Skocz do zawartości
Między 26 a 29 lipca w LIPINACH odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy do zgłaszania się!
TEMAT ZLOTOWY

Ralf

Użytkownik
  • Zawartość

    2866
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

307 Bardzo lubiany

O Ralf

  • Tytuł
    Kapitan drużyny

Informacje

  • Wersja
    FM 2006
  • Klub w FM
    Rot-Weiss Essen / Polska
  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Highway to heaven

    U siebie mam odwrotną rzecz w reprezentacji w przypadku Mateusza Machnikowskiego. Na Igrzyskach Olimpijskich 2020 zarobił czerwoną kartkę za brutalne, niepotrzebne zagranie, po czym dostał dodatkowe mecze zawieszenia. W efekcie nie powoływałem go przez całą jesień na zgrupowania, bo uznałem, że nie ma sensu, skoro i tak nie będę mógł z niego skorzystać. Później zacząłem się zastanawiać, gdy zobaczyłem, że cały czas ma w profilu "Zawieszony na 3 m. (rozgrywki międzynarodowe)". Na kolejnym zgrupowaniu powołałem Machnikowskiego do reprezentacji, spróbowałem wystawić w wyjściowym składzie i okazało się, że... żaden problem Do dziś gra u mnie w kadrze z trzema meczami zawieszenia Uroki FM-a Szkoda tego finału - podobnie czułem się w półfinale z Rosją na MŚ 2022, gdy odpadłem w rzutach karnych, po odrobieniu dwubramkowej straty w drugiej połowie, z 0:2 na 2:2
  2. Cień wielkiej trybuny

    Na razie tylko jeden mecz po czterech porażkach, więc wróżenie z fusów. Na pewno za niedługo czeka nas jeszcze jeden solidny łomot, bo po następnym spotkaniu będziemy grali ze zmierzającym po kolejny tytuł Werderem.
  3. Cień wielkiej trybuny

    @T-m, powiedz mi, monsieur, który to niemiecki klub jest Twoim ulubionym, bo zapomniałem? Zastanawiam się, czy jutro czasem nie przeczytam adekwatnego komentarza pod niniejszym odcinkiem ----------------------------------------------------- Po czterech porażkach z rzędu, w tym trzech ligowych, atmosfera w zespole siadła do tego stopnia, że nie widziałem żadnego sensu wprowadzać jakiekolwiek zmiany na mecz z Freiburgiem, oprócz oczywistego przywrócenia do bramki Brahimy Kanté, któremu zszedł już siniec z piszczela, a ból ustał. W głębi serca nawet nie marzyłem o jakimkolwiek korzystnym wyniku. Tymczasem jednak nic nie poszło zgodnie ze scenariuszem, jaki zapewne przewidział los na to spotkanie. Kibice na Georg-Melches-Stadion być może przeżyli nawet lekki szok, gdy mecz zaczął się od naszej wyraźnej przewagi i niemal nieprzerwanego oblężenia bramki Freiburga, a w 8. minucie po dośrodkowaniu Albrechtsena Nuno główkował minimalnie ponad poprzeczką. W 20. minucie wznowiliśmy grę spod własnego pola karnego po faulu w ataku Ilicia, po czym przeprowadziliśmy akcję całym zespołem, Rose rozciągnął na prawo do Albrechtsena, Anders wrzucił za dalszy słupek do Brunsa, a Kevin świetnie dostrzegł wbiegającego w pole karne Rosego, który mimo asysty Grotego mocnym strzałem posłał piłkę do bramki! Co najważniejsze, utrzymaliśmy prowadzenie do przerwy, w której mogłem lepiej nastawić drużynę na drugą połowę. Tym razem w końcu poszliśmy za ciosem i kontynuowaliśmy to, co robiliśmy od początku spotkania. Nim Freiburg zdążył pomyśleć o wyrównaniu, dostał drugą bombę, kiedy w 56. minucie Suárez wrzucił piłkę z autu w pole karne, Rohrbach wybił ją na czterdziesty metr, zaś harujący dziś za pięciu Gruszka dograł do Rosego pod szesnastkę, a Markus zauważył wysuniętego przed bramkę Tamburiniego i przerzucił go natychmiastowym lobem. Fryburczycy nadal sprawiali wrażenie zamroczonych niczym bokser po celnym sierpowym, a chwilę później najlepszy na boisku Gruszka zagrał po linii do Brunsa, Kevin dośrodkował spod linii bocznej, główkę Waltera obronił Tamburini, ale w tej chwili przebudził się Nuno, który pewną dobitką zdobył swojego pierwszego gola dla RWE! Trzy zero! Do pełni szczęścia brakowało nam tylko dobrych informacji z Hamburga, gdzie HSV podejmowało Norymbergę, ale niestety nasi chyba główni rywale w walce o utrzymanie cały czas skutecznie bronili bezbramkowego remisu i nie mieli najmniejszego zamiaru przegrać z pretendentem do tytułu. Nie powstrzymało nas to jednak przed zadaniem podsumowującego ciosu w doliczonym czasie, gdy najpierw Bruns z Topolskim, byłym zawodnikiem Freiburga, przeprowadzili dwójkową akcję, a potem rezerwowy Vink dograł w pole karnego do niekrytego Brou, który uderzeniem na krótki słupek ustalił wynik na efektowne, dawno niewidziane u nas 4:0. I to z zachowaniem czystego konta. Po raz drugi tej wiosny udało nam się wyjść ze strefy spadkowej, tym razem dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu w stosunku do Norymbergi, która oczywiście dowiozła remis z HSV.
  4. Cień wielkiej trybuny

