Skocz do zawartości
W ostatni weekend lipca odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy!
TEMAT ZLOTOWY
ANKIETA: CZY WEŹMIESZ UDZIAŁ W ZLOCIE?

Ralf

Użytkownik
  • Zawartość

    2833
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

301 Bardzo lubiany

O Ralf

  • Tytuł
    Kapitan drużyny

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Cień wielkiej trybuny

    Zobaczymy. Na razie jest bardzo źle. Chyba pierwszy raz w Football Manager żałuję awansu; wolałbym, gdybyśmy zostali jednak rok dłużej w drugiej lidze, bo w tym czasie mógłbym zbudować zespół na miarę Bundesligi. Teraz niestety jesteśmy drugoligowcem, który gra w ekstraklasie. ------------------------------------------------------------- Przed ostatnim w roku meczu w Polsce miałem jeszcze chwilę gniewu, kiedy okazało się, że menedżer AC Milan po dłuższej przerwie znowu postanowił zacząć testować moją cierpliwość i wycofał mi ze składu Tomka Adamczyka. Rozzłościło mnie to solidnie, gdyż nikt nie powinien mieć prawa wtrącać się w decyzje selekcjonera drużyny narodowej, wszystko jedno czy Polski, Holandii, Włoch, czy nawet Kirgistanu. Spotkanie z Danią było doskonałą okazją, by przetestować w środku pola młodszych graczy, gdyż seria pojedynków z wyraźnie słabszymi rywalami mogła nie być wystarczająco miarodajna. Miałem też jeszcze jeden problem kadrowy, gdyż już na zgrupowaniu udo stłukł sobie Machnikowski, co wykluczało go z występu w obu meczach towarzyskich. Na lewej pomocy zagrał zatem Tomek Wilk, w obronie u boku Lewandowskiego Konieczny, na prawej obronie Marcin Kiszka, a w ataku zabrakło przejawiającego braki kondycyjne Pawlaka, którego zastąpił Socha, zaś jako drugi napastnik od pierwszej minuty zadebiutować miał 18-letni Grzesiek Dudek. Duńczycy postawili nam trudne warunki, w pierwszych minutach prąc do przodu i zmuszając nas do twardej obrony, a ja kątem oka przyglądałem się też grającemu w drużynie rywali Mikkelowi Andreasenowi, który szarpał na lewym skrzydle, ale średnio radził sobie to z Maćkiem Brodeckim, to z Marcinem Kiszką. Kilka klasowych interwencji pokazał Górka, jak zwykle imponując doskonałym refleksem i opanowaniem, a z przodu obiecującą aktywność przejawiał Grzesiek Dudek, w którym coraz bardziej widziałem przyszłego naczelnego snajpera reprezentacji. Tego samego nie mogłem niestety powiedzieć o Łukaszu Sosze, który nie potrafił szybko podejmować decyzji, a złożenie się do strzału zajmowało mu tyle czasu, że obrońcy Danii bez problemu zdążali sprzątnąć mu piłkę z nogi. Mecz z Hiszpanią za cztery dni miał rozstrzygnąć, czy mogę jeszcze na nim polegać w poważniejszych spotkaniach. W drugiej połowie osiągnęliśmy już wyraźną przewagę, zwłaszcza w drugiej linii, gdzie świetnie radzili sobie Michał Koźmiński i Paweł Morawski, a także Wilk na lewym skrzydle. Mieliśmy za to duże problemy pod bramką Danii, gdzie ciągle brakowało nam szczęścia i piłki po naszych strzałach nieodmiennie spotykały na swojej drodze to nogi, to ręce Lauritsena, który bardzo długo ratował Duńczyków przed utratą gola. Zanosiło się już na bezbramkowy remis i mógłbym przysiąc, że spod ławki trenerskiej widziałem już sędziego Harrisa spoglądającego na zegarek, kiedy w ostatniej minucie doliczonego czasu przeprowadziliśmy zgrany atak pozycyjny, Zając wrzucił na środek pola karnego, gdzie Pawlak zastawił się przed Chrstiansenem, obrócił się i strzelił, a Lauritsen sparował uderzenie wprost pod nogi Grześka Dudka, który dobił je do pustej bramki, już w swoim debiucie zdobywając pierwszego gola w biało-czerwonych barwach. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, a Grzesiek do złudzenia przypominał mi Tomka Adamczyka za czasu jego początku przygody z reprezentacją.
  2. Cień wielkiej trybuny

