Skocz do zawartości
Między 26 a 29 lipca w LIPINACH odbędzie się XVIII Zlot CMF. Serdecznie zapraszamy do zgłaszania się!
TEMAT ZLOTOWY

Ranking


Popularna zawartość

Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 24.04.2018 uwzględniając wszystkie działy

  1. 13 punktów
    Sprawa tego konfliktu wokół Alfiego nie jest zbyt trudna, gdy się tylko oddzieli medialną papkę od suchych faktów (które tu i ówdzie można wyłapać w dużych ilościach). 1. Szkody w mózgu dziecka są nieodwracalne, jego choroba zakończy się pewną śmiercią i uprzedzając śmieszki, że życie to choroba kończąca się śmiercią, śmierć tego dziecka będzie rychła. Być może będzie bezbolesna, bo prawdopodobnie zmiany w mózgu dziecka są na tyle poważne, że on nawet nie czuje bólu. Pytanie nie brzmi, czy będzie dość sprawny, by uzyskać podstawowe wykształcenie (jak dzieci niepełnosprawne, do których się jego przypadek przystawia), tylko czy dożyje do końca kwietnia. 2. Nie należy mylić władzy rodzicielskiej z prawem własności. Owszem, prawem rodziców jest decydowanie o losie dziecka, ale to prawo ma swoje ograniczenia. Jako że to dziecko nigdy nie mogło dojrzeć i w oparciu o własny system wartości rozporządzić na przyszłość swoim losem tak, by wytrącić z rąk argumenty prolajferskie (jak np. Pratchett, który żądał eutanazji), trzeba przeanalizować jakie są opcje i nie iść ślepo za wolą rodziców. Mam wrażenie, że wszyscy stojący po stronie rodziców w tym dyskursie mylą władzę rodzicielską z prawem własności właśnie - uznając, że mają oni prawo sztucznie podtrzymywać dziecko przy życiu bez żadnych perspektyw na poprawę (fakt) i w stanie silnego bólu (silne przypuszczenie), bo są rodzicami. Otóż nie, to nie władza rodzicielska, tylko niewolnictwo. W mojej ocenie - aczkolwiek rozumiem, że ci, którzy (jak słusznie napisał @kuab) fetyszyzują cierpienie, będą uważać inaczej - rodzice nie mają prawa własności do dziecka i ich wola winna znajdować (i na szczęście w UK znajduje) ograniczenia w rozporządzaniu dzieckiem wedle woli. Tak jak uznałbym za moralnie naganne obwożenie się ze zwłokami dziecka po świecie w formie dodatkowego bagażu, tak uważam za równie moralnie naganne przenoszenie prawie-że-zwłok dziecka bez najmniejszych perspektyw na wyleczenie po kontynencie tylko dlatego, że rodzice nie są psychicznie zdolni na dzień dzisiejszy pogodzić się z jego odejściem (bo myśli, że zależy im na rozgłosie lub są rozgrywani przez cyniczne organizacje prolajferskie, nie dopuszczam do siebie). Tak jak nie mogę psa - który nadal jest, niestety, traktowany przez prawo gorzej niż istoty ludzkie - skazać na cierpienie przez mój kaprys, tak nie powinienem (na równi lub nawet tym bardziej) mieć prawa skazywać na cierpienie własnego dziecka. Cierpienie dziecka w stanie terminalnym, a nie krótkotrwałe dla wychowania (co niektórzy, słusznie czy niesłusznie, stosują). Słusznie zatem IMO Brytyjczycy wykształcili w swoim państwie mechanizmy pozwalające zablokować krzywdzące dla dzieci działania rodziców, niezależnie od ich pobudek. Ile byśmy się nie nagadali na temat etyki lekarskiej, uprawnień przysługujących podmiotom leczniczym (w przypadku tego dziecka prawo brytyjskie zakłada, że szpital występuje w charakterze strony w postępowaniu dotyczącym sprawowania nad nim władzy jako reprezentant interesu dziecka), to dla mnie finalnie dylemat sprowadza się do jednego pytania: czy stan zdrowia dziecka rokuje jakąkolwiek poprawę. Otóż nie, nie rokuje - o czym wypowiedział się szereg uznanych autorytetów medycznych (nie, nie mam tu na myśli sympatyków homeostazy i innych autorytetów prolajferskich). W tej sytuacji podtrzymywanie zdrowia dziecka to w najlepszym wypadku odwlekanie nieuniknionego i marnotrawstwo środków publicznych, a w najgorszym skazywanie na gehennę dziecka, które sobie niczym na to nie zasłużyło. To moim zdaniem zamyka temat. Nawiasem mówiąc to wymowne, że na temat dziecka wypowiedzieli się m.in. politycy PiS (jednocześnie pozostając rozbrajająco nieczuli na argumenty niepełnosprawnych dzieci przebywających w sejmie), a nie wypowiedzieli się przedstawiciele konserwatywnego rządu UK. W mojej ocenie to w 100% wynika z faktu poszanowania przez tych polityków autonomii władzy sądowniczej, a mam nadzieję, że także z poszanowania wyższości wiedzy medycznej i doświadczenia lekarskiego nad zabobonami prolajferów. Wzorce do naśladowania przez Polskę.
  2. 9 punktów
    W sumie to fajnie jakby był finał Pool - Bayern, bo pomijając oczywisty plus jakim by był brak Realu w finale, to do tego Klopp miałby chyba ostatnia szanse zemścić się Heynkessowi za finał z 2013.
  3. 8 punktów
    Zidane jest wielkim trenerem. Nie ze względu na umiejętności taktyczne, nosa do zmian, ale z tego powodu, że potrafił stworzyć z tylu indywidualności zespół. W obu ćwierćfinałach z Juve Real był zespołem słabszym, ale wygrał, bo tworzył zespół bardziej niż Juve. Bo piłkarze umierali za siebie nawzajem na murawie. W obu półfinałach również. Dali z płuc i z wątroby i ten zwycięski remis wyszarpali, mimo że Bayern był lepszy piłkarsko. Oby Zizou został w Madrycie jak najdłużej.
  4. 8 punktów
    Tak tylko dodam od siebie, że Kościół Katolicki nie zmusza do podejmowania uporczywej terapii ("Gdy zagraża śmierć, której w żaden sposób nie da się uniknąć przez zastosowanie dostępnych środków, wolno w sumieniu podjąć zamiar nie korzystania z leczenia, które może przynieść tylko niepewne i bolesne przedłużenie życia, nie przerywając jednak zwyczajnej opieki, jaka w podobnych wypadkach należy się choremu. Nie stanowi to powodu, dla którego lekarz mógłby odczuwać niepokój, jakoby odmówił pomocy komuś znajdującemu się w niebezpieczeństwie"). Stanowisko biskupów Anglii i Walii też jest bardzo wyważone i raczej sprzyja lekarzom: Dlatego robienie wokół tego szopki, wyzywanie tych lekarzy czy sędziego od morderców, sług diabła, nie jest w żaden sposób katolickie. Dziś w ogóle w Kościele odeszło się od "fetyszyzowania cierpienia", jak to nazwaliście. Ale niestety, trzeba odróżnić stanowisko Kościoła jako instytucji od postaw środowisk katolickich, które, często przez ignorancję i opieranie się na nagłówkach, bardziej szkodzą całej sprawie. Jednak z drugiej strony naturalnym odruchem ludzkim jest stanięcie po stronie tych, którzy cierpią, dlatego rozumiem te emocjonalne reakcje ludzi. Też chciałbym, aby większość społeczeństwa podejmowała decyzję o zaangażowaniu się w jakieś sprawy po racjonalnym namyśle, ale niestety tak nie jest. Obrzydliwa jest za to cyniczna próba ugrania czegoś dla siebie przez polityków i różne organizacje, które rzekomo mają chronić życie. Jednocześnie też nie można osądzać rodziców, którzy chcą, żeby ich dziecko żyło, o czym świetnie napisał Gacek. Cała ta sprawa powinna rozegrać się między nimi, lekarzami i sędziami.
