Skocz do zawartości
Zapraszamy do nominowania swoich kandydatów, którzy przez najbliższe pół roku mieliby być moderatorami na Forum
TEMAT DO NOMINACJI

Ralf

Użytkownik
  • Zawartość

    2801
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

294 Lubiany

O Ralf

  • Tytuł
    Kapitan drużyny

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Cień wielkiej trybuny

    Ciekawa idea, ale to już nie tego lata -------------------------------------------------------- Pierwszego dnia po powrocie do Essen od razu pochłonął mnie wir pracy, tak że szybko zapomniałem o Euro. Zanim zaczęło się urwanie głowy, osobiście przywitałem szybko czwórkę juniorów z naszej szkółki, którzy będą w tym roku szkolić się w drużynie U-19. Potem zaś rozpoczęły się poważne ruchy transferowe, od których klimat w klubie zaczął bardzo przypominać mi lotnisko i tłumy pasażerów przemieszczające się w jedną i drugą stronę. Otwarcie okna transferowego udowodniło, że przez pół ubiegłego sezonu nie próżnowałem i ostro pracowałem nad wzmocnieniami drużyny, najbardziej w formacji defensywnej i w ataku. Szczególnie zależało mi na gruntownej przebudowie obrony, która w 2.Bundeslidze była naszym przekleństwem i wielokrotnie niweczyła wysiłki napastników, więc z wielką ochotą witałem i oprowadzałem po klubie nowych defensorów: mojego rodaka Marcina Gruszkę (23 l., O/DBP/P L, Polska, 7/0 U-21) kupionego za śmieszne 22 000€ z Bayreuth (swoją drogą, Marcin był zachwycony przeprowadzką do Essen), sprowadzonych za darmo Mario Negro (22 l., O Ś, Włochy; 5/0 U-21) z Brescii, Davida Pitteta (27 l., O Ś, Szwajcaria; 11/0 U-21) z Schaffhausen, wychowanka Lecce Matteo De Martina (20 l., O Ś, Włochy), Jana Buscha (27 l., O Ś, Niemcy; U-19) z Ajaxu, który w zeszłym sezonie świetnie poradził sobie w Bundeslidze na wypożyczeniu w Hannover 96, Gianfranco Bernardiniego (23 l., O Ś, Włochy) z Brescii, reprezentanta Białorusi Aleksandra Wierbickiego (25 l., O Ś, Białoruś; 23/1) z Olympique Nîmes oraz zawodnika reprezentacji Danii Andersa Albrechtsena (23 l., O PŚ, DP, Dania; 18/1) z dobrze mi znanego austriackiego Kapfenberg. Maurizio Ambrosio (20 l., O Ś, Włochy) z Perugii miał póki co nadrabiać braki treningowe w rezerwach. Równie ważne były wzmocnienia linii ataku. Uzdolniony Andreas Schachner (20 l., N, Austria; 5/0 U-21) z również aż za dobrze znanego mi Salzburga, Chorwat Darko Marisić (23 l., N, Chorwacja; 9/0) z Delémont, Nuno (26 l., N, Portugalia; 2/1) z Sochaux i pozyskany z Werderu Brema Klaus Walter (25 l., N, Niemcy; U-19) mieli dać mi więcej możliwości rotowania wysuniętą dwójką i umożliwiać mi reagowanie na załamania formy kogokolwiek z nich, a przy odrobinie szczęścia wśród nowo przybyłych snajperów mógł znaleźć się nasz przyszły strzelec wyborowy. Warto było zwrócić też uwagę na wzmocnienia drugiej linii. Pozyskany na prawie Bosmana z Schaffhausen Fernando Suárez (25 l., OP Ś, Argentyna), Franck Brou (27 l., DP, Wybrzeże Kości Słoniowej; 12/0) z Wehen i Jairo (20 l., DP, Brazylia) z Elverbsergu zasilili pierwszy zespół, z kolei wychowanek Ajaxu, Holender Mark Hofstede (21 l., DP, Holandia; U-19) z Ismaning i Andrade (20 l., P LŚ, Portugalia; U-19) z Gil Vincente zostali tymczasowo umieszczeni w drużynie rezerw, a młodziutki Christian Gerber (16 l., P Ś, Niemcy) sprowadzony za 20 000€ z Wilhelmshaven w drużynie U-19. Tym razem zbędnych graczy pozbywałem się bez żadnych sentymentów, musiałem bowiem nie tylko odciążać napięty przez wzmocnienia budżet płac, ale też posprzedawać tych, którzy byli za słabi na RWE i którzy mogli truć atmosferę w szatni. Przede wszystkim kamień spadł mi z serca, gdy z klubu odszedł powszechnie nielubiany w drużynie napastnik Andrea Vecchi, moja pomyłka transferowa sprzed roku, którego za 1 200 000€ kupił trzecioligowy Augsburg; przynajmniej zarobiliśmy pieniądze, bo Vecchi był sprowadzany do Essen na prawie Bosmana. Za 2 000€ do Darlington odszedł Christian Fleischer, a na wolny transfer po wygaśnięciu kontraktów zwolniłem Andreasa Schwabego, Saschę Hoeneßa, Christiana Hoffmanna, Franka Mangolda, Uwe Stahla, Michaela Heinrichsa, Thorstena Genslera i Diego Fernando Cárdenasa. Pozostawało już tylko mieć nadzieję, że w najbliższych tygodniach uda mi się znaleźć kupców na graczy wiszących na liście transferowej, a poza tym kadrowo byliśmy gotowi na rozpoczęcie okresu przygotowawczego do nowego sezonu i nowego wyzwania – debiutu w Bundeslidze, do której Rot-Weiss Essen powracało po dziesięciu latach, a ja po czterech.
  2. Cień wielkiej trybuny