    Tuż przed początkiem zgrupowania czekał nas jeszcze mecz 3. rundy Pucharu Niemiec, w którym zmierzyć mieliśmy się na wyjeździe z drugoligową 1.FC Köln. Uderzające było to, że mimo iż rywal na co dzień grał o ligę niżej od nas, to jednak mimo to bukmacherzy jako faworyta typowali właśnie gospodarzy. Mimo kłopotów w lidze wiedziałem, że ci, którzy na nas postawili, mogli się dziś sporo wzbogacić, gdyż z przebudowanym po raz kolejny składem, w którym szansę powrotu po banicji w rezerwach otrzymał ode mnie Albrechtsen, nie wyobrażałem sobie innego wyniku, niż nasze pewne zwycięstwo. Przy okazji ciekawiło mnie również, jak możemy sobie poradzić za rok w 2.Bundeslidze. Tego wieczoru nareszcie przypomnieliśmy sobie w mgnieniu oka, jak zdobywa się bramki; ruszyliśmy z kopyta, szybko zepchnęliśmy gospodarzy do obrony i w 9. minucie ci tak zagmatwali się w obronie, że Kühne zderzył się z Gerberem, a bezpańską piłkę zebrał Barisić i zaskakująco podkręconym strzałem w okienko pokonał bramkarza o niewymawialnym nazwisku Mouyimouabéka. Z biegiem minut odczuwałem coraz większą ulgę, że przynajmniej w starciu z drugoligowcem jesteśmy stroną wyraźnie przeważającą, a jedyne, czego nam brakowało, to dokładności w wykańczaniu akcji. Dlatego też mimo zdecydowanej przewagi marnowaliśmy kolejne okazje, aż w końcu w 36. minucie Albrechtsen długim, precyzyjnym podaniem wypuścił za linię obrony Schachnera, który uciekł Ndjengowi i w sytuacji sam na sam pewnie przelobował wychodzącego z bramki Mouyimouabékę. Było pozamiatane i miałem nadzieję, że tak pozostanie. Po przerwie Köln próbowała ruszyć do odrabiania strat, ale kibice na RheinEnergieStadion mogli czuć się zawiedzeni, bowiem zbyt pewnie graliśmy w obronie, a szczególnie spodobała mi się postawa grającego pierwszy raz od pierwszej minuty De Martina, który wręcz wychodził z siebie, by wywalczyć miejsce w wyjściowym składzie, i wygrywał dosłownie każdy pojedynek z rywalami. Okazji do zdobycia kolejnych goli mieliśmy aż nadto, większość z nich marnował Barisić, aż w końcu dopiero w 81. minucie De Martin znowu niczym profesor przejął zagranie z głębi pola i uruchomił długim podaniem Schachnera, który zagrał w uliczkę do Rosego, a nasz kapitan pewnym strzałem zdobył swojego pierwszego gola w sezonie i ostatecznie rozstrzygnął losy meczu. W ćwierćfinale na wiosnę czekało na nas Karlsruhe, a nasza przygoda z DFB-Pokal zaczynała wyglądać obiecująco.
  3. Cień wielkiej trybuny

    Mecze o punkty w eliminacjach już za nami, więc w listopadzie tradycyjnie reprezentacja Polski kończyła rok dwoma meczami towarzyskimi. W pierwszym z nich zagramy w Chorzowie z Danią, a później na Wyspach Kanaryjskich zmierzymy się w Las Palmas z... Hiszpanią, z którą przecież jesteśmy w tej samej grupie eliminacyjnej i już w marcu, dla odmiany na Majorce, zagramy z La Furia Roja ponownie, ale już o punkty. Na najbliższy okres PZPN dość specyficznie planował sparingi, gdyż w lutym będziemy grali z Maltą, z którą też znajdujemy się w jednej grupie. Na zgrupowaniu zjawić się miała ta sama kadra, która występowała od początku jesieni, z tą różnicą, że tym razem zabraknie Zorana Halilovicia, który doznał pęknięcia żeber i do gry wróci dopiero w okolicach lutego. Naturalnie nie przepuściłem dobrej okazji, by pomyśleć o przyszłości, i powołałem do kadry debiutanta Grzegorza Dudka, który mimo zaledwie osiemnastu lat już regularnie występował w hiszpańskim Levante. Chłopak rozwijał się w imponującym tempie, tak że powoli zaczynałem dostrzegać w nim młodego Tomka Adamczyka, gdy wprowadzałem go do drużyny jedenaście lat temu.
  4. Cień wielkiej trybuny

