Skocz do zawartości

Ralf

Użytkownik
  • Zawartość

    2936
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

329 Bardzo lubiany

O Ralf

  • Tytuł
    Kapitan drużyny

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Musiałem się mocno pilnować, by nie dać po sobie zbytnio znać zadowolenia z postępów, jakie nieśmiało zaczynaliśmy czynić, gdyż w Bundeslidze zbliżał się mecz, na który od wielu miesięcy ostrzyłem sobie zęby. Mowa o pojedynku z Karlsruhe, z którym przegraliśmy w zeszłym sezonie wszystkie spotkania, zarówno w lidze, jak i w DFB-Pokal, w związku z czym marzyłem o utarciu nosa rywalom, w myśl szpakowskiego sloganu "nie ważne ile, nie ważne jak". Naturalnie wielkich nadziei również sobie nie robiłem, a przed meczem przywróciłem do pierwszego zespołu dopominającego się gry Francka Brou. W tym sezonie Karlsruhe również przechodziło poważny kryzys, po ostatnich dwóch kolejkach zastępując nas w strefie spadkowej, więc przez długi czas na Georg-Melches-Stadion garstka kibiców oglądała pasjonujący pokaz ofensywnej nieporadności tak naszej, jak i rywali. Goście, gdy dochodzili pod nasze pole karne, za dużo kombinowali, dzięki czemu odbieraliśmy im piłki, zaś my nie mogliśmy znaleźć ostatniego podania, jako że obrona Karlsruhe również dobrze czyściła swoje zasieki defensywne. Decydująca dla wyniku spotkania okazała się moja decyzja w przerwie, by na drugą połowę w miejsce po raz kolejny niewidocznego Wolfa posłać w bój Topolskiego. Po pięciu minutach od wznowienia gry Wellington na prawym skrzydle zakręcił kółeczko wokół Mário i Angulo, następnie zostawił piłkę Hildebrandtowi, który dośrodkował ją na piąty metr, a tam uciekający Molinie Topolski podciął piłkę obok interweniującego Özdemira, umieszczając ją w siatce. Na szczęście okazaliśmy się lepsi o tę jedną wykorzystaną okazję, więc po pozostałych wypełnionych pudłami czterdziestu minutach mogliśmy świętować nasze pierwsze domowe zwycięstwo w tym sezonie, i to od razu pokonując cholerne Karlsruhe i spychając je na ostatnie miejsce w tabeli. A macie, dziady!
  2. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Czyli zespołem-francą? Cóż, chyba tak ------------------------------------------------------ Zwycięstwo w derbach niczym czarodziejska różdżka poprawiło podupadające z wolna nastroje w Essen, tak że nawet szczęśliwy prezes Hempelmann pojawił się w szatni, by pogratulować nam prestiżowego zwycięstwa. Ja jednak nie świętowałem przesadnie długo, bo dosłownie godzinę po wyjeździe z Dortmundu już skupiałem się na pucharowym pojedynku z następną Borussią, tym razem w Mönchengladbach, który czekał nas już trzy dni później. Wobec tego nie wszyscy zdążyli odpowiednio odpocząć, więc na lewym skrzydle do gry nie nadawał się Andreasen, za którego zagrać miał Seba Franz, a moje plany wystawienia Marka Topolskiego w wyjściowej jedenastce musiałem odłożyć na następne spotkanie i raz jeszcze postawić na Daniela Wolfa. Trudno powiedzieć, czy to zbieg okoliczności, czy pojawiła się nowa przypadłość zwana Syndromem Borussii, ale tego wieczoru miałem deja vu z Dortmundu, gdyż gospodarze byli dziś rażąco nieskuteczni, aż momentami sam łapałem się za głowę, oglądając ich tragiczne pudła z niebezpiecznych sytuacji. My mieliśmy inny problem, gdyż sędzia Mayer ewidentnie czuł pewien rodzaj antypatii do RWE i szastał żółtymi kartkami jedna za drugą przy faulach moich zawodników, które na co dzień na kartkę się nie kwalifikują, zaś zawodnikom Borussii przyzwalał na więcej. W początkowej fazie meczu pod naszą bramką po jednej dobrej okazji zmarnowali Visser i Gilberto, zaś my po półgodzinie odpowiedzieliśmy strzałem z dystansu Andrade, z trudem sparowanym przez Rosta i natychmiastową, koszmarnie przestrzeloną dobitką Wolfa. A w doliczonym czasie pierwszej połowy niezły rajd lewym skrzydłem pokazał Andrade, do jego dośrodkowania mimo asysty Kaisera, Barbato i Aquino doszedł Wolf, a Rost sparował piłkę wprost na nogę Waltera, który z zimną krwią wbił ją do siatki! Klaus wyrastał obecnie na naszego najlepszego strzelca, mnie zaś w drugiej połowie niezmiernie cieszył fakt, że napastnicy gospodarzy nadal prześcigali się w konkursie na najbardziej niedorzeczne pudło meczu. Najgoręcej było na dziesięć minut przed końcem, gdy Borussia wzięła nas z kontrataku, a po szybkim wybiciu piłki przez rywali ramię w ramię na naszą bramkę ruszyli osamotnieni Schwarz i usiłujący go powstrzymać Negro – tutaj wielkie pokłony dla Olivieriego, który wyciągnął się jak struna i efektowną paradą nie tylko sparował potężną bombę z dystansu pomocnika rywali, ale też utrzymał piłkę w boisku. To była ostatnia szansa gospodarzy na doprowadzenie do dogrywki, więc zwyciężyliśmy w meczu stanowiącym ilustrację powiedzenia "niewykorzystane sytuacje się mszczą" i tym razem sprawiliśmy niespodziankę w DFB-Pokal, awansując do trzeciej rundy.