    Sezon 2023/24 Ligi świata: Anglia Czołówka Premiership: 1. Manchester City, 2. Leeds United, 3. Manchester United; Spadek do Championship: 18. Charlton, 19. Hull, 20. Sheffield United Awans do Premiership: 1. West Ham, 2. Ipswich, Br. MK Dons; FA Cup: Sunderland; Carling Cup: Newcastle United. Austria Czołówka T-Mobile Bundesligi: 1. Rapid Wiedeń, 2. Sturm Graz, 3. Admira Wacker; Spadek do Erste Ligi: 10. DSV Leoben; Awans do T-Mobile Bundesligi: 1. FC Gratkorn; Hallen Cup: SV Ried. Francja Czołówka Ligue 1: 1. Olympique Lyon, 2. PSG, 3. AS Monaco; Spadek do Ligue 2: 18. Le Havre, 19. St. Etienne, 20. Montpellier; Awans do Ligue 1: 1. Toulouse, 2. Rennes, 3. Martigues; Coupe de France: Nantes; Coupe de Ligue: Strasbourg. Hiszpania Czołówka Primera Divisón: 1. Betis Sewilla, 2. Real Madryt, 3. Sevilla; Spadek do SDA: 18. Lleida, 19. Espanyol, 20. Málaga; Awans do Primera División: 6. Xerez, 7. Córdoba, 9. Villajoyosa; Copa del Rey: Osasuna; Supercopa: Sevilla. Niemcy Czołówka Bundesligi: 1. Werder Brema, 2. HSV Hamburg, 3. Bayern Monachium; Spadek do 2. Bundesligi: 16. Hannover 96, 17. 1.FC Kaiserslautern, 18. Erzgebirge Aue; Awans do Bundesligi: 1. SC Freiburg, 2. TSV 1860 Monachium, 3. Rot-Weiss Essen; DFB-Pokal: Hansa Rostock; Liga Pokal: 1.FC Nürnberg. Polska Czołówka Ekstraklasy: 1. Polonia Warszawa, 2. Wisła Kraków, 3. Legia Warszawa; Spadek do II ligi: 15. Korona Kielce, 16. Arka Gdynia; Awans do OE: 1. Cracovia, 2. Górnik Zabrze; Puchar Polski: Korona Kielce. Rosja Czołówka Premier Ligi: 1. CSKA Moskwa, 2. Szynnik Jarosław, 3. Kubań Krasnodar; Spadek do Pierwowo Dywizjona: 15. Ałania Władykaukaz, 16. Zenit Sankt Petersburg; Awans do Premier Ligi: 1. Lokomotiw Czita, 2. Amkar Perm. Kubok Rassij: Rubin Kazań; Superpuchar: CSKA Moskwa. Szwajcaria Czołówka Axpo Super League: 1. FC Basel, 2. Grasshopper Zurych, 3. Young Boys; Spadek do Challenge League: 10. Stade Nyonnais; Awans do ASL: 1. FC Aarau; Swisscom Cup: Servette FC. Włochy Czołówka Serie A: 1. Lazio Rzym, 2. Juventus Turyn, 3. AC Milan; Spadek do Serie B: 18. Piacenza, 19. Brescia, 20. Messina; Awans do Serie A: 1. Torino, 2. Perugia, Br. Siena; Coppa Italia: Parma; Supercoppa: AC Milan. Europejskie Puchary: Liga Mistrzów UEFA: 1. AC Milan, 2 Bayern Monachium. Puchar UEFA: 1. Werder Brema, 2. Chievo Werona. Superpuchar Europy: 1. AC Milan, 2. Arsenal Londyn Mistrzostwa Europy 2024: 1. Hiszpania 2. Francja
  3. Cień wielkiej trybuny

    A tam, od razu patałachów Pierwszy nieudany turniej od dwunastu lat, nie ma tragedii Zawiedli głównie najbardziej doświadczeni zawodnicy, co jest jawnym sygnałem, że czas na zintensyfikowanie wymiany pokoleniowej. Byle tylko pojawili się godni następcy mistrzów. --------------------------------------------------------------- Godzinę po zakończeniu spotkania władze PZPN wydały oficjalne oświadczenie, w którym poinformowały, że Mr. Ralf pozostanie na stanowisku i poprowadzi reprezentację w eliminacjach do mundialu w Kanadzie. Chociaż przez ostatnie kilka lat część naszych narodowych przywar wyraźnie osłabła, to niezmiennie po zawalonym turnieju utworzyły się w kraju dwa obozy; pierwszy, stosunkowo nieduży, składał się z krytykantów, którzy niezadowoleni z odpadnięcia już w fazie grupowej uznali, że się wypaliłem, "sprzedałem" (nawet nie próbowałem rozszyfrować, co to miało oznaczać, bo nie przypominałem sobie, bym zgodził się wystąpić przed Euro w jakiejkolwiek reklamie z gatunku "Brawo ty, brawo ja") i najwyższy czas na zmianę warty. Drugi obóz, duuużo większy, z kolei zrzeszał ogrom kibiców, zarówno młodszych, jak i tych, którzy pamiętali jeszcze mundial 1982, a może nawet 1974, nie potrafiących sobie wyobrazić jakiegokolwiek selekcjonera zamiast mnie. Innymi słowy, mimo świeżej porażki, nadal cieszyłem się w Ojczyźnie mianem żywej legendy. Nie pchałem się specjalnie do dziennikarzy, więc kiedy już pożegnałem się z ostatnimi z moich najbliższych współpracowników, którzy dotąd jeszcze nie porozjeżdżali się do domów – Maciek Skorża i Andrzej Niedzielan – zdążyliśmy z Moriente na wieczorny lot do Niemiec. Starałem się ochłonąć po gorzkich dniach w reprezentacji, w czym nie pomagał mi Javier, ale tylko z początku. – Może to jest trochę dziwne, muchacho, ale chociaż moja España nareszcie została campeón i powinienem volverse loco de felicidad, to jednak czuję się un poco przygnębiony, de puta madre – stwierdził w czasie lotu, gdzieś w rejonie pomiędzy Dreznem a Berlinem. Spojrzałem na Moriente z miną wyrażającą bezradność połączoną z czymś dziwnym, bliskim sąsiadem obojętności, a może zrezygnowania. – Ja tym bardziej, Moriente, ja tym bardziej – odpowiedziałem. – De puta madre, czy jak to tam leciała ta polska wiązanka po hiszpańsku. – Nadal zastanawiam się, por qué tak się stało. W Portugal było tak perfectamente, bola sama kleiła się do pierna, wszystko wychodziło. Teraz inna drużyna, muchacho. – Wiek robi swoje, Javier – stwierdziłem. – To się tylko tak wydaje, że trzydziestka to nie jest sędziwy wiek, człowiek nadal jest młody, ma mnóstwo werwy, chce żyć. Przecież gdy w 2005 roku zaczynałem w Gratkorn, kończyłem akurat trzydziestkę, a mimo że nadal odczuwałem skutki dawnego wypadku, czułem się silny i pełny energii. W życiu codziennym to wszystko wystarczy, można nie odczuwać różnicy w stosunku do tego, jak miało się dwudziestkę. Ale na boisku, szczególnie na najwyższym poziomie, właśnie zaczyna się odczuwać te drobne różnice. Gdy w gitarze przeciągniesz lub nie dociągniesz struny, to jeżeli zagrasz pojedynczy dźwięk, będzie w porządku. Ale kiedy uderzysz pełny akord, od razu usłyszysz, że instrument jest rozstrojony – opisałem, dla zobrazowania posługując się moją prywatną pasją, czyli gitarami. – Dawno temu słyszałem, że z biologicznego punktu widzenia okolice 27. roku życia to moment kulminacyjny, w którym ciało osiąga swoją szczytową formę, a potem zaczyna równia pochyła, czyli organizm pomalutku, kroczek po kroczku zaczyna się starzeć. – To oznacza, że potrzeba nuevos, jóvenes zawodników? – spytał. – W dużym uproszczeniu tak. Nie oznacza to, że teraz mam wyrzucić od razu wszystkich starszych reprezentantów, ale czas tych, którzy najbardziej zawiedli teraz w Danii, właśnie minął. Wcześniej sprawdzałem w kadrze paru ciekawszych zawodników, na pewno na swoją szansę czekają następni, więc pozostaje mieć nadzieję, że w eliminacjach zabłysną godni następcy. – Myślałeś może, muchacho, że skoro teraz nie wyszło z equipo, powinno wyjść w klubie? Po tym pytaniu nie odpowiedziałem od razu, lecz najpierw przymrużyłem oczy i zapatrzyłem się w bliżej nieokreśloną przestrzeń, analizując to, co właśnie powiedział. Zanim jednak Moriente zdążył mnie tyrpnąć, skierowałem na niego bliski ekscytacji wzrok. – A może, Moriente, a może! Czerwiec 2024 Bilans (Rot-Weiss Essen): 0-0-0, 0:0 Bundesliga: – DFB-Pokal: – Finanse: 9.65 mln euro (+13,24 mln euro) Gole: – Asysty: – Bilans (Polska): 1-0-2, 5:3 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, vs. Hiszpania, Irlandia, Łotwa, Malta i San Marino Euro 2024: Grupa D, 0:1 ze Szwecją, 4:0 ze Szwajcarią, 1:2 z Francją; out Ranking FIFA: 3. [=] Ligi: Anglia: – Austria: – Francja: – Hiszpania: – Niemcy: – Polska: – Rosja: CSKA Moskwa [+1 pkt] Szwajcaria: – Włochy: – Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - 09.06, ME 2024, gr. D, Polska - Szwecja, 0:1 - 14.06, ME 2024, gr. D, Szwajcaria - Polska, 0:4 - 19.06, ME 2024, gr. D, Polska - Francja, 1:2 Ranking FIFA: 1. Brazylia [1361], 2. Włochy [1258], 3. Polska [1236]
  4. Cień wielkiej trybuny