    Cóż, póki co największych wrogów mam jak zwykle w obronie i ataku I to się już nie zmieni w tej karierze, finito Nie zmieniło się przez 140 stron, to nie zmieni się już wcale. --------------------------------------------------------- Na otwierający marzec mecz w Mönchengladbach przygotowałem parę zmian w wyjściowym składzie, będących konsekwencją kiepskiej w lidze, a beznadziejnej w Pucharze Niemiec gry. Przede wszystkim z ataku z hukiem wyleciał Schachner, bo miałem już dość oglądania bezlitosnego ostrzeliwania bramkarzy w jego wykonaniu, a wraz z nim od gry odpocząć miał oczywiście Barisić, który z powodu pękniętego przedramienia marzec miał już z głowy. Atak uzupełnili Nuno i Klaus Walter, na prawym skrzydle Vinka, który jak zwykle nawet nie próbował wrócić do formy, zastąpił Suárez, w środku pola znalazł się Brou, fajtłapowatego Buscha zmienił De Martin, a na lewą obronę powrócił Gruszka. No i oczywiście miejsce w bramce z musu zajął Heinz Kruse. Pierwsze spotkanie z Borussią przegraliśmy aż 0:4, i to u siebie, w Essen, tak więc dziś na Borussia-Park mogłoby jeszcze gorzej. O tym, że przegramy, było wiadomo już po kilku pierwszych minutach, gdy okazało się, że zamiast walczyć ograniczamy się do zbierania kolejnych żółtych kartek. No i przewidywania bardzo szybko przemieniły się w namacalny fakt, ponieważ w 11. minucie Werner dośrodkował z prawej strony, w polu karnym oczywiście nikt nie wysilał się z kryciem, Kruse cudem wybronił strzał Gilberta, ale przed polem karnym na piłkę czekał już Jukić, który musiał tylko odesłać ją do bramki. Niespełna kwadrans później odwaliliśmy kolejne klasyczne RWE, czyli Werner ponownie dośrodkował z prawego skrzydła, w polu karnym moi bohaterscy obrońcy zadbali, by Vieira spokojnie zgasił sobie piłkę, po czym napastnik gospodarzy obrócił się i uderzeniem po nodze Pitteta podwyższył na 2:0. Chociaż na boisku nie było tego dnia Schachnera, to i tak nie ominęło mnie zażenowanie, gdy musiałem patrzeć, jak nasze bardzo nieliczne okazje wprost w bramkarza wstrzeliwuje szczególnie Suárez, który strzelał słabo i bardzo przewidywalnie, akurat tam, gdzie był ustawiony Rost. Naturalnie gola zdobyć dziś nie mogliśmy, i nie zdobyliśmy, za to postawiliśmy kolejny znaczący krok ku zapewnieniu sobie spadku z ligi.
  5. Cień wielkiej trybuny

    Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? Przez cztery lata opka? Takie trendy trwają od 3 października 2014 aż do dziś, z niewielkimi przerwami na sukcesy reprezentacyjne ------------------------------------------------------- Luty 2025 Bilans (Rot-Weiss Essen): 1-1-3, 5:6 Bundesliga: 16. [-2 pkt do Nürnberg, +1 pkt nad Herthą] DFB-Pokal: Ćwierćfinał, 1:2 z Karlsruhe; out Finanse: 4,22 mln euro (+858 tys. euro) Gole: Andreas Schachner (15) Asysty: Andreas Schachner (8) Bilans (Polska): 1-0-0, 3:0 Eliminacje MŚ 2026: Grupa trzecia, [+0 pkt nad Hiszpanią] Ranking FIFA: 3. [=] Ligi: Anglia: Manchester City [+2 pkt] Austria: Rapid Wiedeń [+16 pkt] Francja: Olympique Lyon [+5 pkt] Hiszpania: Real Madryt [+4 pkt] Niemcy: Werder Brema [+5 pkt] Polska: Wisła Kraków [+2 pkt] Rosja: – Szwajcaria: Young Boys [+4 pkt] Włochy: AC Milan [+3 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Wisła Kraków, 1/16 finału, 3:2 i 2:1 z Hansą Rostock; awans, vs. Glasgow Rangers Reprezentacja Polski: - 05.02, Mecz towarzyski, Polska - Malta, 3:0 Ranking FIFA: 1. Brazylia [1238], 2. Anglia [1146], 3. Polska [1127]
  6. Cień wielkiej trybuny

