyny FC Augsburg, która w przyszłym sezonie rozpocznie rywalizację w 2.Bundeslidze. Nie miałem do Heinza żadnych pretensji, i tak w przyszłym sezonie miałby iluzoryczne szanse na grę, a w Augsburgu przynajmniej powalczy o miejsce w wyjściowym składzie. Maj 2025 Bilans (Rot-Weiss Essen): 2-0-1, 5:4 Bundesliga: 12. miejsce DFB-Pokal: – Finanse: 3,96 mln euro (+677 tys. euro) Gole: Andreas Schachner (19) Asysty: Andreas Schachner (8) Bilans (Polska): 1-0-0, 7:1 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [+0 pkt nad Hiszpanią] Ranking FIFA: 3. [=] Ligi: Anglia: Chelsea Londyn [M] Austria: Rapid Wiedeń [M] Francja: Olympique Lyon [M] Hiszpania: Valencia [M] Niemcy: HSV Hamburg [M] Polska: Wisła Kraków [M] Rosja: FK Moskwa [+2 pkt] Szwajcaria: Young Boys [M] Włochy: AC Milan [M] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - 31.05, eliminacje MŚ 2026, Polska - Irlandia, 7:1 Ranking FIFA: 1. Brazylia [1244], 2. Anglia [1157], 3. Polska [1122]
  12. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Nieoczekiwanie Nuno wzbudził nieliche zainteresowanie i już kilka dni po podsumowaniu sezonu zgłosiło się do nas dwóch poważnych kupców. Krótkie starania o Portugalczyka ostatecznie wygrało jednak angielskie Charlton, które zapłaci nam latem okrągłe 3 200 000€, więc ubiliśmy interes skuteczniej, niż muchę w kiblu, a choć Nuno nie przysłużył się zbytnio RWE, to przynajmniej zdobyliśmy dzięki niemu konkretne pieniądze. Później jednak wyłączyłem telefon, bo chciałem skupić się w pełni na zgrupowaniu i pracy nad zdobyciem kompletu punktów w obu spotkaniach eliminacyjnych. Chociaż przez ostatni rok Irlandia grała fatalnie, a tamtejsza prasa określała te eliminacje długim pogrzebem irlandzkiej piłki, zamierzałem potraktować ten mecz zupełnie serio i wystawiłem absolutnie najmocniejszy skład, jakim mogłem obecnie dysponować. W końcu udało mi się zestawić w ataku dwóch najdroższych polskich napastników, czyli Marcina Pawlaka i Tomka Adamczyka, na lewym skrzydle zagrać miał coraz lepiej spisujący się Wilk, w środku pola połączenie młodość+doświadczenie Robert Koźmiński i Piotrek Szymański, zaś na lewej obronie cofnięty jakiś czas temu z pomocy Machnikowski, który jak na razie nadal miał pełnić funkcję bocznego defensora. Irlandczyków na Stadionie Śląskim tuż po wyjściu z tunelu przywitał i jednocześnie mocno speszył sztormowy ryk ponad czterdziestu jeden tysięcy polskich kibiców, którzy skutecznie zagłuszali dwutysięczne sektory przyjezdnych. Może i kiedyś Irlandia była bardzo niewygodnym i nieprzewidywalnym rywalem, ale dziś naszym rywalom coraz bliżej było do miana europejskich kelnerów serwujących punkty. Zmiażdżyliśmy ich już w pierwsze dwadzieścia minut, a potem tylko demolowaliśmy raz po raz, co sprawiało mi niekłamaną radość, gdyż nadal w pamięci miałem porażkę z 2011 roku. Już w piątej minucie Lewandowski z Szymańskim rozegrali krótką akcję, po której Piotrek uruchomił Wilka, a Tomek zszedł ze skrzydła, efektownie przedryblował trzech rywali (dwóch z lewej, jeden z prawej) i mocnym strzałem po ziemi otworzył wynik masakry i swoje konto strzeleckie w kadrze. Kwadrans później przy głębokiej, nieprzyjemnej (dla rywali) centrze Kiszki Pawlak zostawił w tyle spóźnionego Walsha i potężną główką po przekątnej pokonał Doyle'a. W 20. minucie Irlandia wznowiła grę z autu na swojej połowie i nawet próbowała jakoś rozegrać piłkę, tyle że Lemanowicz bez trudu zabrał ją Fitzpatrickowi tuż przed polem karnym, ściął po ziemi do Adamczyka, a Tomek ekwilibrystycznym strzałem z lewej nogi zewnętrzną częścią stopy wkręcił piłkę w dalsze okienko bramki; takiego gola na własne oczy chyba jeszcze nie widziałem przez tych dwadzieścia lat. Błyskawiczne 3:0 załatwiało sprawę, ale skoro wychodziło nam niemalże wszystko, a najczęściej będącym przy piłce zawodnikiem Irlandii był bramkarz Doyle, to dlaczego mielibyśmy nie strzelić jeszcze kilku