    Byliśmy już od kilku dni w kraju, gdy 30 czerwca na Parken w Kopenhadze odbył się finał Mistrzostw Europy 2024. W Warszawie na ekranie telewizora obejrzałem z Moriente, Maćkiem Skorżą i Andrzejem Niedzielanem niemal kopię finału z 2008 roku – zarówno szesnaście lat temu, jak i teraz starły się ze sobą reprezentacje Francji i Hiszpanii. Był to bardzo wyrównany spektakl, tylko dziś zabrakło jedynie bramek. Po 120 minutach gry na zasadzie "akcja za akcję" losy pucharu rozstrzygały rzuty karne, które dla Hiszpanów były o tyle formalnością, że Francuzi zepsuli trzy pierwsze jedenastki z rzędu. W ten oto sposób Hiszpania odegrała się za 2008 rok i przełamała swój długoletni kryzys, zdobywając pierwsze od 1964 roku trofeum na wielkiej imprezie, nie licząc wygranych Igrzysk Olimpijskich w 2016 roku. W poniedziałek, dzień po finale, odbyło się zebranie w siedzibie PZPN. Kompletnie nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, w końcu po raz pierwszy od 2012 roku nie wyszliśmy z grupy, a cały naród był przyzwyczajony do sukcesów i do tego, że na żadnej imprezie od mundialu we Włoszech nie kończyliśmy udziału w turnieju wcześniej, niż na półfinale. O dziwo, nie było żadnych gromów, żadnych awantur, zero krzyków ani cierpkich słów. Mało tego, sam prezes PZPN-u bardzo zaskoczył mnie swoją przemową, którą mówiła wszystko: – Nie zawsze można wszystko wygrywać, kiedyś w końcu przyjdzie słabszy moment. Jako były piłkarz wiem o tym bardzo dobrze. Powiem nawet, że w gruncie rzeczy jestem zadowolony. Zadowolony z tego, że pomimo wyraźnego dołka i meczu ze Szwecją, który nie wyszedł, drużyna narodowa pokazała charakter, najpierw pokonując Szwajcarów, a następnie walcząc do końca z Francją, wicemistrzem Europy, któremu niewiele brakło do złotego medalu. Nie obchodzi mnie, co wygadują media – prezes skrzywił się z niechęcią – nie widzę żadnego powodu, żebyś miał nie pracować dalej z kadrą, Ralf. Zamiast zajmować się medialnymi bzdurami, lepiej omówmy plany na eliminacje do Mistrzostw Świata – po tych słowach mój zwierzchnik przeszedł na tematy związane z przyszłością. Z dużej chmury nie kapnęła ani kropelka deszczu. Przynajmniej przez kolejne 1,5 roku miałem nadal być selekcjonerem dwukrotnych mistrzów świata z 2014 i 2018 roku oraz wicemistrzów Europy z 2020 roku – reprezentacji Polski.
  5. Cień wielkiej trybuny