  3. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Tydzień po naszym sukcesie nie było już żartów. Jechaliśmy do Dortmundu na derbowy pojedynek z liderującą Borussią, która w tym sezonie była zdecydowanie na fali. Nie brałem pod uwagę jakiejkolwiek zdobyczy punktowej, więc bardzo łatwo było mi się zdecydować na wprowadzenie zmian w wyjściowym składzie. W konsekwencji słabej gry w dotychczasowych spotkaniach miejsca na skrzydłach stracili będący bez formy Bruns i Vink, zastąpieni odpowiednio Andreasenem i Wellingtonem, ponadto w miejsce De Martina zagrać miał Hoffman. W pierwszym kwadransie stawiliśmy nawet solidny opór faworyzowanej Borussii, którego kulminację stanowił koszmarnie przestrzelony strzał Wolfa z niezłej sytuacji, a także efektowny rajd Waltera, który jednak minął trzech rywali tylko po to, by posłać piłkę w trybuny Signal Iduna Park. Później gospodarze przeszli do ofensywy i zepchnęli nas we własne pole karne, ale jednocześnie napastnicy BVB okazali się porażająco nieskuteczni, w czym przodował u rywali zwłaszcza Afriyie, który często strzelał tuż obok naszej bramki, a w innych sytuacjach szczęśliwie interweniował Olivieri, jakoby w chęci rehabilitacji za swoje poprzednie klopsy. Gdy wydawało się, że jedynie kwestią czasu jest to, aż Afriyie w końcu przełamie swoją niemoc i trafi do siatki, wywalczyliśmy rzut wolny po kontrataku, z którego miękką wrzutkę posłał Gruszka, a w polu karnym Walter przeskoczył Celso i głową pokonał Frołowa! Mimo objęcia prowadzenia i zaskoczonych min piłkarzy Borussii ani przez chwilę nie wierzyłem, byśmy mieli dowieźć prowadzenie do przerwy; popełnialiśmy zbyt wiele błędów w obronie, by gospodarze mieli w końcu któregoś nie wykorzystać. Przeznaczenie dosięgło nas w 40. minucie; wtedy Witt zagrał górną piłkę przed nasze pole karne, Afriyie zagrał ją głową, a tym razem z futbolówką koszmarnie minął się Olivieri, po czym Sander ze spokojem odesłał piłkę do naszej pustej bramki. Podobnie jak przed tygodniem, tak i teraz po drugiej połowie spodziewałem się tylko tęgich batów i rozwiązania worka z golami w żółto-czarnych barwach. I znów się zdziwiłem! Owszem, przez cały czas Borussia miała doskonale widoczną przewagę na boisku, ale jednocześnie rywale wciąż w niewiarygodnych wręcz okolicznościach marnowali okazje, a im bliżej było końca, tym śmielej wyprowadzaliśmy kontry. I wreszcie w doliczonym czasie Signal Iduna Park zamilknął! W doliczonym czasie prawym skrzydłem rzucił się najlepszy na boisku Wellington, uciekł Drescherowi, jego centrę mimo asysty Schulza do ziemi zgrał rezerwowy Seba Franz, a pozbawiony opieki Topolski na raty pokonał Frołowa, zapewniając nam sensacyjne zwycięstwo! Pierwszy raz za mojej kadencji wygraliśmy derby z Borussią, co od razu było naszą premierową wygraną w sezonie. Czy nie można tak częściej?