    Norma w tym opku. Tylko reprezentacja, a kluby dno. Może w nowszym FM i w nowej karierze w końcu pójdzie lepiej.
  7. Cień wielkiej trybuny

    W DFB-Pokal w tym sezonie szło nam zaskakująco dobrze, nic więc dziwnego, że wiązałem duże nadzieje z ćwierćfinałowym spotkaniem z Karlsruhe. Do składu wrócił już nasz kapitan Rose, zaś u jego boku wystawiłem Sebastiana Franza, który zmienił swojego imiennika Thomasa, który ostatnimi czasy zawodził. Liczyłem na to, że i tym razem rywal nas trochę zlekceważy, dzięki czemu zdołamy odnieść zwycięstwo przybliżające nas do finału, w którym moglibyśmy pokusić się o kwalifikację do Pucharu UEFA. Ale moi piłkarze mieli inne plany. Zaczął już w 8. minucie Jan Busch, który w niegroźnej sytuacji nieatakowany przez nikogo podał piłkę wprost do Paulo Roberto, co skończyło się oczywistą stratą bramki i natychmiastowym wypadem do szatni. Później do szału zaczął doprowadzać mnie Andreas Schachner, ponieważ jego strzelanie w bramkarza w sytuacjach sam na sam wręcz zrywało mi szkliwo z zębów i sprawiało, że miałem ochotę włożyć mu łeb między drzwiczki szafki w szatni i zacząć nimi trzaskać. Do przerwy powinniśmy co najmniej remisować 1:1, ale zamiast tego Schachner jak zwykle omal nie odstrzelił wątroby Hansenowi, a w 23. minucie cholerni goście wyeliminowali z gry Kanté, jedynego bramkarza w RWE, który potrafił obronić jakąś trudniejszą piłkę. Po przerwie piłkarze Karlsruhe kontynuowali ideę zwycięstwa poprzez wyniszczenie, kiedy Molina niemal złamał rękę Barisiciowi (Chorwat w wyniku brutalnej gry doznał pęknięcia kości przedramienia), tak więc nie miałem już możliwości reagowania jakimikolwiek zmianami personalnymi na to, co odwalaliśmy na boisku. Mecz był przegrany. W 67. minucie dobił nas Vogel na spółkę z Krusem, po tym jak Albrechtsen wybił przed pole karne dośrodkowanie Horniga, a Kruse z kompletnie niezrozumiałych dla mnie powodów wyszedł przed piąty metr, pozwalając Vogelowi wrzucić sobie piłkę za kołnierz. O tym, jak beznadziejnym i żałosnym zespołem byliśmy w tym sezonie, najlepiej niech świadczy fakt, że w tym momencie nieliczni kibice na trybunach zaczęli w bardzo szybkim tempie opuszczać stadion, rzucając w kierunku murawy puste kubki po napojach i papierowe tacki po bratwurstach. Dopiero w ostatniej minucie doliczonego czasu Schachner raczył w końcu trafić do siatki, zamiast w bramkarza – teraz to się pieprz, Andreas! – co absolutnie nie miało prawa wpłynąć na losy spotkania. W żałosnym stylu zakończyliśmy więc udział w DFB-Pokal – naszej ostatniej instancji, która mogłaby skłonić mnie do kontynuowania kariery klubowej po spadku z ligi, w perspektywie walki w Pucharze UEFA.
  8. Cień wielkiej trybuny