    Czułem, jakby południe minęło dziesięć minut temu, a tymczasem było już niemal zupełnie ciemno. To był jeden z najważniejszych powodów, dla których nie znosiłem pory jesienno-zimowej; zmierzch już po godzinie siedemnastej (a niebawem miało być jeszcze gorzej) dodatkowo wystawiał na próbę resztki dobrego nastroju i zmuszał do wzmożonych starań o jego utrzymanie na przyzwoitym poziomie. Chociaż, jak się nad tym głębiej zastanowić, taki stan rzeczy miał i dobre strony – bo czy na pewno docenialibyśmy ciepłe, wiosenne, a potem długie i gorące letnie dni, gdybyśmy nie mieli szansy zatęsknić za nimi w czasie szarości jesiennych dni i przeszywającego mrozu zimą? Kiedy trzy lata temu graliśmy w listopadzie mecz towarzyski z Izraelem na wyjeździe, w Ramat Gan w południe było ponad trzydzieści stopni i palące słońce, a chodzące po ulicach gromady zdziczałych kotów chowały się pod cieniami palm, czułem się jak nowo narodzony. Jednakże to była tylko chwila flashbacku naszego lata, po którym nastąpił powrót do kraju, a co za tym idzie i do jesiennej pluchy. Gdyby i w naszej strefie klimatycznej przez dwanaście miesięcy było nieustannie ciepło i pogodnie, pewnie zbyt szybko przeszlibyśmy z tym do porządku dziennego. Nie powinienem się jednak zajmować takimi pierdołami, jak rozmyślanie nad szerokościami i długościami geograficznymi, ślęcząc za biurkiem i wlepiając zmęczone oczy w leżący na blacie i oświetlany mulącym światełkiem lampki plik z papierami zatwierdzającymi transfery dwóch zdolnych młodzieńców, jakie planowałem na styczeń; lansowanego jako nowy Oliver Kahn bramkarza Dirka Krausego (17 l., BR, Niemcy) za 20 000€ z Köln oraz prawego obrońcy Rocco D'Aniello (17 l., O/DBP P, Włochy) za 50 000€ z Aue. Tak naprawdę pierwszy raz w całej swojej karierze byłem w tak gównianej sytuacji, jak teraz, więc miałem ważniejsze problemy na głowie, niż klimat. – Psia mać... – mruknąłem. – Zawsze wszystko nie w tym czasie, w którym trzeba... Moriente, który siedział przy drugim biurku pogrążony w nie wiadomo czym, uniósł głowę i spojrzał na mnie wzrokiem bez wyrazu. – Que ? – Chodzi mi po prostu o to, że wszystko jest na odwrót – powiedziałem, ale od razu złapałem się na tym, że nic mu nie wyjaśniłem. – Rok i dwa lata temu hurtowo zatrudniałem wstępnie wielu piłkarzy, którzy okazali się mniejszymi lub większymi wzmocnieniami pierwszego zespołu, z kolei nijak nasi scouci nie mogli znaleźć obiecujących juniorów, których moglibyśmy wyszkolić. Teraz zaś, gdy na gwałt potrzebowałbym paru porządnych graczy, którzy NA JUŻ mogliby pomóc nam wydostać się ze strefy spadkowej, trudno mi kogokolwiek pozyskać, z kolei utalentowanych chłopaków mam raportowanych bez liku. Amigo roztarł twarz dłońmi i ziewnął przeciągle. Jak zwykle nie wytrzymałem nawet pięciu sekund i zaraz mimowolnie ziewnąłem razem z nim. – Wiesz co? – odezwał się. – Mam wrażenie, że w Rayo jednak szło ci całkiem bien. Yo sé, momentami sam nie mogłem mirar na to, jak grał zespół, ale nie było takich serie przegranych. Nawet por un momento nie było zagrożenia strefą spadkową. Sabes, tak na poważnie. A tutaj ostatni raz w lidze wygraliśmy w agosto, prawie trzy miesiące temu. Moriente miał dużo racji. Niech to jasny szlag, miał całkowitą rację. W porównaniu do obecnego Rot-Weiss Essen, Rayo było maszynką do wygrywania. Ale... – Niby masz rację, Moriente. Ale teraz w tym sezonie jeden tylko Albrechtsen sprezentował rywalom dwie bramki i w zasadzie całe wygrane, bo w obu przypadkach jego wybryki ustawiały cały mecz. Dlatego siedzi teraz w rezerwach. Poza takimi sporadycznymi występkami przegrywamy, bo jesteśmy po prostu słabi – stwierdziłem z przekonaniem. – Tymczasem w Rayo i moich dwóch wcześniejszych klubach za każdym razem miałem mocny zespół i dobrych zawodników, ale brakowało im poważnego podejścia, co kończyło się skandalicznymi błędami, brakiem myślenia, a w konsekwencji porażkami i niskimi pozycjami w tabeli. Teraz zaliczyliśmy dwa błyskawiczne awanse rok po roku, przy czym między drugą ligą a ekstraklasą nie zdołałem wystarczająco wzmocnić zespołu, bo trochę sami siebie zaskoczyliśmy awansem już w pierwszym sezonie w 2.Bundeslidze. No i obecnie odbija mi się to czkawką. – Myślisz, że z tego wyjdziemy? Że w końcu coś zmieni się na mejor? Zastanowiłem się na szybko i powiedziałem: – Mam nadzieję, że na wiosnę tak, ale teraz nie sądzę. Jak sam powiedziałeś, ostatni raz wygraliśmy w sierpniu, od tamtego czasu w dwa miesiące zdołaliśmy zdobyć zaledwie zasrany JEDEN punkt, a ten miesiąc kończymy bez choćby jednego gola. Piłkarze wprost leżą psychicznie. Leżą i kwiczą. Widzę to wyraźnie na treningach, są załamani, przytłoczeni, zmiażdżeni emocjonalnie, a na mecz wychodzimy czując się pokonani jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Spirala porażek całkowicie zrujnowała atmosferę w drużynie, a w takich warunkach praktycznie niemożliwa jest nagła odmiana i seryjne zwyciężanie. Prawdopodobnie nie wygramy ani jednego meczu już do końca rundy, do tego Hoffenheim wygrało wczoraj z Osabrückiem i ma do nas już tylko trzy punkty straty, więc jesień możemy skończyć na dnie tabeli. Całą nadzieję pokładam w tym, że w przerwie zimowej uda mi się postawić chłopaków na psychiczne nogi w sparingach, a na wiosnę w końcu zagramy z wiarą we własne umiejętności. Niestety, wszystko wskazywało na to, że pozostała nam jedynie wiara i nadzieja. Październik 2024 Bilans (Rot-Weiss Essen): 0-1-3, 0:10 Bundesliga: 17. [-3 pkt Herthy Berlin, +3 pkt nad Hoffenheim] DFB-Pokal: 3. runda, vs. 1.FC Köln Finanse: 7,42 mln euro (-1,13 mln euro) Gole: Andreas Schachner (5) Asysty: Franck Brou, Thomas Franz, Mikkel Andreasen i Markus Rose (po 2) Bilans (Polska): 2-0-0, 12:0 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [+0 pkt nad Hiszpanią] Ranking FIFA: 1. [+1] Ligi: Anglia: Leeds United [+0 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+7 pkt] Francja: AS Monaco [+4 pkt] Hiszpania: Real Madryt [+2 pkt] Niemcy: Borussia Dortmund [+0 pkt] Polska: Cracovia [+3 pkt] Rosja: CSKA Moskwa [+2 pkt] Szwajcaria: FC Aarau [+2 pkt] Włochy: AS Roma [+5 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Wisła Kraków, gr. H, 2:2 na wyjeździe z Hansą Rostock i 3:0 u siebie z Ksanthi Reprezentacja Polski: - 05.10, eliminacje MŚ 2026, San Marino - Polska, 0:10 - 09.10, eliminacje MŚ 2026, Polska - Malta, 2:0 Ranking FIFA: 1. Polska [1278], 2. Brazylia [1254], 3. Anglia [1206]
  5. Cień wielkiej trybuny