  4. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Klasycznie znów ciężko mi było wracać do ligowej codzienności porażek po miłej przerwie na zwycięstwa w eliminacjach do Mistrzostw Świata. W Essen czekał nas w ten czas pojedynek z Schalke, które śladem poprzednich rywali miało bez problemu wdeptać nas w murawę Georg-Melches-Stadion. Raz jeszcze dałem szansę tym samym zawodnikom, którzy wystąpili w poprzednim spotkaniu, jedynie kontuzjowanego Barisicia zastąpił Daniel Wolf. Mecz rozpoczęliśmy jak zwykle bojaźliwie i popełniając mnóstwo błędów, a ja tylko pokręciłem głową z zażenowania, gdy już w 3. minucie Fusco nie miał najmniejszych problemów z przeskoczeniem Hildebrandta w walce o piłkę, a po jego zgraniu głową Pinto oparł się na De Martinie jak na ladzie w pubie i oddał strzał tuż sprzed pola karnego, który Olivieri wpuścił do bramki. Oczywiście między rękami. Kursowałem w pobliżu ławki trenerskiej i wprost ręce mi opadały, gdy widziałem, jak moi obrońcy regularnie rozbiegają się na wszystkie strony, dają się wyciągać rywalom za piłką jak małe, naiwne dzieci, a w środku pola potykamy się o własne nogi, tak że nawet Markus Rose w tym towarzystwie był bezradny i wtapiał się w tło. A jednak w 24. minucie Georg-Melches-Stadion aż na chwilę zamarł w zdumieniu; Gruszka już miał stracić piłkę na rzecz Ilicia, który wyszedłby wtedy sam na sam z Olivierim, ale w ostatniej chwili Marcin jednak wyekspediował ją do przodu, Andrade błysnął na chwilę i elegancko zagrał między obrońców, a wbiegający Walter płaskim strzałem sensacyjnie wyrównał na 1:1. Sam byłem w szoku, podobnie jak nasi kibice, ale jeszcze przed przerwą wróciliśmy wszyscy na ziemię, bo w doliczonym czasie Eidsvåg z rzutu wolnego przerzucił piłkę za plecy moich jak zwykle spóźnionych obrońców, tak że Ilić doczekał się jednak swojego łatwiutkiego gola. Łatwiutkiego, gdyż kretyn Olivieri zostawił całą odsłoniętą bramkę, z sobie tylko znanego powodu ustawiając się na narożniku pola bramkowego... W przerwie już nawet nie chciało mi się nic mówić, tylko zmieniłem De Martina, który najbardziej ze wszystkich sprawiał wrażenie znajdującego się w stanie pomrocznym. Spodziewałem się, że po przerwie Schalke nas rozbije i wywiezie z Essen łatwe trzy punkty, tymczasem jednak w 50. minucie przymknęliśmy nawet na chwilę gości w ich własnym polu karnym, Hildebrandt przepchnął piłkę w pole karne, a Rose zasłonił ją przed Eidsvågiem, dzięki czemu Walter w sytuacji sam na sam zdobył swojego drugiego gola. Gola, który niespodziewanie zapewnił nam pierwszy zdobyty punkt w tym sezonie. Wow! Nasz wywalczony remis był tak dużą niespodzianką, że na pomeczowej konferencji menedżer Schalke Caio Mello, który nawiasem mówiąc swojego czasu prowadzić nawet moje FC Gratkorn, wręcz kipiał irytacją, że jego drużyna nie potrafiła pokonać beznadziejnego RWE. Mój oponent w złości zaczął opowiadać, jak to Rot-Weiss Essen nie spadnie z ligi, a ja odkryłem, że jego zaczepki po mnie spływają, bo nawet jeśli, to i tak po sezonie się stąd zabieram, więc z uśmiechem na ustach wyraziłem i swoją opinię na temat rezultatu osiągniętego przez Schalke, wyśmiewając Mello z dziką rozkoszą.
  5. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W wyjściowej jedenastce na Łotwę dokonałem jedynie zmiany na prawej stronie obrony, gdzie poobijanego Kiszkę zastąpił Brzeziński, zaś pozostałe kosmetyczne zmiany zaszły w kwestii obsady ławki. Jednocześnie drugie spotkanie pod rząd w bramce rozegrać miał Piętka, gdyż dając mu częściej okazję do gry o stawkę chciałem mieć w odwodzie drugiego golkipera z boiskowym doświadczeniem w kadrze, by uniknąć sytuacji z mundialu w Portugalii, która miała spory wpływ na naszą ówczesną porażkę w półfinale. Ale dziś akurat Paweł zbyt wiele pracy nie miał, gdyż przez długi czas gra toczyła się niemal wyłącznie na połowie Łotyszy, oczywiście pod nasze absolutne dyktando. W 6. minucie Brzeziński nie pozwolił Laizansowi przejść z piłką za linię środkową, po jego wślizgu futbolówkę zgarnął Dudek i zagrał między obrońców, a tam wbiegający Tomek Adamczyk pewnie otworzył wynik spotkania. Kwadrans naszego naporu później Rinkus sfaulował Tomka przed