    Jakby mało było mi nerwów, na pomeczowej konferencji miała miejsce frustrująca sytuacja, która jedynie mocniej mnie podminowała. Otóż po całej serii standardowych pytań na temat przebiegu spotkania, głos pod koniec nieoczekiwanie zabrał menedżer BVB Perry Bräutigam, który zaczął sadzić złośliwe uwagi pod adresem tak moim, jak i mojego zespołu. Nie wiem, czy to mój powszechnie znany krewki charakter, jakiego nigdy nie ukrywałem na konferencjach w przypadku zaczepek sprawił, że porządkowi woleli dmuchać na zimne, ale w momencie, w którym już układałem sobie w głowie uszczypliwą ripostę, "nagle" mikrofony odmówiły posłuszeństwa i padło zasilanie, w związku z czym konferencję niezwłocznie zakończono, podnosząc mi ciśnienie niemożnością skomentowania osoby Bräutigama. Tydzień później pojechaliśmy do Hamburga, by stracić kolejne cenne trzy punkty i kolejne kilkanaście procent szans na utrzymanie. Tym razem porażka była tym pewniejsza, że zawieszony za kartki był nasz kapitan Markus Rose, w związku z czym piłkarze mieli być pozbawieni naszej ostoi na boisku, a takie sytuacje w przeszłości już wielokrotnie kończyły się dla nas katastrofą. Ostatecznie aż tak źle nie było, co nie oznaczało też, że było dobrze. Chociaż opaskę kapitańską na ten mecz przejął Kanté, środek pola uzupełnił grający w kratkę Brou, a słabego Gruszkę na lewej flance obrony zmienił nieograny, a co za tym idzie niepewny Weller, przebieg gry nie wyglądał najgorzej. Z drugiej strony na pewno dużo było w tym zasługi piłkarzy HSV, którzy sprawiali wrażenie, jakby oszczędzali siły na poważniejsze spotkania z poważniejszymi rywalami i pogoń za Werderem, a z nami chcieli wygrać, jak to zwykł mawiać niezapomniany Dariusz Szpakowski, nie ważne ile, nie ważne jak. Gospodarze bowiem zadowolili się tylko jednym trafieniem, jakie w 41. minucie zaliczył Ricardo Castillo po, a jakże!, dośrodkowaniu ze skrzydła, czyli w klasyczny dla nas sposób, w jaki traciliśmy mnóstwo bramek w tym sezonie. Tradycyjnie w tej sytuacji zadecydowała statyczna gra bez piłki w środku pola, a w kluczowym momencie David Pittet, który nawet nie ruszył za startującym do wrzutki Castillo, który w momencie zamykania akcji celną główką był zupełnie pozbawiony opieki. Norma. A my? Cóż, ponownie zagraliśmy bez napastników, którzy byli powolni, niedokładni, a piłki odskakiwały im od nóg na pięć metrów. Ponownie w środku pola zagraliśmy słabo, gdzie moi podopieczni notorycznie podawali do zawodnika pod kryciem, zamiast do pozbawionego opieki kolegi, który stał kilka metrów obok. Ponownie w obronie zabrakło nam jaj i trzeźwości umysłu, bo gdyby w 41. minucie Pittet nie stał jak słup soli, tylko pobiegł za Castillo i wyskoczył z nim do główki, być może udałoby nam się wymęczyć chociaż punkt za 0:0. Tak zaś pozostało nam się cieszyć, że Norymberga przegrała z TSV Monachium, bo gdyby udało jej się uciec nam na pięć punktów, byłoby już bardzo niewesoło. O ile choć przez moment w tym sezonie był przynajmniej cień mowy o jakiejkolwiek wesołości, a nie tylko cień wielkiej trybuny w trakcie meczów rozgrywanych po południu pod zachodzące słońce. Tym razem scysji na konferencji nie było, bo i szkoleniowiec hamburczyków, Thomas von Heesen, nie zaczął żadnej słownej przepychanki, a ja nie zwykłem zaczynać pyskówek pierwszy. Wykorzystałem za to obecność dziennikarzy, by teraz wbić kilka ostrych szpil Bräutigamowi, najpierw komentując jego osobę, a na koniec dodając, że zamiast zajmować się naszymi szansami na utrzymanie, powinien raczej zacząć zapominać o mistrzostwie. Jestem pamiętliwy i nie odpuszczam.
  9. Zasady działu Opowiadania ver. 2.0

    Nie ma sensu robić trzeciego podforum; jeśli już, to zamiast tego można przemianować "Opowiadania" na "Polecane", jeżeli obstawać przy pomyśle utworzenia tego typu wyróżnienia. Ze swojej strony również przychylam się do stanowiska tych przedmówców, którzy są zdania, że aktualnie dział "Opowiadania" jest trochę zbędny i stanowi w tej chwili co najwyżej relikt przeszłości. Można pozostać przy samych "Karierach", a tzw. dobre opki przykładowo podpinać lub oznaczać w jakiś inny sposób, co kiedyś też było proponowane. Jeżeli liczba autorów wzrosłaby przynajmniej w połowie do takiej, jaka była jeszcze trzy lata temu, "Opowiadania" miałyby większy sens. W tej chwili odpowiednim wyróżnieniem jest dział "Hall of Fame", gdzie można przebierać w opkach, które trzymały wysoki poziom od początku do końca. Moim zdaniem to jest najbardziej miarodajne wyróżnienie, bo niestety wiele razy okazywało się, że z biegiem czasu jakość aktywnego opka potrafiła zacząć sukcesywnie spadać; prawdopodobnie to samo działo się lub dzieje nadal i z moją karierą.
  10. Cień wielkiej trybuny