bramek? Chwilę później z rzutu wolnego Lewandowski dalekim wykopem przerzucił wszystkich rywali, zaś Pawlak dynamicznym startem po raz drugi uciekł Walshowi i skierował piłkę do siatki. Irlandczycy nie byli w stanie nawet powąchać piłki, zupełnie osłupiali O'Connor, Connolly i O'Reilly stanowili dla moich zawodników tyczki treningowe w środku pola, a w 32. minucie po jednej z takich "slalomowych" akcji piłka powędrowała do Kiszki, który po nodze O'Sullivana natychmiast dośrodkował na głowę Adamczyka, który zdobył już swoją 110. bramkę w narodowych barwach. Natomiast w 37. minucie Machnikowski zagrał po linii do Wilka, który wrzucił pod linię końcową, a tam Pawlak zgasił piłkę i z praktycznie zerowego kąta strzelił między nogami Doyle'a, kompletując klasycznego hat-tricka. Na przerwę do szatni schodziliśmy w rewelacyjnych humorach, szkoda więc, że tuż po przerwie zostały one podburzone; zupełnie niepotrzebnie, zamiast dalej grać swoje, pozwoliliśmy Irlandczykom pokopać na naszej połowie, co skończyło się dośrodkowaniem O'Neilla, błędem w wyskoku do główki Lewandowskiego i honorowym golem Stephena Doyle'a. Po coooo...? Tyle dobrze, że przynajmniej ostatnie słowo należało do nas. Zamiast trwonić przewagę bramkową i niszczyć całe wrażenie z pierwszej połowy, wróciliśmy do naszej dobrej gry, Irlandia znów przestała istnieć, po godzinie gry Kiszka dośrodkował z prawej strony, a Pawlak trzeci raz ośmieszył Walsha przy górnej piłce i swoim czwartym trafieniem ustalił wynik skutecznego rewanżu za 2011 rok na mocne 7:1, choć mogło i powinno być 7:0. W pozostałych dwóch meczach naszej grupy padły dość przewidywalne wyniki; w Rabat Malta pokonała San Marino 3:0, a w Rydze Łotwa uległa Hiszpanii 0:2. Tym samym powiększyliśmy nad Hiszpanami przewagę w bilansie bramkowym już do dziewięciu goli. Z innych grup, do sporej sensacji doszło w grupie szóstej, w której nieoczekiwanie Niemcy przegrały z Mołdawią 0:1. Po powrocie do Essen mogło być ciekawie. Grupa trzecia: 1. Polska – 13 pkt – 25:3 2. Hiszpania – 13 pkt – 16:3 3. Malta – 6 pkt – 7:12 4. San Marino – 4 pkt – 3:20 5. Irlandia – 4 pkt – 10:15 6. Łotwa – 2 pkt – 4:12
  13. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Adamczyk cały czas jest dla mnie cyborgiem-ewenementem; kiedy w 2013 powoływałem go pierwszy raz do kadry jako nieśmiałego 19-latka, nie sądziłem, że właśnie wprowadzam do kadry jej najlepszego strzelca w dziejach 😉 Nawet Korzym około 2014 roku nie był aż tak bramkostrzelny, jak teraz Adamczyk. Szkoda tylko, że na turniejach nie jest równie skuteczny, jak w eliminacjach 😉 Owszem, jakieś gole na mundialach i Euro zdobywa, ale do korony Króla Strzelców to mu za każdym razem sporo brakuje 😉 "Zbalansowanie wiekowe" jest jednoznacznym dowodem na to, że złota jedenastka z 2014 roku ma pokolenie godnych następców 😀 Na przykład nasi obecni napastnicy (konkretnie tercet Adamczyk-Halilović-Pawlak) właściwie od dekady stanowią niezmienny postrach piłkarskiego świata, a niektórzy z kadrowiczów nadal pamiętają złoto na MŚ 2018 😉 Teraz powoli staram się przeprowadzać wymianę pokoleniową, by wykreować nowych mistrzów, a jak na razie na takich zapowiadają się obaj Koźmińscy i Dudek w ataku. Jedyne, co mnie martwi, to brak naprawdę utalentowanych bramkarzy; nie mam pojęcia, co będzie po odejściu Górki i Piętki. Ekstraklasa w zasadzie wiernie odwzorowuje rzeczywistą "siłę" polskiej ligi 😉 Spora część moich reprezentantów zaczynała w Polsce, ale potem szybko wyjeżdżali do silniejszych lig. Nie dziwię im się. Z obecnej kadry jeden tylko Tomek Lemanowicz nadal jest zawodnikiem Wisły Kraków, choć teraz przebywa na wypożyczeniu w Dynamie Kijów. Wcześniej na takiej samej zasadzie grał w Austrii Wiedeń. Długo chyba w Krakowie nie zabawi i w końcu wyjedzie gdzieś na Zachód. Żaden zawodnik grający na co dzień w Ekstraklasie nie ma w tej chwili co marzyć o reprezentacji, bo się po prostu nie nadaje.