polem karnym, za co otrzymał żółtą kartkę, a do rzutu wolnego podszedł sam poszkodowany i swoim firmowym podkręconym strzałem obok muru wpakował piłkę do siatki po raz drugi. Dopiero teraz przestaliśmy gnieść Łotyszy aż tak mocno, dzięki czemu mogli odetchnąć i przebiec się czasem po naszej połowie, i właśnie wtedy Piętka wykazał się swoją jedyną interwencją wieczoru, z miną rutyniarza przenosząc nad bramką mocny strzał Nesterienki. Tuż przed przerwą ostatecznie zgasiliśmy jednak dzikie zapędy gospodarzy, gdy wywalczyliśmy korner, a do centry Brodeckiego najwyżej wyskoczył Machnikowski i wykorzystał złe ustawienie bramkarza, podwyższając na 3:0. W przerwie pozwoliłem sobie odesłać Piętkę pod gorący prysznic i posłać w jego miejsce Michała Górkę, gdyż pod koniec pierwszej połowy przy jednym z rzutów rożnych dla Łotwy boleśnie zderzył się z rywalem i uznałem, że nie ma sensu dłużej trzymać go na boisku. Nic złego nie mogło nam się już stać, ale czemu by nie śrubować bilansu bramkowego na wszelki wypadek? W 49. minucie, zanim druga odsłona dobrze się rozkręciła, Brodecki zagrał po linii do Adamczyka, który posłał centrę na piąty metr, a Robert Koźmiński bez trudu zgubił obronę i głową w okienko zdobył swojego gola. Niespełna dziesięć minut później tym razem Piątek zagrał prostopadłą piłkę, Brodecki bez przyjęcia przedłużył ją w pole karne, a tam Adamczyk odjechał Rinkusowi, po czym strzałem po ziemi na dalszy słupek ustrzelił hat-tricka, kończąc tym samym pogrom w Rydze. Plan na sierpniowo-wrześniowe mecze eliminacyjne mieliśmy zrealizowany w stu procentach. W pozostałych meczach naszej grupy obyło się bez niespodzianek, czyli Hiszpania pewnie wygrała z Maltą 3:1, a Irlandia pokonała 2:0 San Marino. Trzecia grupa: 1. Polska – 22 pkt – 38:5 2. Hiszpania – 20 pkt – 21:4 3. Irlandia – 11 pkt – 13:15 4. Malta – 6 pkt – 9:20 5. Łotwa – 5 pkt – 6:19 6. San Marino – 4 pkt – 5:29
  6. Ralf

    Highway to heaven

    Zupełnie jakbym czytał własne eFeMowe doświadczenia, bo moje największe transferowe niewypały we wszystkich moich karierach to były właśnie te zaczynające się od miliona € w górę Poważnie, nie przypominam sobie ani jednego piłkarza sprowadzonego za kwotę co najmniej siedmiocyfrową, który kiedykolwiek spełniłby moje oczekiwania i mógłbym nazwać go wzmocnieniem drużyny. Na ogół najlepszych zawodników, którzy później rzeźniczyli w lidze/pucharach i szybko zaczynały zabijać się o nich największe europejskie kluby, zawsze sprowadzałem na prawie Bosmana. "Cień wielkiej trybuny" to moja pierwsza kariera w FM, w której jakimś cudem mi się to nie udało. Tak! Nie ma to jak sprowadzić utalentowanego juniora i wyszkolić go na świetnego zawodnika
  7. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Bez przesady, to je moja Polska, a nie Gratkorn/Avellino/Osnabrück/Rayo/RWE ----------------------------------------------------- Gdy byliśmy już gotowi do odlotu z Malty, z ciekawości spojrzałem na tabelę rosyjskiej Premier Ligi i wpadłem w zdumienie. Na przestrzeni ostatniego miesiąca CSKA Moskwa postanowiło dla odmiany trochę ubarwić finałową część sezonu, ostatnie zwycięstwo odnosząc w... lipcu, a sierpień kończąc z jednym remisem i trzema ligowymi porażkami, do tego sromotnie przegrywając dwumecz w eliminacjach do Ligi Mistrzów z Klagenfurtem. Owy kryzys zepchnął Konie aż na czwarte miejsce w tabeli, ze stratą dziewięciu punktów do lidera. Byłem niezmiernie ciekaw, czy pierwszy raz od dwudziestu lat mistrzostwo Rosji zdobędzie w końcu ktoś inny, niż CSKA Moskwa. Sierpień 2025 Bilans (Rot-Weiss Essen): 1-0-3, 11:11 Bundesliga: 18. [-1 pkt do Alemannii] DFB-Pokal: Pierwsza runda, 6:0 z VfR Mannheim; awans, vs. Gladbach Finanse: 15,7 mln euro (-900 tys. euro) Gole: Darko Barisić (4) Asysty: Hans Vink (3) Bilans (Polska): 1-0-0, 3:0 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, 1. [+2 pkt nad Hiszpanią] Ranking FIFA: 3. [=] Ligi: Anglia: Derby County [+3 pkt] Austria: Austria Wiedeń [+0 pkt] Francja: Bordeaux [+0 pkt] Hiszpania: Mallorca [+0 pkt] Niemcy: HSV Hamburg [+2 pkt] Polska: Amica Wronki [+2 pkt] Rosja: FK Moskwa [+7 pkt] Szwajcaria: FC Schaffhausen [+3 pkt] Włochy: Fiorentina [+0 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Zagłębie Lubin, 2. runda kwalifikacyjna, 0:1 i 0:1 z Dynamem Tirana; out - Legia Warszawa, 2. runda kwalifikacyjna, 3:0 i 0:0 z Litexem Łowecz; awans, vs. AEK Ateny - Radomiak Radom, 2. runda kwalifikacyjna, 0:2 i 1:2 z Lewskim Sofia; out Reprezentacja Polski: - 30.08, eliminacje MŚ 2026, Malta - Polska, 0:3 Ranking FIFA: 1. Brazylia [1258], 2. Anglia [1184], 3. Polska [1134]