    Trudno było ocenić, jak sensacyjny remis z Eintrachtem Braunschweig wpłynie na naszą formę, bo już trzy dni później czekała nas egzekucja na Allianz-Arenie, gdzie Bayern miał nas przerobić na wursty. Mimo że Bawarczycy znajdowali się w tym sezonie w wyraźnym dołku (czyli tytuł zdobędzie Werder), to jednak i tak nawet w takiej formie byli od nas lepsi o trzy klasy, jak nie więcej. Miejsce Pitteta na środku pomocy zajął Thomas Franz, na lewe skrzydło wrócił Andreasen, do ataku za Nuno Andreas Schachner, a rozbitego psychiczne Bernardiniego na środku obrony zastąpił Busch, ale nie miało to żadnego wpływu na nasz los. W Monachium wytrzymaliśmy całe dwanaście minut, aż Bassery z dziecinną łatwością uciekł ruszającemu się jak żelbetonowy kloc Vinkowi, a po jego płaskim podaniu w pole karne Silvestri oparł się na biernym Wierbickim jak pijany na ścianie i bez problemu pokonał Kanté. Chwilę później na 0:2 podwyższył N'Diaye z dośrodkowania Forresta, w 24. minucie tenże Forrest został dopuszczony przez Gruszkę do dobitki sparowanego prze Brahimę strzału Silvestriego, a w 40. minucie na oczach całych piłkarskich Niemiec ostatecznie poniżył nas Valente, który wsadził nam gola strzelając niemal... z połowy boiska. Co za wstyd... Do czasu kompromitującego trafienia spod linii środkowej Bayern sprawiał wrażenie żądnego krwi i dwucyfrówki za swoje ligowe niepowodzenia. Najwyraźniej jednak tak niecodzienna bramka wprawiła Bawarczyków w tak dobry nastrój, że w drugiej połowie postanowili się już dalej nad nami nie znęcać i zrobili to samo, co zrobił Werder tydzień temu, czyli urządzili sobie luźny trening, nie przejmując się biegającymi gdzieś obok piłkarzami w biało-czerwonych trykotach. Miałem już dosyć tego sezonu, ale dopiero się zaczynał.
  6. Cień wielkiej trybuny

    W trakcie treningu szybkościowego ścięgno pachwiny naciągnął sobie Franck Brou, co było dla nas dodatkowym ciosem, gdyż Iworyjczyk był jednym z bardzo niewielu zawodników, którzy przynajmniej próbowali coś zrobić. Sytuację tę wykorzystałem jednak jako okazję do przetestowania jeszcze jednego wariantu, w którym parę środkowych pomocników z Rosem utworzył Davide Pittet, nominalnie obrońca, ale mogący też grać jako pomocnik. Przez resztę dni dzielących nas do łomotu z Eintrachtem Braunschweig przygotowałem nieco drobnych zmian w ustawieniu, lecz w duchu nie sądziłem, by miały cokolwiek dać. Tymczasem zdarzyła się sytuacja niecodzienna, ponieważ od pierwszej minuty wyraźnie przeważaliśmy nad faworyzowanymi gośćmi, częściej byliśmy w posiadaniu piłki i momentami zamykaliśmy rywali na ich połowie; już od przeszło dwóch miesięcy nie widziałem tak dobrej gry Rot-Weiss Essen, nie licząc pucharowego występu z TSV Monachium. Prawdopodobnie nawet zdobylibyśmy gola, ale oddanie celnego strzału nadal było zadaniem ponad nasze siły, więc kibice za bramką Eintrachtu nie mogli być spokojni o swoje życie. Częściowo w trosce o ich zdrowie, a częściowo ze względu na marnowaną szansę na tak rzadkiego gola, w przerwie zdjąłem obu napastników, Waltera i Nuno, zastępując ich Barisiciem i rekonwalescentem Schachnerem, ale na niewiele się to zdało, ponadto do pudłowania przyłączył się Hans Vink, a patent z Pittetem okazał się nietrafiony. Niemniej jednak najpierw w końcu dowieźliśmy bezbramkowy remis do przerwy, a potem, mimo że w końcówce Eintracht ostro nas przycisnął, zdołaliśmy obronić 0:0 aż do końcowego gwizdka. Seria porażek przerwana, mamy jeden punkt!
  7. Cień wielkiej trybuny

    Uznałem, że skoro już nic nie jest w stanie skłonić zawodników do wykrzesania z siebie więcej motywacji, a gorzej być już zdecydowanie nie może, postanowiłem dać Kanté i Andreasenowi podwyżki, jakie im się po cichu marzyły, gdyż i tak ich oczekiwania nie były przesadnie wygórowane. W końcu zadowolony piłkarz teoretycznie powinien grać z większym sercem. Podobnie próbowałem postąpić z Marco, ale jeżeli ten oczekiwał gwiazdorskiej pensji za nic... Skoro w nędznym stylu zbieraliśmy łomot nawet od najsłabszych (prócz nas) drużyn ligi, perspektywa wizyty w Bremie, gdzie już ostrzył na nas zęby Werder, jak zwykle główny kandydat do tytułu, napawała mnie lodowatym przerażeniem. Nie miałem pojęcia czego się spodziewać, to znaczy jeżeli mówimy o wysokości porażki, bo to, że przegramy, było pewne na długo przed spotkaniem. Ostatecznie aż tak boleśnie nie było, bo Werder w pierwszej połowie stłukł nas na kwaśne jabłko, rozstrzygając mecz już w pierwszych minutach, ale zadowolił się tylko trzema golami, a potem po prostu bawił się piłką i korzystał z rzadkiej możliwości przeprowadzenia rozszerzonego treningu przy pełnym stadionie. Po tej ósmej z rzędu porażce spadliśmy już na przedostatnie miejsce w lidze, ale nie mieliśmy na razie co marzyć o roli czerwonej latarni, bo tak długo, jak Hoffenheim będzie solidarnie przegrywać razem z nami, ostatnie osunięcie w tabeli nam nie groziło.
  8. Cień wielkiej trybuny