  14. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Pomimo końca długiego i bardzo trudnego sezonu nie odczuwałem potrzeby żadnego odpoczynku od piłki, więc cieszyłem się na zbliżające się mecze eliminacji do Mistrzostw Świata. Na przełomie maja i czerwca mieliśmy na kilka dni zakotwiczyć w Chorzowie, gdzie na Stadionie Śląskim czekał nas najpierw trudny mecz 31 maja z mimo wszystko nieobliczalną Irlandią, a cztery dni później, 3 czerwca teoretycznie o wiele lżejszy pojedynek z San Marino. Trzy punkty z Sanmaryńczykami brałem niemal w ciemno, więc szczególną uwagę poświęcałem Irlandii, gdyż po raz ostatni mierzyliśmy się z Zielonymi w... 2011 roku, czyli czternaście długich lat temu, i akurat przegraliśmy wtedy 0:1 tu, w Chorzowie. Nadszedł czas na, oby, srogi rewanż. Do kadry nareszcie powrócił Michał Górka, który zdążył już i wykurować bark, i wrócić do formy meczowej. Ponadto, z racji nieobecności Darka Zająca z powodu kontuzji mięśni grzbietu, zdecydowałem powołać w jego miejsce debiutanta Grześka Wilka z holenderskiej Bredy, który miał za sobą bardzo dobry sezon i nie wykluczałem, że otrzyma szansę zaprezentowania się w koszulce z orłem na piersi. Tym samym wraz Tomkiem Wilkiem miał tworzyć drugi po Michale i Robercie Koźmińskich duet zawodników o ciekawej zbieżności nazwisk.
  15. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    I tutaj nie będzie żadną nowością powiedzieć, że prawe skrzydło nie do końca istniało. W pierwszej połowie sezonu podstawowym zawodnikiem był tutaj Vink, ale Holender miał tę kluczową wadę, że gdy tylko udało mu się zagrać bardzo dobry mecz, natychmiast przetykał go czterema beznadziejnymi, których często nie potrafił dograć do końca, ściągany przeze mnie z powodu słabiutkiej gry. Na wiosnę postanowiłem wypróbować Suáreza, który był wprawdzie nominalnym środkowym pomocnikiem, ale na swojej pozycji był dopiero pod koniec pierwszej dziesiątki w kolejce do gry. No i spisał się trochę lepiej od Vinka, już do ostatniego meczu nie oddając mu miejsca na prawej stronie, ale nie powiedziałbym, żeby spisał się jakoś rewelacyjnie. Musiałem szybko znaleźć dobrego zawodnika w ich miejsce, bo Vink z Suárezem nie byli piłkarzami, na których można opierać grę drużyny. Block i Seitz, którzy potrafili dać klubowi wiele dobrego w Regionallidze, teraz mieli pożegnać się z RWE po wygaśnięciu kontraktów i schyłek kariery dograć w mniej wymagającym otoczeniu, gdyż byli już za słabi jak na nasze potrzeby, a nie zasługiwali na wysiadywanie na trybunach i klepanie w rezerwach co wtorek. Byłem pod olbrzymim wrażeniem Markusa Rosego – nasz kapitan, jedyny w klubie zawodnik europejskiego foramtu, wraz z kolejnymi awansami grał coraz lepiej! O ile w drugiej lidze grał znakomicie i był pewnym filarem zespołu, o tyle teraz w Bundeslidze swoją genialną postawą sprawiał, że czapki same zdejmowały się z głów, a on sam miał olbrzymi wkład w wywalczone utrzymanie. Ale jak zawsze i w tym musiał tkwić jakiś haczyk – jak wspomniałem, Markus dorobił się już reputacji daleko wykraczającej poza Niemcy, był coraz bardziej rozpoznawalny w większości najmocniejszych lig Starego Kontynentu, miał obecnie tylko rok do końca kontraktu, ponadto zdążył zatrudnić agenta, który już zaczął mieszać mu w głowie i przekonywać, że powinien jak najszybciej przejść do większego, bogatszego klubu. Sam Markus co prawda milczał, ale przez ostatnich dwadzieścia lat niejeden raz przekonałem się, jak wiele potrafią zniszczyć agenci wschodzących gwiazd, więc musiałem się liczyć z tym, że przyszły sezon będzie ostatnim, jaki Rose rozegra w Rot-Weiss Essen. Thomas Franz starał się dotrzymywać kroku Markusowi i wychodziło