  8. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Na murawie Ta' Qali w Rabat czekały do podniesienia pewne trzy punkty, które, przynajmniej według moich szybkich szacunków, mogły zapewnić nam już przynajmniej udział w barażach. Po intensywnych sierpniowych rozgrywkach nie wszyscy pojawili się na zgrupowaniu w idealnej kondycji, więc część zawodników postanowiłem oszczędzić na Łotwę. Z tego powodu w składzie meczowym zabrakło m.in. Michała Górki, Marcina Pawlaka i Piotrka Szymańskiego, ale z zadowoleniem mogłem uznać, że bez trudu mam ich kim zastąpić, a wręcz w ataku mogłem wystawić dwóch "Tomków Adamczyków" – tego oryginalnego, najlepszego strzelca w historii Biało-czerwonych, i jego ewidentnego następcę, młodziutkiego Grześka Dudka. Bardzo szybko uzyskaliśmy zdecydowaną przewagę nad Maltą, którą równie szybko udokumentowaliśmy, gdy w 8. minucie Kiszka dośrodkował z rzutu wolnego precyzyjnie na głowę Grześka Dudka, który mimo asysty Camillerego bez problemu posłał piłkę do siatki. Okazji do kolejnych trafień nam nie brakowało, ale zawodziliśmy skutecznością, przez co nasza gra (do momentu oddawania strzału) wyglądała dużo lepiej od wyniku. Do przerwy nie zdołaliśmy go już poprawić, więc w szatni powiedziałem moim podopiecznym, że jak najbardziej cieszę się z prowadzenia, ale powinniśmy nie pozostawić żadnych wątpliwości, kto tego wieczoru był lepszy. I posłuchali mnie, przynajmniej na najbliższe dwadzieścia minut. Niedługo po przerwie Brodecki zagrał piłkę z prawego skrzydła na środek do Piątka, a ten podholował ją pod pole karne i sprytnym strzałem po ziemi zdołał zaskoczyć Farrugię. Pięć minut później Kowalik posłał długą, prostopadłą piłkę z głębi pola, Dudek ściągnął na siebie Camillerego, po czym przeskoczył go i zgrał futbolówkę do niepilnowanego już Adamczyka, który spokojnie wbił ją do maltańskiej bramki, zdobywając swojego sto jedenastego gola w narodowych barwach. Od tej pory Maltańczykom już nie chciało się grać, więc mogliśmy spokojnie szukać okazji, kontrolować przebieg spotkania i oszczędzać siły na Łotwę. Po siódmej kolejce spotkań sytuacja w grupie nie zmieniła się ani o jotę, jako że Hiszpania wygrała na wyjeździe 2:0 z San Marino, zaś Irlandia skromnie pokonała w Dublinie Łotwę 1:0. Niemniej jednak z jedenastopunktową przewagą nad trzecimi w tabeli Irlandczykami miejsce w barażach mieliśmy już pewne, zaś kwestia bezpośredniego awansu z pierwszego miejsca miała się rozstrzygnąć najprawdopodobniej za miesiąc w Chorzowie, gdzie walczyć będziemy z Hiszpanią. Trzecia grupa: 1. Polska – 19 pkt – 33:5 2. Hiszpania – 17 pkt – 18:3 3. Irlandia – 8 pkt – 11:15 4. Malta – 6 pkt – 8:17 5. Łotwa – 5 pkt – 6:14 6. San Marino – 4 pkt – 5:27
  9. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Jakbyśmy nie byli jeszcze wystarczająco słabiutcy, już na pierwszym treningu po blamażu w Leverkusen Darko Barisić załatwił sobie bark na siłowni, co oznaczało, że nie dość, że nadal mieliśmy przegrywać spotkania, to jeszcze nie będziemy zdobywać zbyt wielu bramek. Później moje myśli krążyły już tylko wokół dzieła mojego trenerskiego życia, i nie tylko trenerskiego, czyli reprezentacji Polski. Na przełomie sierpnia i września czekały nas wyjazdowe mecze eliminacyjne z Maltą i Łotwą, które miały o kolejne kilka kroków przybliżyć nas do upragnionego awansu do Mistrzostw Świata 2026 w Kanadzie. Z powodu kontuzji na zgrupowaniu nie mógł pojawić się Grzesiek Gorząd, ale pozostali moi podopieczni, z którymi rozjechaliśmy w Chorzowie Irlandię i San Marino, lada chwila mieli znów spotkać się z Szeryfem. Przy okazji zamierzałem osobiście pogratulować Grześkowi Dudkowi transferu do Barcelony, której działacze wykupili go z Levante za 17 000 000€.