    Niestety zgrupowania reprezentacji ze strefy afrykańskiej miały tak niekorzystne terminy, że ponownie z Essen ubyli mi obaj Iworyjczycy, Brahima Kanté i Franck Brou. Poza tym po powrocie do klubu na dzień dobry mogłem pogrążyć się w lekturze raportu naszego pionu medycznego na temat nadwyrężonego (podobno przez zły chwyt sztangi na siłowni) nadgarstka Andreasa Schachnera; bądź co bądź naszego najlepszego strzelca, mimo że goli w lidze niemal nie zdobywamy. Jako świeżo upieczeni zaopatrzeniowcy ze strefy spadkowej 12 października podejmowaliśmy naszych sąsiadów w tabeli, 1.FC Nürnberg. W bramce oczywiście stanął Heinz Kruse, bo i kto inny mógł się do tego nadawać, zaś w środku pola postawiłem na powrót do korzeni, uzupełniając go Ronaldem Guytem. Poza meczem z zamykającym tabelę Hoffenheim, jaki czeka nas za jakiś czas, była to nasza najlepsza z możliwych okazji do przełamania żenującej passy i zdobycia choćby punktu. Ta, jasne. Ten mecz jedynie pokazał, jak wielka przepaść dzieli nas, drugoligowego średniaka występującego w ekstraklasie, od najsłabszych zespołów Bundesligi i udowodnił mi, że jeżeli nie zdarzy się jakiś nadzwyczajny cud, za kilka miesięcy czeka mnie pierwszy w mojej karierze spadek z ligi, a także rekordowa seria porażek. Początkowo graliśmy nawet nie tak rażąco, pomijając fakt, że za nic nie potrafiliśmy oddać strzału w światło bramki, ale wszystko zmieniło się w 40. minucie. Znowu myślałem, że damy radę dociągnąć z fantastycznym remisem do przerwy, i znowu okazało się, że jestem kretynem, kiedy Walter zgubił piłkę w środku pola i poszła kontra gości, którą celnym strzałem wykończył Vitale. W szatni nakazałem walkę o wszystko w drugiej połowie, i w sumie walkę zaprezentowaliśmy, tyle tylko, że trafienie w światło bramki było dla nas wyzwaniem godnym wygrania finału Ligi Mistrzów; na 12 strzałów, jakie oddaliśmy w tym spotkaniu, AŻ JEDEN zmusił Johnsona do interwencji. Naszą ambitną pogoń zakończył w 74. minucie nie kto inny, jak Mikkel Andreasen, który zarobił drugą żółtą kartkę, co było naszą już trzecią czerwienią w tym sezonie. Na skutki nie trzeba było długo czekać; dwie łatwe bramki autorstwa Bocka w 85. minucie i Mileticia w doliczonym czasie załatwiły sprawę. Już nie potrafiłem być poważny, i w szatni z szerokim uśmiechem powiedziałem moim podopiecznym, że jestem wniebowzięty naszym występem. Miałem gdzieś, jak to zinterpretują. Jedną z największych zagadek wszechświata, jaka prawdopodobnie nigdy nie doczeka się rozwiązania, było dla mnie to, jakim cudem, do licha, zdołaliśmy pokonać w sierpniu Alemannię (szczególnie, że tak wysoko) i Stuttgart. Póki co nic nie wskazywało na to, byśmy mieli w ogóle kiedykolwiek przestać przegrywać.
  9. Cień wielkiej trybuny

    Gdy wróciliśmy do Polski i przygotowywaliśmy się w Chorzowie do meczu z Maltą, Michał Piotrowski rozciął nogę na jednym z treningów, a szkoda, bo planowałem dać mu szansę gry od pierwszej minuty. Wobec tego szansę między słupkami otrzymał Marek Wróbel, a poza tym w środowy wieczór hymn odśpiewała ta sama jedenastka, która rozpoczynała masakrę w Serravalle. Podobnie jak w sobotę, tak i teraz szybko rozstrzygnęliśmy spotkanie na naszą korzyść. W 4. minucie przeprowadziliśmy akcję całym zespołem, Mizzi w polu karnym przejął wrzutkę Lemanowicza, ale za długo bawił się piłką, dzięki czemu bez trudu zabrał mu ją Halilović i po żołniersku umieścił w bramce. Po niespełna kwadransie gry goście po raz drugi praktycznie sami strzelili sobie gola, kiedy to Camilleri próbował zagrać piłkę do Farrugii, ale przejął ją Adamczyk, który wyszedł sam na sam z Porsella Floresem, wymanewrował go i podwyższył na 2:0. Wszystko wskazywało na to, że zmierzamy po kolejne bardzo wysokie zwycięstwo. A jednak okazało się, że Tomek... ustalił wynik meczu i więcej bramek już nie padło. W naszej grze roiło się od niedokładności, niecelnych podań, koszmarnych pudeł i dośrodkowań wprost na głowy maltańskich obrońców. Wierzyć nie mogłem, że przez grubo ponad godzinę gry nie potrafiliśmy zdobyć ani jednego gola, a nasza niefrasobliwość pozwoliła Malcie parokrotnie stworzyć realne zagrożenie pod naszą bramką. Zwycięstwo zawsze pozostaje zwycięstwem, ale nasza byle jaka gra z rywalem o podobnym poziomie co San Marino, i to u siebie, czyniła ten wynik rozczarowująco skromnym. Hiszpanie również nie szaleli szczególnie ze strzelaniem, gdyż "tylko" 5:0 w Máladze z grającym przez całą drugą połowę w osłabieniu San Marino w porównaniu do naszej wyjazdowej dwucyfrówki wyglądało dość mało okazale. W dołku nadal była natomiast Irlandia, która tylko zremisowała na wyjeździe 2:2 z Łotwą, co i tak było dobrym wynikiem dla Irlandczyków, gdyż po pierwszej połowie przegrywali 0:2. Grupa trzecia: 1. Polska – 9 pkt – 16:0 2. Hiszpania – 9 pkt – 12:1 3. Malta – 3 pkt – 3:7 4. San Marino – 3 pkt – 2:16 5. Irlandia – 1 pkt – 4:7 6. Łotwa – 1 pkt – 3:9
  10. Cień wielkiej trybuny