    Wielka szkoda, że właśnie teraz, gdy ledwo co zdołaliśmy wystawić głowę z bagna, czekała nas seria ciężkich meczów z Borussią Dortmund, HSV Hamburg i Borussią Mönchengladbach, a więc w praktyce nawet trzy ligowe porażki z rzędu. Jako pierwsze przyjechało do nas BVB, które próbowało gonić liderujący jak zwykle Werder i nie dać odjechać od siebie HSV, z którym Borussia ostatnio przegrała, więc goście wyszli na Georg-Melches-Stadion nieźle podrażnieni. Dzień wcześniej niestety sprawy przybrały kiepski obrót, bo Nürnberg jak na złość wygrała swój mecz, więc mogliśmy zapomnieć o jakimkolwiek odskoczeniu w punktacji. Całym sercem wierzyłem, że niespodziewany sukces sprzed tygodnia doda nam skrzydeł i pokusimy się o sprawienie mega sensacji, ale niestety wraz z kolejnymi minutami jedynie wyzbywałem się złudzeń. Już kilka godzin przed spotkaniem martwiłem się, że skoro w Monachium nasza defensywa spisała się bez zarzutu, to teraz prawdopodobnie zagra piach, bo już niejednokrotnie bywało tak w tym sezonie. No i oczywiście ta reguła potwierdziła się i teraz, bo choć ani Busch z Pittetem niczego specjalnie nie zawalili, ani Albrechtsen nie podarował Borussii rzutu karnego, to jednak nic wielkiego nie pokazali i zagrali bardzo bezbarwnie. W przedzie natomiast potwierdziło się jedynie, że nasi napastnicy z Schachnerem i Barisiciem na czele są dużymi rybami jedynie w małym stawie, bo środkowi obrońcy z Dortmundu, Celso i Heidrich byli dla Andreasa i Darko za szybcy i z łatwością zabierali im wszystkie grane na dobieg piłki, odcinając ich od podań. W ten sposób byliśmy całkowicie zneutralizowani w ataku. Szybko zrozumiałem, że gola w tym meczu nie zdobędziemy. Ale to jeszcze nie wszystko. Zazwyczaj w takich spotkaniach w pewnym momencie znajduje u nas jakaś czarna owca. Tak było i teraz, a okazał się nią Marcin Gruszka, który poważnie mi podpadł i nie dograł do przerwy. Najpierw od samego początku tak rewelacyjnie grał po linii do próbującego urwać się Brunsa, że piłki po "podaniach" Marcina notorycznie lądowały za linią boczną, a na podsumowanie swojego beznadziejnego występu w 35. minucie zostawił za swoimi plecami Pablo i jedynie udawał, że go goni, po czym Brazylijczyk zagrał do niekrytego Sandera, który z łatwością zdobył jedynego gola meczu. Easy come, easy go; jak szybko wyszliśmy ze strefy spadkowej, tak jeszcze szybciej znaleźliśmy się w niej z powrotem. W Norymberdze odetchnięto z ulgą, a przed nami przecież jeszcze dwie kolejne porażki...
  11. Cień wielkiej trybuny