    W czwartek w pierwszym ćwierćfinałowym starciu Serbowie sprawili niemałą niespodziankę, po remisie 2:2 pokonując mistrzów świata Anglię w rzutach karnych. Nazajutrz w "przedwczesnym" finale zmierzyły się ze sobą Hiszpania i Holandia; był to bardzo jednostronny mecz, Hiszpanie gładko wygrali po dwóch bramkach Murillo i jednym trafieniu Rodrigueza, choć mogli wyżej, bo w drugiej połowie rzut karny zmarnował García. Kiedy przegrywaliśmy z Francją, Szwedzi szaleli ze szczęścia, świętując awans do ćwierćfinału, ale w sobotę już nawojowali się na Euro, bo efektownie sprowadziła ich na ziemię Turcja, miażdżąc Trzy Korony gładkim 3:0. W drugim przedwczesnym finale Francja pewnie ograła Niemcy 2:0. Półfinały były meczami bez historii. W pierwszym z nich bohaterscy Serbowie dzielnie bronili się przez 120 minut, by ostatecznie przegrać z Francją w rzutach karnych, a dzień później paliwo skończyło się Turkom, którzy nie dali już rady Hiszpanom i przegrali 0:2. Gdzieś w tle trwaliśmy w fatalnych nastrojach. Po takich porażkach, jak przegrany półfinał Euro 2016, finał Euro 2020, czy dramat w rzutach karnych w półfinale na mundialu 2022, dominował smutek. Teraz, po kompromitacji, jaką było dla nas sensacyjne odpadnięcie z turnieju już w fazie grupowej, wiodącym uczuciem była beznadziejność. Każdy z nas miał dosyć wszystkiego. Nie było dla nas żadnego usprawiedliwienia. W 2020 roku wygraliśmy grupę śmierci, najpierw pokonując 2:1 Francję, później 4:1 Rumunię, a na koniec pieczętując awans zwycięstwem 8:2 nad Holandią. Teraz, cztery lata później, w arcyprzeciętnej grupie ze Szwecją, Szwajcarią i tą samą Francją byliśmy cieniami samych siebie. Niektórzy z bardziej doświadczonych zawodników odważnie stawali przed kamerami, ale osobiście zasłaniałem swoją osobą całą resztę drużyny i rozmawiałem z dziennikarzami tak, by zaspokoić ich wiedzę i sprawić, by nie musieli męczyć zawodników. Cytując porucznika Borewicza, biorę to na siebie. Tak jak wtedy, gdy przed hotelem obskoczyli mnie reporterzy. – Czy po tak rozczarowującym występie reprezentacji ma pan zamiar podać się do dymisji? – spytał jeden z nich. – Bardzo mi przykro, ale akurat w tej kwestii nie mam w tej chwili nic do powiedzenia – odpowiedziałem. – Obecnie zbieramy się z chłopakami i zamierzamy podsumować turniej. Później spotkam się z prezesem i zarządem PZPN, i dopiero wtedy przyjdzie pora na wszelkie oficjalne oświadczenia. Nie zamierzam wyprzedzać faktów, wszyscy mamy na wszystko czas. – Wie pan już, co było przyczyną tak słabego występu? – Całą odpowiedzialność biorę na siebie. Na pewno nie wszyscy byli w swojej najlepszej formie, ale moim zadaniem na zgrupowanie przed turniejem było sprawić, by zespół do tej formy doprowadzić. A nie udało mi się to, po raz pierwszy mi się to nie udało. Tak jak przed chwilą powiedziałem, zamierzamy podsumować nie tylko turniej, ale też cały etap przygotowań, wyciągnąć wnioski i zastanowić się, co należałoby zrobić, by jeden słaby turniej okazał się tylko wypadkiem przy pracy, a nie zarzewiem jakiegoś dłuższego kryzysu. Wszyscy pamiętamy, z jakimi problemami do niedawna borykali się choćby Holendrzy, a z jakimi nadal zmagają się Portugalczycy. Ale nie ma sensu rozprawiać teraz o tym, co dzieje się w innych federacjach. Jesteśmy reprezentacją Polski, a nie Holandii, czy Portugalii. – Kto pana najbardziej rozczarował? – jeden z młodszych dziennikarzy zdołał przepchać się między barkami innych. – Proszę nie liczyć na to, że będę robił przed kamerami personalne wycieczki – powiedziałem stanowczo. – Ci, którzy mnie zawiedli, dobrze o tym wiedzą, bo dowiedzieli się tego ode mnie osobiście. Prawda jest taka, że każda z formacji mogła dać z siebie więcej, to nie była nasza najlepsza dyspozycja, w jakiej nas widziałem. Czy zlekceważyliśmy przeciwników? Nie sądzę. Za długo jestem selekcjonerem drużyny narodowej, by chłopaki nie byli nauczeni, że każdego trzeba traktować bardzo poważnie. Nasza apatyczna gra ze Szwecją wskazywała bardziej na wypalenie, aniżeli zlekceważenie rywala. W meczu ze Szwajcarią mieliśmy krótki, dziewięćdziesięciominutowy przebłysk dawnej Polski, natomiast przegrane spotkanie z Francją pokazało źle przeprowadzone przygotowania do turnieju, bo choć walczyliśmy, parliśmy do przodu, to jednak brakowało precyzji, zdecydowania i, co w naszym kontekście może brzmieć niecodziennie, zgrania – podsumowałem. Od licznych przemów przed kamerami wręcz zasychało mi w ustach, więc od pewnego momentu nieustannie ściskałem w dłoni butelkę wody, a kiedy w końcu mogłem zamknąć się w pokoju, nie miałem ochoty już w ogóle otwierać ust.
  6. Cień wielkiej trybuny

    Jeśli mnie nie wyrzucą, to tak. Paru zawodnikom trzeba będzie podziękować, odmłodzić kadrę i zobaczymy, co zwojujemy w Kanadzie.
  7. Cień wielkiej trybuny