mu to całkiem zacnie; nie mogłem mu w zasadzie nic zarzucić, a w przyszłym sezonie nadal miał pilnować swojej roli partnera Rosego. Trochę gorzej było z Franckiem Brou, gdyż Iworyjczyk zaczął sezon obiecująco, a później obniżył loty i w większości meczów grał rozczarowująco przeciętnie. Zbyt przeciętnie. Nie za bardzo wiedziałem, co zrobić z Jairo, gdyż sprowadziłem go do klubu trochę pochopnie i niezbyt potrafił nawiązać walkę z kolegami o miejsce w składzie, ale z drugiej strony rozegrał wiosną całkiem dobre spotkanie, i to przeciwko Bayernowi Monachium, więc zamierzałem zatrzymać go na rok na czarną godzinę. Na podobne względy nie miał już co liczyć Guyt, który dał już klubowi to, co miał dać, więc mógł iść, bo nie ma już nic. W rezerwach z kolei wyrastał potencjalny następca Rosego w osobie obiecującego Christiana Gerbera, a i Tobiasowi Hornigowi nie można było odmówić talentu. W pierwszej części rozgrywek podstawowym lewym pomocnikiem był Mikkel Andreasen, solidny zawodnik, który jednakże wciąż nie potrafił wyleczyć się z identycznych skłonności, co Vink, czyli przeplatania dobrego meczu kilkoma fatalnymi. Na wiosnę postanowiłem zagrać va banque, awansować w końcu do pierwszego zespołu utalentowanego Kevina Brunsa i... żałowałem, że zdecydowałem się na to tak późno! Fenomen Kevina wręcz eksplodował – młodziutki dziewiętnastolatek nagle dołączył do pierwszego zespołu, został podstawowym lewoskrzydłowym w piekielnie trudnej Bundeslidze i nic sobie z tego nie zrobił; z marszu zagrał wiosnę jak stary, doświadczony rutyniarz! Rewelacyjna średnia Brunsa była wprost niewiarygodna, ponadto ciągle podnosił swoje umiejętności, więc w przyszłym sezonie miał być bezapelacyjnie podstawowym zawodnikiem pierwszego zespołu. Niezwłocznie postanowiłem też zaproponować mu długi, wieloletni kontrakt, póki jeszcze nie oczekiwał zbyt wysokiej pensji i nie zaczęły zabijać się o niego europejscy giganci. Seba Franz, choć umiejętności miał, nie potrafił przebić się do wyjściowej jedenastki, więc uznałem, że jeżeli zgłosi się po niego jakiś klub, nie będę przeszkadzał mu w odejściu do zespołu, w którym miałby zapewnioną regularną grę. Teoretycznie najlepszym strzelcem RWE był plugawy zdrajca Andreas Schachner, który jednak koszmarnie zawiódł mnie swoją decyzją o podpisaniu kontraktu z Karlsruhe, dokąd przejdzie w lipcu, więc niezwłocznie relegowałem go do U-19, i w sumie nie ma po co poświęcać mu więcej uwagi. Lepiej zająć się piłkarzami, którzy chcieli grać w Essen i deklarowali swoją więź z zespołem. Tutaj najlepszym zawodnikiem na papierze był Klaus Walter, który jednak mimo to miał sporo do poprawienia i liczyłem na to, że w przyszłym sezonie będziemy mieli z niego więcej pożytku. Miałem też nadzieję, że Barisić i Topolski zaczną śmielej demonstrować swoje umiejętności, które w nich drzemały; nie dało się ukryć, że obaj mieli papiery na grę, ale marnowali trochę za dużo okazji, które przy odrobinie zimnej krwi powinny były kończyć się zdobytym golem, a nie w rękach bramkarza. Nie można jednak żyć samą nadzieją, więc zamierzałem rozejrzeć się za jeszcze jednym klasowym napastnikiem, który miałby zasilić zespół wraz z Wolfem, który przyjdzie do nas latem ze Sportingu Lizbona. Zbyt słabo grający Nuno, który do tego opuszczał treningi bez usprawiedliwienia, został wystawiony na listę transferową, a podobnie uczyniłem w przypadku Marco, który był powszechnie nielubiany w klubie, a jego złe relacje z większością zawodników z pewnością miały swój negatywny wpływ na atmosferę w szatni, a co za tym idzie również na nasze wyniki. Pozostało mi mieć nadzieję, że po jego odejściu sytuacja ulegnie znaczącej poprawie.
×