    Mimo bardzo nieciekawej sytuacji wróciliśmy z Moriente do Essen z zapałem do pracy, gdyż teraz mieliśmy jechać do Monachium, gdzie czekał nas ostatni na najbliższe trzy spotkania mecz, w którym mieliśmy sporą szansę na ustrzelenie upragnionego kompletu punktów. Na Allianz-Arenie zagrać mieliśmy bowiem z TSV 1860, naszym "współbeniaminkiem", a zwycięstwo było niezbędne, bo w kolejnych dwóch kolejkach czekały na nas Borussia Dortmund i HSV, a więc jakakolwiek zdobycz punktowa zamiast dwóch porażek będzie wielkim sukcesem. Nie było mowy o tym, bym teraz dawał szansę rehabilitacji naszym defensorom, więc Delbaere z nielotami Bernardinim i Negro zostali w mieście, ich miejsce w wyjściowej jedenastce zajęli Albrechtsen, Busch i Pittet, zaś na ławce z obrońców usiedli De Martin i Weller, z kolei w ataku Topolskiego zmienił Chorwat Darko Barisić. Po pierwszym kwadransie miałem ochotę wyć z rozpaczy, ponieważ do tego czasu powinniśmy byli prowadzić już trzema bramkami; w 3. minucie najpierw Schachner strzelił z pięciu metrów prosto w Vigliarolo, a dobitka Franza został zablokowana, w 9. minucie Vink nie trafił z trzech metrów do pustej bramki, a w 16. minucie Schachner, który startował już sam na sam z Vigliarolo, jak zwykle dał się dogonić obrońcy i wygarnąć sobie piłkę spod nóg. A jednak już minutę poderwaliśmy się z ławki pod boksem przyjezdnych z okrzykami radości; Levent przed polem karnym wytrącił futbolówkę Barisiciowi, ale przejął ją Rose, który ponownie wysunął do Chorwata, a teraz Darko atomowym strzałem w dalszy róg wysunął nas na prowadzenie! Co równie ważne, Busch z Pittetem nie mieli żadnych problemów z wygrywaniem pojedynków główkowych, skutecznie oddalając zagrożenie od naszej bramki. "O takę grę w obronie walczyłem". Graliśmy bez kompleksów w środku pola, aż pomyślałem, że grzechem byłoby nie pokusić się o drugie trafienie. Moje myśli najwyraźniej usłyszał Schachner, bowiem w 32. minucie najpierw Albrechtsen świetnie wysunął po linii uciekającemu na puste pole Barisiciowi, a kiedy Darko dośrodkował na wbiegającego Schachnera, Andreas nareszcie się przełamał, podwyższając na 2:0! Gooool! Kuliśmy żelazo póki gorące, i w doliczonym czasie rewelacyjny Bruns rozegrał z Schachnerem dwójkową akcję na lewej stronie, wycofał do Gruszki, a Marcin zagrał crossa do Barisicia, który kompletnie ignorując obecność Leventa huknął bez przyjęcia po ziemi, pokonując Vigliarolo! Allianz-Arena ucichła! Choć w przerwie stawałem na głowie, by utrzymać moich podopiecznych w koncentracji i wysokiej motywacji, ale jednak ich emocje wzięły górę. W rezultacie druga połowa była już dużo brzydsza w naszym wykonaniu, większość czasu graliśmy w niej na stojąco, więc w tym momencie było dla mnie jasnym, że nawet efektowne 3:0 może okazać się niewystarczające do odniesienia zwycięstwa. Moje obawy o frajerskie roztrwonienie trzybramkowej przewagi przybrały na sile w 65. minucie, gdy tradycyjnie po dośrodkowaniu w pole karne bramkę nadziei dla TSV Monachium strzelił Weber. Przez kolejny kwadrans było bardzo gorąco, ale później po przeprowadzonych przeze mnie zmianach ponownie wybraliśmy się pod bramkę gospodarzy, gdzie najpierw Brou obił poprzeczkę strzałem z dystansu, a potem Nuno przypomniał mi, dlaczego grzeje ławkę, gdy w dwóch dogodnych okazjach wstrzelił się prosto w Vigliarolo. W ten sposób sprężeniem w końcówce wystraszyliśmy monachijczyków, którzy więcej goli zdobyć już nie zdołali, więc równo z końcowym gwizdkiem przybiłem po dziarskiej piątce z Moriente i Olkiem Wasoskim, gdyż nareszcie, NARESZCIE zdołaliśmy wygrzebać się (przynajmniej na chwilę) ze strefy spadkowej!
  12. Cień wielkiej trybuny