  5. 7 punktów
    Miałem czekać do jutra, ale jednak nie wytrzymałem Otóż, moi drodzy, NIE! Ostatnie rozmowy Rubin Kazań zaproponował mi pieniądze nawet niższe, niż Rosenborg, więc o żadnym kontrakcie nie było mowy. Belgowie z kolei o wiele lepiej podeszli do tematu, ostatecznie zgadzając się na zarobki rzędu 763 tysięcy euro. To ponad dwukrotnie więcej, niż kwota, jaka wpływała na moje konto w Trondheim. System zrodzony w głowie wariata Standard 29 grudnia 2024 roku zajmuje siódme miejsce w tabeli, tracąc do liderującego Club Brugge aż 23 punkty. Realnie patrząc, celujemy w prawo do gry w europejskich pucharach. Droga do tych w Belgii jest niezwykle zawiła... Po zasadniczym sezonie, liczącym 30 spotkań, liga dzieli się na sześciozespołową grupę mistrzowską oraz dwie sześciozespołowe grupy walczące o... europejskie puchary. Automatycznie spada jedynie szesnasty zespół. Ale zaraz... To łącznie daje 19 drużyn, a w lidze jest przecież 16! Nic trudnego dla Belgów! Otóż o europuchary grają także... trzy drużyny z drugiej ligi. Żeby było ciekawiej - te z miejsc 2., 3. i 4.! Mistrz musi zadowolić się nagrodą w postaci awansu. Następnie zwycięzcy obu grup barażowych grają jeszcze drugi baraż o awans do finału, gdzie czeka ich piąty zespół grupy mistrzowskiej. A szósty? Cóż - musi obejść się smakiem - chyba, że wygra Puchar Belgii. Takie to wygibasy się dzieją w tym kraju. Sztab i kadra Drużyna nie miała zbyt wielu specjalistów w sztabie szkoleniowym, a część siedziała tu głównie za nazwisko. Postanowiłem zrobić czystkę i sprowadzić ludzi według mojego klucza. Merytokracja, nie nepotyzm! Następny do zaorania był skład piłkarzy. Na dzień dobry wystawiłem na listę transferową 18 zawodników, którzy nie pasują mi do koncepcji. Gramy po mojemu. Szybkie spojrzenie na zasady, żeby nie utknąć z hordą obcokrajowców na wysokich pensjach w rezerwach, jak w Rosenborgu. Kadra 25 graczy, minimum 8 Belgów, juniorów nie trzeba zgłaszać. Uff - nie tak źle. W Norwegii proporcje był odwrotne, a młodzieżowcy też zajmowali miejsce. Po pierwszym odsiewie pierwszy zespół Standardu wyglądał tak: Bramkarze: 1. Rui Oliveira (22, POR) - były reprezentant portugalskiej młodzieżówki, już piąty sezon na ławce Standardu 16. Arnaud Bodart (26, BEL) - wychowanek, były reprezentant młodzieżówki, od lat pierwszy skład, jeden z trzech liderów szatni, nie do ruszenia Zakupy: brak Obrońcy: 2. Antonio Candela (24, ITA) - bardzo szybki prawy obrońca o żelaznych płucach, robi wiatr, szkoda, że umiejętności ofensywne ma na poziomie trzeciej ligi 3. Malte Amundsen (26, DEN, 5/0) - lewy obrońca reprezentacji Danii, szybki, wytrzymały, potrafiący znakomicie grać do przodu, idealny do mojej taktyki 4. Sebastiaan Kieboom (20, NED) - wypożyczony z Feyenoordu reprezentant holenderskiej młodzieżówki, ma wszystko, by stać się solidnym stoperem, póki co rezerwowy 5. Filip Benković (27, CRO, 4/0) - potężny stoper, doskonały w powietrzu, reprezentant Chorwacji, potrafi też zagrać dobre podanie, czyżby BPD? 19. Mattia Bani (31, ITA) - drugi z liderów szatni, nominalnie prawy obrońca, jednak bardziej widzę go w środku, odbiór, ustawianie się, gra zespołowa - to jego atuty 21. Luka Racić (25, DEN) - uśmiałem się, przecież to defensor, którego musiałem się pozbyć z Rosenborga, bo nie mogłem zarejestrować kolejnego obcokrajowca, silny i odważny 23. Henrik Hovdevik (23, NOR, 9/0) - lewy obrońca reprezentacji Norwegii, silny, odważny i pracowity, jednak drewniany 37. Milan Antić (21, BEL) - prawy obrońca serbskiego pochodzenia sprowadzony z Beerschot, szybki i sprytny, ale bez ciągu na bramkę Zakupy: prawy obrońca w stylu Amundsena Pomocnicy defensywni: 12. Mimito Biai (27, GNB, 47/5) - od odbierania piłki woli podryblować albo zaskoczyć kreatywnym podaniem, zawodnik na pewno nie w stylu przecinaka 13. Fredrik Oldrup Jensen (31, NOR, 3/0) - najstarszy zawodnik pierwszej druzyny, nie imponuje szybkością, jednak ma klasę, opanowanie i wytrzymałość oraz nienaganną technikę i podanie, odbiór niezły 17. Mathis Besnard (20, BEL) - wychowanek, reprezentant młodzieżówki, defensywny tylko nominalnie, superszybki, wytrzymały, obdarzony niesamowitą kreatywnością i podaniem 18. Diego Pyck (22, BEL) - były reprezentant młodzieżówki, właściwie jedyny pomocnik, którego atutem jest odbiór piłki, przy czym nie traci na walorach szybkościowych, fizycznych i technicznych Zakupy: w perspektywie Oldrupa Jensena zastąpi jakiś miejscowy Makelele Pomocnicy ofensywni i skrzydłowi: 7. Michel Simonis (16, BEL) - w wieku 15 lat zdobył 14 goli w drużynie rezerw i zadebiutował w Jupiler Pro League, atomowa szybkość, największy talent w klubie 9. Anaxis Dinsifwa (23, BEL) - bardzo szybki drybler, potrafiący znaleźć się na dogodnej pozycji, w sumie napastnik, ale będzie operował pomiędzy liniami, wychowanek 10. Alessio Zerbin (25, ITA) - trzeci i ostatni z liderów szatni, urodzony schodzący lewy napastnik, świetny drybling, błyskotliwość, szybkość, wytrzymałość, balans, opanowanie, oj będzie strzelał 14. Hugo Bogaerts (20, BEL) - reprezentant młodzieżówki, zrobi wszystko, byle nie kazać mu wracać pod własną bramkę, czeka na linii i dzida do przodu 15. Frans Matagne (21, NED) - odpowiednik Bogaertsa na lewej flance, tylko minimalnie słabszy 39. Necip Oztep (21, TUR) - wychowanek, reprezentant tureckiej młodzieżówki, robi dużo wiatru, jeden z najszybszych w drużynie Zakupy: Nie ma potrzeby Napastnicy: 6. Nicola Dalmonte (27, ITA) - ktoś wmówił mu, że jest prawoskrzydłowym, mi wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, iż będzie to mój wysunięty na szpicę napastnik 11. Bismark Ngissah (26, GHA, 13/11) - zmiennik Dalmonte o podobnej charakterystyce, jednak z jedną wadą - nie potrafi się za bardzo znajdować na dogodnej pozycji Zakupy: W ataku mogą grać też Dinsifwa i Zerbin, więc w razie czego będą jakieś roszady. Zakupów nie przewiduję, chyba, że ktoś odejdzie. Debiut w dniu zatrudnienia De facto pracę zacznę w styczniu, ale już 29. grudnia, w dniu, kiedy podpisałem kontrakt, przyszło mi poprowadzić Standard w wyjazdowej potyczce z Kortrijk. Rywal niezbyt wymagający, ale należy pamiętać, że zawodnicy mają nowe polecenia taktyczne, zupełnie nowy styl gry - no i grają na wyjeździe. Skład Standardu na to spotkanie był następujący: Bodart - Candela, Racić, Benković, Amundsen - Pyck, Besnard (k) - Simons, Dinsifwa, Zerbin - Dalmonte. Od początku przycisnęliśmy rywali do muru i ładowaliśmy strzał za strzałem. Tego nikt się nie spodziewał! Niestety, podczas tej kanonady nieco zapomnieliśmy o tyłach i jedyny celny strzał rywali zakotwiczył w bramce Bodarta. Przed końcem pierwszej połowy akcję lewym skrzydłem wykończył precyzyjnym muśnięciem stopą 16-letni Simonis. Po zmianie stron Candela wyjątkowo brutalnie sfaulował rywala i kończyliśmy mecz w dziesiątkę. Mimo to, wciąż atakowaliśmy, a Ngissah, wprowadzony z ławki za Dalmonte, który - niestety - doznał lekkiego urazu, popisał się dwoma fantastycznymi rajdami prawą stroną, które zakończył celnymi uderzeniami na bramkę. Wygrywamy w debiucie z Kortrijk 3:1 i jedziemy na dwutygodniowe wakacje. Czas przywitać Nowy Rok 2025! Co przyniesie? Oby grupę mistrzowską i walkę o puchary! Nie wspomniałem jeszcze, że styczeń zaczniemy od sparingu z Jagiellonią, a następnie podejmiemy wielkie KAA Gent w półfinale Pucharu Belgii. Do boju Standard!