    Tym razem na zgrupowaniu zjawili się wszyscy, za to paru zawodników było przemęczonych, co oznaczało, że przeciwko San Marino nie będą mogli zagrać Marcin Pawlak, Piotrek Szymański i nasz obecny kapitan Marcin Kowalik. Wykorzystałem to jednak jako dobrą okazję, by zastępcą kapitana mianować Mateusza Machnikowskiego, a także dalej ogrywać nasz młody środek pola, który tego wieczoru złożony był z Koźmińskich – 22-letniego Roberta i 21-letniego Michała. Byłem całkowicie pewien, że nowe wschodzące gwiazdy polskiej reprezentacji spokojnie podołają zadaniu sprawienia, by w drugiej kolejce San Marino nie powtórzyło sensacji z pierwszej. I rzeczywiście, dziś w Serravalle nie pozostawiliśmy gospodarzom cienia złudzeń; już w 2. minucie Lemanowicz dostarczył piłkę czającemu się na skraju pola karnego Haliloviciowi, który mimo asysty Balducciego bez trudu pokonał Della Vallego. Na kolejne trafienie przyszło czekać nam prawie dwadzieścia minut, lecz cierpliwość popłaca i w końcu Lemanowicz popisał się kolejną precyzyjną wrzutką, Machnikowski wyskoczył ponad Zanottiego i zgrał piłkę Haliloviciowi, a Zoran z najbliższej odległości zdobył swojego drugiego gola. Po półgodzinie gry Lewandowski dalekim wybiciem złapał Sanmaryńczyków kontratakiem, po którym Halilović wystawił piłkę przed pole karne, a Michał Koźmiński pięknym rogalem posłał ją w okienko, zaś w doliczonym czasie natomiast po faulu Mularoniego rzut karny spokojnie wykonał Brzeziński. Choć spisywaliśmy się bez zarzutu, w szatni dałem delikatnie do zrozumienia Tomkowi Adamczykowi, że mógłby dać z siebie trochę więcej, bo wyraźnie odstaje od kolegów. Wziął sobie moje słowa do serca. Tuż po przerwie z rajdem lewym skrzydłem ruszył Machnikowski, który objechał Mularoniego i zacentrował w pole bramkowe, gdzie Halilović z główki ustrzelił hat-tricka, co było jego czterdziestym trafieniem w reprezentacji. To był ostatni tego wieczoru gol zdobyty przez zawodnika, który nie miał na imię Tomasz. W 53. minucie wywalczyliśmy rzut rożny bity przez Lemanowicza, w polu karnym rozgorzało ogromne zamieszanie, w którym strzał zdołał oddać Machnikowski, piłka zmierzała wprost w nogi Gasperoniego, lecz w ostatniej chwili do bramki skierował ją Adamczyk. Dwie minuty później Robert Koźmiński uruchomił po linii Machnikowskiego, Mateusz jak zawsze w pełnym biegu dośrodkował, a Tomek Adamczyk zastawił się przed Guerrą i strzałem z pierwszej piłki podwyższył na 7:0. W 71. minucie prawym skrzydłem przedarł się dla odmiany wpuszczony przeze mnie Brodecki, który znalazł wbiegającego w pole karne Adamczyka, a Tomek złapał na błędzie Della Valle i skompletował klasycznego hat-tricka. Podobnie jak wcześniej, tak i teraz zaledwie po chwili Tomek świętował po raz kolejny, kiedy Robert Koźmiński przejął źle wyrzuconą przed bramkarza San Marino futbolówkę i po nodze Balducciego dograł na dobieg do naszego snajpera wszech czasów. Słynną truskawką na torcie był rzut wolny z linii pola karnego w doliczonym czasie, z którego nie kto inny jak Tomek Adamczyk atomowym uderzeniem sprawił, że piłka niemal teleportowała się w okienko bramki Della Valle. Tym samym nasza pierwsza w historii wyjazdowa dwucyfrówka stała się namacalnym faktem. Irlandia, która kiepsko rozpoczęła eliminacje, przegrała w Dublinie 1:3 z Hiszpanią, co oznaczało, że objęliśmy prowadzenie w tabeli grupy trzeciej, natomiast Malta podniosła się po porażce z La Furia Roja i pokonała u siebie Łotwę 2:1. Grupa trzecia: 1. Polska – 6 pkt – 14:0 2. Hiszpania – 6 pkt – 7:1 3. Malta – 3 pkt – 3:5 4. San Marino – 3 pkt – 2:15 5. Irlandia – 0 pkt – 2:5 6. Łotwa – 0 pkt – 1:7
  11. Cień wielkiej trybuny