    W trakcie przygotowań do drugiego meczu o wszystko rozgrywane były kolejne spotkania Euro 2024. Sobota była dniem remisów, gdyż wyniki 1:1 padły w grupie A w spotkaniu Austrii z Rumunią i Holandii z Serbią. W niedzielę znowu było 1:1, tym razem w pojedynku Turcja - Dania, zaś wieczorem Portugalia przegrała z Niemcami 2:4. Od poniedziałku ruszyła trzecia seria gier; najpierw Hiszpania zmasakrowała Włochy aż 4:0 i zapewniła sobie awans do ćwierćfinału, później zwycięstwem 3:0 nad Łotwą jej wyczyn powtórzyli Anglicy, zaś we wtorek Austria zremisowała 1:1 z Holandią, a Serbia skromnie pokonała Rumunię 1:0, co oznaczało, że z grupy A w ćwierćfinale zagrają Oranje i Serbowie. Środa zamykała fazę grupową Euro 2024: przed nami o 17 rozegrane zostały ostatnie spotkania w grupie C, w której już wcześniej pewne awansu Niemcy przegrały sensacyjnie 0:2 z Turcją, która wyszła z grupy, a pojedynek Danii z Portugalią był w tej sytuacji meczem o pietruszkę, wygranym przez Portugalczyków 2:1. Wieczorem nadeszła godzina sądu w grupie D. W meczu z Francją mogliśmy uciec spod topora i wydrzeć awans do ćwierćfinału lub przekreślić wszystko to, czego dotąd dokonaliśmy, zaprzepaścić całe przygotowania i odpaść już w fazie grupowej, zupełnie jak za Jerzego Engela i Pawła Janasa. Kontuzje utrudniły mi przygotowanie drużyny do spotkania, bo choć brak Pawlaka był oczywisty, to jeszcze na jednym z treningów udo stłukł sobie Brzeziński i zakończył już swój udział w Mistrzostwach Europy. W tej sytuacji w ataku u boku Halilovicia wystawiłem Adamczyka, a na prawej obronie znalazł się Marcin Kiszka, gdyż uznałem, że Krzysiek Wróblewski już raz pokazał klasę w meczu ze Szwecją, i to mu wystarczy. Od początku lekką przewagę uzyskali Francuzi, co pokazało, że dobrze zrobiłem ustalając plan, według którego mieliśmy pilnować tyłów, a w międzyczasie szukać okazji do zdobycia gola. Plan może obiecujący, ale już w 7. minucie Kowalczyk ni mniej, ni więcej, tylko zwyczajnie przepuścił Adama z piłką, który spokojnie wyszedł sam na sam z Górką i dał Francji prowadzenie. Brawo, Artur. W 20. minucie rywale przeprowadzili akcję prawą stroną, Bourgeois z łatwością wbiegł od flanki w pole karne, bez żadnego problemu minął Kowalczyka i odegrał na lewo, gdzie Woźniak pozwolił Delmasowi przyjąć piłkę, ułożyć ją sobie na nodze i po raz drugi umieścić w naszej bramce. Było po meczu, a ja wściekłem się i momentalnie zdjąłem tragicznego Piotrowskiego, który niby był na boisku, ale go nie było. W szatni nawrzeszczałem na całą drużynę, ile tylko starczyło mi siły w głosie, pod prysznic odesłałem niepotrafiącego się odnaleźć Koźmińskiego, wpuściłem w jego miejsce doświadczonego Owczarka i przestawiłem zespół na totalną ofensywę. Mieliśmy tylko 45 minut, by uratować nasz byt na Mistrzostwach Europy i uciec przed potężną kompromitacją. Od pierwszego gwizdka drugiej połowy dało się zauważyć zmianę mentalności, bo zamiast gryzmolić się jak muchy w smole i czekać na ścięcie, zaczęliśmy grać bardziej ofensywnie. Niestety samym nastawieniem niewiele się wskóra, jeżeli brakuje precyzji i ruchów; w kluczowym momentach piłki przelatywały nam obok nóg, zamiast siąść na strzał, a ostatnie podanie nieodmiennie wędrowało w eter, zamiast do kogokolwiek z nas. Z pomocą w końcu przyszedł nam Thomas, który w 53. minucie sfaulował Szymańskiego w polu karnym, a Kowalczyk pokazał, że choć jest już za słaby na kadrę, to jednak rzuty karne nadal wykonuje z niebywałą precyzją i z jedenastu metrów dał nam nadzieję na odwrócenie losów meczu. Tego dnia niestety okazało się, że nadzieja matką głupich. Trzeba oddać moim zawodnikom, że próbowali atakować, ale ciężko cokolwiek zrobić, jeśli plątamy się o własne nogi. Kompletnie nie poznawałem moich podopiecznych, jakby jakaś nieznana siła nagle pozabierała im wszystkie umiejętności, którymi imponowali na ostatnich turniejach. W końcówce niesamowicie irytował mnie Tomek Woźniak, który głupimi faulami i debilnym wybijaniem piłek za linię boczną tylko marnował nasz cenny czas, co być może kosztowało nas utratę szansy na ratunkowego gola w doliczonym czasie. Po ostatnim gwizdku kompromitacja poszła w świat – jak za starych, złych czasów kończymy udział w turnieju na fazie grupowej. Dziesięć lat temu zdobywaliśmy mistrzostwo świata, dziś nie wychodzimy z grupy na Euro. Czy to koniec 14-letniej ery Mr. Ralfa? Piłka znalazła się po stronie władz PZPN. Wobec naszej żenującej momentami gry z Francją, w równolegle rozgrywanym meczu Szwedom do awansu wystarczał remis, Szwajcarzy zaś musieli wygrać. Szwecja, która na pewno była na bieżąco z wydarzeniami na Atletion, spokojnie pilnowała, by Szwajcaria nie zrobiła jej krzywdy, i po nudnym jak flaki z olejem 0:0 poczekała na awans, który przyszedł do Trzech Koron po końcowym gwizdku. Pożegnaliśmy się z turniejem w fatalnym stylu, niegodnym reprezentacji Polski z lat 2014-2022. Jeszcze nie miałem pojęcia, co zadecyduje PZPN, ale w przypadku, gdybym miał pozostać na stanowisku, na pewno był to ostatni turniej dla takich zawodników, jak Marcin Piotrowski, Artur Kowalczyk i Tomek Woźniak, a znacznemu osłabieniu uległa pozycja Adamczyka i Szymańskiego, którzy bardzo zawiedli mnie swoją słabą postawą, nie licząc meczu ze Szwajcarią, który był naszym wypadkiem przy pracy i jedynie krótkim flashbackiem dawnych czasów. Grupa D: 1. Francja – 7 pkt – 3:1; Awans 2. Szwecja – 4 pkt – 1:1; Awans 3. Polska – 3 pkt – 5:3 4. Szwajcaria – 2 pkt – 0:4
  8. Cień wielkiej trybuny

    Chociaż Niemcy znajdowały się zaraz za miedzą, nie mogłem pozwolić sobie nawet na jeden dzień wyskoku do Essen, więc wszystko to, co działo się w klubie, przekazał mi telefonicznie Olek Wasoski. A działo się sporo dobrego. Najważniejszą informacją było to, że nasz awans do Bundesligi miał przede wszystkim dużą korzyść finansową, gdyż otrzymaliśmy od DFB aż 11 500 000€ za prawa do transmisji telewizyjnych. Dzięki temu w trymiga wyszliśmy z kryzysu, a klubowa kasa wyglądała teraz całkiem sympatycznie. To nie był wszakże koniec, ponieważ kierownictwo RWE z prezesem Hempelmannem na czele ogłosiło podpisanie nowej, poważnej umowy sponsorskiej, która opiewać miała na kwotę 2 900 000€ rocznie przez najbliższe cztery lata. Zawodnikiem roku według Klubu Kibica został mianowany Marco, co było słusznym wyborem, bo choć często miewał słabsze chwile, to jednak jego bramki i asysty walnie przyczyniły się do wywalczenia awansu. Do drużyny U-19 przekazanych zostało czterech juniorów: Christian Baumann (16 l., P Ś, Niemcy), zdaniem Wasoskiego największy talent z całej czwórki, Matthias Groß (15 l., O/P L, Niemcy), Daniel Ruf (15 l., DBP/OP P, Niemcy) i Dieter Freund (15 l., OP LŚ, Niemcy). Moim zadaniem na nadchodzący sezon miała być oczywiście walka o utrzymanie RWE w Bundeslidze, a kiedy spytałem Olka o początek terminarzu, usta momentalnie wykrzywiły mi się w szerokim uśmiechu i zaśmiałem się doniośle. Sezon zaczniemy stosunkowo łagodnie, bo od wyjazdowego meczu z Alemannią Aachen, a później podejmiemy u siebie VfB Stuttgart. Ale nie to przykuło moją największą uwagę. W trzeciej kolejce zmierzymy się z... VfL Osnabrück i to jeszcze na Osnatel-Arenie, tak więc szybko będę miał okazję zmierzenia się z moim byłym klubem, w moim byłym piłkarskim domu. Po zakończonej rozmowie na szybko zorientowałem się w kadrze Fiołków; nadal grało tam wielu zawodników, których osobiście zatrudniłem, ale najważniejsze, że wśród obrońców wciąż byli Valerio Micheli i Francesco Modica, których najbardziej zapamiętałem z rozdawania rywalom bramek i zaliczaniu częstych asyst przy traconych golach. Byłoby bardzo miło, gdyby zachowali swoje skłonności i zademonstrowali je w meczu z Rot-Weiss Essen 24 sierpnia.
  9. Cień wielkiej trybuny