  6. 7 punktów
    Mo Salah przedzierający się przez rzymskich obrońców po sforsowaniu Wału Hadriana.
  7. 6 punktów
    Ja tych rodziców rozumiem, tych szczególnych. To jest ten sam mechanizm co szczepionki vs autyzm. Szukasz winnych, szukasz nadziei, czegokolwiek. Jestem rodzicem i wiem jak przeżywam gorączkę dziecka, więc nawet nie chcę sobie wyobrażać swoich reakcji. Rozumiem, że nie potrafili zaakceptować opinii lekarzy, na pewno czuli, że przecież otwiera oczy, uśmiecha się, muszą się mylić. W głowie Alfiego, z tego co rozumiem praktycznie nie ma białej materii, jest tylko woda i płyn rdzeniowy. Niestety tutaj nie ma dyskusji o promilu nadziei, o której pisze jasonx. I dlatego rozumiem lekarzy i sąd - kurczowe trzymanie się rodziców nadziei której nie ma trzeba przerwać, tak samo jak trzeba zmuszać rodziców do szczepień, bo na głupotę albo na brak racjonalnego myślenia (w tym wypadku pewnie podyktowanym uczuciami) nie może być innej odpowiedzi. Ani antyszczepionkowca, ani trzymającego się nieistniejącej nadziei rodzica nic nie przekona. I cała armia Alfiego, ta cała akcja to jeden wielki szoł na potrzeby odpowiednich środowisk ideologicznych - to jasne. Takich historii dziennie jest wiele, tylko nie tak medialnych (bo dziecko się nie uśmiecha tylko leży w śpiączce/whatever) więc o nich nie trąbimy. Ile tej energii która idzie na ratowanie dziecka, którego nie da się uratować przydałoby się tym które można?
  8. 6 punktów
    Państwo ma to do tego, że przez dwa lata finansowało pobyt dzieciaka na intensywnej terapii. Przeciwnicy ingerencji państwa w takich sytuacjach zapominają, że w takich wolnościowych USA Alfie od dwóch lat leżałby w ziemi. Tradycja zachodnioeuropejska jest inna - państwo bierze na siebie między innymi ochronę niepełnoletnich przed rodzicami - psychopatami, antyszczepionkowcami, pedofilami etc. Tego dzieciaka już nie ma, jest oddychający kawał mięsa i owszem, nie ma w tym nic dziwnego z perspektywy medycyny. Natomiast ekstremiści religijni tradycyjnie zlatują się do takich przypadków niczym hieny do padliny. Jak komuś serduszko nad Alfiem krwawi, pozostaje mi wyrazić żal, że w tym przypadku tak nie było. A ją można było uratować. I jeszcze to wrzucę, bo lepiej ode mnie moje stanowisko wyraża. Więcej o tym polskim wankfeście pseudomiłosierdzia pisać nie zamierzam.
  9. 5 punktów
    Z dużym poślizgiem jedziemy dalej! Tool – Aenima (1996) Tool… zespół o którym napisano dużo, może nawet za dużo, dorabiając do nich wiele niepotrzebnych rzeczy (zresztą sam zespół w tym pomagał). Moje pierwsze zetknięcie z nimi odbyło się za pośrednictwem MTV w pierwszej połowie lat 90. Był to teledysk do Prison Sex, który zdołał przeorać banię młodego gówniaka, jakim wówczas byłem. Oczywiście wtedy strona muzyczna w ogóle do mnie nie docierała, obrazy robiły swoje, wpijając się w podświadomość i ukrywając się w niej na jakiś czas. Potem przyszedł rok 2001 i telewizja zaczęła atakować teledyskiem do piosenki Parabola z płyty Lateralus (kojarzy mi się, że leciało to nawet dość często na TVP1 w jakimś programie dla młodzieży, może Rower Błażeja?). Długo rozwijający się kawałek, ze spokojnymi mantrowymi zaśpiewami Maynarda, aby po czterech minutach wjechać z gitarą Jonesa i przejść do samego mięsa piosenki. Do tego świetny riff w refrenowej(?) części tuż po melodeklamacjach Maynarda. No ale to Tool, przecież temu wszystkiemu towarzyszył jeszcze doskonały teledysk, którego realizacja wykręcała zwoje mózgowe . Zresztą do dziś tej piosenki słucha się (i ogląda) znakomicie. Szkoda, że był to zaledwie jeden z nielicznych dobrych momentów na tej płycie, która jako całość potrafiła trochę znużyć i wydawała się przekombinowana. Teledysk do Paraboli był też tym momentem autorefleksji „EJ! TO CI KOLESIE OD PRISON-SEX, PRZEZ KTÓREGO NIE MOGŁEM SPAĆ PRZEZ JAKIŚ CZAS, WY CHUJE!”. I jak Lateralusa nie lubię, tak muszę mu oddać, że to on mnie pchnął do sprawdzenia wcześniejszych płyt, dzięki czemu zapoznałem się z Aenimą. Co sprawiło, że akurat ten album miał na mnie duży wpływ? Przede wszystkim jego forma. Długie rozbudowane kawałki były dla mnie czymś nowym w porównaniu z bardziej tradycyjnymi piosenkowymi formami zespołów, których słuchałem do tej pory. Po drugie – ta płyta to zestaw doskonale napisanych utworów! Ciężko wskazać słabe piosenki na tej płycie. Hitowy Stinkfist ze swoim grove’owym riffem, wypełniony dodatkowymi efektami Eulogy, zdominowany przez świetne wokale Maynarda H, Forty six & 2 z riffem, który bawi się w orientalne odjazdy, czy chociażby moim zdaniem najlepszy na płycie Pushit, który zarówno od strony tekstowej jak i muzycznej oraz wokalnej stanowi kulminację tego albumu, a może i nawet całej twórczości zespołu. Po trzecie – jak to znakomicie brzmi, nawet dzisiaj. Choć słychać, że jest to album wydany w latach 90., to w żaden sposób nie trąci myszką. Doskonała produkcja. Jedynie mogę się przyczepić do wszystkich wypełniaczy na tej płycie. Nie lubię ich, wkurwiają mnie i najchętniej bym je wywalił. Jak na złość jeszcze ich jest dużo, więc skipować trzeba często. Tool na tej płycie znalazł złoty środek w swojej twórczości. Sprzedali do mainstreamu progresywne granie (na granicy heavy rocka i metalu), które nie śmierdziało wiochą i cekinami (typowymi dla metalowych zespołów progowych) lub trupem z szafy (wiecie, radiowa trójka i te rzeczy), jak w przypadku większości przedstawicieli tego gatunku. Dodatkowo podsypali to industrialnymi przyprawami (nowojorska noise’owo industrialna scena drugiej połowy lat 80, zresztą sam Maynard wspominał o wpływie, jaki miał na niego Swans z tamtego okresu. Poza tym osobiście też słyszę tam Ministry ), zadbali też o odpowiednią stronę wizualną. Później niestety zespół skręcił w metafizyczne i intelektualne pierdololo, tworzenie jakiejś aury tajemniczości i duchowego uniesienia (a na pewno odbierało to w ten sposób dużo osób) i pluskania się w sokach swojej zajebistości, czego po prostu nie kupowałem. Szkoda. W międzyczasie: podobnie jak poprzednio, mielenie tego, co było można trafić w TV (Metallica, System of a Down (przede wszystkim debiut, którego szaleństwo bardziej mi podeszło niż późniejsze płyty)), gimbo-metal dość mocno (choć gimbaza mnie ominęła ). Nic szczególnego się nie działo. Patrząc z dzisiejszej perspektywy: Aenima nadal mocno siedzi, obecnie to jedyny album Toola, który jestem w stanie przesłuchać w całości, ba – czerpać nawet z tego bardzo dużą przyjemność . Pierwszy Undertow jest nierówny (ale ma moją ulubioną piosenkę zespołu – Sober), Lateralus był przeintelektualizowany i forma wzięła górę nad treścią (btw. Nie, mój nick nie pochodzi od piosenki z tej płyty), 10.000 days był niestrawnym klocem, którego nie dałem rady nawet raz przesłuchać w całości. Wpływ na mnie: Odkrycie, że muzyka to też forma, która nie musi się ograniczać do dość prosto złożonych piosenek. Wejście w świat muzyki progresywnej, co o mało nie skończyło się tragedią, ale może jeszcze przyjdzie o tym wspomnieć . Szukanie rzeczy mniej konwencjonalnych a także żądza cięższego grania, bo dotychczasowe zespoły wydawały się po prostu za „miękkie”. Świat muzyki metalowej, który miał przyjąć mnie z otwartymi ramionami, był tuż tuż przede mną . A wy? Kupujecie Toola i jego otoczkę?