    Kiedy ja i Moriente byliśmy już spakowani do wyjazdu na zgrupowanie, rozegrane zostały ostatnie trzy spotkania 8. kolejki Bundesligi. Jako że Norymberga, Alemannia i Stuttgart zremisowały swoje mecze, wyniki te oznaczały, że w końcu znaleźliśmy się tam, gdzie nasze miejsce – w strefie spadkowej. Wrzesień 2024 Bilans (Rot-Weiss Essen): 1-0-4, 7:13 Bundesliga: 16. [-0 pkt 1.FC Nürnberg, +3 pkt nad Herthą] DFB-Pokal: 2. runda, 5:2 z 1860 Monachium; awans, vs. 1.FC Köln Finanse: 8,56 mln euro (+152 tys. euro) Gole: Andreas Schachner (5) Asysty: Franck Brou, Thomas Franz, Mikkel Andreasen i Markus Rose (po 2) Bilans (Polska): 1-0-0, 4:0 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [-0 pkt do Hiszpanii, +0 pkt nad San Marino] Ranking FIFA: 2. [=] Ligi: Anglia: Leeds United [+1 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+2 pkt] Francja: AS Monaco [+2 pkt] Hiszpania: Real Madryt [+0 pkt] Niemcy: Borussia Dortmund [+3 pkt] Polska: Cracovia [+5 pkt] Rosja: CSKA Moskwa [+2 pkt] Szwajcaria: FC Basel [+3 pkt] Włochy: AS Roma [+0 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Polonia Warszawa, Pierwsza runda, 0:1 i 0:3 z Nantes; out - Wisła Kraków, Pierwsza runda, 1:0 i 2:0 z Zetą; awans, gr. H - Legia Warszawa, Pierwsza runda, 2:3w i 2:1 ze Stade Reims; out Reprezentacja Polski: - 04.09, eliminacje MŚ 2026, Polska - Łotwa, 4:0 Ranking FIFA: 1. Brazylia [1274], 2. Polska [1266], 3. Anglia [1191]
  12. Cień wielkiej trybuny

    Wielkimi krokami nadchodził czas, by przypomnieć sobie smak zwycięstwa. W październikowej turze spotkań eliminacji do Mistrzostw Świata mieliśmy zmierzyć się w Serravalle z San Marino, a cztery dni później w Chorzowie z Maltą, więc nikt nie wyobrażał sobie, byśmy nie mieli zdobyć w nich kompletu punktów. Ja jednak byłem zdania, że szczególnie przeciwko San Marino trzeba zagrać w pełnej koncentracji i cały czas przeć do przodu, gdyż trzy tygodnie temu Irlandia boleśnie przekonała się, czym się kończy sen na Stadio Olimpico. W stosunku do inauguracji rozgrywek do składu powołałem zbierającego świetne noty w Leeds United Roberta Koźmińskiego, dla którego był to powrót do kadry po roku przerwy. Tym razem przewidywałem go na stałe jako następcę Grześka Owczarka, gdyż nie sądziłem, by ten po wykurowaniu złamanej nogi był w stanie odzyskać jeszcze formę, która umożliwiłaby mu powrót do reprezentacji.
  13. Cień wielkiej trybuny

    Nie widziałem już żadnej możliwości poprawy gry zespołu, więc tym łatwiej przyszła mi poważniejsza przebudowa wyjściowej jedenastki, po której pojechaliśmy do Fryburga na Badenova-Stadion, by zawieźć trzy punkty Freiburgowi i wręczyć je gospodarzom do rąk. W pierwszej połowie zagraliśmy jednak zaskakująco dobrze, bo mimo że piłka znajdowała się niemal wyłącznie w posiadaniu rywali, to jednak umiejętnie broniliśmy się we własnym polu karnym. Myślałem już nawet, że uda nam się dowieźć rewelacyjne 0:0 do przerwy, ale pomyliłem się; w ostatniej akcji Grote pokonał Kanté strzałem z dystansu, i wszystko diabli wzięli. Tuż po przerwie z kolei Bernardini bez walki dał się przejść Iliciowi, i było po meczu. Kwadrans później dla świętego spokoju przeprowadziłem dwie ostatnie zmiany i usiadłem na ławce w oczekiwaniu, aż mecz się skończy i będzie można się zbierać. Tymczasem pojawiło się światełko w tunelu, kiedy po chwili Brou udanym wybiciem uruchomił naszą szybką kontrę, po której Schachner wyciągnął Shepherda z bramki i sensacyjnie zdobył gola kontaktowego. Niestety byliśmy zwyczajnie za słabi, by powalczyć o remis, tak więc nasza efektowna seria ligowych porażek po tym meczu wynosiła już sześć, a nic nie wskazywało na to, by miała zostać przerwana.
  14. Cień wielkiej trybuny