  10. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W trzeciej kolejce Bundesligi czekał nas wyjazdowy mecz w Leverkusen, z drugim z rzędu beniaminkiem Bayerem. Tym razem na ławce zabrakło Brahimy Kanté, który naciągnął ścięgno podkolanowe, ale w wyjściowej jedenastce zmian nie wprowadzałem żadnych, ponieważ w Essen nie było ani jednego zawodnika, który byłby w jakiejkolwiek formie. A tego wieczoru okazało się, że w tej chwili byliśmy zdecydowanie najsłabszą drużyną Bundesligi i takim samym pewniakiem do spadku, jakim przed rokiem było Hoffenheim, które przegrywało mecz za meczem. Początkowo niewiele wskazywało na to, że zamierzamy dać dupy kolejnemu beniaminkowi, bo w 9. minucie Vink płaskim strzałem bez przyjęcia zamknął kąśliwą centrę Brunsa, wykorzystując panienkowatą postawę Darka Zająca. Lewy defensor gospodarzy miał pecha, że aktualnym póki co menedżerem RWE był selekcjoner drużyny narodowej, bo swoją fatalną postawą w całym spotkaniu udowodnił mi, że jak na razie nie ma co marzyć o powrocie do reprezentacji. Oczywiście prowadzenie utrzymaliśmy tylko przez chwilę, bo bardzo szybko Vitiello odepchnął od siebie zdechlaka Negro i podał do uciekającego drewnianemu Buschowi Fabiano, który nie miał żadnych problemów z pokonaniem sztywnego Olivieriego. Męczyliśmy się okrutnie z zespołem, który niedawno grał jeszcze w 2.Bundeslidze, ale w 37. minucie pomógł nam mój stary znajomy Manuel Borrelli, który w swoim stylu zgubił piłkę w obronie, dzięki czemu Kevin Bruns wpadł sam w pole karne i po raz drugi wysunął nas na prowadzenie. Które ku powszechnemu zdumieniu dowieźliśmy do przerwy, nawiasem mówiąc. Ale druga połowa o kolejnych kilka procent umocniło mnie w pewności, że nie ma sensu dalej babrać się ani w RWE, ani w piłce klubowej. Nie minęły nawet cztery minuty od wznowienia gry, a Fabiano dostał piłkę w naszym polu karnym, moi obrońcy pozwolili mu się spokojnie obrócić i oddać strzał, a stojący bez ruchu jak posąg Olivieri, który sprawiał wrażenie, jakby miał nogi wkopane na metr w ziemię i zalane betonem, jedynie odprowadził piłkę wzrokiem do siatki. W 63. minucie genialny Busch zostawił miejsce Fabiano w naszym "bloku defensywnym", dzięki czemu napastnik Bayeru skompletował hat-tricka, a w 89. minucie wybuchnąłem szyderczym rechotem, gdy przy rzucie rożnym Negro bohatersko sfaulował Vitiello w polu karnym, zaś Vogel pewnie wykorzystał jedenastkę. Co prawda w doliczonym czasie kontaktowego gola zdobył Topolski, ale na szczęście nie zmieniło to tego, że udało nam się ponieść trzecią z rzędu fantastyczną porażkę, która powinna przybliżyć nas do upragnionego spadku z ligi.
  11. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Może i 2019, nie wykluczam tego --------------------------------------------------------------------- Po zakończonej konferencji wymknąłem się z budynku tylnym wyjściem, a potem zaszyłem w swoim mieszkaniu w spokojnej dzielnicy, wraz zresztą z Moriente, by pilnował, bym nie wyciągał łapy po nic z procentami. Co jak co, ale jedną z ostatnich rzeczy, na jakie miałem ochotę, było znoszenie chmary mikrofonów dziennikarskich przy własnej twarzy, musząc odpowiadać na ich nachalne pytania o moją decyzję. Chwilą oddechu przed nadchodzącą karuzelą ligowych wpierdoli była pierwsza runda DFB-Pokal przeciwko amatorskiemu VfR Mannheim, zapewne już ostatniej edycji tego pucharu, w jakiej będzie mi dane (przez chwilę, zanim nie trafimy kogoś z 2.Bundesligi lub Bundesligi) brać udział. Nie widziałem sensu w tym, by zmieniać 3/4 składu na to spotkanie, więc jedyną zmianą było posłanie Negro na środek obrony w miejsce Hofmanna. Pierwsze czterdzieści pięć minut wyglądało tak, że aż do samego gwizdka zapraszającego na przerwę siedziałem ciężko na ławce trenerskiej, kręcąc z niedowierzaniem głową. Z niedowierzaniem, jakim cudem drużyna Bundesligi ma tak ogromne problemy ze strzelaniem goli totalnym amatorom, którzy pięć dni w tygodniu muszą wstawać skoro świt do pracy, by zarabiać na chleb dla całej rodziny. Owszem, już w 5. minucie niekryty Barisić zamknął głową dośrodkowanie Negro z lewej strony, dając nam oczekiwane prowadzenie, ale później strzelaliśmy prosto w bramkarza, w nogi obrońców i tak wysoko ponad bramką, że kilka piłek wręcz wyleciało poza stadion i walały się po pobliskim parkingu. Niektórzy z moich asów, np. Andrade, nawet nie potrafili oddać strzału na bramkę, bo składali się do niego pięć lat i obrońca-amator z Mannheim bez trudu zdejmował mu piłkę z nogi niczym ekstraklasowy rutyniarz. Dopiero w 37. minucie zdołaliśmy wdusić gospodarzom drugiego gola, gdy Negro tym razem sam zamknął centrę po jednym z tysiąca rzutów rożnych w naszym wykonaniu. Dopiero w drugiej połowie wreszcie zaczęliśmy grać, choć nadal brakowało nam tej składności, motoryki, precyzji podań i przede wszystkim precyzji strzałów, bez których w Bundeslidze nie będziemy istnieć. Trochę bardziej rozkręcił się Barisić, dzięki czemu Chorwat skompletował hat-tricka, przy jednym z trafień z podania Daniela Wolfa, po golu dołożyli jeszcze Kevin Bruns i rekonwalescent Thomas Franz ładnymi rogalami z dystansu, tak więc po końcowym gwizdku wynik wyglądał już o wiele bardziej przyzwoicie. Tyle tylko, że w drugiej rundzie czekała już na nas Borussia Mönchengladbach, co oznaczało zapewne, że w naszej obecnej formie przygoda z DFB-Pokal potrwa bardzo krótko.