  10. 5 punktów
    Steven Gerrard jest jednym z kandydatów do objęcia Rangers. Jak dla mnie ma idealne kwalifikacje - wie co zrobić, żeby Brendan Rodgers nie wygrał ligi
  11. 5 punktów
    Przespacerujcie się obaj. Nikt nikogo nie skazał na śmierć - dziecko jest w terminalnym stadium choroby o nieznanej przyczynie, ale nikt nie zdecydował, że ma umrzeć, tylko że leczenie inwazyjne nie ma sensu, bo od 16 miesięcy stan się pogarsza i nic nie przynosi rezultatu. W wieku 6 miesięcy rozwój neurologiczny tego dziecka był na poziomie dwutygodniowego noworodka, a od tej pory tylko się pogarszał. Obecna medycyna nie zna lekarstwa na śmierć mózgową, która zapewne niedługo czeka owego młodego chłopca - a więc orzeczono zaprzestanie aktywnego leczenia, a zaczął się właściwie pobyt w hospicjum. Jedyne co mnie nadal kłuje, to to, że nie pozwolono rodzicom wybrać miejsca, gdzie dziecko będzie czekać na swój koniec.
  12. 5 punktów
    Vami, wiem, że nie będę pierwszym ani nawet tysięcznym, który powie Ci, że nie wszystko na świecie jest czarno-białe, ale mimo wszystko spróbuję. Otóż ta sprawa nie jest tak czarno-biała, jak uważasz. Rodzice mieli swoje do powiedzenia. Właśnie przez to, że mieli prawo do wypowiedzenia się i podejmowania decyzji, sprawa trafiła do Sądu, gdyż ich sposób decydowania o własnym dziecku stanowił rażące naruszenie interesów ich dziecka, które jest istotą ludzką. Sposób myślenia, jaki prezentujesz, to - wiem, śmieszny paradoks - pochwała niewolnictwa. Uważasz bowiem, że rodzice mają absolutne prawo zrobić ze swoim dzieckiem co chcą, nawet jeśli sprowadza to się do krzywdzenia go i skazania na bolesną śmierć. To nie realizacja pieczy, to nie realizacja władzy rodzicielskiej. To, co postulujesz, to niewolnictwo. To rozporządzanie drugą osobą jak własnością. To jest dokładnie to samo, co imputujesz państwu, tylko zamiast państwa posiadającego obywatela masz rodziców posiadających dziecko. Jeśli mam wybierać pomiędzy postulowanym przez Ciebie niewolnictwem, a państwem mogącym (nawet drastycznie) ingerować w dużej mierze wolnego obywatela, to ja wolę ten obrzydliwy państwizm niż myślenie rodem z targu niewolników sprzed dwóch tysięcy lat. Dla tego dziecka nie ma nadziei, o ile nie żyjemy w świecie, w którym zakładamy przybycie anioła/smoka/czarodzieja, który za dotknięciem magicznej różdżki odwróci to, co nieodwracalne. Poza tym znów wracamy do postulowanego przez Ciebie niewolnictwa - to, co pochwalasz w kontekście wyjazdu do Włoch tego dziecka, to ratowanie emocji rodziców, a nie działanie dla dobra dziecka. To nawet nie pogwałcenie, to zlikwidowanie ochrony jakichkolwiek interesów jednostki (dziecka) w imię interesów kogoś innego (rodziców). To śmieszne, że zwolennik libertarianizmu postuluje coś takiego.
  13. 5 punktów
    Kolejne marzenie spelnione. Obrona na 5, wiec od dzis inzynier informatyki.:)
  14. 4 punkty
    KOROWÓD Początki w Ligue 2 przypominały mi nieco te z ligi National, i nie chodziło tu na wprost o wyniki, bardziej nawet o samą postawę drużyny. Mimo prowadzenia gry, posiadania piłki a także szerokorozumianego odczucia ‘bycia lepszym’, mieliśmy ogromne problemy z tworzeniem sobie stuprocentowych sytuacji bramkowych. Nasz bilans po 1/3 sezonu w lidze wynosił 5-3-4, ale z każdym kolejnym meczem miałem nieodparte wrażenie, że nasi przeciwnicy coraz to i lepiej radzą sobie z odczytywaniem naszej gry. Właśnie w 12 kolejce zdecydowałem się na pierwsze korekty taktyczne: delikatnie wycofałem linię obrony względem ustawienia z 3 ligi i nakazałem zawodnikom skrócić pole gry. Te 2 polecenia drużynowe zgoła odmieniły naszą postawę, co zaowocowało fantastyczną serią 7-0-1, co z kolei wyniosło nas na w górę tabeli wprost na miejsce numer 5, czyli miejsce barażowe. DZIESIĘĆ WAŻNYCH SŁÓW Styczeń upłynął nam pod znakiem walki. Walki o utrzymanie. Walki o utrzymanie kadry pierwszego zespołu. Olympique Marsylia, Hoffenheim, Anderlecht, Real Sociedad, Mainz, Braga, Rubin Kazań – to te najbardziej znane zespoły, które zarzuciły sieci na naszych piłkarzy. Największe zainteresowanie budził Hakim Guenouche (pisałem o nim na poprzedniej stronie), czyli nasz lewy obrońca, który na poziomie L2 udowadniał swoją wartość świetnymi występami. W jednym rzędzie z Hakimem mógł stanąć Louis Carnot a także Mahamadou Dembele – szczególnie ten drugi budził ogromne zainteresowanie skautów, co w połączeniu z jego pomrukiwaniem o chęci sprawdzenia się w lepszej lidze (po ledwie jednym półroczu spędzonym u nas!) tworzyło mieszankę wybuchową. Moja rozmowa z prezesem Volpem trwała… nie, może inaczej. Moich rozmów z prezesem Volpem była niezliczona ilość. Każdą naradę prowokowała kolejna z ofert wpływająca za jednego z naszych piłkarzy. Na stole oferenci kładli po 2, a nawet 3 miliony euro. W mojej opinii te kwoty mogły być wielokrotnie wyższe już za pół roku, gdyby udało nam się awansować do Ligue 1. No właśnie, żeby to wszystko się ułożyło, musiał zadziałać odpowiedni ciąg przyczynowo skutkowy, czyli: odrzucenie ofert za naszych najlepszych piłkarzy -> utrzymanie kadry -> awans do ekstraklasy francuskiej Jakoś w okolicy 10 stycznia, po kolejnej już odrzuconej ofercie za jednego z naszych piłkarzy, jasno określiliśmy z szefostwem klubu – i zostało to przedstawione piłkarzom –, że w zimowym okienku transferowym nikt z klubu się nie rusza. Mahamadou Dembele przyszedł nawet do mniej w tej sprawie na rozmowę, był gotów na darcie szat, lecz w finale spotkaliśmy się gdzieś po środku; obiecałem naszemu środkowemu obrońcy, że w lecie – bez względu na nasz wynik sportowy – pozwolę mu na opuszczenie klubu. Nasz dwudziestoletni obrońca przystał na takie