    Tia, zaszaleli. ----------------------------------------------------- I dobrze, że nie zadałem tego pytania na głos. Powrót do ligowej codzienności meczem z Borussią Mönchengladbach miał być nowym początkiem, szczególnie, że zmieniłem wyjściowy skład w dużej mierze na taki, jakim zmiażdżyliśmy Monachium w drugiej połowie w DFB-Pokal, z tą różnicą, że obok Bernardiniego na środku obrony zagrał Wierbicki. Tymczasem przegraliśmy, zanim mecz w ogóle się zaczął, a po raz kolejny zarżnął nam go Anders Albrechtsen, który zaledwie w 2. minucie sprokurował już swój drugi rzut karny w tym sezonie, oczywiście znowu w połączeniu z czerwoną kartką. Myślałem, że po prostu go rozszarpię, jak tylko dostanę go w swoje ręce w szatni. Rzut karny pewnie wykonał König, a potem wszystko poszło już siłą rozpędu. Najpierw w 28. minucie pierwszy rzut rożny, wrzutka i gol Amato, a trzy minuty później drugi korner dla Borussi, dośrodkowanie i bramka autorstwa Vieiry. W drugiej połowie obraz naszej słabości i beznadziejności był wprost przerażający, spotkanie kończyliśmy przy pustych trybunach (z wyjątkiem zachwyconych kibiców gości, rzecz jasna), a w doliczonym czasie wynik na żenujące 0:4 ustalił Visser. Trudno powiedzieć, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby nie kolejny sabotaż Albrechtsena. Może byłoby nawet całkiem nieźle, bo jego debilny rzut karny i czerwona kartka już na samym starcie podcięły nam skrzydła i ustawiły całe spotkanie pod Borussię. Tego nie mogłem Duńczykowi darować, więc nagrodziłem go bardzo surowo, wstrzymując pensję na dwa tygodnie, degradując stopień w drużynie i relegując do rezerw do odwołania. Następnie zacząłem rozglądać się za nowym prawym obrońcą, którego mógłbym sprowadzić do klubu zimą.
  15. Cień wielkiej trybuny

    Skoro dostawaliśmy od wszystkich i każdy kopał nas niczym Kanał Sueski, nie liczyłem na zbyt wiele w drodze do stolicy Bawarii, gdzie 17 września mieliśmy po raz drugi w tym sezonie zmierzyć się z TSV Monachium, tym razem w Pucharze Niemiec. Cały czas próbowałem zrobić coś, by przerwać passę fatalnych wyników, więc tego wieczoru zacząłem pomału wprowadzać zmiany personalne na newralgicznych pozycjach, na początek zostawiając w Essen Pitteta, a jego miejsce na środku obrony zajął debiutujący w barwach RWE Bernardini, z kolei w środku pola podobny los spotkał słabego ostatnio Brou, którego zastąpił Thomas Franz. Absolutnie nie zaskoczyło mnie to, co działo się na Allianz-Arenie od pierwszych minut. Najpierw przez jakiś czas prowadziliśmy w miarę wyrównaną walkę, aż w końcu w 12. minucie klasycznie König podał prostopadle w nasze pole karne, Busch klasycznie nie upilnował Nagy'ego, uderzenie sparował Kanté, a klasycznie niekryty Weber ruszył do dobitki, po której piłka klasycznie znalazła się w naszej bramce. Naprawdę nie byłem ani trochę zdziwiony takim obrotem spraw. Później TSV bawiło się z nami w kotka i myszkę, aż w 25. minucie strzałem z dystansu na 0:2 podwyższył Steiner, tak więc mieliśmy wierną kopię poprzednich spotkań. Klasyka, klasyka, klasyka. Szczerze mówiąc postawiłem już krzyżyk na tym meczu i marzyłem tylko o końcowym gwizdku i powrocie do Essen. I właśnie wtedy zaczęły dziać się cuda. W 43. minucie Albrechtsen rzucił piłkę z autu pod polem karnym gospodarzy, Rose następnie znalazł na środku ustawionego na wprost bramki niekrytego Franza, a Tomek mocnym strzałem przy słupku zdobył kontaktowego gola. Tego to się Herr Kopp nie spodziewał! W przerwie zdjąłem Marco, który był tylko cieniem siebie sprzed kontuzji, wprowadziłem za niego Barisicia, po czym wygłosiłem motywacyjną przemowę i wysłałem zespół na drugą połowę. Dziesięć minut później Allianz-Arena znacząco przycichła; w 56. minucie Vink świetnie przeciął podanie Barana i zagrał natychmiast do pędzącego Schachnera, a Andreas uciekł Betzowi i w sytuacji sam na sam z Vigliarolo wyrównał na 2:2! Strata dwóch bramek odrobiona! Wznosiłem przy linii bocznej pięści ku niego pilnując się, bym nie zaczął przecierać oczu ze zdumienia, podczas gdy u rywali coraz wyraźniej dawało się dostrzec pierwsze oznaki zakłopotania. Grzech byłoby tego nie wykorzystać, więc chwilę później harujący za dwóch Bernardini wybił piłkę w pole, Rose rozciągnął do Schachnera, po którego podaniu za linię obrony Franz obsłużył Barisicia, a Chorwat zrobił to, czego nie umiała gwiazdeczka Gonzalo, czyli pewnie pokonał Vigliarolo dając na prowadzenie! Pierwsze gwizdy na wielkich trybunach Allianz-Areny tylko dopełniały piękna chwili. Cały czas liczyłem się z tym, że lada chwila monachijczycy mogą się otrząsnąć i wynik może obrócić się w drugą stronę. Kiedy już wydawało mi się, że to nasze ostatnie szczęśliwe momenty, w 73. minucie Albrechtsen posłał malowniczą wrzutkę na piąty metr, gdzie Franz mocno uderzył, piłka minęła wychodzącego z bramki Vigliarolo, a stojący za nim Betz skierował ją do własnej bramki. Od tej pory na trybunach dało się zauważyć pierwsze grupy kibiców gospodarzy, które rozpoczęły exodus z Allianz-Areny, zaś my nadal robilismy swoje, i w 87. minucie Barisić, który wywalczył dziś miejsce w wyjściowej jedenastce, perfekcyjnie wypuścił na wolne pole Schachnera, który dryblingiem minął bramkarza Monachium i strzałem do pustej bramki zadał wstrząśniętym rywalom coupe de grâce. Czy to równie niespodziewane, co efektowne zwycięstwo oznaczało, że teraz nadejdą dla nas lepsze czasy? Wolałem nie zadawać tego pytania na głos.
×