  12. Ralf

    Highway to heaven

    Debiut wcale nie taki zły, nawet mimo faktu roztrwonienia dwubramkowej przewagi Gorzej, gdybyś przegrał 2:3, a jednak nadrobiłeś i postawiłeś na swoim. Ja w swoim debiucie z kadrą tylko zremisowałem 1:1 z Austrią w Chorzowie, a cztery i pół roku później odbierałem puchar na Mundialu 2014, więc...
  13. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    W tej karierze to już nie będzie możliwe - skoro przez tyle klubów się nie udało, to w kolejnych byłoby dokładnie to samo. Nigdy jeszcze nie miałem tak przeklętego sejwa, żebym przez dwadzieścia sezonów nie wygrał Ligi Mistrzów lub Pucharu UEFA z żadnym klubem, ani nawet mistrzostwa kraju (nie licząc jednego sukcesiku z Gratkorn). Generalnie już mnie zwyczajnie nudzą te porażki w lidze, więc teraz priorytetem jest reprezentacja i MŚ 2026 A później zobaczymy, na pewno rozpocznę powolutku przymiarki do jednego z najnowszych FM-ów, żeby za x czasu wyjść z nowym opkiem, który nie będzie już retro-FM, tylko bardziej aktualny
  14. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Nad meczem z Bayernem nie było co się rozwodzić – na dziesięć spotkań na Allianz-Arenie prawdopodobnie dziewięć byśmy przegrali, więc trudno było załamywać się porażką. Prawdziwą inauguracją sezonu miało być dla nas spotkanie z beniaminkiem 1.FC Köln, sensacyjnym liderem Bundesligi po pierwszej kolejce, dzięki niespodziewanemu zwycięstwu z 1860 Monachium. Nie zamierzałem zatem rywali lekceważyć, ale jedynym akceptowalnym wynikiem było dla mnie zwycięstwo, w czym miały pomóc trzy drobne zmiany w składzie, jakich dokonałem, do bramki posyłając Olivieriego, w obronie za Wierbickiego wystawiając Buscha, a w ataku za Topolskiego desygnując Waltera. Goście zaczęli ambitnie, ale szybko nadziali się na naszą kontrę w 5. minucie, po której niemożliwe do wyjęcia okienko Barisicia jednak jakimś cudem wybroń Valverde, co od razu przywiodło mi na myśl, że bramkarz kolończyków właśnie przeżywa swój tzw. dzień konia. Ale ten stan rzeczy, przynajmniej chwilowo, zmienił rzut rożny, jaki wywalczyliśmy po tym kontrataku; piłkę w narożniku ustawił Andrade, a po jego centrze najwyżej w polu karnym wyskoczył Walter i głową skierował piłkę do siatki. Później sytuacja wróciła do oczekiwanej przeze mnie normy, czyli nieprecyzyjnymi uderzeniami ułatwialiśmy Valverdemu interwencje, tak że cieszyłem się, że w piątej minucie zdołaliśmy wbić mu gola w nadziei na to, że wobec naszej tragicznej skuteczności wystarczy nam to do zwycięstwa. Myliłem się. Wiele razy doświadczałem na własnej skórze prawdziwości powiedzenia, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Dlatego też nie zdziwiło mnie to, gdy w 37. minucie moi zawodnicy ciągle podbijali piłkę głową w środku pola, ignorując moje okrzyki "do ziemi!!!", a po chwili futbolówkę według mojej instrukcji przejęli goście i po szybkiej kontrze wyrównali na 1:1 za sprawą Bakoumy. Remis do przerwy zamiast prowadzenia trzy do zera zirytował mnie na tyle, że w szatni poszły od razu dwie zmiany; drugi słaby mecz z rzędu rozgrywał Hofmann, którego zmienił Bernardini, a niewidocznego Vinka pod prysznic odesłał Wellington. Ale zmiany dały dosłownie gówno. Z biegiem minut coraz bardziej ustępowaliśmy miejsca beniaminkowi, choć po dwudziestu minutach drugiej połowy wykorzystaliśmy fatalny błąd Schönbergera, który wycofał piłkę wprost do czającego się Barisicia, dzięki czemu po jego podaniu Walter wyszedł sam na sam z Valverde i swoim drugim golem po raz drugi wysunął nas na prowadzenie. Była to nasza ostatnia dobra chwila, bowiem od tego momentu przeprowadzaliśmy już jedynie autodestrukcję. Zaledwie trzy minuty później najpierw Bernardini w ogóle nie był zainteresowany kryciem Martina, po jego zgraniu głową Gruszka nawet nie starał się przeszkadzać Amato, a Olivieri skompromitował się, wpuszczając pod brzuchem słabiutki strzał po ziemi napastnika Köln. Znów był remis, ale jeszcze nie koniec naszych cyrków. Na dziesięć minut przed końcem swoją cegiełkę dołożył Hildebrandt, który najzwyczajniej odsunął się z drogi Bakoumie, by ten wyszedł sam na sam z Olivierim i zapewnił Köln zwycięstwo, a w doliczonym czasie kropkę nad "i" naszej żenującej dyspozycji postawił Bernardini, który wyleciał z boiska za faul taktyczny. Teraz byłem już pewien, że nie poczyniliśmy żadnego kroku naprzód, tylko dalej jesteśmy szmaciarzami, którzy po zaledwie dwóch kolejkach zakotwiczyli w strefie spadkowej i zapewne będą zbierać regularny wpierdol od wszystkich. Swoje w piłce klubowej już przeżyłem, więc na pomeczowej konferencji ogłosiłem zgromadzonym, że po sezonie kończę klubową karierę, by poświęcić się piłce międzynarodowej. Choć w duchu czułem, że może to nastąpić dużo wcześniej.