rozwiązanie, lecz mi zapaliła się lampka ostrzegawcza na kolejne transfery. Otóż w momencie, gdy podpisywaliśmy Dembele z RB Salzburg, jeden z naszych skautów raportował, że ten piłkarz może nie wpasować się w naszą drużynę, która jest stworzona raczej z graczy zdeterminowanych i lojalnych. Cóż, same okoliczności odejścia Dembele z Salzburga były wymowne: otóż nieokiełznany piłkarz skłócił się z ówczesnym menadżerem klubu, przez co wylądował na liście transferowej. Przeszło 4 miliony euro, które docelowo mieliśmy zapłacić Salzburgowi (1,7 miliona płatne od razu, kolejne dwie transze po 800 000 € każda płatna co rok + 20% kolejnego transferu dla Salzburga), było i tak niezwykle atrakcyjną ofertą. Już wtedy powinno wzbudzić to moją uwagę, niestety tak się nie stało, a jak widać, historia lubi się powtarzać. Wracając do kwestii zimowego okienka – nasz Prezes wytrzymał ciśnienie, księgowa chodziła naburmuszona jeszcze do połowy lutego, lecz koniec końców nikt z naszego zespołu nie odszedł. Podobnie było w drugą stronę, albowiem ze wszystkimi transferami do klubu zdecydowaliśmy się poczekać do lata. SZALONA LOKOMOTYWA W którym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że to może być TEN sezon? Myślę, że były to okolice końca lutego, kiedy po zwycięstwie nad Ajaccio usiedliśmy na fotelu lidera z 4 punktową przewagą nad drugim w tabeli Strasbourgiem (spadkowiczem z L1). Po styczniowym zamieszaniu z transferami już nie było śladu, niemalże cała czołówka tabeli grała mocno w kratkę, natomiast my krok po kroku wspięliśmy się na pierwsze miejsce. Gdy na konferencji pomeczowej jeden z dziennikarzy zapytał mnie, o co my tak naprawdę gramy w tym sezonie, odpowiedziałem zgodnie z tym, co podpowiadało mi sumienie: że o zwycięstwo w lidze. Nie o awans, nie o baraże, nie o czołówkę, tylko o WYGRANIE tej ligi. Dzień po wspominanej konferencji prasowej był zaplanowany trening uzupełniający dla rezerwowych piłkarzy a także dla tych, którzy czuli potrzebę popracowania w klubie z trenerem indywidualnym. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po kolei do klubu zaczęli zjeżdżać się wszyscy piłkarze z kadry pierwszego zespołu. Kapitan Jean-Pascal Fontaine przekazał mi w przerwie na treningu, że chłopcy z zespołu są zjednoczeni wraz ze mną i resztą sztabu szkoleniowego w sprawie osiągnięcia celu, który tak naprawdę po raz pierwszy wyartykułowałem podczas publicznego wystąpienia. Nasza bezkompromisowa gra prowadziła do tego, że albo pewnie wygrywaliśmy swoje mecze, albo schodziliśmy z boiska bez choćby punktu. Ledwie 1 remis w drugiej części sezonu był oznaką braku kalkulacji, a być może także po trochu problemem z odwróceniem losów spotkania. O ile bowiem w przypadku uzyskania prowadzenia ZAWSZE w tym sezonie potrafiliśmy dowieźć je do końca, o tyle w przypadku utraty bramki jako pierwsi, często nie potrafiliśmy się zebrać w sobie i postawić przeciwnikowi. W cały sezonie 2019/2020 dzieliliśmy się punktami z rywalami ledwie 5 razy, notując przy tym aż 23 zwycięstwa. Ostateczny wynik mógł być tylko jeden:
  15. 4 punkty
    Lewica, której Razemki odebrały głosy i pozbawiły reprezentacji w Sejmie .
  16. 4 punkty
    #8 Game on?! Po zdobyciu przez nas Pucharu Ligi ogłosiłem publicznie, że po sezonie odchodzę z Carmarthen. Zarząd Old Gold próbował jeszcze zmienić moją decyzję, ale postawiłem na swoim - dokończę sezon i opuszczam Walię. Dziennikarze zaczęli się zastanawiać, jak ta informacja wpłynie na zawodników, a ja sam nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Stwierdziłem, że mam nadzieję na godne pożegnanie i tak naprawdę niewiele się zmienia - w każdym kolejnym meczu walczymy o 3 punkty. Okazało się, że zdobyte trofeum i moje słowa na konferencji prasowej podziałały na zawodników Carmarthen niczym sole trzeźwiące na zawodnika MMA. W grupę mistrzowską wjechaliśmy jak Hunowie, nie biorąc jeńców i niszcząc wszystko po drodze. Zaczęło się od domowego meczu z Cardiff Met Uni w którym zrewanżowaliśmy się stołecznym za niedawną porażkę 0:3, wygrywając pewnie 3:1 po dwóch golach Dickensona i jednym trafieniu Bowena. Następnie dwa trafienia Alexa Darlingtona w końcówce meczu przyniosły nam wygraną 2:1 nad Bala Town, ale najlepsze było dopiero przed nami. TNS o którym pisałem, że pewnie kroczy po mistrzostwo, złapało zadyszkę. Przed meczem z nami na własnym obiekcie ich przewaga (po dwóch zwycięstwach z rzędu znaleźliśmy się na drugim miejscu) wynosiła 7 punktów. W szatni powiedziałem chłopakom, że mamy z Góralami do wyrównania wiele rachunków (w końcu na 6 spotkań, wygraliśmy tylko raz), a ci wzięli sobie moje słowa do serca - zagraliśmy koncert. Już w pierwszej minucie wynik otworzył były zawodnik TNS - Darlington, a po 8 minutach na tablicy po stronie gości świeciło się już 2 po tym jak bramkarza gospodarzy (notabene Polaka wypożyczonego z QPR - Marcina Brzozowskiego) pokonał znajdujący się w fantastycznej formie Dickenson. Rob dorzucił w tym meczu jeszcze 2 gole, hat-trick skompletował trafiając z rzutu karnego. Debiutancką bramkę dołożył jeszcze Vieira, a TNS zdołało odgryźć się zaledwie dwukrotnie. Wynik końcowy - 5:2! Kiedy pewnie pokonaliśmy na wyjeździe Connah's Quay 2:0 (gol Darlingtona i samobój), nasze oczy skierowane były na niedzielny pojedynek TNS z Balą. Niespodziewanie, po świetnym widowisku, zawodnicy najsłabszej drużyny grupy mistrzowskiej wywieźli z miejscowości, której nazwy nie sposób powtórzyć, komplet punktów wygrywając 3:2! Do końca sezonu zostało 6 kolejek, nasza strata to punkt, a przed nami mecz z TNS na Richmond Park. Nie spodziewałem się, że końcówka mojej pracy w Carmarthen przyniesie tyle emocji!