    Niemieckie media sportowe wzięły na celownik Maxime Delbaere, zarzucając mu, że ostatnimi czasy oszczędza się na boisku i może być już za stary na grę na tym poziomie. Przyjąłem to z milczącą aprobatą, gdyż trzeba było przyznać, że Belg nie był rewelacyjny nie od dziś, a w meczu z Osnabrückiem wydatnie ułatwiał rywalom grę na prawej flance. Tuż po przyjeździe do Polski dotarły do nas fatalne wiadomości; Michał Górka na jednym z treningów Wolverhampton doznał fatalnie wyglądającego złamania obojczyka, a wstępne prognozy angielskich chirurgów urazowych mówiły o co najmniej dwumiesięcznej przerwie naszego najlepszego na tę chwilę bramkarza w kraju. Na sam początek zgrupowania ponownie zacząłem przede wszystkim od wylania wiadra żrących pomyj na głowę menedżera Milanu, Enrique Ruiza, przez którego po raz drugi z rzędu w Chorzowie nie pojawił się Tomek Adamczyk. Już od wielu lat bezskutecznie prowadziłem intensywną kampanię medialną, mającą na celu skłonienie FIFA do traktowania meczów towarzyskich tak samo, jak tych w ramach eliminacji, a co za tym idzie uniemożliwienie raz na zawsze klubowym menedżerom wchodzenie w paradę szkoleniowcom reprezentacji narodowych. Wobec dramatu Michała Górki, który nie zagra w marcowym pojedynku eliminacji Mistrzostw Świata z Hiszpanią, szczególnie ważnym było ogranie w reprezentacyjnej bramce Pawła Piętki, na papierze golkipera nieodstającego umiejętnościami od Michała, bowiem to on będzie musiał stawić czoła La Furia Roja na Majorce. Wobec frustrującego braku Adamczyka w wyjściowej jedenastce przeciwko Malcie obok Halilovicia zdecydowałem raz jeszcze wystawić młodego Dudka, z kolei w środku pola debiutował Marcin Konopka. Środek pola uzupełnił dawno niewidziany Maciek Kwiatkowski, tak więc nasz skład nabierał znamion eksperymentalnego. Dzisiejszy mecz praktycznie nie różnił się od tego, jaki rozegrany został w Kotle czarownic w październiku w ramach eliminacji. Ponownie mieliśmy wyraźną przewagę w wyszkoleniu i zgraniu taktycznym, ale tak samo jak wtedy nie grzeszyliśmy zbytnio skutecznością. Przez pierwsze niespełna dwadzieścia minut nie potrafiliśmy wstrzelić się w bramkę Porselli Floresa, aż w końcu w 19. minucie od dłuższego czasu widocznym talentem błysnął Grzesiek Dudek, który samotnie zszedł z piłką ze skrzydła, minął po drodze Camillerego, zaraz po nim elegancko przedryblował Caruanę, po czym wpadł w pole karne i płaskim strzałem pokonał w końcu maltańskiego bramkarza. Chwilę później pozazdrościł mu Halilović, po tym jak futbolówkę przed pole karne dograł mu Kwiatkowski, po czym Zoran identycznie jak w naszym niedawnym starciu po przeciwnych stronach barykady przypuścił bombę z prawej nogi, lokując piłkę w siatce razem z Porsellą Floresem. I to był koniec strzelania na następną godzinę. Nie dało się ukryć, że mimo znaczących dysproporcji pomiędzy naszymi efektownymi umiejętnościami, a prostym wyszkoleniem dolnych lotów reprezentantów Malty, strzelenie Maltańczykom więcej niż dwóch goli nastręczało nam bardzo wyraźnych trudności. W środku pola z dobrej strony próbował pokazać się mi i kibicom na Stadionie Śląskim Marcin Konopka, ale chłopakowi zupełnie to nie wyszło, gdyż jego próby strzałów były wprost rachityczne; zarówno jego uderzenia z dystansu, jak i po otrzymywanych podaniach do nogi w pole karne mijały bramkę gości chyba o kilometr i były bliskie przelobowania trybun stadionu i wylądowania w Parku Śląskim. Wprowadzony w jego miejsce Rafał Piątek nie miał aż takich problemów, i to on w 85. minucie świetnie urwał się Farrugii do dośrodkowania Kiszki, po czym celną główką ustalił wynik meczu. Było to przeciętne spotkanie w naszym wykonaniu, o którym za pół roku już nikt nie będzie pamiętał. Niemniej jednak mogłem wyciągnąć pewne wnioski, bo o ile przekonałem się, że na Grześka Dudka będę mógł liczyć i rokuje nadzieję na rozwinięcie się w kolejnego legendarnego napastnika Biało-czerwonych, o tyle Marcin Konopka po słabiutkim debiucie będzie musiał jeszcze poczekać na kolejną szansę. No i miałem nadzieję, że mimo faktu, że rywale nie zmusili Pawła Piętki do ani jednej interwencji, udźwignie on presję, jaka spadnie na jego barki już za miesiąc z hakiem.
  13. Highway to heaven

    Menedżer Swansea chyba potargał koszulę i dostał apopleksji Jakże ja go rozumiem
  14. Cień wielkiej trybuny