    Na potyczkę o nasze być albo nie być ze Szwajcarią przeprowadziłem aż pięć zmian w wyjściowej jedenastce, będących rezultatem bezpłciowej gry ze Szwecją. Przede wszystkim miejsce na środku obrony stracił jeden z głównych winowajców straconej bramki Kowalik, w miejsce którego pojawił się weteran Kowalczyk, na prawej obronie za Wróblewskiego wybiec miał Brzeziński, prawe skrzydło powierzyłem Lemanowiczowi, w środku pola u boku Szymańskiego zagrać miał po raz pierwszy na wielkim turnieju Koźmiński, a w ataku nie zamierzałem czekać, aż w końcu obudzi się Adamczyk, tylko od razu zdecydowałem wystawić za niego Halilovicia. O wszelkiej dosadnej ocenie tego, co pokazaliśmy przeciwko Szwecji, a także przemowach motywacyjnych nie ma sensu się rozpowiadać, bo wystarczy powiedzieć, że było ostro i bezpardonowo. Na całe szczęście, przynajmniej w ten dość chłodny piątkowy wieczór na Parken w Kopenhadze, zarówno zmiany, jak i moje słowa poskutkowały. Niemal od samego początku zagraliśmy tak, jak za poprzednich lat, co stało w zupełnej opozycji do naszej gry przeciwko Szwecji, a efektem była akcja z 8. minuty, po której wywalczyliśmy rzut wolny, z którego Machnikowski oddał potężny strzał w okienko, i nareszcie objęliśmy prowadzenie. Cztery minuty później Mateusz przedarł się lewym skrzydłem, przyjął rozciągnięcie Szymańskiego i dośrodkował na krótki słupek, skąd niepilnowany Pawlak strącił piłkę do bramki. Nawet po drugim golu nie zamierzaliśmy zwalniać, dzięki czemu zadusiliśmy Helwetów już w pierwszej połowie. Nic dziwnego, że zaczęła im się udzielać frustracja, która w 38. minucie skończyła się urazem ręki Pawlaka, który musiał opuścić boisko, a jego dalszy występ na Euro stał pod znakiem zapytania. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak wbić Szwajcarom trzecią bramkę. Tuż przed przerwą Adamczyk rozciągnął grę na prawe skrzydło, Lemanowicz wbiegł w pole karne i podał tuż obok Meiera, a czekający na środku Halilović odesłał piłkę do bramki. Po przerwie, na wszelki wypadek, by wybić Helwetom z głów myśli o jakimś zrywie do odrabiania strat, w 50. minucie Brzeziński dośrodkował obok mojego starego znajomego Philippe'a Brunnera, a w polu karnym Adamczyk wykorzystał błąd Ponta, który niepotrzebnie wyszedł z bramki, i umieścił piłkę w szwajcarskiej siatce. Udało nam się skutecznie zmazać plamę wstydliwej porażki ze Szwecją, redukując ją tylko do nieprzyjemnego, gorzkiego posmaku w ustach, ale to jeszcze nie był koniec, gdyż nadal realne było odpadnięcie z turnieju w fazie grupowej. W drugim meczu naszej grupy Szwecja przegrała z Francją 0:1 po golu Texiera z rzutu karnego, co w sumie było nam raczej na rękę. Jednakże nadal absolutnie nie mogliśmy spać spokojnie, gdyż do awansu musieliśmy pokonać Francję, by nie oglądać się za siebie, ewentualny remis zmuszał nas do trzymania kciuków za podział punktów w pojedynku Szwedów ze Szwajcarami, natomiast porażka z Francją eliminuje nas z turnieju bez względu na wynik drugiego spotkania. Grupa D: 1. Francja – 4 pkt – 1:0 2. Polska – 3 pkt – 4:1 3. Szwecja – 3 pkt – 1:1 4. Szwajcaria – 1 pkt – 0:4
  10. Cień wielkiej trybuny

    Najgorsze jest to, że wystarczyło tylko trochę przycisnąć Szwedów, a mieliby z nami problemy, ale zamiast tego całe 90 minut tylko przyglądaliśmy się, jak oni grają i podają sobie piłkę Jeśli nie wyjdziemy z grupy, a na to się zanosi, ciekawy jestem, czy zostaną mi zapomniane dotychczasowe zasługi i zostanę bezceremonialnie wylany, czy jednak będzie okazja do rehabilitacji w Kanadzie za dwa lata. ------------------------------------------------------------- Choć powiedziałem to tylko Moriente w hotelu, tak żeby nikt inny nie słyszał, to porażka ze Szwecją po grze, w której byliśmy tylko cieniem reprezentacji Polski mojej ery, zmaterializowała moje obawy, że w gruncie rzeczy słabe eliminacje, w których omal nie przegraliśmy awansu i musieliśmy bić się w barażach, mogły być zapowiedzią głębszego kryzysu, jaki swojego czasu trapił Holandię i Portugalię. Tak czy inaczej, pierwszy raz od dwunastu lat drugi mecz na turnieju miał być dla nas meczem o wszystko, co przypominało mi niechlubne czasy moich poprzedników, Jerzego Engela i Pawła Janasa, a ja miałem bardzo mało czasu, by przynajmniej spróbować potrząsnąć drużyną i obudzić moich podopiecznych z letargu. Szeryf był dla nich pierwszym i najlepszym przyjacielem, ale jednocześnie, gdy było trzeba, szeryf był też i pierwszym i od razu najsurowszym krytykiem. Malkontenci na portalach typu Onet, Wp.pl, czy na Interii mogli sobie wypisywać różne komentarze, ale tylko ja miałem bezpośredni kontakt z zawodnikami, i tylko moich słów słuchali. Tymczasem Euro 2024 trwało dalej. W poniedziałek worek z bramkami pomału zaczął się rozwiązywać. Najpierw co prawda w "naszym" Aalborgu Serbia skromnie ograła faworyzowaną Austrię 1:0, ale już wieczorem Rumunia przegrała 1:3 z Holandią. Następnego dnia kibice w końcu mogli czuć się w pełni nasyceni; najpierw w Kopenhadze Turcja odrobiła jednobramkową stratę w meczu z Portugalią, by ostatecznie rozgromić rywali aż 4:1, a gospodarz turnieju Dania zaliczyła falstart, przegrywając w Odense z Niemcami 1:3. W środę i czwartek rozegrano tylko po jednym spotkaniu, gdzie najpierw pojedynek Anglii z Hiszpanią rozstrzygnął się już w pierwszych sekundach, a trafienie Sanza zapewniło La Furia Roja zwycięstwo, zaś nazajutrz Włochy wygrały swój mecz o wszystko, bez trudu pokonując Łotwę 2:0. W piątek przyszedł czas ponownie na grupę D, czyli z kolei nasz mecz o wszystko...
  11. Cień wielkiej trybuny