  17. 4 punkty
    Ale tu nie chodzi o władzę absolutną nad jego śmiercią. Widzisz, oni nie chcą go zabić. Oni nie chcą. Lekarze uważają, że zaraz umrze tak czy inaczej. Co daje im prawo do sugestii, że to dziecko nie "chce" tak żyć? Nic. Rodzicom również nic, ale w takiej opozycji, ja stanę po ich stronie, o ile nie chcą dziecka zabić. Bo to oni są w to najbardziej zaangażowani, to oni będą do końca swego życia żyć z tą śmiercią. Bo to oni to dziecko stworzyli. A szpital nie wie, czy to będzie pogłębianie cierpień, bo jak sam przyznaje, nie ma pewności, czy dziecko cokolwiek czuje. Nikt nie jest obecnie (afaik) stwierdzić, czy to dziecko faktycznie cierpi. A jeśli jest wątpliwość... Jak można odbierać w takiej sytuacji rodzicom możliwość walki o tego syna? O to choćby, by umarł tam, gdzie chcą tego oni sami. Potężne, opiekuńcze państwo oczywiście wie lepiej, co jest lepsze dla tego chłopca, ale ja mam wątpliwości. Rodzica wiąże (zazwyczaj) specjalna więź ze swym dzieckiem, przerywanie jej administracyjną decyzją w takiej sytuacji jest zwyczajnym świństwem. Tu i tak nie będzie szczęśliwego zakończenia, zdeptanie tych młodych ludzi przy okazji ochrony dziecka przed cierpieniem (co do którego nikt nie jest pewny, czy w ogóle zachodzi) nie znajdzie mojej akceptacji.
  18. 4 punkty
    Rodzice chcą decydować o losie dziecka (nie pytając się go o zdanie) - niewolnictwo. Państwo chce decydować o losie dziecka (nie pytając się go o zdanie) - normalność. Ci rodzice nie maltretują tego dziecka, robi to choroba. Żadna państwowa instytucja (ani nikt inny) nie sprawdzi, czy to dziecko chciałoby czy nie tak żyć. Nigdy nie zrozumiem postawy, która w takiej sytuacji odmawia ostatecznej decyzji rodzicom. Oni nie chcą go zabić. Nie chcą go też torturować (robi to choroba, nie oni). OK, szpital może uznać, że nie warto dziecka podtrzymywać, ale... jeśli dobrze rozumiem, to szpital nie chce też tego dzieciaka wypisać.
  19. 4 punkty
    Brakowało własnie takiej spokojnej i wyważonej opinii. Dobrze, że na @kuab zawsze można liczyć
  20. 4 punkty
    Mała ciekawostka. Mój klub po raz trzeci będzie reprezentował Polskę na arenie międzynarodowej w futbolu flagowym
  21. 4 punkty
    Dodaję uzupełnienie do Lizbony. Knajpy, które odwiedziliśmy. Dwie zostały już wspomniane Tasca do Vigario - wspomniał o niej @kuab tutaj, byliśmy, sprawdziliśmy i potwierdzam pozytywną opinię (o czym wspomniałem tutaj) O Eurico - o niej pisałem tutaj. Zapata - Knajpa na Barrio Alto, jak większość, w których byłem, dość niepozorna. Jak wchodzi się do środka, wydaje się że nie ma tam nic prócz baru i trzech stolików, jednak wejście w skrzydło lokalu otwiera przestrzeń, w której znajduje się bardzo dużo miejsca. Byliśmy tam przed godziną 19 i już jakieś ~85% miejsc było zarezerwowanych, także należy wziąć na to poprawkę. Co do jedzenia. Cenowo jest przystępnie, nie tanio, ale też nie specjalnie drogo. Za pełną obiadokolację dla dwóch osób (przystawki, zupa, danie główne, deser + butelka wina) zapłaciliśmy łącznie 50 euro (cena mogłaby być niższa, ale postanowiliśmy spróbować droższego wina). Jedzenie bardzo dobre. Ja skusiłem się na zupę warzywną (bardzo gęsta i treściwa), moją żona wzięla sopę alentejane – wywar oparty na czosnku i kolendrze z dużą ilością chleba i wrzuconym jajkiem sadzonym. Porcja duża i bardzo pożywna. Jako danie główne skusiliśmy się na to samo (rekomendacja mojej koleżanki, która mieszka w Lizbonie) – steki z tuńczyka. Podane z frytkami i sałatką były znakomite. Bardzo „mięsiste” kawały ryby, można się solidnie najeść. Ogólnie rzecz biorąc dobra kuchnia w rozsądnej cenie w centrum Lizbony. Można (jak my) być świadkiem, jak właściciel knajpy bierze sobie do serca nowoczesne techniki zarządzania kuchnią ala Gordon Ramsay i drze ryja na obsługę Roda Viva - miejsce znalezione na Alfamie w ostatniej chwili, bo nie mieliśmy trochę pomysłu, gdzie się udać, a nie chcieliśmy wydać majątku na knajpy, w których grano Fado (jeśli zdecydujecie się na taką knajpę, weźcie pod uwagę to, że z reguły musicie zapłacić określoną sumę, bez względu na to ile i co zjecie, aby pokryć występ muzyków). Zaintrygowało nas to, że jest to knajpa serwująca kuchnię rodem z Mozambiku . Miejsce nieźle schowane, malutkie (w środku 4 stoliki na krzyż) Potrawy nic nam nie mówiły, spróbowaliśmy Matapy. Jest to „sos” przygotowany z manioku, czosnku i mąki (czasami z dodatkiem orzeszków ziemnych). Podaje się go z krewetkami i ryżem lub ximą. Tu mieliśmy dość ciekawe doświadczenie smakowe z potrawą. Otóż sam sos na początku był bardzo mdły, niemal bez smaku w połączeniu z ryżem/ximą. Za to dobrze uzupełniał się z krewetkami. Jednak wraz z jedzeniem zaczęła dziać się magia i wszystko zaczynało nabierać walorów smakowych (każda osoba z naszej trójki miała takie same odczucia). Pod koniec jedzenia – niebo w gębie i żal, że już koniec. Przede wszystkim było to bardzo sycące i choć tak początkowo się nei zapowiadało, to najedliśmy się w pełni. Knajpa nie jest droga, posiłek z piciem i deserem na osobę to wydatek około 13-14 euro. Alpendre Se - trzeba przygotować się na specyficzną obsługę. Kelnerzy to chodzące heheszki, którzy lubią robić dość slapstickowe żarty, które nie każdemu mogą przypaść do gustu . Co mam na myśli? Ot proste rzeczy: kelner mówi do Ciebie, patrząc w inną stronę. U koleżanki brakowało sztućca (kto wie, może specjalnie), to przyniesienie i podanie nowego kończyło się na szybkim cofaniu ręki, gdy koleżanka próbowała go przechwycić. Inna sytuacja, kelner udał że niechcący wylewa z filiżanki kawę na koleżanką, oczywiście filiżanka była pusta. W naszym przypadku dobrze trafili (co wyczuli), bo moją żona jest wyjątkowo podatna na bycie ofiarą żartów . Ale jak mówię, nie każdemu to musi przypaść do gustu, my się bawiliśmy dość dobrze (wkleję jedną z recenzji google: „Wyśmienite jedzenie. Mili i zabawni kelnerzy. Pyszna zupa chlebowa jakiej w Polsce nie znamy. Dobra lokalizacja. Nie śmierdząca toaleta. Jednak trochę żenujące było wrzucenie przez kelnera pustej butelki z wodą pod tyłek mojego syna. Jeżeli jesteście Państwo poważni to raczej nie polecam. Jednak dla tych co lubią żarty wręcz przeciwnie.” No tak tam właśnie jest ) Jedzenie – tradycyjnie zupy. Koleżanka wzięła wspominaną wcześniej alentejanę (duża porcja z bardzo dużą ilością chleba), my zupę krewetkową, która była bardzo smaczna. Główne danie. Koleżanka wzięła suszonego dorsza. Porcja bardzo duża, aczkolwiek sam dorsz był dość słony, no ale taki jest jego urok w kuchni portugalskiej. My z żoną wzięliśmy Arroz de marisco dla dwóch osób – ichnia wersja paelli. Jest to kubełek wypełniony ryżem na ostro i wszelkiej maści owocami morza (krewetki mniejsze i większe, langusty, omułki, małże, części kraba itp.). Wyśmienita sprawa, sama porcja nawet okazała się za duża dla nas, nie daliśmy rady wszystkiego zjeść. Z góry zaznaczam, że potrawa wymaga wprawy z obsługą narzędzi i sztućców do owoców morza – w szczególności do walki z krabem . Poniżej w spojlerze zdjęcie jak to mniej więcej wyglądało (na fotce kubełek wygląda na dość mały, w rzeczywistości był większy). Mogę polecić to miejsce z czystym sumieniem (z kolejnym zwróceniem uwagi na specyfikę obsługi). Cenowo wyszło nam 20 euro od osoby. Na koniec dwie małe wzmianki. Przy spacerach po alfamie polecam odwiedzić maleńką cukiernio-kawiarnię Pasteleria Alfama Doce. Pyszne wypieki i baaaardzo niskie ceny. W środku są tylko 4 stoliki. Druga rzecz na słodko – lody włoskie Nannarella. Spacerując po Barrio Alro warto tam wstąpić. Bardzo smaczne lody. Miejsca, które polecano mi odwiedzić, ale nie dałem rady dotrzeć: Tambarina - kuchnia z wysp zielonego przylądka, w wybrane dni z muzyką na żywo Super mario - domowe jedzenie za grosze O Soajeiro - szaszłyki z Madery I jedna rzecz, o której wspominałem w Maryni. W większości miejsc można płacić tylko gotówką, więc zawczasu polecam wypłacić pieniądze. Smacznego PS. jeszcze jedno, My wszystkie miejsca odwiedzaliśmy w godzinach kolacji (18:45 w górę), więc nie wiem jak wygląda w nich oferta obiadowa i o ile jest niższa cena (menu del dia itp.). Warto też pamiętać o tym, że w przypadku godzin "kolacyjnych" warto wbijać w godzinach otwarcia wieczornej zmiany. Sporo knajp jest naprawdę mała i szybciutko się zapełniają, co może skończyć się oczekiwaniem w kolejce.