    Nic dziwnego, skoro napastnicy znowu przechodzą obok meczu, a defensywa nie spełnia swojej roli. Po świetnej końcówce jesieni Schachner przestał strzelać gole, a jedynym napastnikiem po zimowej przerwie, któremu RAZ udał się ten wyczyn, jest Topolski, który jednak zdołał trafić do siatki dopiero z rzutu karnego. Gdybyśmy mieli z przodu szybszych i zwinniejszych zawodników, którzy potrafią wygrać pojedynek biegowy z obrońcą, nie guzdrają się dwa lata z oddaniem strzału i nie walą prosto w bramkarza, a obok niego, mecze ze Stuttgartem i Osnabrückiem na 90% byśmy wygrali, a w strefie spadkowej byłaby już Norymbera, a nie my. Druga sprawa, to obrona. Nadal nasza kula u nogi to rozdawanie karnych, faule tuż przed szesnastką, których konsekwencją są tracone bramki po rzutach wolnych, a także częsta bierność przy dośrodkowaniach przeciwnika (jak teraz ze Stuttgartem). Przeciwko Osnabrückowi po lufie z minusem mają u mnie Bernardini z Negro, którzy od pierwszej do ostatniej minuty nieustannie przegrywali pojedynki główkowe przed naszym polem karnym, nie potrafiąc wygrać ani jednego; to jest groźne, bo stwarza rywalowi olbrzymią przewagę pod naszą bramką. Taką postawę stoperów, którzy w powietrzu nie stanowią żadnego wyzwania, uważam za niedopuszczalną, bo stoper ma być pewny jak skała i zgarniać górne piłki. Generalnie wychodzi na to, że miałem rację i lepiej było zostać na jeszcze jeden rok w drugiej lidze. Właśnie kończyłbym budować zespół, który byłby zdolny utrzymać się w Bundeslidze w przyszłym sezonie, a tak to będziemy mieli rok w plecy (o ile zdecyduję się kontynuować jeszcze karierę po spadku).
  15. Cień wielkiej trybuny

    Pierwszego lutego, przed przerwą na mecze reprezentacji, podejmowaliśmy Osnabrück w nadziei, że zdołamy się odegrać za sierpień i tym razem wykorzystać autodestrukcję rywali, którą niezmiennie uprawiali aż do dziś. Choć miałem ochotę odesłać Gruszkę na trybuny za to, co zrobił przed tygodniem w Stuttgarcie, to niestety Danield Weller z rezerw był w beznadziejnej kondycji, co zniweczyło mój plan. W drużynie gości z kolei z zaniepokojeniem przyjąłem obecność zarówno Bodego, jak i Halilovicia w wyjściowej jedenastce, gdyż pamiętałem, że potrafili zarówno wykreować bramkarza dowolnego rywala na gracza meczu, jak i ustrzelić po hat-tricku. Nie wiedziałem, na co padnie tym razem. Rozstrzygnięcie niewiadomej było różne, w zależności od tego, na który fragment spotkania spojrzeć. Zaczęliśmy pełni wiary i przekonania, że jesteśmy w stanie ograć Fiolki, ale dość szybko okazało się, że zadanie będziemy mieli znacznie utrudnione ze względu na to, że graliśmy praktycznie bez obrony. Na skutki nie trzeba było długo czekać; w 12. minucie Cannone dograł przed nasze pole karne do Halilovicia, a Bernardini nie uznał za stosowne wyjść do Polaka, więc Zoran po prostu odwinął rogala z prawej nogi i przegrywaliśmy 0:1. Jak za (nie)dawnych, złych czasów. Pozostało mi tylko opuścić głowę, by ukryć czerwone ze złości policzki. W końcu jednak moje lico przybrało naturalnego koloru. W 21. minucie Bruns wrzucił piłkę z autu na wysokości pola karnego gości, w szesnastce przyjął ją Vink, po czym zgrał do ziemi i przy absolutnie biernej postawie defensywy rywali – dziękuję, Osnabrück! – obiegł przyglądającego mu się Calabrese i mocnym strzałem pod poprzeczkę wyrównał na 1:1! Nareszcie skrzętnie skorzystaliśmy z ułatwienia, jakie tradycyjnie zaserwowały nam Fiołki. W przerwie zdjąłem nie dającego się w ogóle zauważyć na boisku Topolskiego, który następny mecz rozpocznie na ławce, a wprowadzony zań Klaus Walter trochę rozruszał nasz atak. Szkoda więc, że biednym wiatr w oczy i brakło nam szczęścia (ale i umiejętności), by zadać gościom drugi cios, przez co zgubiliśmy już kolejne dwa punkty i drugą z rzędu niepowtarzalną szansę opuszczenia strefy spadkowej, gdyż Nürnberg zremisowała swój mecz. Z drugiej strony dobry i jeden punkt, ponieważ nasi bohaterscy obrońcy, Bernardini i Negro, przez cały mecz notorycznie przegrywali pojedynki główkowe w naszym polu karnym, jakby mieli nogi wkopane w ziemię i zalane betonem, a fatalnie grający Delbaere regularnie stwarzał zagrożenie pod naszą bramką, jako że na jego flance rywale robili, co tylko chcieli.
×