    Mistrzostwa Europy zainaugurował mecz otwarcia w Brøndby, w którym skazywana na pożarcie nie tylko w tym spotkaniu, ale i w całej grupie B Łotwa co prawda przegrała z Hiszpanią, ale po zaciekłej walce tylko 0:1 po golu Murillo z 67. minuty. W niedzielę okazało się, że gole są jak na razie towarem deficytowym, gdyż w pierwszym szlagierowym meczu turnieju broniące tytułu Włochy uległy Anglii 0:1, a o godzinie 17 rozgrywki rozpoczęła grupa D, czyli nasza, a Francja nie zdołała pokonać Szwajcarii i osiągnęła tylko bezbramkowy remis. W tym czasie jechaliśmy do Aarhus, gdzie czekał nas pojedynek ze Szwecją. Ostatni raz z Trzema Koronami graliśmy jedenaście lat temu, a więc w czasach, gdy nawet nie śniło nam się, że już za rok zostaniemy mistrzami świata. Przegraliśmy wówczas 0:1, więc warto było powetować sobie to na dzisiejszej reprezentacji Szwecji. Przed tym spotkaniem podjąłem kilka być może niespodziewanych decyzji, za jakie uchodzić mogło wystawienie Rafała Piątka u boku Piotrka Szymańskiego, mimo że zwykle dość rzadko po mojego imiennika sięgałem, ponadto postanowiłem, że na prawym skrzydle zagra Maciek Brodecki, który na papierze lepiej spisywał się w klubie. Oczekiwania były spore, tymczasem ten mecz stanowił jedno wielkie rozczarowanie. Przez pierwszych dwadzieścia minut na boisku rządzili Szwedzi, którzy praktycznie nie opuszczali naszej połowy, a my apatycznie siedzieliśmy w okolicach własnego pola karnego i zdecydowanie zbyt biernie przyglądaliśmy się, jak rywale rozgrywają piłkę i szukają okazji podbramkowych. Dobrze, że przynajmniej w obronie coś robiliśmy, bo choć Szwecja miała wyraźną optyczną przewagę, to jednak szesnastkę czyściliśmy nienagannie. Po półgodzinie pozornie przebudziliśmy się, ale poza zbyt łatwym do obrony strzałem Szymańskiego i dwiema żółtymi kartkami na przerwę schodziliśmy bez absolutnie żadnych pozytywów. Byliśmy jałowi niczym gaza opatrunkowa. Chociaż bardzo nie podobała mi się nasza gra, a w zasadzie jej brak w pierwszej połowie, postanowiłem nie robić jeszcze chryi w szatni, co być może było błędem z mojej strony. Dałem również jeszcze dziesięć minut bezbarwnym Wróblewskiemu i Brodeckiemu, co zdecydowanie było błędem drugim. Początek drugiej połowy niczym nie różnił się od pierwszej, z tym, że w 51. minucie Adamczyk nie wysilał się w walce o przejęcie piłki, czym pozwolił Widingowi rozpocząć akcję Szwecji, po której Hansson zgrał piłkę głową, a Kowalik niczym w półfinale z Rosją dwa lata temu koszmarnie zaspał z kryciem Molanda, który nieatakowany wbiegł w pole karne i bez trudu pokonał Górkę. Bardzo zmartwiło mnie to, że nawet utrata bramki nie wyzwoliła w nas żadnej żądzy zemsty, tudzież zwykłej, sportowej woli walki, z której od lat słynęliśmy. Błyskawicznie wykorzystałem dwie zmiany, szczególnie Lemanowicz udowodnił, że bardziej od Brodeckiego zasługuje na miejsce w wyjściowym składzie, ale sam Tomek zbawić nas nie mógł. Jeszcze tylko w doliczonym czasie Halilović, który zmienił słabego Adamczyka, strzelił po ziemi obok słupka, a chwilę później sędzia Hudson zakończył ten żenujący mecz w naszym wykonaniu, obwieszczając sensację. Po raz pierwszy od 2012 przegraliśmy mecz otwarcia, a ja zupełnie nie poznawałem moich zawodników. Czułem, że to może być dla nas bardzo krótkie Euro i być może koniec pewnej ery. Bezbramkowy remis Francji ze Szwajcarią teoretycznie sprawiał, że nasze przejście obok meczu ze Szwecją nie komplikowało aż tak znacząco sytuacji, ale zauważałem jednocześnie, że Szwajcarzy byli dla Francuzów godnym rywalem, co przy naszej słabiutkiej dyspozycji tego wieczoru było bardzo złowieszcze. Nasze szanse na wyjście z grupy stały się bardzo ograniczone. Grupa D: 1. Szwecja – 3 pkt – 1:0 2. Francja – 1 pkt – 0:0 3. Szwajcaria – 1 pkt – 0:0 4. Polska – 0 pkt – 0:1
  12. Cień wielkiej trybuny

    – Jeżeli zadam panu pytanie o to, jaki wynik spodziewa się pan przywieźć do kraju z turnieju, pewnie jak zawsze nic pan nie zadeklaruje? – spytał mnie w żartach reporter Canal+, gdy na Okęciu szykowaliśmy się do odlotu do Danii i udzielałem ostatnich wywiadów. W odpowiedzi uśmiechnąłem się szeroko i pokręciłem przecząco głową. Był to poniedziałek, trzeci czerwca. Ośrodek wczasowy na Mazurach mógł z dumą reklamować się, że gościł reprezentację Polski przed Euro 2024, a my o czternastej, po nieco ponad godzinie lotu, wylądowaliśmy w Kopenhadze. Tam przywitali nas nie tylko polscy kibice, którzy zarówno mieszkali w Dani, jak i przyjechali z kraju, by nas wspierać, ale też sporo zaciekawionych Duńczyków pozdrawiało nas i przekazywało wyrazy sympatii. Atmosfera Mistrzostw Europy zaczynała pochłaniać Stary Kontynent w całości, teraz już nikt nie miał wątpliwości, że lada dzień zaczyna się piłkarska gorączka. Nasza siedziba na czas mistrzostw umiejscowiona była na peryferiach Aalborgu; na tyle daleko od centrum, byśmy mogli cieszyć się spokojem, ale jednocześnie na tyle blisko przybytków takich jak sklepy i miejsca rozrywki, by pod ręką było wszystko, czego potrzeba. Ośrodek treningowy, z którego można było korzystać bez żadnych ograniczeń, usytuowany był zaledwie kilka minut jazdy autokarem, tak że do wszystkich najważniejszych dla nas miejsc mieliśmy przysłowiowy rzut pustą puszką po piwie. Od wtorkowego poranka rozpoczęliśmy treningi do inauguracyjnego meczu ze Szwecją, najpierw lekkie, by nie ryzykować niepotrzebnych urazów, potem intensywniejsze, by się nie rozleniwić, aż w końcu na dwa dni przed meczem planowałem ponownie poluzować moim podopiecznym śrubę, byśmy w niedzielę na murawę Stadion Atletion mogli wybiec świeży i wypoczęci.
  13. Cień wielkiej trybuny