  22. 4 punkty
    Drzwi wypadły z hukiem. W ciemność wlała się struga światła. Shulad. Tę jego lekko przygarbioną sylwetkę i ogoloną głowę potrafiłem rozpoznać nawet teraz, gdy oczy odmawiały mi już swej pełnej sprawności. Shulad! - Uciekamy - rzucił krótko i podał mi rękę. Piwniczny korytarz za moją celą wymazany był czarną krwią, wokół walały się zmasakrowane, demonie szczątki. Jak mogłem nie usłyszeć takiej walki? Teraz słyszałem. Szczęk mieczy. Krzyk. Jęki. Eter drżał od ciągłej, anielskiej śmierci. Podbiegliśmy po schodach. Duża hala sportowa, wyraźnie zaniedbana. Skorodowane, metalowe trybuny z lewej strony, resztki jakichś kozłów i skrzyń zgromadzone z prawej. Szyby ze szkła zbrojonego. Ciała. Dużo martwych ciał. Nie wszystkie należały do aniołów i demonów. Ghur sprowadził tu też śmiertelników, członków tych wszystkich straceńczych kultów które tak mocno lekceważyliśmy. Teraz ci szaleńcy walczyli i umierali za swych potępieńczych suwerenów. Pośrodku pandemonium wirował on, Azrael. Nie miał w sobie nic z menela w zniszczonym cylindrze. Był nagi, jego hebanowa skóra lśniła niepokojącymi rozbłyskami, wokół głowy gorzała karmazynowa łuna. Miecza prawie nie było widać, domyślałem się jego obecności w szarej łunie, która raz za razem eksplodowała czerwonymi strugami. Armia Ghura podchodziła i umierała. - UCIEKAMY - powtórzył Shulad. - On sobie poradzi. Och, Shuladzie. Nic nie rozumiesz. A ja już jak najbardziej tak. Całe moje porwanie było kreowaniem tej sceny. Byłem wabikiem. Przynętą. Ghur stał tylko u szczytu trybun i przyglądał się z uśmiechem. Shulad wypchnął mnie przez drzwi wyjściowe. Nikt nas nie zatrzymywał, a ja byłem za słaby, by protestować. Biegliśmy w liverpoolską noc. Biegliśmy sami. 25 strzałów Liverpoolu. 2 Watfordu. 0-0 W Stróżynie narastała frustracja. Tytuł był tak blisko, a jakby ciągle daleko. Fatalnie zagrały skrzydła: zarówno Carrasco, jak i Salah. Słabiutko Kane. W dodatku Chelsea przegrała, więc LFC stracił ogromną szansę na odskoczenie od jedynego poważnego rywala. 9 V 2020, Anfield (1) Liverpool - (15) Watford 0-0 Donnarumma - Robertson, Rugani, Laporte, Clyne - Henderson, Keita (Alexander-Arnold), Milinkowić Sawić - Carrasco (Wijnaldum), Salah (Lallana) - Kane Ale jednak Liverpool nie wypuścił okazji z rąk. I zrobił to w najlepszy możliwy sposób, gromiąc swojego arcywroga z Manchesteru. Tym razem skrzydła zagrały i Mourinho nie potrafił nic z tym zrobić. Nic. TRZYDZIEŚCI LAT. To był TEN SEZON. TRZYDZIEŚCI LAT. 13 V 2020, Anfield (1) Liverpool - (3) Manchester United 4-1 Donnarumma - Robertson, Rugani, Laporte, Clyne (Alexander-Arnold) - Henderson (Lallana), Keita, Milinkowić Sawić (Wijnaldum) - Carrasco 1, Salah 1 - Kane 2 A potem jeszcze formalność. Poczwórna korona. Poczwórna! Liga jest czerwona. 17 V 2020, American Express Community Stadium (12) Brighton - (1) Liverpool 0-3 Donnarumma - Henrichs, Rugani, Laporte, Clyne (Alexander-Arnold) - Henderson, Keita 1 (Xadas), Wijnaldum (Lallana) - Carrasco 1, Salah - Kane 1
  23. 4 punkty
    Jedziemy po zioło złoto Kalendarz się tak ułożył, że decydującą fazę sezonu zaczynaliśmy meczem z naszym rywalem - Molde. Te spotkania zawsze ekscytują kibiców, jednak w ów październikowy wieczór raczej przysypiali z nudów. Jedynego gola zdobył Tom Brorvik i to by było na tyle. Ważne, że złapaliśmy trzy punkty. Zostały dwa mecze u siebie i aż cztery wyjazdy - w tym do Lillestrom. Październik zamknęliśmy meczami z Sogndal i Ranheim, które nie sprawiły nam żadnego problemu. Co więcej, wyszliśmy na pozycję lidera! Przed decydującym pojedynkiem o mistrzostwo jeszcze pokonaliśmy Haugesund i mieliśmy trzy punkty przewagi. Niemoc ataku Spotkanie na Arasen Stadion przebiegało pod nasze dyktando. Nawet Lucena grał znakomicie, jednak brakowało najważniejszego: wykończenia akcji. Zaroury i Tonin mieli regres formy, podobnie jak wprowadzony z ławki Brorvik. Bezbramkowy remis dawał nam znakomity punkt wyjścia, bo dwa mecze i trzy punkty przewagi to niezła zaliczka. Niestety, na trzy minuty przed końcem Lillestrom zdobyło gola i trzeba było bardzo mocno się spiąć przed finałem Eliteserien... Ciemna, listopadowa noc - grudniowa jutrzenka W walce o tytuł po punktach liczył się bilans bramek, a następnie gole strzelone i dopiero stosunek bezpośredni. Ten zresztą też mieliśmy lepszy od Lillestrom. Konkluzja była prosta: wygrać z Sarpsborgiem i Odds, a nie będziemy musieli się oglądać na rywali. Tak też było. 2:0 na wyjeździe z Sarpsborgiem i 3:0 w kwitującym sezon pojedynku z Odds na Lerkendal dało nam upragniony czempionat. Mistrzostwo zdobyliśmy różnicą bramek - konkretnie sześciu. Tytuł wraca do Trondheim po dwóch latach! Analiza indywidualna Spośród graczy, którzy zostali w klubie, 25 zaliczyło występy w Eliteserien w minionym mistrzowskim sezonie. Nasz bramkarz - Jari Weckstrom - najprawdopodobniej opuści klub i zmieni Rosenborg na lepszą drużynę. W odwodzie pozostają dwaj siedemnastolatkowie, jednak - mimo dużego talentu - to jeszcze nie ich czas. Najlepszym stoperem był Vegard Bergum, który zadebiutował w reprezentacji Norwegii, a także zapracował sobie na transfer do Malmo, gdzie miał odejść po sezonie, ale odrzucił ofertę kontraktu. Na prawej stronie obrony dobrze spisywali się zarówno doświadczony Dor Elo, jak i młody Knut Finstad. Po lewej - prawonożny Emil Kalsaas wygrał zdecydowanie rywalizację z Pa Konate, którego będę chciał sprzedać. Wilhelm Alme solidnie wspierał Berguma, zaś troszkę gorzej spisywał się Zdenek Hubnik. Sprowadzony ze Stabaeku 19-letni Ole Kristian Magnussen zaliczył cztery bardzo dobre spotkania. Pomocników chciałbym