  15. Ralf

    Cień wielkiej trybuny

    Liga zaczynała się dla nas najgorzej, jak tylko mogła, bo od razu pojedynkiem z Bayernem Monachium na Allianz-Arenie; gorsza mogła być chyba jedynie wizyta w Bremie, a i to nie jest takie pewne, bowiem Bayern po fatalnym poprzednim sezonie pragnął wrócić do walki o mistrzostwo Niemiec. Liczyłem jednak na to, że podreperowane decyzjami personalnymi RWE spisze się w Monachium dobrze. Wydawało się nawet, że tak właśnie będzie. Pierwszy kwadrans gry należał wyłącznie do nas, a Bawarczycy pod naszym naporem nie potrafili wyjść z własnej połowy nawet z żadnym kontratakiem. Bardzo dobrze funkcjonowały nasze skrzydła, szczególnie prawe, gdzie regularnie niezłe rajdy pokazywał Hans Vink, a obrona rywali nie przemęczała się z kryciem Barisicia i Topolskiego. I właśnie prawą stroną ruszyliśmy w 16. minucie, gdzie Wierbicki posłał dalekie podanie do Topolskiego, który następnie dośrodkował w szesnastkę wprost do niepilnowanego Barisicia, który mocnym strzałem po ziemi posłał piłkę w róg bramki Kunzego. Była to udana kulminacja naszych ataków z pierwszego kwadransa. Później niestety okazało się, że moje decyzje do obsady tyłów okazały się błędne, bowiem tak Kanté w bramce, jak i Wierbicki z Hofmannem na środku obrony zawiedli na całej linii i raczej swoimi występami wyrzucili się ze składu na następne spotkanie ligowe. Prowadzenia nie daliśmy rady utrzymać ani przez dziesięć minut, kiedy przed polem karnym zostawiliśmy nieobstawionego Silverstriego, który po podaniu od Esposito wsadził nam bramkę wyrównującą zza pola karnego. O ile w tej sytuacji mogłem nie mieć pretensji do Kantégo, gdyż był zwyczajnie zasłonięty, to fakt, że zaledwie minutę później wpuścił do bramki tym razem sygnalizowane uderzenie Christiana Hofmanna z 25 metrów, na ustawienie się do którego miał całe wieki, sprawił, że straciłem do niego zaufanie. W związku z tym przy wznowieniu gry między naszymi słupkami stał już kończący się rozgrzewać Olivieri, i od tej pory to on miał być naszym bramkarzem numer jeden, przynajmniej na najbliższy czas. Dwa stracone gole w przeciągu minuty oczywiście rzuciły nas na deski i nie mieliśmy prawa się podnieść. Do przerwy więcej goli nie straciliśmy, a w szatni zostawiłem tragicznie pudłującego Topolskiego. To, czego uniknęliśmy przez resztę drugiej połowy, dosięgnęło nas bez problemu tuż po przerwie, bowiem dwie szybkie bramki Schommera w 50. i 55. minucie po beznadziejnej jak zawsze postawie naszej obrony rozstrzygnęły spotkanie. Od tej pory całe dobre wrażenie z pierwszego kwadransa poszło się chędożyć i znów graliśmy jak Rot-Weiss Essen z jesieni ubiegłego sezonu: nieskładnie, bojaźliwie i z mnóstwem niewymuszonych błędów. A jednak potrafiliśmy jeszcze zrobić trochę zamieszania. Najpierw w 63. minucie rozegraliśmy całkiem obiecującą akcję krótkimi podania przed polem karnym Bayernu, którą na gola zamienił Walter ze świetnego prostopadłego podania Rosego, a w 83. minucie Vink znalazł podaniem Andrade, a ten okręcił się przed Kalscheuerem i kolejnym strzałem po ziemi zmusił Kunzego do kapitulacji. Niestety to było wszystko z naszej strony, pozostałe okazje, jak dawniej określiłby to Dariusz Szpakowski, zmarnowaliśmy błędnymi decyzjami i nieprzygotowanymi strzałami, więc sezon zgodnie z przewidywaniami zaczęliśmy od porażki. W swój ostatni dzień z czwórką z przodu nie miałem się więc z czego cieszyć.
×