    Pierwszego czerwca, na tydzień przed pierwszym gwizdkiem meczu ze Szwecją, karty zostały odkryte. Ze wszystkich obowiązków selekcjonera od zawsze najbardziej nie lubiłem momentów powołań na turnieje, bo zawsze oznaczało to konieczność wytłumaczenia dwóm-trzem zawodnikom, że muszą zostać w domu. A już najbardziej, gdy zwyczajnie nie miałem z kogo zrezygnować i stawałem przed koniecznością przeproszenia i podziękowania zawodnikom, którzy w każdej innej sytuacji mieliby pewne miejsce w kadrze. Najmniej rozterek miałem w przypadku Michała Iwana, gdyż szybko uznałem, że ze wszystkich najmniej zasłużył na miejsce w drużynie. Odkąd dołączyłem go do Biało-czerwonych rozegrał tylko dwa bardzo dobre mecze, oba przeciwko Litwie i San Marino, podczas gdy w pojedynkach z poważniejszymi rywalami ani razu nie wzbił się ponad przeciętność. Będą z niego ludzie na lewej flance, ale jeszcze nie teraz. Mój drugi rezultat selekcji negatywnej był dla mnie bardzo ciężką decyzją, przez którą całą noc z piątku na sobotę spędziłem przewracając się z boku na bok w łóżku w domku nr. 4, i oka praktycznie nie zmrużyłem. Na zgrupowaniu na Mazurach miałem bardzo dużo środkowych obrońców, a problem polegał na tym, że na Mistrzostwach Europy wolałem mieć defensorów doświadczonych w trudnych bojach, bo w czarnej godzinie będą doskonale wiedzieli, co robić. Oznaczało to, że musiałem podziękować Tomkowi Koniecznemu, chłopakowi, którego bardzo polubiłem, ale grał w tym sezonie "tylko" w Championship, gdzie jego Gillingham skończyło sezon w środku tabeli. Mógłby sobie nie poradzić w razie konieczności zastąpienia kogoś na tak trudnym turnieju, jak Euro. Wolałem ogrywać go i zwiększać jego rolę w trakcie eliminacji, gdzie ewentualnie błędy dużo łatwiej nadrobić, niż na mistrzostwach. Wieczorem 1 czerwca wszyscy znali już dwudziestu trzech niezłomnych piłkarzy, którzy będą wojować z orłem na piersi na boiskach Danii.
  14. Cień wielkiej trybuny

    31 maja etap przygotowań do Mistrzostw Europy 2024 oficjalnie dobiegł końca. Po ostatnim popołudniowym treningu w ostatni piątek maja wszyscy dostali wolną rękę i rozeszli się po okolicy. Ja z Moriente wybraliśmy się wypożyczoną łodzią na porośniętą rosłymi dębami wysepkę na środku jeziora, gdzie na polance pośród drzew znaleźliśmy jakieś wykute w kamieniu prowizoryczne pomniki. Nie udało nam się ustalić, co miały upamiętniać, bo naruszone erozją litery były już całkowicie nieczytelne, za to udało się opróżnić po dwie butelki okocimskiego porteru z bijącymi zeń nutami śliwek, paloności i gorzkiej czekolady. Przed ostatnim łykiem uniosłem flaszkę. – Za Euro – rzekłem, po czym dopiłem porter i poklepałem kamienny pomniczek na środku wyspy. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną do łodzi. Zaczynał się ostatni weekend w mazurskim ośrodku wczasowym, po którym czekał nas lot do Kopenhagi. Ja zaś w sobotę 1 czerwca wybrałem się do Warszawy, by na żywo na antenie TVN24 ogłosić 23-osobową kadrę na Mistrzostwa Europy. Maj 2024 Bilans (Rot-Weiss Essen): 1-1-1, 4:5 2.Bundesliga: 3. miejsce, awans DFB-Pokal: – Finanse: -3,67 mln euro (-346 tys. euro) Gole: Gonzalo (21) Asysty: Marco (13) Bilans (Polska): 0-0-0, 0:0 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, vs. Hiszpania, Irlandia, Łotwa, Malta i San Marino Euro 2024: Grupa D, vs. Szwecja, Szwajcaria, Francja Ranking FIFA: 3. [=] Ligi: Anglia: Manchester City [M] Austria: Rapid Wiedeń [M] Francja: Olympique Lyon [M] Hiszpania: Betis Sewilla [M] Niemcy: Werder Brema [M] Polska: Polonia Warszawa [M] Rosja: CSKA Moskwa [+1 pkt] Szwajcaria: FC Basel [M] Włochy: Lazio Rzym [M] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Brazylia [1361], 2. Włochy [1258], 3. Polska [1236]
  15. Cień wielkiej trybuny

    Już od dawna żaden finałowy etap przygotowań do wielkiego turnieju nie przebiegał tak bezproblemowo, jak teraz. Wystarczyły ledwie trzy dni, by drużyna przestawiła się w całości na tryb "Mistrzostwa Europy", a spokojny klimat Mazur, wspaniała słoneczna pogoda, popołudniowe wypady nad jezioro i skoki na główkę z pomostu, przy którym cumowały jachty, a także widok pszczół oblatujących sąsiednie łąki pozwoliły zapomnieć o wszelkich trudach minionego sezonu. Jedno z najbardziej trafionych miejsc na zgrupowanie za mojej kadencji. Śniadania o siódmej trzydzieści, potem godzina czasu dla siebie i o wpół do dziewiątej wyjazd na boisko treningowe. Tam jak zwykle mogli obserwować nas kibice nauczeni nie przeszkadzać, w zamian za co po treningach mieli szansę na autografy i zdjęcia z piłkarzami, którzy już niebawem będą reprezentować Polskę na Euro 2024. Sam nawet pokusiłem się po kilku zajęciach podejść i podpisać markerem parę piłek, które zapewne później miały zająć zaszczytne miejsca na półkach w pokojach dzieciaków marzących o tym, by kiedyś zagrać w koszulce z orłem na piersi. Z biegiem treningów utwierdzałem się w przekonaniu, że ostateczną kadrę na turniej będę musiał powoływać na podstawie występów poszczególnych zawodników w klubach. Jedynymi zajęciami Janusza Kołodziejczaka i jego prawej ręki z pionu medycznego, oprócz prowadzenia odnowy biologicznej, była pomoc przy treningach oraz wypoczywanie na tarasie domku nr. 6, w którym byli zakwaterowani z Jankiem Kollerem i Andrzejem Niedzielanem. A co wieczorami po pracy? Czasem karty na wolnym powietrzu, a czasem po prostu siedzenie w grupie z widokiem na nocne niebo nad lasem, szklanka zimnej nestea na stole, lekka woń kadzidełka przeciw komarom, opowiadanie kawałów i rozmowy o wszystkim i o niczym. Ani się obejrzeliśmy, a już kończył się maj, a zamiast klekotu znajomych boćków, co przycupnęły na przyjaznej mazurskiej chacie słyszeliśmy pstrykanie reporterskich fleszy coraz liczniej odwiedzających nas dziennikarzy. Zbliżał się czas ogłoszenia, w jakim składzie reprezentacja Polski już za kilka dni stawi się w Kopenhadze.
×