podzielić na dwie grupy: defensywnych i ofensywnych. Wśród tych pierwszych Hakon Perminow grał nieco gorzej niż wcześniej w Stabaeku, a także ustępował delikatnie kapitanowi - Teunowi Koopmeinersowi. Obaj jednak nie zaliczali się do czołowych zawodników Rosenborga. Słabo wypadł ich młody zmiennik - Ole Jorgen Kristiansen, któremu dziesięć meczów nie wystarczyło, aby zapisać się w pamięci kibiców czymkolwiek wartym uwagi. Dużo lepiej radzili sobie skrzydłowi, gdyż rozgrywający z musu Ronaldo Lucena wyraźnie odstawał od Edvarda Tagsetha, który - niestety - opuścił drużynę. Anass Zaroury i Botond Kemenes grali właściwie po równo, jednak w ostatecznym rozrachunku to Belg wykręcił lepsze liczby, zdobywając 14 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej - przy 10 Węgra. Od tego, który z nich grał, zależała pozycja Riccardo Tonina. Nasz włoski supertalent zaczynał jako napastnik i zdobył w tym sezonie najwięcej goli - 21. Gdy na szpicy postawiłem Toma Brorvika, Tonin przeszedł na skrzydło. Gdy grał Zaroury - na prawe, a gdy Kemenes - na lewe. Wszędzie spisywał się znakomicie. Zmiennikami na skrzydłach byli Kasper Storflor, który zachwycał dryblingami, a także Dennis Johnsen, który przez większość sezonu leczył kontuzję. Młody Roar Sonander zaliczył dwie asysty, jednak obie, gdy grał za napastnikami. Fatalnie spisywali się Jo Frydberg oraz Gustav Wikheim. O ile ten pierwszy ma jeszcze nadzieję na rozwój, ten drugi nie rokuje w żaden sposób. Po jednym meczu zaliczyli jeszcze utalentowani napastnicy: Erik Myhren i Stale Storbaek, jednak przeszły one bez echa. Wracając do Tonina, pobił klubowy rekord bramek i został królem strzelców Eliteserien. Cele kadrowe na przyszły sezon? Pozbyć się niekoniecznych obcokrajowców (Konate, Hubnik) oraz - być może - sprzedać Lucenę i Elo. Wickstrom zapewne sam zdecyduje się odejść. Już do klubu wrócili utalentowany Bułgar Stanisław Simeonow oraz napastnik Jorgen Lindberg, który po odejściu z FC Kopenhaga grał w naszych rezerwach z powodu braku możliwości rejestracji w Eliteserien. Duńczyk w 10 spotkaniach 12 razy trafiał do siatki w rozgrywkach czwartej ligi. Nagrody indywidualne Eliteserien: Artur Karpiński - trener roku Ricardo Tonin - król strzelców, piłkarz roku, napastnik roku Tom Brorvik - trzeci napastnik roku Anass Zaroury - pomocnik roku Dor Elo - obrońca roku Emil Kalsaas - drugi obrońca roku Jari Weckstrom - bramkarz roku Nagrody indywidualne krajowe: Artur Karpiński - trener roku (Polska) Tom Brorvik - młody piłkarz roku według graczy (Norwegia) Irlandia Niestety, w Podgoricy przegraliśmy 1:2 po jedynej bramce Horgana, co stawiało nas w bardzo trudnej sytuacji przed meczami rewanżowymi. Podobnie jak w pierwszej rundzie, i tym razem pokonaliśmy Macedonię... dwoma golami w doliczonym czasie gry. Oj, chyba znienawidzą nas w Skopje. W Dublinie pokonaliśmy rywali 3:1, a hat-tricka ustrzelił Patrick Bamford. Chyba zacznie jednak pasować do taktyki... Wyjazd do Rumunii miał odpowiedzieć na pytanie: kto awansuje do Ligi B? W piętnastej minucie meczu Declan Rice fauluje przeciwnika w polu karnym, a napastnik Bayernu - Florentin Coman - zamienia jedenastkę na gola. Do końca meczu atakujemy wszystkimi siłami, Rumunia się broni, Maguire i Bamford strzelają po trybunach. Przegrywamy. Aby awansować, potrzebowaliśmy cudu, jednak ten nie nadszedł. Rumuni pokonali Macedończyków i to oni weszli do Lig B. My - na deser - dostaliśmy Czarnogórę. Tę samą, z którą przegraliśmy w Podgoricy 1:2, przez co Rumunia miała łatwiejszą drogę do awansu. Na Aviva Stadium nie było litości. Maguire 3, Bamford 3, po jednej Brady, debiutant Fitzgerald i jeszcze samobój Pejovicia. Rozgromiliśmy Czarnogórę aż 9:0, co jednak nic nie zmieniło w tabeli...
  24. 3 punkty
    Wydaje mi się, że zrobiono wszystko co było możliwe, a jedyne czemu się sprzeciwiono, to transportowi do Włoch, gdzie nie oferowano żadnej nowej formy terapii, a jedynie dalsze podtrzymywanie funkcji życiowych. A do tego jeszcze w zeszłym roku wyszły na jaw fakty, które ten szpital stawiały w złym świetle pod kątem warunków i praktyk (higiena, tłok, oszczędności na materiałach medycznych, czy np wcześniejsze wybudzanie pacjentów z narkozy, żeby zwolnić miejsce), więc nie dziwię się poniekąd, że uznano w UK, że będzie to na niekorzyść dziecka. Po drugie - gdzie jest informacja, że rodzicom powiedziano, że pacjent umrze w kilka minut? Nie jestem biegły w medycynie, ale z tego co wiem, to zależy od przypadku - czasem jest to kilka minut, czasem kilka godzin, a czasem kilka dni. Jeśli gdzieś jest taka informacja, to daj linka, inaczej nie twórzmy własnej wersji historii Całe szczęście, że sprawa zakończyła się tak, jak pisał @krzysfiol w Maryni - rodzice w końcu doszli do porozumienia ze szpitalem. Bo tak naprawdę im nie potrzeba było tego całego szumu, sądu nad nimi w mediach, złudnych nadziei dawanych przez wszelakiej maści szarlatanów, tylko ciszy i spokoju oraz pomocy, by przejść do etapu pogodzenia się z sytuacją.
  25. 3 punkty
    Przerwanie uporczywej terapii (ktore jest nieetyczne) to nie jest eutanazja. Za oficjalnym raportem: https://www.judiciary.gov.uk/wp-content/uploads/2018/02/alder-hey-v-evans.pdf A jak ktos pisze "nie jestem katolikiem/rasista/homofobem, ale..." to wiadomo czego sie spodziewac. Katolskie fetyszyzowanie cierpienia jest absolutnie obrzydliwe i odrazajace moralnie. A jego rodzice to egoisci. No i ta kobieta zarzuca ideologiczne przepychanki, a potem pisze o zwiazku sedziego ze srodowiskiem LGBT (ktore nie ma nic wspolnego z eutanazja). Oczywiscie w poscie zadnych zrodel. Jeden wielki lol.
×